niedziela, 24 lutego 2008

coś się kończy...

    Weekend mija małymi kroczkami. Był nieco inny od pozostałych.
Nowy tydzień przyniesie mi nowe decyzje i nowe sytuacje. Jestem jeszcze spokojna i opanowana. Czekam. Hm... chyba to dobry objaw.

...a weekend mężuś zapoczątkował w piątek filmem "Od kuchni" i bardzo smakowitą kolacją we własnym wykonaniu. Rewelacja - i jedno i drugie.
Czas upłynął mi na nadrobieniu zaległości kinowych, na dokańczaniu lektury wszystkich tomów pewnej sagi, którą postanowiłam sobie przypomnieć, na spacerach i na rozmowach.
Klasyczna... cisza przed burzą.

Były dwulatek jest już dostatecznie dobrze przygotowywany na panią opiekunkę i na przedszkole oraz na... wielogodzinny brak mamy w domu.
Mężuś spasował. Chyba, ponieważ po dłuższym zastanowieniu się nie wiem, czy ten weekend był przeprosinami za kilkanaście mniej lirycznych dni, czy raczej próbą zmiękczenia mnie i namowy do zmiany decyzji...

A ja... no ja właśnie przygotowałam teczkę. Sporawo tego. Trzy dyplomy, jedna licencja, zaświadczenia ukończenia kilku kursów, cv-ka, ostatnie świadectwo pracy i plik opinii. Wygląda to... pokaźnie. Leży na stole i czeka do jutra.
A ja poczekam jeszcze ze dwa tygodnie, zanim coś konkretniejszego Wam napiszę.
Teraz sama jeszcze czekam na bieg wydarzeń i na ostateczną ich wersję.

... i tak chyba trochę mi jednak szkoda...
A może to nieświadoma obawa, że coś się kończy, coś zaczyna...?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz