niedziela, 22 marca 2009

myśli

     Nie potrafię ostatnio zebrać myśli. Niby mam ich tysiące, niby potrafię mówić o wielu rzeczach, prowadzę lekcje na poziomie zadowalającym mnie samą, dywaguję na tematy trudne i abstrakcyjne, piszę, czytam, a przestaję umieć mówić o emocjach własnych. Jakie one są? Pokręcone jak i ja sama. Nie potrafię zebrać ich i posegregować.Przestaję umieć je odróżniać. Ktoś mi poradził, abym nie unikała kontaktu z nimi, ale szukała sposobów ich realizacji. Realizować emocje? To przecież karkołomne. A jednak wydaje się miłe. Wiem, że takie uzewnętrznione wydają się zupełnie innymi niż wtedy, kiedy gryzą od środka. Co mnie gryzie? Nie wiem. Chyba ten pewien rodzaj stagnacji osadzony w artystycznym nieładzie...

czwartek, 19 marca 2009

o IQ i o znaczku z blondem w tle...

    Panią coś inteligencja ściga i nie odpuszcza. Wczoraj błysnęłam na radzie, dzisiaj natomiast miałam szkolenie na temat inteligencji nabytej i wykonawczej. Ciekawe szkolenie. Poważnie. Nie nudziłam się. Nawet robiłam notatki i zadawałam pytania. Taaaak... pytań to ja właściwie nadwyraz dużo zadaję, odkąd mówić się nauczyłam. Chociaż znacząco mniej ich niż słowotoków i zwykłych wypowiedzi, tudzież dywagacji, monologów, rozważań etc., więc wszyscy muszą przywyknąć, chcą czy nie chcą. Aśka - na przykład - wczoraj przyjechała, spotkałyśmy się i ona tak nieopatrznie spytała, co słychać u mnie. No skoro pyta, to usłyszała o szkole, o książkach, o wydawnictwie, o katarze z zeszłego tygodnia i o kolorach ścian i terakoty i jeszcze kilku mniejszych czy większych sprawach, intymniach i innych, bo przecież nie powiem zwykłego "w porządku". Bo co to "w porządku" oznacza, albo takie bezduszne "ok"? No właśnie... ale ona mnie zna lat wiele, więc chyba przywykła... Rada pedagogiczna jeszcze przywyka... Ale czemu mam nie pytać, skoro szkolić się mam? No i właśnie: o tej i o tamtej inteligencji było, wracam do domu, włączam komputer, a tu mi wyskakuje informacja na stronie głównej, jaki to ma IQ Doda. No ja tam nie wiem, czy emocjonalną inteligencję jej do średniej wzięli (tu nie wnikam, chociaż wątpię), ale mówię: nie! skoro ona ma, to ja też. Dawaj klik na to IQ i jadę po pytaniach, zerkając na czas, który ucieka. Klikam, pykam, ślubnego odganiam, który zerka, bo mówię, że to szczerze ma być i niech mnie nie rozprasza, do trzech chciałam wrócić potem, a czas leci, pykam, bach się wzięło i podsumowało po osiemnastym pytaniu i zostałam jak ta głupia z miną ciekawą, bo myślałam, że jeszcze ze trzydzieści dwa pytania siepnę. A tu nie. Osiemnaście i wynik. No to mówię do ślubnego patrz ty, bo ja się stresuję. On patrzy i czyta - no jak nic dużo powyżej przeciętnej, wręcz wysoką nawet nazwana została, chociaż do tej dodowej to mi trochę brakło i może nie jest to wiadomość taka bardzo zła.
Tak więc inteligentna i zadowolona myślę sobie, że przy okazji to i pocztę sprawdzę. Sprawdzam, trzecia nominacja do kreativ bloggera. Hm... lubią mnie czy co? Toż to dzień dobroci dla mnie jak nic, ale i znak, że migać się od znaczka dłużej nie można, jak już z trzech stron osaczonam jest. Gapię się zatem na obrazek ów i klikam "kopiuj" i jak nic nie wiem, co dalej. Wiem za to, gdzie ślubny, to wołam męża własnego i osobistego i bez żenady najmniejszej mówię, że zrobić się tego nie da, więc niech on to zrobi... Popatrzył, pocałował i pyta, czy na teście to ja aby nie ściągałam... No tak... proste jak drut i oczywiste. Brąz mi się zmywa chyba, ponieważ blondynka nabyta ostatnio intensywnie i na każdym kroku wyłazi ze mnie... Mówię jej czasem, żeby cicho siedziała, a ta gada i gada i to takie rzeczy czasem, że aż mi wstyd... klik

A zatem...

1. Znaczek wygląda tak:

 

2. Sugerujące, że na niego zasłużyłam to: Genevieve, Nuta i Zielona (której rss nadal nie mogę znaleźć)

3. Nominowane przeze mnie to hm...
I tu się problem pojawi, ponieważ liczba ofiar musi być ograniczona. No to ja tak nie chcę i proponuję według linków moich...

środa, 18 marca 2009

Mark Twain i ja

    Rada pedagogiczna. Siedzimy. Nastroje kawy mocnej żądające. Każdy z miną marsową, jak na poważnych belfrów przystało. Za oknami zbiegające się chmury niemalże burzowe i wichura. Do scenerii wilków jedynie brakuje... W pokoju również. Siedzimy. Czwartą godzinę siedzimy. Ustalamy. Udajemy, że jeszcze myślimy. Nagle zaczyna komuś dzwonić telefon. Dzwoni. Jak dzwoni, niech dzwoni - co mnie to? Ale dzwoni i dzwoni. Wszyscy zamilkli. Dzwoni. Obok mnie w dodatku dzwoni... Nikt się nie przyznaje. Co za matoł - myślę sobie zirytowana nietaktem ciała pedagogicznego któregoś - nie dość, że dźwięków nie wyłączy, to nie odbiera jeszcze - i wtedy uświadamiam sobie, że to z mojej torby przepastnej dzwoni.
Wzięłam zatem wyjęłam, wyłączyłam i jak ta głupia mówię, że przepraszam, ale to nie mój telefon jest, więc nie reagowałam...

Taaak... jak to Twain powiedział: lepiej milczeć i sprawiać wrażenie idioty, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości, ale przecież ponoć śmiech to zdrowie...

A ślubny tak zapewniał, że ten telefon jest nie do zdarcia. Tłumaczył, że klapki na pewno nie urwę i że dzwonić będę z niego równie często, jak z poprzedniego. Twierdził nawet, że o ile tamten był wstrząsoodporny i kurzoodporny i makeupoodporny i w ogóle na mnie odporny, to ten też będzie odporny. No? No to czemu nie powiedział, że on dzwoni inaczej, ha...? klik

niedziela, 15 marca 2009

kraina chichów i rzut okiem na rzeczywistość wokół

   Odpoczywam. Tak trochę beztrosko, a trochę absurdalnie. Wdepnęłam kilka dni temu w "Krainę chichów" i pozwoliłam autorowi tejże bawić się bezkarnie moją intuicją i poczuciem estetyki. Wdepnęłam i wyjść jeszcze nie potrafię, bo w sumie to niezłe wyjście awaryjne i dobrze mi z nim, kiedy patrzę na świat wokół. A jeszcze równolegle do lektury, dałam się klasie wyciągnąć na "Pamiętnik narkomanki". Monodram. Rewelacyjny. Ja byłam zadowolona, że poszliśmy, oni jednak połowy nie pojęli. O ile spraw trzeba się otrzeć, żeby je zrozumieć? Czy nie można kogoś nauczyć, nie poruszając kwestii doświadczenia? Stałam się (absurdalnie - nomen omen) w jednej minucie starsza o całe stulecia i doświadczeniem napiętnowana, a ja po prostu (niekoniecznie z autopsji) wiem, co to szpitalny oddział neurologii, co to widok osoby uzależnionej i jak trudno wniknąć w psychikę własną. Absurd. Wolałabym tego nie wiedzieć. Czy wtedy byłabym tym samym człowiekiem? Czy tylko te traumatyczne przeżycia świadczą o naszej wrażliwości i estetyce? Piesek jest ładny, dopóki nie przejedzie go samochód. Potem jest brzydki? Wiem, że okropne porównanie, ale akurat takie mi do głowy przyszło. W ogóle to wiele dziwnych rzeczy mi do głowy ostatnio przychodzi. Chociażby próba odpowiedzi na stwierdzenie pani z biblioteki, że jedyną czytającą polonistką w szkole jestem. Zastanawiam się również jak można własne dziecko siekierą zabić, ewentualnie zadusić zaraz po urodzeniu. Taaak... w sumie kraina chichów wiadomościom bieżącym do pięt nie dorasta, a jednak ruszyła mnie. Może dlatego, że język pisany to i niejako bardziej poprawny i bez wulgaryzmów. No tak... Ale już na pewno nie trzeba być humanistką, czytającą, świeżo po lekturze książki dziwnej, aby się zastanawiać, dlaczego spod drzwi sąsiadów od rana wypływa woda, a oni na to nie reagują. Nie reagują i już. Remontują. Ponoć to normalne u nich. No nieźle. Mam tylko nadzieję, że ogrzewają używając pieca. Kończę, bo się zakręcam i rozkręcam... Wyłączam telewizor, idę po zieloną herbatę i wrzucam na ruszt "Dziecko Noego" Emmanuela Schmitta. Może po niej świat będzie normalniejszy. Albo moja estetyka wróci na dawne tory, które może niekoniecznie normalnymi były.

sobota, 14 marca 2009

o spodniach, emocjach, ulubionym i ślubnym co się zdziwił

    Pani postanowiła dzisiaj uprać swoje czarne spodnie, których od jesieni nie nosiła, żeby je odświeżyć zanim cztery litery obcisną. Włożyłam je do pralki (spodnie oczywiście) i wtedy to właśnie okazało się, że niezmiernie marnie w niej wyglądają. Jedyną radą było zatem coś dorzucić. Drań, skarbnicą rzeczy do prania będący, czarnych ubrań nie nosi, więc jedyna nadzieja w ślubnym pozostała. Idę zatem do męża własnego i osobistego i mówię mu: zdejmuj spodnie, bo coś do pralki potrzebuję. Ślubny się popatrzył ubawiony, ale ponieważ ton mojego głosu był nad wyraz kategoryczny, zaczął pas do spodni rozpinać. No i wtedy pani pomyślała, że na sobie bluzkę czarną ma. A skoro czarna, to dwie pieczenie na jednym ogniu i ją również dorzucić można, chociaż wagi zbytnio to nie zwiększy, bo już dzięki spodniom ślubnego pralka helikoptera przypominać nie ma prawa. No ale bluzkę zdjąć najpierw trzeba. Ile w tym roboty? Ano nic. Wziąć i zdjąć. Biorę zatem brzeg bluzki i przez głowę ją. Patrzę na ślubnego, a ten gapi się tak jakoś i pyta w dodatku, czy mi aby na pewno o pranie chodzi. Normalnie dziwny on. No jak nie o pranie, jak mówiłam, że o pranie? A poza tym, czemu niby o innego coś, jak Gladiator w telewizji? No ja rozumiem, gladiator gladiatorowi może i nierówny, ale tego to akurat lubię, więc poszłam pranie wstawić, ślubnego zostawiłam jak słup soli z domysłami i jeszcze kolację zrobiłam.

Pranie skończone, film również, ser pleśniowy smakuje wybornie z ulubionym. Lubię, kiedy książka albo film wywołują we mnie emocje. Hm... ano właśnie. Tych ci u mnie nie brak ostatnio.

poniedziałek, 9 marca 2009

damsko-męskie, czyli malżeńskie

ja: jaka dzisiaj kochanie pogoda?
ślubny: a taka...
ja: no jaka? zimno jest?
ślubny: nie
ja: ciepło?
ślubny: nie
ja: no to jaka?
ślubny: no taka, jak u Chandlera, że żony dotykając ostrze noża, patrzą dziwnym wzrokiem na szyje swoich mężów...
ja: kumam...

sobota, 7 marca 2009

hibernacja

    Nie chce mi się nic. Wpadłam w stan hibernacji. Wieczorami owijam się kocem, zakładam skarpety z wełny owczej i otaczam się książkami. Omijam komputer. Wieczorami nie chce mi się nic więcej. Kilka razy ślubny w tym kocu pod pierzynkę mnie przeniósł. Zdaje się, że nawet z Anną Kareniną. Taka byłam przewrotna, że on niosąc mnie, niósł i ją i Tołstoja jednocześnie, nie wiedząc nawet, co dźwiga.
Rano wyskakuję z łóżka niczym młody bóg i pędzę, ale później wszystko mnie kusić zaczyna... kocyk, pierzynka, książki, kubek z pachnącą jaśminem zawartością. Nawet ulubione smak straciło ostatnio... A to objaw straszliwe zapowiedzi dający.
Tak więc w hibernacji jestem... Ale jestem... klik

damsko-męskie, czyli malżeńskie

ja:  nie śpisz kochanie?
ślubny: śpię
ja: to czemu gadasz po nocy
ślubny: bo mnie pytasz
ja: ja?
ślubny: no kazałaś mi b od p odróżniać przecież
ja: ????
ślubny: dziękibogu tak przez sen się tylko zachowujesz...

                         ***
ślubny: nie chce ci się spać?
ja: nie
ślubny: opijecie się tej kawy w tym pokoju, a potem to spać wam się nie chce i głupoty wam po głowach łażą

                         ***
ślubny: zrobić ci herbatę?
ja: tak, nescafe, ale bez mleka

wtorek, 3 marca 2009

czerwień Pompei

    Chyba ostatnio zapędziłam się za daleko we własnych planach i myślach i chceniach. Ale kto powiedział, że stoicyzm to najlepsza reakcja na życie? O ile przyjemniej przecież brać całymi garściami i zagarniać emocje, radość, plany, szczęście. Skrajności są może i skrajne, ale na swoich biegunach niepowtarzalne. A ja lubię niepowtarzalność. Podobnie jak skrajność. Szkoda tylko, że są one tak wyczerpujące...
Zmiany ewaluują. Niby powolutku, niby niezauważalnie jeszcze, a jednak. W sypialni na ścianie będziemy mieć czerwień Pompei. Ładnie? Po bieli na pewno będzie zaskakująco. Bo w ogóle jest zaskakująco. Nawet jak dla mnie.  Zaczynam nie ogarniać swoich emocji i swojego organizmu. Mam nadzieję, że to przesilenie i tęsknota za wiosną. Tylko.

wahadło wcale nie foucaulta

    Najbardziej lubię ten moment, kiedy bohater się waha... Kiedy nie wie jeszcze, czy chce być bohaterem. Albo nie wie, że przypisane mu jest nim zostać. Lubię śledzić wówczas te zakulisowe odkuchenne emocje, których sam ich właściciel poznać w sobie jeszcze nie potrafi. I wcale nie musi to być bohater przez wielkie "b". Każdy z nas ponoć kowalem własnego losu jest, więc każdy bohaterem bywa wielokrotnie w ciągu dnia. Wypić kawę z mlekiem, czy kawę czarną? Oto jest pytanie. Na przykład. I dylemat niosący dwie różne możliwości. Lubię ten moment zawieszenia samej mnie między obowiązkiem, a kilkoma kwadransami prywatnymi. Przed wyjściem, w mięciutkim szlafroku, przed gonitwą całodzienną i tysiącem decyzji do podjęcia. Lubię te chwile, kiedy jeszcze mogę się zawahać.
A więc kawę czarną już wybrałam... klik

niedziela, 1 marca 2009

Cocker, indyk i moje zwoje mózgowe

    Był piątek. Był. Tak właśnie. Miałam tego świadomość nawet. Nawet miałam odpocząć i napisać i posączyć ulubione i posłuchać muzyczki i... i usnęłam zaraz po 20-tej na sofce, w szlafroku pod stertą książek. Wczoraj jeden uczeń i drugi uczeń i wizyta u najszczęśliwszej i rodzica mojego płci męskiej wypełniła znaczną część dnia, a tę pozostałą wypełniło upychanie reprodukcji Chagalla w antyramy i obłożenie się drugą stertą książek.
- Dzwonię do pani, aby zapytać, czy byłaby pani zainteresowana współpracą z nami - głos pani z wydawnictwa był miły i jakoś tak zachęcająco brzmiał w piątkowe przedpołudnie w szkole.
- Nie wiem... Chyba tak...
- To świetnie, bo pani X bardzo sugerowała nawiązanie współpracy - i rzekome plecy na konferencji stały się w tym momencie plecami rzeczywistymi - bardzo zależy nam na przygotowaniu... - usłyszalam konkretne tematy.
    A w chwili obecnej piję kawę poranną. W kuchni gotuje się rosół. Taki w dużym garze i bardzo tłusty, żeby najszczęśliwsza i droga były usatysfakcjonowane, że i ja potrafię dwu-centymetrową warstwę tłuszczu każdemu na talerz wlać. Pachnie też schab ze śliwkami. Indyk czeka na swoją kolej, bo jeszcze przyprawami przechodzi. Na surówki nie mam jeszcze pomysłu. Muszę swoje zwoje mózgowe przełączyć na myślenie kuchenno-domowo-abstrakcyjne, bo ostatnio poza draniem jest to dla mnie sfera z innej bajki. Już marzec. Szok. Ciasta nie upiekłam. Jak nie ja. Nie wyrobię się. Kupiłam gotowe... może nie zauważą. Do czerwca blisko. Wtedy nic robić nie będę. Przyrzekam ja sobie.
Czy mój blog to forma ekshibicjonizmu? Ostatnio podłota sugerował coś na ten temat. Ale wszak podłota to...
klik

piątek, 20 lutego 2009

taaaak...

    Piątek!!!! Taaaak... Nastał wreszcie i nareszcie. Nie żebym takiego na ten przykład czwartku nie lubiła. Lubię. Lubię również ja i wtorek i poniedziałek (o! ale ten jakby trochę mniej...) i środę też lubię. Ale piątek to ja jednak lubię najbardziej.
A te dni to właściwie tak szybko się zmieniają, że czasem to przez chwilę nie wiem, który z nich aktualnie jest. Praktykantka za to sumiennie przypomina mi w takich wypadkach, że dziś jest dzień taki to a taki, a zajęcia mam w sali tej czy tamtej. No przecie ja to intuicyjnie wyczuję po chwili zaćmienia, a poza tym widzę przecież, która klasa czeka i skleroza u mnie w powijakach dopiero, więc jakoś tak nadgorliwa ona jest chyba?... No tak... dobrze, że ja sekretarki mieć nie muszę, chociaż chwilami to bardzo by się przydała, ale taki oddech tuż za mną to jest potworny jednak. Taaak... "Wyjmij Grzesiu tę książkę spod pupy i racz napisać pracę klasową samodzielnie" mówię dzisiaj do Grzesia, a on i ona stają w szranki, kto minę głupszą zrobi... No ja to nie wiem... toż widać było, że Grześ książkę ma i do celów niecnych użyć ją spróbuje... Taaak... Pątek zatem mam. Ale mi dobrze! klik

czwartek, 19 lutego 2009

lotem i w przelocie

    Pani dotarła szczęśliwie i na miejsce i do domu. Obejrzała pani wiele ciekawych wystaw, wysłuchała pani wielu ciekawych wykładów. Ba! w warsztatach pani udział wzięła również. No i od poniedziałku pani referuje, planuje, opowiada, przedstawia, relacjonuje. Coś za coś... Ślubny i drań się stęsknili, a ja doszłam do wniosku, że życie hotelowe to ja jednak mogę prowadzić. No bo tak mi dobrze tam było... Cisza, spokój, cieplutko, mięciutko, cisza, spokój. Niczego nie popsułam, niczego nie urwałam. No bo w zasadzie to nawet nie miałam ku temu okazji, bo jak już przed 22 zjechałam do hotelu, zadzwonił mąż ślubny, pierwszy i ostatni organoleptycznej z pytaniem, czemu ja jestem tam, a nie u nich. Hm... skąd on wiedział, to ja nie wiem. No i się zaczęło. A skończyło się tak, że nocką ciemną spakowałam się i zmieniłam miejsce spania. Wyglądało to prawdopodobnie dziwnie, bo pani w recepcji taki mi uśmiech strzeliła, że najpierw się zdziwiłam, a dopiero potem do mnie dotarło, że obrazić ja się raczej powinnam. Organoleptyczna za to na początku wielką nieobecną była, bo bawiła na studniówce, zapowiadając, że ino mig do domu wróci, więc z jej pierwszym i ostatnim zjedliśmy kolację, pogadaliśmy wcale nie mało i poszliśmy spać, ale ponieważ organoleptyczna jednak wróciła (ino mig według mnie ciut inaczej jednak wygląda), to mnie obudziła, bo ponoć się stęskniła. Rano zatem dopiero kawa postawiła mnie na nogi i na niedzielnej konferencji oraz tym, co tam jeszcze w programie było, nie odbiegałam za bardzo wyglądem od tych, co to na uroczystej kolacji zostali. Z tą różnicą, że umysł miałam sprawny. Panie Basie i panie Kasie zerkały na mnie ni to ukośnie, ni to zazdrośnie, ale sama nie wiem, czy dlatego, że jedną z pań konferencję prowadzących okazała się pani, z którą wspaniale mi się rozmawiało poprzedniego dnia i której wyłuszczyłam wszystkie swoje żale przeciw podstawie programowej, a wszystko działo sie w otoczeniu performer i Grotowskiego, którym obie się pasjonujemy. Wyszło zatem, że oprócz kochanka, mam i znajomości.
Obcasy faktycznie się nie przydały, a suszarka była. No to tyle... Szykuję się, co by młodzież edukować wedle nowych założeń i propozycji i pomysłów własnych. I cieszę się, że jutro już piątek, bo jednak dwutygodniowy maraton dał mi mocno w kość...

sobota, 14 lutego 2009

damsko-męskie, czyli malżeńskie na pożegnanie

ślubny: weź koniecznie ładowarkę i informuj mnie na bieżąco, gdzie jesteś
ja: martwisz się?
ślubny: po prostu dawno nie byłaś w mieście...

No tak...

piątek, 13 lutego 2009

tuż przed

    Hm... ulubione sączę i smakuję i próbuję i... klik sączę też. I myślę, co ja właściwie mam spakować? Ech... sama to ja dawno nie jechałam, a co za tym idzie: dawno sama nie dźwigałam bagażu... No tak... Póki co stoją naszykowane... obcasy. Ślubny co prawda zerka na nie podejrzliwie. Tym bardziej, że od wczoraj sypie i zasypane mamy powiatowe całe. No ale jak to tak bezobcasowo jechać mam? Toż nawet jeśli nie włożę, to mi lżej na sercu będzie, że one ze mną są. Pycha to ulubione jest. Czerwone takie bardzo, bardzo. Poza tym sam chciał, żebym jechała, to jadę. Że niby żona posłuszna ze mnie jest. W hotelach są suszarki do włosów, prawda? Muszą być. No tak... Znaczy wyśpię się. Książki nie biorę żadnej, laptop zostaje w domu, komórkę wyłączam po 22. Tak. O! Chociaż... no o tym to ja jeszcze pomyślę. A poza tym to mi dobrze. Drań wycałowany i naprzytulany i jutro chłopaków wysyłam do najszczęśliwszej przed moim wyjściem, żeby mi lżej było.
Idę po drugą lampkę ulubionego... Ślubny śledzi swoje polityczne programy w tv i udaje niewzruszonego. No tak... Już ja go znam. Pięknie za oknem. Biało. Szkoda, że to nie grudzień, albo styczeń. No i właśnie dlatego jadę pociągiem. Oddałam bilet na pks. Bałam się. Jakoś tak irracjonalnie może, ale jednak. A wszyscy pkp mi dzisiaj odradzali. Chrzanię. Wolę być w czymś większym niż autobus. Hm... jaki kolor tak naprawdę ma ulubione? Burgund, czy rubin? Nie wiem sama.  Kotka mi się wtryniła na kolana. Dziwna jakaś. Wieki tego nie robiła. Zlazła ospała z pieca i legła mi na nogach. I śpi. Muszę ją zrzucić zaraz. Szkoda. Ale naszykowałam mój jaśminowy olejek pod prysznic. Tylko dosączę ulubione i dosłucham...

środa, 11 lutego 2009

wyjeżdżam.stop.sama.stop

    Kiedy podjęłam decyzję o wyjeździe, było mi dziwnie jakoś tak.
No bo jak to? Tak się spakować, wycałować drania i męża własnego i osobistego i zamknąć za sobą drzwi? Chociaż z tymi drzwiami to najłatwiej chyba...
Ale czuję, że im bliżej wyjazdu, tym mi lżej i jakoś tak po prostu, zwyczajnie... lekko. Chyba muszę zacząć koleje drzwi zacząć zamykać, skoro rzuciłam się na głęboką wodę. Nigdy nie byłam typem tej, co siedzi w domu i wychowuje dzieci, czekając na męża. Penelopie do pięt nie dorastam. A jednak siedziałam w domu. I było cudownie. Ale... nawet cudowność może się znudzić. Może? Już sama nie wiem. Teraz jest dobrze. Tylko asertywności we mnie więcej. Niejako odwrotnie proporcjonalnie do pretensji o detale.
Chyba to lepsze dla wszystkich.
Ale wyjazd... No właśnie. Co spakować? Czy będę potrafiła zasnąć w obcym łóżku, takim bezpłciowym w dodatku? A może po tych wszystkich konferencjach i warsztatach odwiedzić stare kąty i zwyczajnie zrelaksować się samą świadomością, że mam dwie doby tylko dla siebie? A może... a może jeszcze coś innego wpadnie mi do głowy?
Potrzebowałam tego. Bałam się zrobić krok przed siebie. Jeszcze za mocno trzyma mnie pępowina z draniem. Ale to chyba już czas. Taaaak... no więc wyjeżdżam w ten weekend. Sama. Tak. Tak... klik

Mosze, gra w zielone i artystyczny nieład

    U mnie ostatnio jest trochę tak, jak w tym kawale, co to Mosze miał za mało miejsca w domu i poszedł do rabina po radę. Rabin kazał mu wstawić do mieszkania wielką szafę, wielki, okrągły stół, kanapę i zaprosić rodzinę z drugiego miasta z piątką dzieci. Mosze się posłuchał. Po pewnym czasie rabi mówi do Mosze, aby ten wyprosił rodzinę, sprzedał kanapę, stół i szafę. Mosze wyprosił, sprzedał i zaraz po tym przychodzi do rabiego uradowany wielce, mówiąc: rabi!! jakie wielkie mam mieszkanie!!
Rabiego o radę nie prosiłam, szafy nowej nie nabyłam od dawna, a i rodzina mi się na głowę nie zwaliła. Co prawda, jak to stwierdził podłota, mogłabym sobie jeszcze dobrać etaty na uczelni i w dwóch szkołach, a i tak bym podołała, bo chyba mam za mało, skoro wzięłam już tyle. Fakt... wzięłam tyle, że dopiero teraz widzę, ile to ja miałam czasu wolnego w zeszłym semestrze. Nawet praktykantkę wzięłam... Co prawda moi uczniowie tym faktem ucieszeni nie są, bo dziewczę im do gustu nie przypadło, ale wyjścia nie mają. Ja za to mam wyjścia dodatkowe często, bo mam lekcje muzealne i w galerii, a poza tym doszkalam się. Ustawicznie i z premedytacją. No i tak właśnie przy okazji tych szkoleń, mówię do ślubnego, że mam zaproszenie na dwudniową konferencję na tematy mnie pasjonujące. A ślubny niewiele myśląc mówi: jedź!! No to patrzę na niego i się zastanawiam, czemu to tak spontanicznie i bez zastanowienia, a on dodaje, że odpocznę sobie i wyśpię się w nocy. No... teoretycznie w nocy to ja tak w ogóle to śpię, więc nie wiem, czemu to miałabym się tam akurat wyspać, bo ślubny mi aż tak w nocy nie przeszkadza, ale jadę...
    Poza tym porządek, będący nieładem artystycznym trwa u mnie nadal. No bo jak ład mam za długo, to mnie głowa boli. Jedną nogą jesteśmy zatem w drugim mieszkaniu, ale sprawa utknęła w punkcie martwym i chyba będzie trzeba ją cofnąć do obecnego. No tak... jakoś nie mam czasu na głupoty, więc i sprawy dopilnować nie mam kiedy teraz, więc póki co mieszkania zmieniać nie będziemy. Zmieniłam natomiast niechcący kolor włosów. ... niby fryzjerka mówiła mi, abym mojej odżywki nie używała na razie, bo bardzo silna i specyficzna i z woskiem. No to nie używałam. Na razie... Ale "na razie" też ma jakąś długość, nie? No więc jak wczoraj minęły trzy tygodnie od bytności u owej, stwierdziłam, że "na razie" się kończyć powinno i po umyciu włosów, odżywkę naciapałam, głowę folią owinęłam i pół godziny odczekałam. Folię zdjęłam, włosy spłukałam, spojrzałam w lustro i w zasadzie to się ubawiłam. Tam bowiem, gdzie był ciemny brąz, są rudawe refleksy, a tam, gdzie był fiolet, pojawiły się zielone nitki. Hm... jest ryzyko, jest zabawa... W szkole kolor się spodobał, plastyczka stwierdziła, że mam duszę artystyczną, uczniowie gapili się, jak sroki w gnat, a ja postanowiłam kupić zielonkawy cień do powiek. Ślubny bał się komentować, ale kochać mnie musi, bo przysięga go obowiązuje. No tak...
Dranisko dzisiaj pognało do przedszkola po kilkudniowym wirusie, jutro ma pasowanie na przedszkolaka, więc jutro pogna za nim ślubny z kamerą i najszczęśliwsza z rodzicem moim płci męskiej, bo jutro maluchy mają również dzień babci i dziadka.

Taaak... no to kończę kawę, pisanie i gnam na lekcje klik

środa, 4 lutego 2009

taki sobie zwykły dzień

     Lekcję prowadzę. Tak normalnie prowadzę. Burza mózgów, mapa pojęciowa, problem do rozważenia i dyskusja. Pomiędzy tym wszystkim jakieś uwagi do zanotowania. W ławce na końcu jednego z rzędów siedzi sobie dwóch odważnych, co to gadają i gadają. Zerkam raz i drugi. Nic. Uwagę zwracam. Nic.
     Pod koniec lekcji biorę do ręki długopis z czerwonym wkładem i zmierzam w stronę śmiałków. Klasa zaczyna szemrać. Szmer coraz głośniejszy. O wszystkim. Stukam głośniej niż zwykle obcasami, ale śmiałkowie nie słyszą... Toż zagadani są, więc słyszeć mnie nie mogą.
Proszę o zeszyty, pochylam się i zaczynam pisać...
                                       
     ... "ej no!! cicho!! bo sorka gały wstawia za free!!" słyszę za sobą głos Bartka i właśnie wtedy, kiedy ledwo udaje mi się nie parsknąć śmiechem z owego, oddaję zeszyty z wpisanymi uwagami.

                                         ***

Ot! taki sobie zwykły dzień z życia nauczycielki...

wtorek, 3 lutego 2009

odwaga i ja, czyli jestem potworem

    - Ale pani ładnieeeee wyglądaaaaa - obstąpiła mnie pierwsza klasa podczas dyżuru. - A ja to pani nie poznałam - dodała Kasia z trzeciej i wtedy dowiedziałam się, że nie odbiega ona od reszty uczniów, którzy się do faktu owego przyznali chóralnie. Zaś wszyscy oni wcale nie odbiegli również od ochrony, której to musiałam się wczoraj tłumaczyć, dlaczego chcę wejść do szkoły oraz tak nazwanego kiedyś ciała pedagogicznego, które w większości zastanawiało się, kto to nowy w pokoju jest i się porusza wcale nie nieśmiało.
- Ale odważna to pani jest!! - perorowała Beata z drugiej, obcinając mnie z tyłu i całkowicie nie zwracając uwagi na to, że rozmawiają niejako przy mnie, a w zasadzie to tak jakby "wokółmnie", no i przede wszystkim ze mną było nie było.
- No jasne, że pani jest odważna!! - podsumował stanowczo Adam - A kto inny by się odważył wbiec na salę gimnastyczną w takich obcasach podczas meczu z pretensjami do trenera????? - zakończył dobitnie i rozmowa ucichła, bo każdy zgodnie pokiwał głową.

                                  ***
    Jestem znaczy się odważna. Taka bardzo odważna znaczy się. Czuję się wręcz jak krótkowłosy potwór biegający na obcasach po sali gimnastycznej z owym parkietem sławetnym. No tak... niezłą znaczy mam opinię. I gdybym nie obcięła włosów, to nawet bym nie wiedziała, że do moich przymiotów odkrytych przez młodzież doszła tak brawurowa odwaga. Hm... człowiek uczy się całe życie jednak.
No właśnie... a' propos tak tej nauki... wróciła znaczy od tego tygodnia już i dawne klimaty i obcasy też. Ale jeszcze potworem nie bywałam... No tak... toż to drugi dzień dzisiaj był dopiero...

żaba

    Późnym wieczorem wczoraj zadzwonił do mnie rodzic płci męskiej. Ha! ręce mi zadrżały i jakoś tak mi nogi podcinać coś zaczęło. No bo jak rodzic płci męskiej dzwoni po 22 to znak, że musiało stać się coś. Nie żebym kontaktu z rodzicem nie miała, ale ponieważ w ciągu dnia w sumie to ze trzy godziny trajkoczemy z najszczęśliwszą przez telefon, rodzic płci męskiej mój wie o wszystkim czy tego chce, czy też nie chce - najszczęśliwsza bowiem jak radio wolna europa w domu nadaje i gada, czy jest wysłuchana, czy też nie. Jakiś czas temu nawet rodzic mój płci męskiej stwierdził, że już nauczył się opanowywać mimikę twarzy i udawać wyraz skupienia przy równoczesnej pełnej odporności na jej głos. No tak szczerze, to potem miał ciepło... więc nie wiem, czy nadal jest uodporniony, czy już woli słuchać. Ale wrócę do tematu: zadzwonił. No i co mógł powiedzieć? Dałam mu bowiem szansę na odezwanie się, bo ja już miałam wizję szpitala a w nim kogoś bliskiego (najszczęśliwszej znaczy, albo babci-prababci drania, tudzież coś równie tragicznego, jak na przykład brak apetytu ich utuczonej kotki, która ledwie na komodę wskoczyć może i jeszcze zaraz po tym karkołomnym wyczynie domaga się pochwał za to, że sprawna taka).
Tak więc dałam rodzicowi palmę pierwszeństwa, a ten się pyta! Zamiast mówić, to się pyta. I o co się pyta? No jak ten głupi pyta się o to, czy drań już śpi. No jasne, że śpi i to od godzin czterech. No a ten mi znowu pytanie zadaje, czy u nas wszystko dobrze. A jak ma niby być? Chociaż po tych czułościach i zainteresowaniu się rodzica nami już sama nie wiedziałam, czy aby z nami wszystko dobrze i u nas też. I kiedy już miałam zarzucić go pytaniami o zdrowie tych i tamtych i dopytywać się, czy aby na pewno nie kłamie, rodzic mój płci męskiej jak gdyby nigdy nic mówi mi, że dzwoni, bo musi nam opowiedzieć, jaką miał dzisiaj przygodę, kiedy wracał do domu - idzie, patrzy, a tu żaba kica. Popatrzył na nią, wziął na rękę, przeniósł przez ulicę, żeby jej nic nie rozjechało, zostawił na trawie, wszedł do domu i zadzwonił do nas. No i po tym jak mnie urzekła jego historia, się rozczarowałam, że to tylko o żabę chodzi, potem natomiast się zdziwiłam, że nie wziął jej do domu, a potem do mnie dotarło, że w lutym to żaba raczej nie przeżyje i mnie nawet wściekłość ogarnęła. Tym większa, że ślubny trzymając mój telefon przy uchu swoim razem z teściem własnym naśmiewał się z absurdu sytuacji. No i nikt mnie nie słuchał, że ta żaba marznie gdzieś tam i rodzic jest potworem zostawiając ją na pastwę losu, kiedy to mogłaby kumkać w domu najszczęśliwszej. Ale i ślubny i rodzic prosili, aby najszczęśliwszej incydentu lepiej nie opowiadać. No nie opowiedziałam również draniowi, bo pewnie byśmy dzisiaj od szóstej rano żaby szukali, a i najszczęśliwsza wtedy dowiedziałaby się.
Żaba... w sumie absurd taka żaba w lutym... klik