Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sekretnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sekretnia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 22 listopada 2010
o kurzu i nieprzewidywalności
Usunęłam tancerkę flameco już bardzo dawno temu. Potem usunęłam obcas wysoki i czerwony. A potem zauważyłam, że wytrwale usuwam siebie. Jakoś podświadomie wycofuję się i zaczynam milczeć. ... a przecież nie o to chodzi. Nie zmienię adresu, chociaż taki miałam początkowo zamiar. Linku z autografu nie usunę również. Zbyt długo ten blog towarzyszy mi, abym go unicestwiła. Jednak sekretnia pozostaje obecnie jedynie archiwum tego, co pisałam dawniej. Zaczęłam ją pisać dla żartu z grupą znajomych blogowych, stała się wreszcie miejscem eksperymentowania, jak pisać "na polecenie". Już mnie to nie bawi. Sekretnia nigdy nie była miejscem prywatnym, chociaż kilka razy próbowałam ją takim właśnie uczynić, bo bardzo tego potrzebuję. Nie ma sensu ciągnąć czegoś, co od początku poważne nie było. Znikam zatem. Nie wiem... może kiedyś wrócę. Mam bowiem pełną świadomość własnej nieprzewidywalności. Ale póki co, na szarym kurz aż tak bardzo w oczy nie będzie się rzucał...
piątek, 22 października 2010
o sztuce kochania wprost...
Napisałam. Skasowałam. I tak raz i czwarty. Nie drażnię się ze sobą. Szukam słów odpowiednich. Żadne nie pasują do mojej złości. A może do mojego rozczarowania? Nie wiem... Może nawet i do obojętności. Jakiś płaszczyk emocji negatywnych okrył bowiem nasze relacje z osobami poniekąd najbliższymi. I znowu złe słowo... okrywał przecież od kilku lat. Jak widać skutecznie. Teraz jednak ktoś sprawnie zapiął jeszcze guziki i postawił kołnierz. I to chyba właśnie nas obudziło. Od lat tkana nadinterpretacja naszych słów i zachowań, mówienie, co powinniśmy, przekazywanie naszej codzienności dalej dokonały cudu. Po prostu. Tak zwyczajnie. Tyle pisania o dzieciach gorszego boga, o relacjach, o negacjach i nagle brak słów. Ale jak powiedzieć i co? Zwyczajnie? Że dobrze? Że to było do przewidzenia? Pewnego dnia sierpniowego obudziliśmy się i stwierdziliśmy, że coś trzeba zmienić. Zamknąć drzwi. Wyciszyć telefon. Wytyczyć inne ścieżki. Prawdopodobnie trzeba było zrobić to na wstępie. Wieki temu. Ale wtedy mieliśmy nadzieję, że chwilowe niesprawiedliwości tylko chwilowymi pozostaną. Źle się dzieje w okolicy. Ale jak się ma dziać, skoro jej mieszkańcy doradców mają stronniczych.
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
nie jestem świętą...
... i dobrze mi z tym. Cholernie dobrze. Nie muszę udawać. Nie muszę wikłać się w schematy. Nie muszę cierpieć. Nie muszę myśleć, co ktoś pomyśli i rozdzielać włosa na czworo przy byle okazji.
A świętych wokół nie brakuje. Świętych żon i mamuś. I córek. I pracujących kobiet, żyły wypruwających ku chwale własnej i ojczyzny. A wszystkie one muszą. Muszą, bo powinny musieć. A sumienne są, więc stale myślą, że powinny więcej. Chociaż napięcie ich mięśni świadczy o stresie i kompleksach. Ale o tym nie mówią, bo tego nie mogą. Świat bowiem dzieli wyraźnie i wyznacza, co można, czego nie wolno. Nie wolno się cieszyć z drobiazgów. Nie wolno się śmiać spontanicznie. Nie wolno być szczęśliwą w małżeństwie, mieć przyjaciół. Nie można mieć pracy, w której się realizuje, trzeba się bowiem męczyć. Nie wolno mówić głośno, że chce się więcej - nie obowiązków, ale uznania i gratyfikacji.
Nie jestem świętą. I cieszę się bardzo, że mogę umalować się, kiedy mam na to ochotę, a moja czerwona szminka nie jest od wielkiego dzwonu. Cieszę się, że mogę nosić pończochy, bo przecież są one dla kobiet. Cieszę się, że mogę pójść wieczorem na spotkanie z przyjaciółmi i siedzieć czasami do rana przy miłej rozmowie.
Cieszę się, że nie jestem świętą, bo one są potwornie nudne i zniechęcone. I święte. I nieomylne. I pierwsze rzucą kamieniem. Bo muszą. Bo one się poświęcają i po łokcie urabiają.
A świętych wokół nie brakuje. Świętych żon i mamuś. I córek. I pracujących kobiet, żyły wypruwających ku chwale własnej i ojczyzny. A wszystkie one muszą. Muszą, bo powinny musieć. A sumienne są, więc stale myślą, że powinny więcej. Chociaż napięcie ich mięśni świadczy o stresie i kompleksach. Ale o tym nie mówią, bo tego nie mogą. Świat bowiem dzieli wyraźnie i wyznacza, co można, czego nie wolno. Nie wolno się cieszyć z drobiazgów. Nie wolno się śmiać spontanicznie. Nie wolno być szczęśliwą w małżeństwie, mieć przyjaciół. Nie można mieć pracy, w której się realizuje, trzeba się bowiem męczyć. Nie wolno mówić głośno, że chce się więcej - nie obowiązków, ale uznania i gratyfikacji.
Nie jestem świętą. I cieszę się bardzo, że mogę umalować się, kiedy mam na to ochotę, a moja czerwona szminka nie jest od wielkiego dzwonu. Cieszę się, że mogę nosić pończochy, bo przecież są one dla kobiet. Cieszę się, że mogę pójść wieczorem na spotkanie z przyjaciółmi i siedzieć czasami do rana przy miłej rozmowie.
Cieszę się, że nie jestem świętą, bo one są potwornie nudne i zniechęcone. I święte. I nieomylne. I pierwsze rzucą kamieniem. Bo muszą. Bo one się poświęcają i po łokcie urabiają.
sobota, 22 maja 2010
zapędziłam się...
... w kozi róg. A przecież lubię kozy. Są takie pozornie głupie i śmieszne. Mam nawet zdjęcia z nimi. Mają wielkie oczy i miłe są w dotyku. Dają się głaskać. Szkoda, że w moim rogu kozim kóz nie ma. Róg tylko jest. I to wcale nie ten Almatei, tylko taki zwykły, w którym chwilami robi się duszno, a czasem nic nie widać. Bywa i tak. Biegam. Przeraża mnie powódź. Cieszy wyprawa do Nadrenii w wakacje. W tym roku na nie zasłużyłam bardziej niż zwykle. Drań rośnie i jest coraz poważniejszym chłopcem, a ja uprawiam papierologię stosowaną, doskonalę umiejętności i wyłapuję jednostki niepokorne, które wygrywają w kolejnych konkursach, a w wolnych chwilach siedzę w teatrze czy muzeum. A potem okrywam kołderką śpiącego drania, mijam ślubnego, który nie komentuje moich decyzji i dopiero przy porannej kawie wysłuchuję szczebiotu własnego dziecka, które opowiada mi swój świat. A wolne dnie wypełniamy wyprawami we troje, we czworo, czasem również z psem. Z czego zrezygnować? Cieszę się z tych wakacji, które ino mig...
Ostatnio zapatrzyłam się na umorusanego malucha w wózeczku, który mymłał bułkę i wcale ładnie nie wyglądał, a mnie zrobiło się jakoś tak... hm... szkoda? Tylko czego i czemu. klik
Ostatnio zapatrzyłam się na umorusanego malucha w wózeczku, który mymłał bułkę i wcale ładnie nie wyglądał, a mnie zrobiło się jakoś tak... hm... szkoda? Tylko czego i czemu. klik
środa, 7 kwietnia 2010
tańcowały dwa Michały, czyli pani wkracza w wiek, kiedy faceci widzą ja inaczej...?
Kiedy na ostatniej imprezie w byłej firmie towarzystwo zaczęło się powolutku przetasowywać, obok mnie zmaterializowali się dwaj panowie. Jeden mniej więcej w moim wieku, drugi jakieś piętnaście lat ode mnie starszy. Pierwszy wysportowany luzaczek, drugi stateczny, elegancki, pachnący moimi ulubionymi perfumami męskimi, z obrączką wżynającą się w palec wskazujący prawej ręki. Dla pierwszego stanowiłam obiekt dojrzały. Dla drugiego pełnoletni i świadomy. A dla obu jak najbardziej seksualny.
Ani jeden, ani drugi jednak nie wiedział (bo i skąd niby by?), że żonaci i współpracownicy stanowią dla mnie obiekt jedynie konwersacyjny.
A tu nawet do podstawowej konwersacji dojść nie mogło, ponieważ mogłabym opowiadać zarówno o prawie Gaussa, jak i dowodzić, że Ziemia jest płaska, oparta na różowych krokodylach - tyle samo z jednego i drugiego by zakodowali, czyli kompletnie nic.
Jednak sytuacja mocno mnie rozbawiła. Chociaż... przede wszystkim zadziwiła.
Tańcowały dwa Michały, jeden duży, drugi mały... Wybawiłam się do północy i zamówiłam taksówkę ignorując ich kompletnie.
Nawet nie przypuszczałam, że wiek może być wartością aż tak bardzo względną. klik
Ani jeden, ani drugi jednak nie wiedział (bo i skąd niby by?), że żonaci i współpracownicy stanowią dla mnie obiekt jedynie konwersacyjny.
A tu nawet do podstawowej konwersacji dojść nie mogło, ponieważ mogłabym opowiadać zarówno o prawie Gaussa, jak i dowodzić, że Ziemia jest płaska, oparta na różowych krokodylach - tyle samo z jednego i drugiego by zakodowali, czyli kompletnie nic.
Jednak sytuacja mocno mnie rozbawiła. Chociaż... przede wszystkim zadziwiła.
Tańcowały dwa Michały, jeden duży, drugi mały... Wybawiłam się do północy i zamówiłam taksówkę ignorując ich kompletnie.
Nawet nie przypuszczałam, że wiek może być wartością aż tak bardzo względną. klik
niedziela, 21 lutego 2010
głaskanie kotka za pomocą młotka, czyli rzucanie słów na wiatr
Dorośli bardzo lubią się bawić w kotka i myszkę, ale w większości przypadków niestety zabawa ta przemienia się jednak w hm... uderzanie kotka za pomocą młotka. Rzecz jasna, kotek nie myśli już wtedy o gonieniu myszki. W zasadzie to nie powinien myśleć już o niczym. No chyba że trafi się jakiś kot bardzo uparty. Może wtedy dostać znowu młotkiem, albo siąść gdzieś z boku i zamyślić się nad kwestią młotka i myszki i - było nie było - uporu. Tylko kto jest bardziej uparty w tym wypadku?
Zabawa w kotka i myszkę może przypominać zabawę słowną, wymianę poglądów skrajnie sprzecznych dla samej wymiany z założeniem nieprzekonywania drugiej osoby do swoich racji, tudzież gonitwę słowną za myślami drugiej osoby. Ale nie... dla niektórych dorosłych rozmówców to za trudne. Trzeba zasady uprościć: trzeba najpierw powiedzieć np. A, a potem utrzymywać, że powiedziało się B, tylko w zapisie wyszło niewyraźnie. Potem zaś można stwierdzić, że tego się nie powiedziało wcale, żeby w finale rozmówcę zwalić jednym ciosem oświadczając z pełnym przekonaniem, że jest się analfabetą, więc nie można było tego nieszczęsnego A zapisać w żadnym alfabecie, albo że my sami to powiedzieliśmy.
Rzecz można nazwać też odkręcaniem kota ogonem, ale ponieważ kot w każdym z tych powiedzeń się pojawia, więc jest jednak kot i w tym właśnie sęk.
Ale po co to piszę? Słucham rozmów, sama rozmawiam z wieloma osobami i ostatnio zaczęłam zauważać, że ludzie albo nie pamiętają, co mówią, albo nie chcą, aby inni pamiętali, co oni mówili. Dziwne... mówimy wszak, aby coś zakomunikować, aby myślą się podzielić, uwagą, spostrzeżeniem. Albo ja taka naiwna jestem i wierzę, że mowa po to właśnie stworzona. Chociaż czemu ja się dziwię, skoro wokół nikt nie mówi, co myśli, słowa słowom kłamią i nawet najprostsza rozmowa spiskową teorią dziejów się staje.
Tak więc czuję się coraz częściej jak Gold z książki Hellera...
"-Czasami, kiedy wyglądam w zimie przez swoje okno, widzę, jak kra płynie w górę rzeki... dlaczego tak się dzieje? - spytała Esther
- Dlatego, że lód jest lżejszy od wody - wyjaśnił Sid - i przemieszcza się w górę rzeki, żeby wypłynąć na sam jej wierzchołek.
Goldowi na chwilę odebrało mowę. Krew uderzyła mu do twarzy.
-Naprawdę sądzisz, że góra jest u góry? - wycedził z zimną furią - że lód przemieszcza się w górę rzeki, żeby wypłynąć na sam jej wierzchołek?
- A nie jest tak? - spytał niewinnie Sid.
- Naprawdę sądzisz, że góra jest u góry? - wybuchnął Gold, wskazując z wściekłością kierunek północny.
- Góra nie jest u góry - mruknął ktoś nieśmiało.
- Jak to nie, pewnie, że u góry - powiedział ktoś inny.
- No a gdzie, na dole? - spytał jeszcze ktoś inny.
-Miałem na myśli północ! - uściślił Gold, podnosząc głos do krzyku. - Naprawdę myślisz, że jak coś znajduje się na północy, to znajduje się wyżej?
Sid zachował godne milczenie, pozwalając walczyć w swojej sprawie innym.
- Jasne, że wyżej. Przecież tam są góry, prawda?
- I dlatego ludzie jeżdżą tam w lecie.
- Bo tam chłodniej.
- Na mapie północ jest zawsze wyżej - zauważyła Ida.
- Ja nie mówię o mapie.
- I dlatego woda spływa zawsze na dół, ku środkowi mapy - wtrącił ojciec z pełną wyższości arogancją. - Tam gdzie jest przestronniej. Gdzie jest więcej miejsca.
- I pewnie - zaszydził z nich wszystkich Gold - gdybyście zdjęli mapę ze ściany i przekręcili ją do góry nogami, to cała woda by z niej wyciekła.
- Och , nie, głuptasie - zaprotestowała jego szwagierka. - Na mapie nie ma wody.
- On myśli, że na mapie jest woda. - Mapa to tylko obrazek.
- Wiem, że obrazek! - zawył przestraszony Gold. - Ironizowałem. To było pytanie, nie stwierdzenie!
- Ale przekręć do góry nogami taki świat - zaproponował chytrze Sid w trwożnej ciszy, jaka zaległa - a zobaczysz, co się stanie.
- Nic! - ryknął Gold.
- Nic? - spytał Sid.
- Biegun północny stałby się biegunem południowym - powiedziała Muriel.
- Wielki Wóz by się wywrócił.
- Dla ochłody jeździlibyśmy na południe.
- Wodospad Niagara lałby się w górę.
- I on mówi, że to nic."***
... ale całkiem dobrze mi z tym. I bardzo wesoło. klik
*** fragment z "Gold jak złoto" J. Hellera.
Zabawa w kotka i myszkę może przypominać zabawę słowną, wymianę poglądów skrajnie sprzecznych dla samej wymiany z założeniem nieprzekonywania drugiej osoby do swoich racji, tudzież gonitwę słowną za myślami drugiej osoby. Ale nie... dla niektórych dorosłych rozmówców to za trudne. Trzeba zasady uprościć: trzeba najpierw powiedzieć np. A, a potem utrzymywać, że powiedziało się B, tylko w zapisie wyszło niewyraźnie. Potem zaś można stwierdzić, że tego się nie powiedziało wcale, żeby w finale rozmówcę zwalić jednym ciosem oświadczając z pełnym przekonaniem, że jest się analfabetą, więc nie można było tego nieszczęsnego A zapisać w żadnym alfabecie, albo że my sami to powiedzieliśmy.
Rzecz można nazwać też odkręcaniem kota ogonem, ale ponieważ kot w każdym z tych powiedzeń się pojawia, więc jest jednak kot i w tym właśnie sęk.
Ale po co to piszę? Słucham rozmów, sama rozmawiam z wieloma osobami i ostatnio zaczęłam zauważać, że ludzie albo nie pamiętają, co mówią, albo nie chcą, aby inni pamiętali, co oni mówili. Dziwne... mówimy wszak, aby coś zakomunikować, aby myślą się podzielić, uwagą, spostrzeżeniem. Albo ja taka naiwna jestem i wierzę, że mowa po to właśnie stworzona. Chociaż czemu ja się dziwię, skoro wokół nikt nie mówi, co myśli, słowa słowom kłamią i nawet najprostsza rozmowa spiskową teorią dziejów się staje.
Tak więc czuję się coraz częściej jak Gold z książki Hellera...
"-Czasami, kiedy wyglądam w zimie przez swoje okno, widzę, jak kra płynie w górę rzeki... dlaczego tak się dzieje? - spytała Esther
- Dlatego, że lód jest lżejszy od wody - wyjaśnił Sid - i przemieszcza się w górę rzeki, żeby wypłynąć na sam jej wierzchołek.
Goldowi na chwilę odebrało mowę. Krew uderzyła mu do twarzy.
-Naprawdę sądzisz, że góra jest u góry? - wycedził z zimną furią - że lód przemieszcza się w górę rzeki, żeby wypłynąć na sam jej wierzchołek?
- A nie jest tak? - spytał niewinnie Sid.
- Naprawdę sądzisz, że góra jest u góry? - wybuchnął Gold, wskazując z wściekłością kierunek północny.
- Góra nie jest u góry - mruknął ktoś nieśmiało.
- Jak to nie, pewnie, że u góry - powiedział ktoś inny.
- No a gdzie, na dole? - spytał jeszcze ktoś inny.
-Miałem na myśli północ! - uściślił Gold, podnosząc głos do krzyku. - Naprawdę myślisz, że jak coś znajduje się na północy, to znajduje się wyżej?
Sid zachował godne milczenie, pozwalając walczyć w swojej sprawie innym.
- Jasne, że wyżej. Przecież tam są góry, prawda?
- I dlatego ludzie jeżdżą tam w lecie.
- Bo tam chłodniej.
- Na mapie północ jest zawsze wyżej - zauważyła Ida.
- Ja nie mówię o mapie.
- I dlatego woda spływa zawsze na dół, ku środkowi mapy - wtrącił ojciec z pełną wyższości arogancją. - Tam gdzie jest przestronniej. Gdzie jest więcej miejsca.
- I pewnie - zaszydził z nich wszystkich Gold - gdybyście zdjęli mapę ze ściany i przekręcili ją do góry nogami, to cała woda by z niej wyciekła.
- Och , nie, głuptasie - zaprotestowała jego szwagierka. - Na mapie nie ma wody.
- On myśli, że na mapie jest woda. - Mapa to tylko obrazek.
- Wiem, że obrazek! - zawył przestraszony Gold. - Ironizowałem. To było pytanie, nie stwierdzenie!
- Ale przekręć do góry nogami taki świat - zaproponował chytrze Sid w trwożnej ciszy, jaka zaległa - a zobaczysz, co się stanie.
- Nic! - ryknął Gold.
- Nic? - spytał Sid.
- Biegun północny stałby się biegunem południowym - powiedziała Muriel.
- Wielki Wóz by się wywrócił.
- Dla ochłody jeździlibyśmy na południe.
- Wodospad Niagara lałby się w górę.
- I on mówi, że to nic."***
... ale całkiem dobrze mi z tym. I bardzo wesoło. klik
*** fragment z "Gold jak złoto" J. Hellera.
niedziela, 14 lutego 2010
głowa i blady roż, czyli intensyfikacja kolorów
Najpierw barki i plecy, na końcu głowa. Głowa może być ciężka do ostatka. Głowa najwięcej znieść musi. Ona wszystkim rządzi. Jej trzeba dać ulgową taryfę...
Pionizuję się. Miłe uczucie. Jak już głowę udźwignęłam wysoko z wyprostowanym kręgosłupem, zaczęłam funkcjonować w innej przestrzeni. Inne priorytety ustaliły się same. Torebka czerwona, czy seledynowa jutro? Ostatnio seledynowa była nieodłączną częścią mnie... Może zatem czas to zmienić? Uhm... czas... karmin ze stóp zniknie jutro, a na jego miejsce wjedzie blady róż. Ja sama za to wjadę jutro do teatru na czytanie stolikowe. To, które lubię najbardziej - wyobraźnia święci triumfy, kiedy mogę słuchać tekstu, obserwować aktorów i zwracać uwagę na reżysera. Od czytania stolikowego bardziej podniecająca jest tylko premiera. Zatem blady róż. No i podkład na twarzy o ton bledszy będzie. Że niby taka delikatna ze mnie postać? Nie... jakoś tak po prostu mnie wzięło na barwy innej intensywności. Wiosna...? klik
Pionizuję się. Miłe uczucie. Jak już głowę udźwignęłam wysoko z wyprostowanym kręgosłupem, zaczęłam funkcjonować w innej przestrzeni. Inne priorytety ustaliły się same. Torebka czerwona, czy seledynowa jutro? Ostatnio seledynowa była nieodłączną częścią mnie... Może zatem czas to zmienić? Uhm... czas... karmin ze stóp zniknie jutro, a na jego miejsce wjedzie blady róż. Ja sama za to wjadę jutro do teatru na czytanie stolikowe. To, które lubię najbardziej - wyobraźnia święci triumfy, kiedy mogę słuchać tekstu, obserwować aktorów i zwracać uwagę na reżysera. Od czytania stolikowego bardziej podniecająca jest tylko premiera. Zatem blady róż. No i podkład na twarzy o ton bledszy będzie. Że niby taka delikatna ze mnie postać? Nie... jakoś tak po prostu mnie wzięło na barwy innej intensywności. Wiosna...? klik
czwartek, 11 lutego 2010
gdybania
Przeciągam się leniwie pamiętając o prostowaniu kręgosłupa. Nawyk, obsesja, odruch zwyczajny? Wszystko jedno, kręgosłup ma być prosty. To ułatwia. Kawa pachnie cudnie, a pączki zachęcają swoim wyglądem. Dzisiaj dzień z kropką w kalendarzu. Na ową kropkę zużyłam dużo czerwonego atramentu. Wieczór poświęcony przeżyciom abstrakcyjnym, irracjonalnym, najprawdziwszym. Kocham teatr. Od podszewki. Nawet kurz na deskach, a zwłaszcza ten drgający w smudze światła, które ma scenę bardziej przyciemnić niż oświetlać. Dzień szary z białym śniegiem wokół podkreśla każdą linię brudu za oknem. W domu pachną piece. W pończochach zmarznę odrobinę, a kożuch wybrudzę u dołu, ale to szczegóły.
Drań przybiegł nad ranem do nas przejęty, ponieważ z parapetu okiennego spadły jego lampka i budzik. Dziwna rzecz, chociaż mnie za bardzo nie dziwi. I jedno i drugie masywne. Ale dlaczego akurat w pokoiku dziecka? To wszystko przez ten śnieg.
Drań przybiegł nad ranem do nas przejęty, ponieważ z parapetu okiennego spadły jego lampka i budzik. Dziwna rzecz, chociaż mnie za bardzo nie dziwi. I jedno i drugie masywne. Ale dlaczego akurat w pokoiku dziecka? To wszystko przez ten śnieg.
wtorek, 9 lutego 2010
głęboki oddech, czyli nie wiem nic, ale i tak mi jest dobrze
Pani wzięła głęboki oddech i odstawiła na wściekle pomarańczowy spodek wcale nie mniej pomarańczową filiżankę. Oddech podczas picia jest możliwy - należy tylko wcześniej przełknąć łyk kawy. Wzięłam zatem oddech... Jakoś tak nagle poczułam, że mogę. Ano właśnie: mogę wiele rzeczy znowu. Wystarczyło tylko przeczekać, pozamiatać, zdjąć pajęczyny z kilku kątków i przestawić tę i ową sofę lub szafę. A co ja właściwie mogę? Nie wiem. I to w zasadzie jest największy pewnik mojego życia. " A może pieprznąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady? - westchnął profesor, który usłyszał beztroskie "nie wiem" będące odpowiedzią dziewczyny zdającej na wydział socjologii na pytanie, kto jest prezydentem naszego państwa obecnie." Ano właśnie... Może pieprznąć to wszystko i wyjechać... W Bieszczady, czy do dużego miasta, takiego, które nigdy nie śpi? Mąż mój własny i osobisty dał mi możliwość pokierowania naszym życiem, a ja przyparta do ściany, było nie było w sposób miły i dwuznaczny, tak po prostu nie wiem. Problem w tym, że ja chciałabym i tę głuszę i to miasto żyjące jednocześnie. Jak wszystko, czego chcę od życia, i to jest dualistyczne. Ale jakie ma być, skoro ja zodiakalnie podwójna jestem? Do tego przeciwna. Kiedy jedna część mnie szaleje i jedzie spontanicznie w poprzek życia, druga zwija się w kłębek na fotelu mięciuchu i błaga o chwilę ciszy i spokoju. A potem ta nostalgiczna wstaje, przeciąga się i oświadcza wszem i wobec, że teraz to da popis, kiedy akurat druga zasiada, żeby wypić kawę w spokoju. Wszyscy zdołali do tego przywyknąć. Ja nie zaliczam się do wszystkich, ale staram się być wyrozumiała. Zwłaszcza, kiedy nie mogę spokojnie wypić kawy, bo muszę pędzić z miejsca na miejsce, aby odhaczać w kalendarzu to, co zaplanowałam z dokładnością co do kwadransa.
No tak... ale zaczęłam pisać, że oddycham... Tak spokojnie i rytmicznie. Ustaliłam bowiem, że wiem, iż nie wiem, czego chcę, a na podstawie tego to już można zbudować całkiem niezłe plany i w nieistniejącym przecież międzyczasie spokojnie pomachać nogą w rytm muzyki tuż przed wyjściem na jogę, na której wprawię się w stan relaksu przy maksymalnie rozciągniętych mięśniach pleców. I w takich chwilach szkoda mi tylko, że nie palę, bo ten oddech aż prosi się o zaznaczenie go w powietrzu. klik
No tak... ale zaczęłam pisać, że oddycham... Tak spokojnie i rytmicznie. Ustaliłam bowiem, że wiem, iż nie wiem, czego chcę, a na podstawie tego to już można zbudować całkiem niezłe plany i w nieistniejącym przecież międzyczasie spokojnie pomachać nogą w rytm muzyki tuż przed wyjściem na jogę, na której wprawię się w stan relaksu przy maksymalnie rozciągniętych mięśniach pleców. I w takich chwilach szkoda mi tylko, że nie palę, bo ten oddech aż prosi się o zaznaczenie go w powietrzu. klik
czwartek, 7 stycznia 2010
milimetr po milimetrze, czyli własna wiwsekcja
Szukam. Czuję to w każdym milimetrze siebie. Po skórze galopuje mi intuicja. Wychwytuję wszystko i z powietrza i z próżni. Mąż mój własny i osobisty śmieje się chwilami, że niedługo zacznę nietoperza przypominać. A ja szukam. Muszę ustalić nową oś życia i mocno ją osadzić w jakimś centrum. Wybór trudny, ponieważ wyklarowało się kilka osi i kilka centrów. Co wybrać? Osobisty zaczął zdobywać swoje bieguny. Ja trzymam kilka srok za ogon, a każda skrzeczy głośno i realnie. Brakuje mi minut, tygodnie zaczynają się i kończą prawie równocześnie, a ja nie śpię tyle, ile powinnam, jem w biegu i stale czuję niedosyt. Czy któreś z nas powinno ustąpić? Możliwe, ale dlaczego? Czy życie to ciągły kompromis, który tak naprawdę jest zwykłą rezygnacją? Kiedyś ustąpiłam ja. Potem ustąpił osobisty. Potem każde z nas w swoim czasie i tempie zauważyło, że to nie o to nam chodziło i że my jesteśmy ważni, ale przede wszystkim jesteśmy zlepkiem indywidualnych myśli i ambicji. Ano właśnie... cholerne ambicje są i czasem bardziej przeszkadzają, niż by się mogło wydawać.
Wieczorami opowiadamy sobie o swoich światach. Ja już nie znam osób z otoczenia męża własnego i osobistego, mój świat to dla niego serial w odcinkach przedstawiany wieczorami w sposób ironiczny i absolutnie nieobiektywny, bo mój i niczyj więcej. Ja o jego świat już nawet nie pytam. Nie chce mi się próbować rozumieć kto i co i dlaczego tak. Nie chce mi się już podejmować wysiłku zrozumienia tego, co ścisłe i stałe, matematyczne, wyliczone, rozrysowane. A jednak jest dobrze. Lepiej niż może i bym chciała. Wytworzyło się jin i jang. Bezpieczne. Wieczorne, nocne, poranne. Więc czemu cały czas się głowię nad nowymi światami? Po co mi Toruń i Kraków i Warszawa i muzeum i teatr, coraz to nowe teksty, warsztaty i rozmienianie się na milion drobnych, choć ważnych? Czy jesteśmy w stanie rozumieć się bez słów dopiero w momencie, kiedy czujemy się zrealizowani na polu ambicji zawodowych? Głupota. Myślałam kiedyś, że w związku wystarczy dobry seks i odrobina szczerości. Potem zauważyłam, że szczerość jest zbędna.
Zatem szukam. Wyciszenia po zrobieniu tego wszystkiego, co buduje mnie i staje się moją cząstką. Szukam odpowiedzi na to, ile jeszcze czasu mi zostało. Próbuję podjąć decyzję, czy teraz jest czas na drugie dziecko, czy może ten czas już minął, ponieważ w przyszłości tego czasu już nie dostrzegam. Próbuję ocenić, która z ważnych rzeczy jest ważna nieco mniej. I dochodzę do wniosku, że brakuje mi jakiś dziesięciu minionych lat, w których właściwie nie zmieniłabym ani jednej minuty, więc nie wiem, po co mi one.
Zielona herbata pachnie jaśminem, czerwona świeca wolniutko spala się w świeczniku na stole. Mam świadomość chwilowego zawieszenia w pozornym odpoczynku, stale zakłócanym myślami prawdopodobnie zbędnymi, bo i tak intuicją się pokieruję. Niech będzie, że wszystko nazwę intuicją, żeby egoizmu nie przywołać. klik
Wieczorami opowiadamy sobie o swoich światach. Ja już nie znam osób z otoczenia męża własnego i osobistego, mój świat to dla niego serial w odcinkach przedstawiany wieczorami w sposób ironiczny i absolutnie nieobiektywny, bo mój i niczyj więcej. Ja o jego świat już nawet nie pytam. Nie chce mi się próbować rozumieć kto i co i dlaczego tak. Nie chce mi się już podejmować wysiłku zrozumienia tego, co ścisłe i stałe, matematyczne, wyliczone, rozrysowane. A jednak jest dobrze. Lepiej niż może i bym chciała. Wytworzyło się jin i jang. Bezpieczne. Wieczorne, nocne, poranne. Więc czemu cały czas się głowię nad nowymi światami? Po co mi Toruń i Kraków i Warszawa i muzeum i teatr, coraz to nowe teksty, warsztaty i rozmienianie się na milion drobnych, choć ważnych? Czy jesteśmy w stanie rozumieć się bez słów dopiero w momencie, kiedy czujemy się zrealizowani na polu ambicji zawodowych? Głupota. Myślałam kiedyś, że w związku wystarczy dobry seks i odrobina szczerości. Potem zauważyłam, że szczerość jest zbędna.
Zatem szukam. Wyciszenia po zrobieniu tego wszystkiego, co buduje mnie i staje się moją cząstką. Szukam odpowiedzi na to, ile jeszcze czasu mi zostało. Próbuję podjąć decyzję, czy teraz jest czas na drugie dziecko, czy może ten czas już minął, ponieważ w przyszłości tego czasu już nie dostrzegam. Próbuję ocenić, która z ważnych rzeczy jest ważna nieco mniej. I dochodzę do wniosku, że brakuje mi jakiś dziesięciu minionych lat, w których właściwie nie zmieniłabym ani jednej minuty, więc nie wiem, po co mi one.
Zielona herbata pachnie jaśminem, czerwona świeca wolniutko spala się w świeczniku na stole. Mam świadomość chwilowego zawieszenia w pozornym odpoczynku, stale zakłócanym myślami prawdopodobnie zbędnymi, bo i tak intuicją się pokieruję. Niech będzie, że wszystko nazwę intuicją, żeby egoizmu nie przywołać. klik
sobota, 5 grudnia 2009
być może...
Być może trzeba czasem przygryźć język, a czasem dolną wargę. Być może... Ale ja tego robić nie potrafię. Poza tym gryzienie języka boli. A dolna warga zazwyczaj jest umalowana, jak i górna.
Ostatnio milczę. Patrzę. Tak po prosu patrzę i obserwuję. I chcę. I mówię, kiedy patrzenie mnie znudzi lub zachęci. Tak mi wygodniej. I lżej. Prościej również. Emocje rządzą się same sobą, a przy okazji wpływają znacząco na mnie. Lubię je. Są moje. Nie parzą, nie ziębią, rozkazują. Mąż mój własny i osobisty patrzy również. Na emocje. Moje. Dziwi się i od czasu do czasu rękę w moje długawe już włosy zagłębia i dziwi się, że to stale ja, chociaż każdego dnia mam tysiąc oblicz i setki miejsc jako tło dla nich. Być może stagnacja jednak nie jest mi pisana, a bierność wprowadza w stan niepokojący.
Co prawda mostek w asanie jest jeszcze dla mnie zabroniony, bo głowa w tył ma mi na razie nie zwisać swobodnie... Być może to dobrze.. głowa w górze też ma swój urok.
Ostatnio milczę. Patrzę. Tak po prosu patrzę i obserwuję. I chcę. I mówię, kiedy patrzenie mnie znudzi lub zachęci. Tak mi wygodniej. I lżej. Prościej również. Emocje rządzą się same sobą, a przy okazji wpływają znacząco na mnie. Lubię je. Są moje. Nie parzą, nie ziębią, rozkazują. Mąż mój własny i osobisty patrzy również. Na emocje. Moje. Dziwi się i od czasu do czasu rękę w moje długawe już włosy zagłębia i dziwi się, że to stale ja, chociaż każdego dnia mam tysiąc oblicz i setki miejsc jako tło dla nich. Być może stagnacja jednak nie jest mi pisana, a bierność wprowadza w stan niepokojący.
Co prawda mostek w asanie jest jeszcze dla mnie zabroniony, bo głowa w tył ma mi na razie nie zwisać swobodnie... Być może to dobrze.. głowa w górze też ma swój urok.
środa, 11 listopada 2009
...
Świat mam na wyciągnięcie ręki. Mąż mój własny i osobisty tę rękę bierze, ilekroć ją wyciągnę. I nawet jeśli asany musiałam razem z matą zamknąć w szafie, dobrze mi. Wieczorami świat wiruje pod powiekami. Czasem kanty łagodnieją. Odpoczywam. Dużo śpię. Jeszcze więcej czytam. Rano zaczynam bieg ponad siły, wieczorami zapadam w twardość materaca i zapach drzewa herbacianego. Świat stanął na głowie, głowa natomiast musi być w górze. Patrzenie w dół kosztuje.
piątek, 26 czerwca 2009
asany i kuszenie życiem, czyli ja naga
Pani przeciąga się leniwie... Bardzo leniwie. Mięśnie bolą tam i ówdzie jeszcze, ale dzięki temu pani wie, że żyje, że jeszcze jest... panią... Nie wiem tylko, czy zrobić koci grzbiet i prychnąć niby od niechcenia, mając świat w poważaniu, czy z uśmiechem zawisnąć głową w asanie psa. Kusi i jedno i drugie. To drugie lepsze. W psie z głową w dół mogę mieć świat opływający i pędzący przed siebie beze mnie. Mogę go obserwować ze zdziwieniem i zupełnie bez zakłopotania.
- Będziesz naga? - zapytał zdziwiony lekko mąż mój własny i osobisty, kiedy założyłam dzisiaj letnią sukienkę na ramiączkach. Taaaak... Chcę być naga i taka jestem od zbyt dawna. Pies z głową w dół... Pomaga. Myśli krążą inaczej. Ziemia jest niebem, niebo też jest niebem. Po co mi napierśniki i gorsety? Jest lato. A bluzek białych zakładać teraz nie zamierzam. Czarne też odłożyłam na dno komody. Kupiłam mateiał na kolejne sukienki. Łączki. Przywieram do ściany i odginam się, rozluźniam lędźwie, kręgosłup przyklejam idealnie... Co daje prawie perwersyjne uczucie przyjemności. Niebo jest niebem, ziemia nadal ziemią nie jest... I niech tak zostanie. klik
- Będziesz naga? - zapytał zdziwiony lekko mąż mój własny i osobisty, kiedy założyłam dzisiaj letnią sukienkę na ramiączkach. Taaaak... Chcę być naga i taka jestem od zbyt dawna. Pies z głową w dół... Pomaga. Myśli krążą inaczej. Ziemia jest niebem, niebo też jest niebem. Po co mi napierśniki i gorsety? Jest lato. A bluzek białych zakładać teraz nie zamierzam. Czarne też odłożyłam na dno komody. Kupiłam mateiał na kolejne sukienki. Łączki. Przywieram do ściany i odginam się, rozluźniam lędźwie, kręgosłup przyklejam idealnie... Co daje prawie perwersyjne uczucie przyjemności. Niebo jest niebem, ziemia nadal ziemią nie jest... I niech tak zostanie. klik
niedziela, 22 marca 2009
myśli
Nie potrafię ostatnio zebrać myśli. Niby mam ich tysiące, niby potrafię mówić o wielu rzeczach, prowadzę lekcje na poziomie zadowalającym mnie samą, dywaguję na tematy trudne i abstrakcyjne, piszę, czytam, a przestaję umieć mówić o emocjach własnych. Jakie one są? Pokręcone jak i ja sama. Nie potrafię zebrać ich i posegregować.Przestaję umieć je odróżniać. Ktoś mi poradził, abym nie unikała kontaktu z nimi, ale szukała sposobów ich realizacji. Realizować emocje? To przecież karkołomne. A jednak wydaje się miłe. Wiem, że takie uzewnętrznione wydają się zupełnie innymi niż wtedy, kiedy gryzą od środka. Co mnie gryzie? Nie wiem. Chyba ten pewien rodzaj stagnacji osadzony w artystycznym nieładzie...
wtorek, 3 marca 2009
czerwień Pompei
Chyba ostatnio zapędziłam się za daleko we własnych planach i myślach i chceniach. Ale kto powiedział, że stoicyzm to najlepsza reakcja na życie? O ile przyjemniej przecież brać całymi garściami i zagarniać emocje, radość, plany, szczęście. Skrajności są może i skrajne, ale na swoich biegunach niepowtarzalne. A ja lubię niepowtarzalność. Podobnie jak skrajność. Szkoda tylko, że są one tak wyczerpujące...
Zmiany ewaluują. Niby powolutku, niby niezauważalnie jeszcze, a jednak. W sypialni na ścianie będziemy mieć czerwień Pompei. Ładnie? Po bieli na pewno będzie zaskakująco. Bo w ogóle jest zaskakująco. Nawet jak dla mnie. Zaczynam nie ogarniać swoich emocji i swojego organizmu. Mam nadzieję, że to przesilenie i tęsknota za wiosną. Tylko.
Zmiany ewaluują. Niby powolutku, niby niezauważalnie jeszcze, a jednak. W sypialni na ścianie będziemy mieć czerwień Pompei. Ładnie? Po bieli na pewno będzie zaskakująco. Bo w ogóle jest zaskakująco. Nawet jak dla mnie. Zaczynam nie ogarniać swoich emocji i swojego organizmu. Mam nadzieję, że to przesilenie i tęsknota za wiosną. Tylko.
środa, 11 lutego 2009
wyjeżdżam.stop.sama.stop
Kiedy podjęłam decyzję o wyjeździe, było mi dziwnie jakoś tak.
No bo jak to? Tak się spakować, wycałować drania i męża własnego i osobistego i zamknąć za sobą drzwi? Chociaż z tymi drzwiami to najłatwiej chyba...
Ale czuję, że im bliżej wyjazdu, tym mi lżej i jakoś tak po prostu, zwyczajnie... lekko. Chyba muszę zacząć koleje drzwi zacząć zamykać, skoro rzuciłam się na głęboką wodę. Nigdy nie byłam typem tej, co siedzi w domu i wychowuje dzieci, czekając na męża. Penelopie do pięt nie dorastam. A jednak siedziałam w domu. I było cudownie. Ale... nawet cudowność może się znudzić. Może? Już sama nie wiem. Teraz jest dobrze. Tylko asertywności we mnie więcej. Niejako odwrotnie proporcjonalnie do pretensji o detale.
Chyba to lepsze dla wszystkich.
Ale wyjazd... No właśnie. Co spakować? Czy będę potrafiła zasnąć w obcym łóżku, takim bezpłciowym w dodatku? A może po tych wszystkich konferencjach i warsztatach odwiedzić stare kąty i zwyczajnie zrelaksować się samą świadomością, że mam dwie doby tylko dla siebie? A może... a może jeszcze coś innego wpadnie mi do głowy?
Potrzebowałam tego. Bałam się zrobić krok przed siebie. Jeszcze za mocno trzyma mnie pępowina z draniem. Ale to chyba już czas. Taaaak... no więc wyjeżdżam w ten weekend. Sama. Tak. Tak... klik
No bo jak to? Tak się spakować, wycałować drania i męża własnego i osobistego i zamknąć za sobą drzwi? Chociaż z tymi drzwiami to najłatwiej chyba...
Ale czuję, że im bliżej wyjazdu, tym mi lżej i jakoś tak po prostu, zwyczajnie... lekko. Chyba muszę zacząć koleje drzwi zacząć zamykać, skoro rzuciłam się na głęboką wodę. Nigdy nie byłam typem tej, co siedzi w domu i wychowuje dzieci, czekając na męża. Penelopie do pięt nie dorastam. A jednak siedziałam w domu. I było cudownie. Ale... nawet cudowność może się znudzić. Może? Już sama nie wiem. Teraz jest dobrze. Tylko asertywności we mnie więcej. Niejako odwrotnie proporcjonalnie do pretensji o detale.
Chyba to lepsze dla wszystkich.
Ale wyjazd... No właśnie. Co spakować? Czy będę potrafiła zasnąć w obcym łóżku, takim bezpłciowym w dodatku? A może po tych wszystkich konferencjach i warsztatach odwiedzić stare kąty i zwyczajnie zrelaksować się samą świadomością, że mam dwie doby tylko dla siebie? A może... a może jeszcze coś innego wpadnie mi do głowy?
Potrzebowałam tego. Bałam się zrobić krok przed siebie. Jeszcze za mocno trzyma mnie pępowina z draniem. Ale to chyba już czas. Taaaak... no więc wyjeżdżam w ten weekend. Sama. Tak. Tak... klik
poniedziałek, 26 stycznia 2009
plany męża mojego...
... własnego i osobistego wprowadziły lekki zamęt w moje myśli. Patrzę na niego i zastanawiam się, gdzie się podział ten blondyn z długimi włosami, kolczykiem w uchu, w postrzępionych dżinsach z pacyfistycznym nastawieniem do świata. Nie ma go. Normalnie był i znikł. Jest za to jakiś facet obok. Obok, wreszcie przy mnie, na wyciągnięcie ręki - mogę się przytulić, powiedzieć coś nie przez telefon, usłyszeć jego oddech. I kiedy już się do tego przyzwyczaiłam, kiedy wszystko wypośrodkowałam i kiedy na nowo znalazłam oś własnego świata, okazało się że ostatnie perturbacje nie działy się bez powodu i ślubny punkt po punkcie realizował swój cel założony z góry i oznaczony jako priorytet. Że niby to dla nas i dla jego rozwoju. Niby tak... Tylko jak to wszystko mu się uda, znowu będziemy daleko. Dalej, niż byliśmy. Nie chcę podcinać mu skrzydeł, ale coraz konkretniej swoje własne widzę i na swoje własne liczyć zaczynam.
Drogiej dzisiaj w tajemnicy powiedziałam. Zamilkła. Patrzyła na mnie i chciała usłyszeć, że mu zabronię. Nie zabronię. Czekamy na decyzję. Wbrew temu wszystkiemu czekamy razem i życzę mu, aby była pozytywna. Niech ma i niech się realizuje. Widocznie musimy być od siebie daleko, aby móc być ze sobą.
Drogiej dzisiaj w tajemnicy powiedziałam. Zamilkła. Patrzyła na mnie i chciała usłyszeć, że mu zabronię. Nie zabronię. Czekamy na decyzję. Wbrew temu wszystkiemu czekamy razem i życzę mu, aby była pozytywna. Niech ma i niech się realizuje. Widocznie musimy być od siebie daleko, aby móc być ze sobą.
niedziela, 28 grudnia 2008
wstępem do czego jest lolitka?s
Ponoć prostytutka to nazwa zawodu, ale k...wa (przepraszam) to już nazwa cechy charakteru. Podobno. Chociaż rozróżnienie wydaje się tyle rozsądne, co i zasadne. Ale w takim razie, kim jest lolitka? Wstępem do profesji, czy zbyt intensywną cechą? A może jeszcze jakieś inne miano czy wytłumaczenie należałoby tutaj znaleźć?
Skąd jednak te myśli u mnie? Jak w większości z obserwacji...
... wyszliśmy na krótki spacer świąteczny. Celem był park, a przed nim szopka w katedrze. Idziemy. Mijają nas tłumy zmierzające w tę i w przeciwną stronę. Pora zbliżającego się obiadu. Dzień przedłużający święta. Mija nas w pewnym momencie rodzina. Rodzice z córką. Rodzice ubrani cieplutko i elegancko. Dziewczyna w wieku moich uczennic. Idą miarowo, ale milcząco. Panna nadaje tempo marszu wysuwając się o krok przed rodziców. Niby normalka spotykana na ulicach niejednokrotnie, ale... Dziewczyna ma na sobie kusą kurteczkę wyszywaną srebrnymi dżetami i wysokie, czarne, błyszczące kozaki na wąskim metalowym obcasie, które doskonale harmonizują z wzorzystymi, cieniutkimi rajstopami i króciuteńką, błyszczącą, imitującą skórę różową spódniczką. Skojarzenie nasunęło się samo. Nie tylko nam. Trudno orzec, czy strój był ładny, czy brzydki, bo był po prostu wulgarny. Ale dziewczę nie szło samo... Nie szła również z grupą rówieśników, a i pora nie wskazywała na potencjalną szampańską zabawę do rana.
Nie widziałam buzi dziewczyny, nie spojrzałam na jej fryzurę. Mogę zatem ocenić sam strój. Właśnie... ocenić. Czy taki ubiór może być czystym przypadkiem, albo efektem nieświadomości w doborze poszczególnych jego elementów? Zastanawiam się również nad rolą rodziców tej panny. Czy oni są już niemymi obserwatorami starającymi się nie widzieć, czy jeszcze naiwnymi świadkami zabawy strojem. Tak czy owak nie potrafię sobie równocześnie odpowiedzieć, czy lolitka to cecha, czy wstęp do stylu życia i co ważniejsze: wstęp albo cecha do cechy, czy do profesji?
Skąd jednak te myśli u mnie? Jak w większości z obserwacji...
... wyszliśmy na krótki spacer świąteczny. Celem był park, a przed nim szopka w katedrze. Idziemy. Mijają nas tłumy zmierzające w tę i w przeciwną stronę. Pora zbliżającego się obiadu. Dzień przedłużający święta. Mija nas w pewnym momencie rodzina. Rodzice z córką. Rodzice ubrani cieplutko i elegancko. Dziewczyna w wieku moich uczennic. Idą miarowo, ale milcząco. Panna nadaje tempo marszu wysuwając się o krok przed rodziców. Niby normalka spotykana na ulicach niejednokrotnie, ale... Dziewczyna ma na sobie kusą kurteczkę wyszywaną srebrnymi dżetami i wysokie, czarne, błyszczące kozaki na wąskim metalowym obcasie, które doskonale harmonizują z wzorzystymi, cieniutkimi rajstopami i króciuteńką, błyszczącą, imitującą skórę różową spódniczką. Skojarzenie nasunęło się samo. Nie tylko nam. Trudno orzec, czy strój był ładny, czy brzydki, bo był po prostu wulgarny. Ale dziewczę nie szło samo... Nie szła również z grupą rówieśników, a i pora nie wskazywała na potencjalną szampańską zabawę do rana.
Nie widziałam buzi dziewczyny, nie spojrzałam na jej fryzurę. Mogę zatem ocenić sam strój. Właśnie... ocenić. Czy taki ubiór może być czystym przypadkiem, albo efektem nieświadomości w doborze poszczególnych jego elementów? Zastanawiam się również nad rolą rodziców tej panny. Czy oni są już niemymi obserwatorami starającymi się nie widzieć, czy jeszcze naiwnymi świadkami zabawy strojem. Tak czy owak nie potrafię sobie równocześnie odpowiedzieć, czy lolitka to cecha, czy wstęp do stylu życia i co ważniejsze: wstęp albo cecha do cechy, czy do profesji?
poniedziałek, 1 grudnia 2008
ciepło - zimno, czyli zabawa w odkrywanie siebie
Od jakiegoś czasu obserwuję w sobie pewną tendencję. Albo bezwstydnie odkrywam emocje i czuję potrzebę ogromnej i szczerej spowiedzi myśli własnych, albo chowam się w sobie, otulam uśmiechem z miną mówiącą, że nic się nie stało, jest wszystko jak należy i zamykam słowa w samym ich zarodku. Nie pokazuję nic, nic nie mówię. Potem znowu przychodzi fala zwierzeń, a potem znowu trafiam na mur mój prywatny. Nie zależy to ani od ludzi, ani od kwadr księżyca. Bierze się jakoś tak po prostu, z potrzeby własnej, chwili. Od lat ekstrawertyzm we mnie walczy z wielką siłą obronną własnej intymności. Odkąd pamiętam najbliższe są mi skrajności. We wszystkim. Nigdy nie zadowalały mnie półśrodki, albo coś, co nie dawało pełni.
Nie żałuję tego, co mówię. Nie żałuję tego, co ukrywam. Męczy mnie jednak już ta zabawa w ciepło-zimno, piekło-niebo. Czy nie można mieć tylko piekła, albo tylko nieba? Czy nie można żyć tylko w cieple, albo tylko w zimnie? Czy mój własny prywatny złoty środek to ta właśnie huśtawka uczuć, emocji, odczuć, pragnień, myśli, zdarzeń, planów, zwierzeń...?
Nie żałuję tego, co mówię. Nie żałuję tego, co ukrywam. Męczy mnie jednak już ta zabawa w ciepło-zimno, piekło-niebo. Czy nie można mieć tylko piekła, albo tylko nieba? Czy nie można żyć tylko w cieple, albo tylko w zimnie? Czy mój własny prywatny złoty środek to ta właśnie huśtawka uczuć, emocji, odczuć, pragnień, myśli, zdarzeń, planów, zwierzeń...?
niedziela, 16 listopada 2008
dysonans pozorny
Pani siedzi przy laptopie i myśli. Pani się próbuje skoncentrować i rozbiegane myśli pozbierać do jednego kociołka, w którym mogłabym zamieszać tworząc coś wybuchowego.
A wczoraj pomalowałam paznokcie u rąk kolorem karminowym. Rzadko dłonie barwię kolorem jakimkolwiek. Wczoraj mnie naszło. Wczoraj naszło mnie nawet więcej, niż chciałabym sama z siebie. Jakoś tak... Jakoś tak zmieniłam linię brwi, jakoś tak inaczej ułożyłam włosy, jakoś tak odsunęłam na bok stertę prac pisemnych, z których połowa nie na temat, a druga połowa ledwo czytelna i siadłam na sofie. Sama. Z kocem jedynie i ulubionym. Włączyłam jazz swój ukochany i zaczęłam delektować się każdą jedną sekundą pozornego dysonansu.
Są takie chwile, kiedy chciałoby się coś powiedzieć, ale się milczy. Nauczyłam się milknąć ostatnio. Tak wbrew własnej naturze i emocjom. Nie chce mi się już czasem mówić, bo ta mowa w finale o prośbę, albo groźbę zaczyna się opierać. I to moje zmilczanie spraw jakimś losu zrządzeniem szybsze rozwiązania sprawom przynosi, chociaż myślałam na początku, że za oznakę kapitulacji poczytane zostanie. Nie zostało. Dużo muszę w sobie widać przerobić, a jeszcze więcej na żywioł puścić. Przerabiam więc popijając ulubione.
Pani myśli... Pani ma w myślach nieład prawie artystyczny.
A wczoraj pomalowałam paznokcie u rąk kolorem karminowym. Rzadko dłonie barwię kolorem jakimkolwiek. Wczoraj mnie naszło. Wczoraj naszło mnie nawet więcej, niż chciałabym sama z siebie. Jakoś tak... Jakoś tak zmieniłam linię brwi, jakoś tak inaczej ułożyłam włosy, jakoś tak odsunęłam na bok stertę prac pisemnych, z których połowa nie na temat, a druga połowa ledwo czytelna i siadłam na sofie. Sama. Z kocem jedynie i ulubionym. Włączyłam jazz swój ukochany i zaczęłam delektować się każdą jedną sekundą pozornego dysonansu.
Są takie chwile, kiedy chciałoby się coś powiedzieć, ale się milczy. Nauczyłam się milknąć ostatnio. Tak wbrew własnej naturze i emocjom. Nie chce mi się już czasem mówić, bo ta mowa w finale o prośbę, albo groźbę zaczyna się opierać. I to moje zmilczanie spraw jakimś losu zrządzeniem szybsze rozwiązania sprawom przynosi, chociaż myślałam na początku, że za oznakę kapitulacji poczytane zostanie. Nie zostało. Dużo muszę w sobie widać przerobić, a jeszcze więcej na żywioł puścić. Przerabiam więc popijając ulubione.
Pani myśli... Pani ma w myślach nieład prawie artystyczny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)