sobota, 10 czerwca 2017

Miało być wczoraj, ale jest dzisiaj...

... jeden bowiem dzień różnicy nie ma większego znaczenia. Przecież? Tym bardziej, że jak się to wszystko pomnoży, obliczy i doda dni przestępne... Jesssssuuuu!

- Boże! To wy?

Reakcja dziecka była zabawna i natychmiastowa. I taka zaraz po tym, gdy przybiegł do nas, bo muzyka przyciągnęła go do laptoka. W sumie dobrze o nim świadczy, że go przyciągnęła. Co prawda zaraz pojawiły się pytania, gdzie on wtedy był. A to już było nieco trudniejsze do wyjaśnienia. Dla siebie samego on przecież jest od zawsze. Nasza linia czasu ma natomiast kilka początków. Z pierwszych dwóch lat zdjęcia są na niewywołanej jeszcze kliszy. Celowo. Ciekawe, czy się jeszcze da to zrobić.
Pani właśnie odważyła się na sączenie ulubionego. Co ma być, to będzie. Wpływu najmniejszego na większość spraw nie mam. I całkiem dobrze jest to sobie w pewnym momencie uświadomić. Osobiście ostatnio uświadamiam sobie całkiem wiele kwestii. I cholernie dobrze mi z tym. Chyba za długo miotałam się pomiędzy tym co trzeba i tym co należy. Po co? Przecież nigdy nic nie jest takie, jak się wydaje z zewnątrz. Dzisiaj, na przykład ten i tamten, w miejscu, w którym absolutnie się tego nie spodziewałam, usłyszałam super jazzową muzykę. Szokiem co prawda dla mnie było, gdy po kilkunastu sekundach niezłego jazzu usłyszałam tekst jednego ze szlagierów muzyki disco polo. I gdy zrozumiałam, że w tej aranżacji tekst jest całkiem dobrym tekstem. To trochę tak, jak z mruczanką Kubusia Puchatka. Tą z nadworu mruczanką, którą trzeba śpiewać koniecznie poza chatką i muszą przy niej marznąć uszka. Muszą, bo w mruczance jest, że marzną. Trzeba się czasem wstrzelić w czasoprzestrzeń. I wtedy jest ok.

Nie, to nie ten kawałek, co w klik

niedziela, 4 czerwca 2017

Tytuł trudny do nadania

   Jedne z życzeń, które otrzymałam, skłoniły mnie do zajrzenia w swoje zakamarki blogowe. Zabawne... Jeden klik! i przeszłość mam jak na dłoni. A z nią i zapachy i smaki, i nawet barwy. Oj... doskonale pamiętam układ mieszkania w kamienicy. Tak, ta kamienica była ważna w moim życiu. Czy żałuję? Nie, to nie o to chodzi. Raczej tęsknię.
Nie było wczoraj w oknie sypialni widoku katedry i chłodnego powiewu. Nie było wieczorem świecących kuli nad czerwonymi hydrantami. Nie było nawet filiżanki, w której piłam poranną kawę. Nie mruczały dwie moje koty. Nie panoszyły się dumnie piwonie przynoszone przez cały dzień i ciasno upychane w wazony. Nie było tych, którzy je przynosili. Poza mamą. Były za to róże ogrodowe. W pracy. Pachnące i sobą i powietrzem. Żółte, białe, pomarańczowe, herbaciane, czerwone, poplątane w kakofonii barw. I potwornie kujące. Ogrodowe. Takie, jakie dostawałam zawsze od dziadka do 18 urodzin. A to już daje do myślenia...
Pamiętam, że na Zielone Świątki moja prababcia musiała mieć w domu tatarak. Dlaczego? Niestety jest to kolejne pytanie, które wykluło się dopiero z czasem.
Dopiero wieczorem poszliśmy dzisiaj na mszę. Wieczorem, chociaż była ona cały dzień w świadomości. Nie jako przymus, czy konieczność. Raczej jako wybór i chęć. Bez gonitwy z czasem i przestrzenią. Po prostu. Tak pewnie miało być. - Po co ci to na palcu - zapytał Drań gdzieś między Główną, a Natolińską. Jak mu wytłumaczyć? Nie wytłumaczyłam. Nawet nie spróbowałam. TO moje i dla mnie. Jest i już. I będzie, dopóki będzie. Aż samo postanowi się zmienić. Uśmiechnęłam się właśnie do swoich myśli. Cieszę się, że wtedy dałam się namówić na tak przełomową w moim życiu podróż wgłąb siebie, wiary i emocji. Znowu święto. Nie. Nie ma przypadku. I nie ma chaosu w tym, co teraz piszę. Zatem: Bazylika. Ludzi trochę. Więcej wolnych ławek. Puste konfesjonały. Otwarte drzwi i wpadające światło wprost na figurę. Za nią wyraźnie ludzki gest. Nad tabernakulum witraże. Czekałam na deszcz i burzę. Powietrze stało w miejscu. Chłód murów wcale nie dawał złudzenia, że jest inaczej. Dziwiło tylko to światło. Świadomi burzy, nie wzięliśmy parasola. Po takim dniu deszcz na skórze byłby przyjemnością. Początek. Wyznanie. Drugi ksiądz. Tak, to ten zmierzający w kierunku. Kiedy zawisła stuła na swoim miejscu eksponując srebrny haft, podniosłam się z miejsca i u celu już zdziwiłam ilością osób. No tak... Dlaczego niby tylko ja mam mieć taką potrzebę w tym dniu. Usiadłam tam, już, blisko. Drań podszedł do mnie po kilku minutach z tym samym zamiarem. Msza, odczytanie listu, kolejka bez zmian. Ktoś potrzebował długiej rozmowy. Ciało i krew. Wreszcie ja, moja kolej znaczy. Rozmowa. Otucha. Pewność. Kręgosłup moralny? Raczej obiektywne spojrzenie poprzez pryzmat wartości. Tak, to mi jest potrzebne. Nigdy nie wierzyłam, że to możliwe. Stało się. Rada silnie wbita w podświadomość. Podniosłam się. Filar. Komunia. Tylko dwie osoby na schodkach. Ostatnie. Przyspieszyłam kroku. Pomiędzy nawami zbyt wyraźnie było słychać moje kroki. Ksiądz zaczekał. Najpiękniejsza komunia w moim życiu. Siadłam obok ślubnego. Za chwilę dołączył drań. Początek czerwca, a on opalony jest na złoty kolor. Pamiętam czasy, kiedy się nie opalał wcale. Po migdałach to się zmieniło. Całe szczęście.
Burza przeszła bokiem. Przy pierwszej intensywności deszczu wiatr przygiął gałęzie drzewa na nasze okno kuchenne. Akurat patrzyłam, czy drań wraca z piłką do kosza pod pachą. Wszedł ze zmoczonym karkiem i kroplami deszczu na ramionach.
- Jest jeszcze to ciasto z galaretką? - Jest.

*** 2010
W zasadzie to o pogodzie

Od czwartku piwonie panoszą się w wazonach. Pachną mocno. Purpurowe. Sama nie wiem, który ich kolor lubię najbardziej. Czytam, spaceruję z draniem i opycham się truskawkami. Uwielbiam truskawki. Kapsuła spa co prawda rozleniwiła mnie wczoraj, ale za to spałam w nocy jak zabita i dzisiaj dopiero wielki kubek kawy z mlekiem zmotywował mnie do podniesienia się z chłodnego prześcieradła i pościeli, której kolor graniczy z czernią i czekoladowym brązem. Jeszcze kilka dni temu prawdopodobnie byłabym na dodatek i potargana, a drań zaśmiewałby się razem ze ślubnym, ale w piątek obcięłam włosy. Dzisiaj wskoczyłam w japonki i szorty. Pelargonie kwitną jak dzikie, róże zmarzły jednak, a przysiadające na nich sikorki najbardziej lubią zajadać w karmniku okruszki ciasta drożdżowego. Wychowały mnie już sobie. Mam nawet wyrzuty sumienia, jak muszę dać ptaszydłom coś innego. Mój świat znieruchomiał i zmienił czasoprzestrzeń od środowego popołudnia. Odpoczęłam. Dom staje się powoli magiczny, chociaż nadal wspominam fakturę ścian w starym mieszkaniu i kolor światła. Drań odkrywa każdego dnia jakąś tajemnicę przedbloku albo zabloku i ekscytuje się wszystkim, a ja cieszę. Czekam na wakacje. Łapię już na nie oddech. Boję się planować. Dzisiaj mieliśmy wrócić z wyprawy. Powódź plany zmieniła. Przeraża mnie ona i niepokoi coraz bardziej. Kraj nad Wisłą męczy mnie coraz bardziej i przydusza. Hm... no właśnie. Właśnie próbuję wytrawne mołdawskie i staram się nie zatapiać w myślach o tym, co postanowione.

*** 2008
Pani...

... wzięła długą, nieprzyzwoicie długą, aromaterapeutyczną i zaskakująco chłodną kąpiel... I tak dobrze ogromnie pani było...
Pani już w koszulce, z mokrymi
włosami i boso wyszła na balkon zabierając ze sobą jedynie myśli i ulubiony kielich ulubionego cabernet sauvignon... Pani oparła się o barierkę, mając w nosie wszystkich ewentualnych gapiów z naprzeciwka i tych z ulicy, którzy przemykali krokiem szybkim, a niekiedy spacerowym w sobie jedynie znanym kierunku. Pani wyprostowała przedramiona i mocno uchwyciła czaszę ulubionego. Spojrzała pani w niebo ciemniejące i zauważyła jego swój ulubiony niebieski kolor Chagalla... Taki cichy i delikatny, łagodny i głęboki...
Pani zamyśliła się nad tym
wszystkim, co dzisiaj miało miejsce i zastanowiła, co dalej... Pani rozczuliła się nad słowami prawdziwymi, mówionymi z serca osób bliskich, chociaż oddalonych albo kilkaset kilometrów, albo jeszcze więcej. I zastanowiła się pani nad tymi wszystkimi pętelkami losu, kiedy mimo oddalenia emocje i bliskość dają znać o sobie...
... pani stałaby tam jeszcze
pewnie i nawet wpatrzona w odcień chagallowski, zatopiona w myśli własne nie zauważyłaby pustego ulubionego... - Trzeba było przełożyć na wczoraj albo sobotę - powiedział ślubny - byłoby hucznie, uroczyście i liczebnie... - Nie mogłam przełożyć, bo pętelka moja dzisiaj się dopełnia - powiedziała pani... gładząc łepki piwonii... Jedynych kwiatów, które w tym dniu od początku dostaje.

*** 2007
jeden w roku dzień

Cisza jeszcze mnie otula ogromna... I ogarnia mnie taki spokój przed burzą wewnętrzną spowodowaną myślami biegnącymi wstecz, przez wspomnienia do początku. To wtedy tworzył się mój układ planet i astralna przyszłość. Jeszcze kilka kwadransów i moja supernowa zabłyśnie... Pewnie za kilka godzin mieszkanie przesiąknie zapachem piwonii - moich pierwszych kwiatów, które dostaję raz w roku. Zawsze tego samego dnia. Mija trzecia dekada. To nasuwa refleksje. Dobrze mi tu i teraz i w tym wcieleniu. Choć nie zawsze łatwo było i cicho i spokojnie. Cieszę się że jestem. Tu i teraz i z tymi ludźmi, których tak bardzo kocham.



czwartek, 11 maja 2017

Powiatowe i okoliczne. Sceny dwie.

Sobota. Późne popołudnie. Słońce grzeje, co jest miłą odmianą po kilku dniach deszczowych. Idziemy. Niespiesznie. Luluś drepcze przed nami. Jakby wiedział, dokąd mamy zamiar dojść i jaką drogą. Stare miasto mijamy nie jego środkiem. Ulica Szewska. Wąska i kolorowa. Przy walących się kamienicach małe restauracyjki. Miłe. Na pewno kiedyś do nich wejdziemy. Z zewnątrz klimatyczne. Obrazek jak z krakowskiego Kazimierza. Zaczyna mruczeć mi coś w środku. Znaczy na pewno tak jest. Odpadający miejscami tynk nie razi, a jasne ściany i odbijające się w nich słońce mile kontrastują z ciemnymi ramami okien. Z lewej strony, za linią zabudowy, są ulica i rondo. Idziemy. Szewską. Dalej. Z prawej ślady po wyburzonej kamienicy. Dużej. Teren ogrodzony, a na szczątkach kolejnej, która musiała być w oficynie, ktoś uparcie mocuje podpory. Bez sensu, bo na piętrze. A może z sensem. Nie zastanawiam się nad tym w tej chwili... Z lewej ściany frontowe jakiegoś domu bez dachu, bez okien i drzwi. Wewnątrz panoszą się bujnie drzewa. Na oko 6 - 7 letnie. Idziemy. Pełno dźwięków wokół. Za nami miarowy stukot mocowanych podpór. Przed nami kakofonia. Muzyka. O ile to można nazwać muzyką. Chyba nie mi oceniać, grunt, że komuś sprawia radość. Zatem... muzyka. Jakby na przekór dźwiękom grupka maluchów usmarkanych po pas ściga się na rowerkach kompletnie nie zważając, że brama, że ulica z kocich łbów, że może jakiś samochód... Kolejna kamienica. Ładne kwiaty w doniczkach na parapecie. Nisko osadzone okna. Ładne pręty bramy. Hałas dobrej zabawy dziecięcej. Grupka rozbawionych dzieciaków tworzy niesamowity żywioł. Zerkam zaciekawiona. Kilku chłopców z mokrymi od potu grzywkami gra w piłkę. Dziewczynki w kolorowych ubraniach biegają pomiędzy murami - chyba się ścigają. Ktoś w dali skacze na skakance. Patrzę z zachwytem. Tak. Dosłownie. Klimatyczne. Idziemy. Drugie skrzydło tej samej bramy, mur, nekrolog, na nim długie nazwisko czarnym tuszem na tle bez grafiki. Obrazek intrygujący. Pomimo, że idziemy, czuję się emocjonalnie zatrzymana w czasie. Życie trwa dalej. Barwne i wesołe. Po raz kolejny koń generała Józefa Bema przeskoczył jego grób na sposób norwidowski.
Koniec sceny pierwszej.
Niedziela. Obok powiatowego. Turniej rycerski. Wieczór. Słońce jeszcze przygrzewa, ale pomimo tego ciepło już nie jest. Po długim spacerze siadamy na murach. Milknie Bogurodzica. Drań rozpoznał ją bezbłędnie. Robi mi się podwójnie ciepło na sercu. Jestem dumna. Słychać muzykę średniowieczną świecką. Trochę za głośno. Organizatorzy prawdopodobnie chcieli, aby dotarła aż do osady rycerskiej. Przedobrzyli. Czuję, że narasta mi ból głowy. Ten, co nie toleruje dźwięków. Dawno go nie miałam. To też mnie zaczyna irytować. Walczę ze sobą. Odwracam się w stronę
miasteczka. Wiem, że mąż mój własny i osobisty tylko zobaczy wyraz twarzy i ogłosi powrót do domu. Wie, że to zbyt trudne. Nie chcę, żeby widział. Muszę walczyć. Dźwięki wżynają się boleśnie we mnie. Patrzę na miasteczko w dole. Próbuję zapomnieć, że za plecami mam kilka hełmów z piórami. Ładne te pióra. Podczas Bogurodzicy mąż mój własny i osobisty pokazał mi je mówiąc, że pięknie falują w rytm. Fakt. Falowały. Pięknie. Jego myśl trafna i miła. Podoba mi się ta myśl. Ale czasem ja nie lubię falowania. To jak na łódce bez wioseł. Horyzont ucieka. Wżyna się podprogowo. Koncentruję się na napisach w dole. Jest lepiej. Walczę ze sobą, żeby wrócić twarzą do zgiełku i znaleźć jakiś punkt, na którym skoncentruję uwagę. Robię to powoli. Wzrokiem omijam pióra. To trudne. Patrzę przed siebie. Na wprost mnie kobieta. Wiek trudno ocenić. Bardzo gruba. Wiem... powinnam bardziej politycznie, ale nie da się. Zaczynam zastanawiać się, jaka to może być choroba. W zasadzie zaczynam jej współczuć. To musi być coś poważnego. Wyraźnie ma ograniczoną możliwość ruchu. Patrzę. Bez oceny. Nagle obok niej siada chłopiec. Jeśli to choroba, to on też ją ma. Ma też siatkę ciastek w ręku. Odwracam głowę w kierunku męża własnego i osobistego powoli, bo jeszcze czuję, że komórki ćmią boleśnie. Hura! Tylko ćmią, ale jednak. Wracam do punktu, czyli kobiety. Nie wierzę. To nie może być prawda. Trzyma w ręku but. Granatowy, płócienny, na białej koturnie. Trzyma go przy twarzy i wącha. Nie dowierzam samej sobie. Znowu kieruję głowę w stronę męża. Mojego. Jego wzrok potwierdza, że nie mam omamów. Co jest pocieszające. Wracam do punktu. Szok. Kobieta trzyma but w ręku. Nie. Już nie przy swoim nosie. Podsunęła go pod nos tego chłopca. Patrzę nadal. Nie mogę wykonywać tak często ruchów głową przy tym rodzaju bólu, nawet jeśli już tylko ćmi. Kobieta stawia but na ziemi i wsuwa w niego stopę.
Koniec sceny drugiej.


poniedziałek, 2 stycznia 2017

pani, czyli powrót z urlopu

    Pani rano wstała z lekkim trudem i jednocześnie świadomością, że drzemka może skończyć się kilkugodzinnym zaspaniem. Basia co prawda swoje mru-mruuuu-mruuu wymrukiwał w rytm posapywania Lulusia, ale byłam dzielna. I dopiero po zaparzeniu kawy spojrzałam na zegarek stwierdzając, że wstałam godzinę za wcześnie. Kawa... jakoś nie smakowała ani z mlekiem, ani bez mleka. Włosy... tak, te bacznie obejrzałam z każdej strony i jak tylko uznałam, że właściwie to układają się dobrze, postanowiłam nie ryzykować i weszłam pod prysznic. I to w zasadzie to był wstęp do całej reszty zakończonej łączeniem spodni z butami, butów z płaszczem, bluzki z paskiem i oczywiście szukaniem identyfikatora i dokumentów. Udało się jednak dotrzeć do pracy na jakitaki czas. Gubiąc co prawda na parkingu podziemnym cytryny, ale w całości i w całkiem dobrym humorze. No i zadowolona z siebie, bo jeszcze w drodze przez puszczę, czyli trzy godziny przed zebraniem redakcyjnym ustalającym pracę na cały tydzień, pani udało się umówić na dziś na kroplówkę obowiązkową dla mnie co cztery tygodnie. Bajka! Nowy rok po prostu idealnie uporządkowany! W sumie wyspana, włosy ułożone co do jednego, wizyta umówiona, w pracy skoro świt, żeby wszystko ogarnąć i cały zespół obecny, a nagranie z sylwestra zrzucone i gotowe do rozpisania. Nawet zapisany po brzegi kalendarz nakręcił mnie jeszcze bardziej pozytywnie, a wszystko nastroiło do myśli o kawie i czekoladkach. Te ostatnie stały bezkarnie na moim biurku i razem ze słojem kawy stanowiły podziękowanie za reportaż, którego co prawda totalnie nie mogłam skojarzyć gdzie, kto i o czym. Ba! wręcz byłam pewna, że w danym czasie nie mogłam być w danym miejscu, ale skoro wszyscy twierdzili, że to ja robiłam, skapitulowałam, bo dziesięciodniowy odpoczynek mógł faktycznie wpłynąć na lekką amnezję, i po wstępnym zawahaniu się otworzyłam bombonierę, żeby mogli pomóc mi w smakowaniu słodkości. Skoro miałam w planie kawę, to oczywiste, że zaparzyłam zieloną herbatę, co zauważyłam dopiero po jej wypiciu, a właściwie to tuż po odebraniu telefonu. Ten mnie co prawda trochę zaniepokoił, bo od męża, a mąż mój własny i osobisty dzwoniący przed dziewiątą rano może zasygnalizować jedynie jakiś problem związany z dzieckiem. Po drugiej stronie był jednak nie mąż, a syn. Roześmiany do rozpuku, bowiem szkoła była zakluczona na siedem spustów, a przed bramą niemało zdziwionych dzieci z rodzicami i dzieci bez rodziców. Prawdopodobnie ta mnogość zdziwionych spowodowała, że dwie godziny później w dzienniku elektronicznym pojawiła się informacja przypominająca o godzinach dyrektorskich. Ze śmiechu to w zasadzie dostałam bólu przepony, ale musiałam się szybko opanować, bo znów zadzwonił telefon. Tym razem zostałam poinformowana, że w całym powiatowym i całym wojewódzkim nie ma leku, który powinnam dostać, zatem kroplówka musi być przeniesiona na środę. A potem... potem się już przyzwyczaiłam.
    Zatem... moje życie w nowym roku wygląda jak na mnie przystało: standardowo - jest w totalnie artystycznym nieładzie. A ponieważ nawet czekoladki okazały się przeznaczone nie dla mnie i nawet nie dla naszej redakcji, postanowiłam się zaraz po powrocie do domu ulokować w łóżku z książką i nie ruszyć z niego aż do powrotu chłopaków z treningu. Co też i czynię... klik

piątek, 30 grudnia 2016

Rok

    Podsumowania nie będzie. Raczej garść refleksji. Wyjazd w Bieszczady... cudowny. Tak, to nasze  miejsce na Ziemi. I ten zapach. I ta bliskość przyrody. Mrrrr... Tak, znaleźliśmy to, czego szukaliśmy. A przy okazji znaleźliśmy coś jeszcze. Obóz... najpierw zachwyt, potem duży stres... bo drań sobie kontuzję zafundował i to taką, że o siatkówkę walczyliśmy. Trzy miesiące. Wygraliśmy, ale tylko dlatego, że przez miesiąc leżał jak kłoda. Sport potencjalnie przekreślony, ale udało mu się wrócić. Zatem kolejny plus. Moje leczenie... wdrożone w życie i to z takim rozmachem, że chwilami przeraża, a chwilami daje pozytywnego kopa. Praca... in plus. Rodzina... moja odnajduje się. Zagubione gdzieś po drodze kontakty stają się ciepłe. I jazda konno. Znowu zapach. I dotyk. Uwielbiam chrapy i okolice oczu koni gładzić. Drań również konie pokochał. Zastanawiam się, co to za mieszanka z tego dziecka. Wziął wszystkie pasje i marzenia nasze i nie dość, że realizuje je natychmiast i bez wahania, to podchodzi do nich w sposób spotęgowany. I dobrze.  Odpoczywamy. Rysujemy mandale. Razem z draniem. Całkiem ciekawe wychodzą. Wyciszają. Bardzo. Co jeszcze? Lodowisko. Mąż mój własny i osobisty szaleje po prawie trzech dekadach. Drań pierwszy raz w życiu miał wczoraj łyżwy na nogach i już je lubi. Ja patrzę. Ja teraz nie mogę. Tak na wszelki wypadek.







niedziela, 25 grudnia 2016

Bajka na święta :)

Bardzo dawno temu gdzieś daleko było dobre miasto. Jego mieszkańcy żyli szczęśliwie, śmiali się, bawili i nigdy nie chorowali. 
W mieście tym było bardzo dużo puchatego i puszystego. Puchate było miękkie, puszyste, bardzo lekkie i miłe w dotyku. 
Ludzie mieli taki zwyczaj, że, kiedy spotykali się ze sobą, dzielili się puchatym i puszystym mówiąc: 
Tobie puchate i mnie puchate, mnie puchate i Tobie puchate. 
A kiedy się dzielili puchate i puszyste rosło i było go jeszcze więcej. 
Tak trwało bardzo długo i ludzie nauczyli się, że kiedy puchate i puszyste rośnie ich życie staje się piękniejsze, serca wypełniają się miłością, a ciało jest zdrowsze.
Pewnego dnia do szczęśliwego miasta przybyła czarownica. 
Czarownica jeździła po całym świecie i sprzedawała ludziom swoje czary i lekarstwa. Jednak w dobrym mieście nikt nie chciał kupować lekarstw i nie potrzebował czarów, bo wszyscy byli zdrowi i szczęśliwi. Czarownica chodziła po mieście przyglądała się ludziom i ich zwyczajom i nie rozumiała, dlaczego nie może niczego sprzedać. Po pewnym czasie zorientowała się, że wszystkiemu winne jest puchate. 
Kiedyś obserwując jak ludzie się nim dzielą postanowiła uwolnić ich od puchatego i puszystego i powiedziała do jednego z mieszkańców: 
Wiesz? To puszyste i puchate, które dostałeś od swojego przyjaciela to wcale nie było jego puszyste i puchate. On oddał Ci tylko to, co wczoraj dostał od Ciebie.
A do innego mieszkańca powiedziała: 
Czy zauważyłeś, że Twój sąsiad dał Ci wczoraj mniej puszystego i puchatego niż Ty dałeś jemu? Krążyła po mniecie tak długo aż zatruła ludziom serca i ludzie zaczęli się sobie nieufnie przyglądać. Coraz rzadziej dzielili się puchatym i puszystym i chowali je w domach i szufladach zazdrośnie strzegąc i bojąc się, że je stracą. 
A puszystego i puchatego, którym nikt się nie dzielił było coraz mniej.
Pewnego dnia czarownica dała jednemu z mieszkańców trochę kolczatego i powiedziała: Tobie kolczate i mnie kolczate, mnie kolczate i Tobie kolczate. I kolczate urosło. Ludzie zaczęli się dzielić ze sobą kolczatym. Pojawiły się choroby, szczęście zaczęło znikać z dobrego miasta, a ludzie stali się smutni i niemili dla siebie. Mijały dni, miesiące i lata. Czarownica sprzedawała ludziom swoje lekarstwa i stawała się coraz bogatsza. Kiedy potrzebowała więcej pieniędzy dzieliła się z ludźmi kolczatym i wtedy ludzie więcej chorowali i przychodzili do niej po leki.
Pewnego dnia dwoje dzieci bawiąc się ze sobą na strychu znalazło w starej skrzyni puszyste i puchate, które dorośli dawno temu schowali żeby nikt im nie zabrał. Kiedy je oglądali rozerwali je na dwa kawałki i podzielili między siebie. I puszyste i puchate natychmiast urosło a dzieci poczuły, że w ich sercach pojawiła się jakaś radosna nuta. Pobiegły do rodziców i podzieliły się z nimi mówiąc:  
Tobie puchate i mnie puchate. 
I puchate znów urosło.
Od tej chwili ludzie zaczęli ponownie dzielić się ze sobą puszystym i puchatym i w ich sercach pojawiło się więcej szczęścia i radości a ciała mniej chorowały. Wtedy przypomnieli sobie o starym zwyczaju i dawnych czasach. Wypędzili złą czarownicę i starali się dzielić jak największą ilością puszystego i puchatego. Jednak w ich mieście istniało także kolczate, które kiedyś podarowała im czarownica.
I odtąd puszyste i puchate krąży miedzy ludźmi na przemian z kolczastym i tylko od ludzi zależy, czym się ze sobą dzielą.  
A to, czym się podzielą rośnie wypełniając ich serca i myśli.

Zatem:
"Wam puchate i mnie puchate, 
Mnie puchate i Wam puchate."

niedziela, 10 lipca 2016

weekendowo

    Basia rośnie i łobuzuje. I śpi. Odpoczywam patrząc na nią. Wiele czynników wskazuje, że pojedzie z nami w Bieszczady. Już za pięć dni tam ruszamy. Pierwsze trasy zostały wytyczone. Dzisiaj popełniliśmy zakupy na wyjazd. Niby podstawowe, niby całościowe. Jakie dokładnie, okaże się dzień przed.
    Wczoraj skończyłam czytać "Tego lata w Zawrociu". Wciągnęła mnie ta książka. Dwa wieczory czytania i kolejny wieczór myślenia nad opowiedzianą historią. Jak ja bym się zachowała? Dylemat skrajnie abstrakcyjny co prawda, a jednak gdzieś tam zbieżność jednak się pojawiła.
    Piątkowy wieczór spędziłam z draniem w kinie na "BFG. Bardzo fajny Gigant". Drań zachwycony, ja prawie tak samo jak on. W kinie na tym seansie byliśmy sami... Potem wieczorny spacer na lody na deptaku w powiatowym. Deptak - ku mojemu zaskoczeniu - żywy, pełen ludzi, tętniący tym, czym kręgosłup miasta tętnić powinien: muzyką, gwarem, śmiechem, zapachami. Niespiesznie z tymi lodami szliśmy w kierunku starego miasta. Mniej tętniący obszar, ale za to i tu niespodzianka klimatyczna, bowiem chłopcy grali wokół pomnika Piłsudskiego w piłkę. Nawet dwóch kolegów drań spotkał. Zabawne. W tle gdzieś nawalało disco polo w najgorszym wydaniu i błyskały kolorowe światła. Godzina 20. Może za dużo szczegółów dostrzegłam. Mąż mój własny i osobisty czekał na nas z Lulusiem przy parku. Krok za krokiem wróciliśmy do domu. Każdą komórką ciała czuję już urlop. Ten weekend miałam wolny, chociaż wstępnie zapowiadały się nagrania. Jutro skończę wcześniej. We wtorek fryzjerka - tak trochę na przekór. Od środy będę zamykać tematy.
    Miałam dzisiaj sen. Namacalny taki. Bliski taki. Taki, co to się pamięta i nie chce się obudzić, a po obudzeniu człowiek ma nadzieję, że nie mówił przez sen. Czemu akurat dziś? klik






weekendowo

    Basia rośnie i łobuzuje. I śpi. Odpoczywam patrząc na nią. Wiele czynników wskazuje, że pojedzie z nami w Bieszczady. Już za pięć dni tam ruszamy. Pierwsze trasy zostały wytyczone. Dzisiaj popełniliśmy zakupy na wyjazd. Niby podstawowe, niby całościowe. Jakie dokładnie, okaże się dzień przed.
    Wczoraj skończyłam czytać "Tego lata w Zawrociu". Wciągnęła mnie ta książka. Dwa wieczory czytania i kolejny wieczór myślenia nad opowiedzianą historią. Jak ja bym się zachowała? Dylemat skrajnie abstrakcyjny co prawda, a jednak gdzieś tam zbieżność jednak się pojawiła.
    Piątkowy wieczór spędziłam z draniem w kinie na "BFG. Bardzo fajny Gigant". Drań zachwycony, ja prawie tak samo jak on. W kinie na tym seansie byliśmy sami... Potem wieczorny spacer na lody na deptaku w powiatowym. Deptak - ku mojemu zaskoczeniu - żywy, pełen ludzi, tętniący tym, czym kręgosłup miasta tętnić powinien: muzyką, gwarem, śmiechem, zapachami. Niespiesznie z tymi lodami szliśmy w kierunku starego miasta. Mniej tętniący obszar, ale za to i tu niespodzianka klimatyczna, bowiem chłopcy grali wokół pomnika Piłsudskiego w piłkę. Nawet dwóch kolegów drań spotkał. Zabawne. W tle gdzieś nawalało disco polo w najgorszym wydaniu i błyskały kolorowe światła. Godzina 20. Może za dużo szczegółów dostrzegłam. Mąż mój własny i osobisty czekał na nas z Lulusiem przy parku. Krok za krokiem wróciliśmy do domu. Każdą komórką ciała czuję już urlop. Ten weekend miałam wolny, chociaż wstępnie zapowiadały się nagrania. Jutro skończę wcześniej. We wtorek fryzjerka - tak trochę na przekór. Od środy będę zamykać tematy.
    Miałam dzisiaj sen. Namacalny taki. Bliski taki. Taki, co to się pamięta i nie chce się obudzić, a po obudzeniu człowiek ma nadzieję, że nie mówił przez sen. Czemu akurat dziś? klik



sobota, 2 lipca 2016

Something's Gotten hold of my heart

    Pozytyw za pozytywem u mnie. Czerwiec skończył się upałem, zabawą, planami i radością. Lipiec rozpoczęły wiśnie, dobre nowiny i mnóstwo radości kontynuowanej. Po kolei? Tak, chyba chronologia będzie najlepsza, bo nie potrafię podjąć decyzji, co dać na jedynkę. Jak ugryźć kolejność? Niby oczywiste, co powinno być numerem jeden, ale punkt odniesienia czasem jest inny...
    Zatem... Tydzień temu zakończyliśmy sezon. Była zabawa. Byli praktycznie wszyscy zawodnicy i ich rodzice. Była dobra muzyka, smaczne jedzenie, zabawa do "nadranem". Wytańczyłam się tak, że zakwasy leczyłam dwa dni potem. Kiedyś umiałam tańczyć tylko z mężem moim własnym i osobistym. Nie potrafiłam się dopasować do kogoś innego, gubiłam rytm, uważałam. Potem... potem się zmieniło. Na tyle, że teraz uczę się tańczyć z mężem. Ale jest to miła nauka. Takie przypominanie sobie. Jak pływanie kajakiem ostatnio. Z marszu. Nagle. Na nagraniu padła propozycja. Kocham kajaki. Nie pływaliśmy od trzech lat. Od tego momentu, co drań przechylił kanu na drzewo powalone przez burzę idącą nad nami w trakcie spływu i jak go trzeba było wyławiać i cudem... stop! Zatem kajaki. Z marszu. W lnianych krótkich spodniach. Było miło. Nawet ramiona mnie nie bolały. Plusk wody wyciszył. Widoki... Rewelacja. Mój ulubiony zakątek powiatu. Rewelacja. Ważki nad wodą i cisza. Tego się nie zapomina. Drań niech kiedyś sam oceni, czy chce. Szanuję jego rezerwę, którą swoją nieodpowiedzialnością spowodowaliśmy. Ślubny był w szoku, jak mu powiedziałam, że płynęłam. Powoli planujemy spływ. Pilica? Wisła? Jeszcze w planach. Zatem ten taniec to jak te kajaki. Miło poczuć jego ramiona. Miło, że na tej imprezie poza tym, co mi wypada i tym co powinnam, była osobista przestrzeń. A było i co świętować. Po wielu problemach w kwestiach logistycznych i utarczkach wywołujących złość i bunt z mojej strony przyszedł czas na podsumowanie sezonu. Dwa najstarsze roczniki pierwsze miejsce w okręgu. Kolejny - drugie. Udało się też logistycznie rozwiązać i personalnie wszystko. W dodatku tuż przed festynem dostałam informację z okręgu z propozycją funkcji... Ad rem... do drugiej nad ranem tańczyłam, tańczyliśmy, tańczyli. Dostałam prezent. Najcenniejszy. Nie spodziewałam się niczego. Otrzymałam pięknie wykonaną piosenkę. Z dedykacją. Zaśpiewaną przez brata jednego z chłopców. Jak na ironię trafili w sedno. Chociaż o problemach nikt nie wiedział i o tym, że łzy miałam pod powiekami ze złości wielokrotnie. Trafili w sedno. To był piątek. We wtorek zawitał u nas mały rudzielec. Wcześniej, niż było w planach. Jest przesłodka. Ruda jak płomień, maleńka jak wiewióreczka i całymi swoimi siedmioma tygodniami życia przylgnęła do nas. Basia. Pozytyw biegający po mieszkaniu sprawił, że uśmiechamy się jeszcze częściej. Czas spędzamy na patrzeniu na nią. Energia. Jest niesamowita. To jej było mi trzeba. Od wtorku czuję, że chociaż jedne drzwi nigdy nie zostaną domknięte, otworzyły się kolejne. Kiedy jechaliśmy z nią do domu i trzymałam ja na kolanach, wiedziałam, że nie w porę, bo Bieszczady, że na wariata wszystko, że... Ale byłam pewna, że to ona. Jest. Jest dobrze. Jest świetnie! Wczoraj przyszły wyniki. Wyniki są znakomite. Tak więc winna jest tylko trombofilia. Leczona już. Ustabilizowana już. Jest bardzo dobrze!
Jem wiśnie. Kocham wiśnie. Smak wiśni jest... krystaliczny. A ja czuję, że żyję. klik


dzisiaj:


we wtorek kilka minut po wejściu do domu:


Jest dobrze. Wyszło obrzydliwie osobiście. Trudno.

niedziela, 19 czerwca 2016

szaleństwo

    Kawa! Aromatyczna, świeżo mielona kawa. W pomarańczowej filiżance. Zaparzona z kardamonem. Smakuje doskonale. I arbuz z solą alpejską. Rozkosz. Kwiaty na balkonie już zrosiłam. Zioła pną się w górę jak szalone. Róża kwitnie przekraczając zdrowy rozsądek. Poziomki czerwienieją, dęby rosną z minuty na minutę. Szaleństwo. Nawet pelargonie wylewają się ponad miarę. Drań od trzech godzin jako wolontariusz wykonuje wyznaczone mu zadania podczas wielkiej imprezy organizowanej w powiatowym. Wieczorem będzie prowadził zajęcia sportowe dla maluszków - jak sam określił. Odpoczywam. Wczoraj wybraliśmy się na deptak. Gwar. Centrum. Tłum. Tyle lat w tym tyglu mieszkaliśmy. Na wyciągniecie ręki były parasole i tłum. Brakuje? Nie wiem. Słońce panoszy się u nas. Trawy nie ma. Ptakom wystawiam wodę. Ale i tak jestem w swoim żywiole. Uwielbiam słońce na skórze. Od piątku jestem ciocią. Taką prawdziwą. Mam własnego bratanka. Krew z krwi. Uwielbiam te prywatne zawieszenia w pełni szczęścia.




piątek, 17 czerwca 2016

klik!

- Dzień dobry!!! - zawołał w moją stronę uśmiechnięty od ucha do ucha listonosz - Nic dla pani nie mam.
- To źle - odpowiedziałam uśmiechając się na jego widok - Bo ja cały czas czekam.
- Brak wiadomości to dobra wiadomość - zawołał pędząc dalej człowiek, z którym dzisiaj rozmawiałam po raz trzeci odkąd tu mieszkamy, a mieszkamy od czterech lat. I wszystkie trzy razy w tym roku. Od lutego. Wie, skąd ten list ma przyjść. Listonosz wie dużo. Miły pan. I sympatyczny. Ale... Ale... Właśnie akurat wtedy stałam obok cukierni i gadałam o wszystkim i o niczym z mamą jednego z chłopców "z piłki". Dziś mam dzień taki po prostu i na luzie. Wstałam wyspana. Kąpiel, truskawki na balkonie, kawa i podlewanie kwiatów. Pełna ignorancja zegarków i telefonu. Wybór prezentu dla mamy i odbiór tortu. Pomiędzy tym wszystkim w drodze po drania do szkoły wizyta u zaprzyjaźnionej pani Basi, u której zawsze kupuję buty stworzone dla mnie. I kiedy już nagle i spontanicznie dziecko mnie wycałowało na powitanie, okazało się, że zegar wskazuje dopiero 12:20. Takie dni lubię. Potem burza i deszcz. Wreszcie. Brakowało go. Wycieraczki w samochodzie nie dawały rady. Mąż mój własny i osobisty pomimo tego radę dał. Pisałam już, że lubię z nim jeździć? Przez moment było czym oddychać. Teraz znowu słońce opanowało wszystko. Lubię słońce. Obiad. Kawa. Zawieszenie w czasoprzestrzeni totalne. Ostatnio takie miałam dwa tygodnie temu. Wtedy z piwoniami jak co roku. Mamy zarezerwowanego kociaka. Kotkę. Poszło samo z siebie. Coś puściło w myślach i emocjach. I w naszym domu będzie za dwa tygodnie mały szkrab. Zwykły, nierasowy maluch, któremu będzie u nas dobrze. Na balkonie mam trzy dęby. Pisałam? Znalezione wiosną żołędzie wrzuciłam do skrzynki i mam dęby. Maleńkie. Rosną wbrew zasadom logiki. W ciągu trzech tygodni rozrosły się niesamowicie. Najpierw dwa. Ostatnio zauważyłam, że o swoje prawa walczy trzeci. Dzisiaj dałam im trochę przestrzeni. I przy okazji okazało się, że kolejne dwa o swoje miejsce upomną się w ciągu najbliższych dni. Tak. To wszystko to dobry znak. klik

wtorek, 31 maja 2016

pajęczyny i truskawki

    Właśnie zdjęłam pajęczyny z laptopa wsadzonego na dno szuflady. Nie był używany od czasów niepamiętnych. Ten mój. Tysiąc aktualizacji, przeglądarka wymagająca odświeżenia, myszka działająca ospale... Spojrzałam, co wrzuciłam do zakładek. Lata świetlne. Spoglądam na pulpit i widzę coś, o czym albo już nie pamiętam, albo to już nie ma znaczenia. Kliknęłam na bloga, ogarnęłam ostatni wpis. Dobrze, że to był ostatni wpis. Nie mam już pajęczyn w zakamarkach myśli, więc po co mi one tutaj. Kilka miesięcy, a zmieniło się wszystko. Wraz z nowym rokiem zaczęłam nową pracę. Jest inaczej. Myśli mam spokojne. Odpowiedzialność za słowo ogromna, ale sama jestem sobie recenzentem, a to i wyzwanie i wygoda. Koty też już nie mam. Brak futrzaka obok, nie będę ukrywać. Ból? Tak, to też. Za nami kilka wyjazdów. Za nami również wylot drania do Madrytu i powrót szczęśliwy, choć w czasie trudnym do zaakceptowania ze spokojem. Wróciłam do okularów. Zapuściłam włosy do ramion, zaczęłam je podpinać i obcięłam na krótko. Co jeszcze? Od wczoraj sezon na truskawki u nas rozpoczęty. Są przesłodkie i mają tę nutkę kwaskowatości. Uwielbiam. Poznałam ostatnio kilka osób, które sprawiły, że chyba mam ochotę wrócić do pisania. Może też dołączyć do grupy literackiej. Powoli. Może. Teraz są truskawki. Są pyszne. klik

piątek, 13 listopada 2015

jeszcze bedzie przepięknie!

    Konkurs Pianistyczny zakończył się i przyjęłam z pokorą decyzję jury. Z pokorą przyjęłam również fakt, że i we mnie dzieje się coś wbrew mojej woli i wbrew wstępnym moim planom. Jednego dnia widziałam rozwijający się kształt oraz łopoczące serduszko jednego zarodka i zarys drugiego, a następnego dnia zobaczyłam cały wszechświat z nagłego bólu. Lekarz potwierdziła obawy. Nie, nie płakałam, nie zamknęłam się w sobie na kilka dni, nie miałam pretensji do świata i Boga. Najpierw poszłam na zakupy, później posprzątałam mieszkanie, wstawiłam pranie, zapaliłam szałwię, a potem kilka świec, świeczek, podgrzewaczy i kominek, i wtedy, wieczorem już, dopiero popłynęły mi łzy. Widocznie to jeszcze nie ich czas... Szpital zajął się mną dobrze. Moja lekarz okazała się dobrą opiekunką i całkiem niezłym rozmówcą. Na ironię losu właśnie podczas mojego pobytu w szpitalu przyszły wyniki badania genetycznego z Instytutu Hematologii.
Mąż mój własny i osobisty zawsze powtarzał, że do trzech razy sztuka, ale co, gdy za czwartym wypłynie ta nauka cytując swojego ulubionego w dawnych czasach Kazika. Ano właśnie, co? I ano właśnie co owe spóźnione wyniki pokazały? Przynajmniej przyczyna trzeciego z rzędu w ciągu trzynastu miesięcy poronienia jest znana. A ja chora. Okazuje się, że mam wrodzoną trombofilię i zanik kwasu foliowego w organizmie. Brzmi zabawnie, gdy patrzę na te wyrazy. Plus sytuacji jest taki, że można to wszystko stabilizować farmakologicznie i że już przyjmuję leki. Przede mną jeszcze badania genetyczne na określenia naszych kariotypów, dokładne badanie tarczycy i badanie w Instytucie Immunologii na oznaczenie profilu limfocytów (chyba). Plus jest również taki, że panoszącą się we mnie zakrzepicę zaczęłam już leczyć i tym samym chronię siebie samą.
    Do pracy wrócę w grudniu, ale jeszcze o tym nie myślę. To zupełnie odległa dla mnie obecnie czasoprzestrzeń. Dużo śpię. Dużo czytam. Zaczęłam wychodzić na spacery. Zajmuję się klubem. Gotuję i bawię się smakami. Słucham muzyki. Dzisiaj wzięło mnie na Tilt. Tak nagle. Przypomniał mi się ich koncert w Proximie w Warszawie. I pamiętam, że pojechaliśmy na ten koncert tak nagle, z marszu, będąc jednymi z niewielu, którzy zauważyli w akademiku plakat. Zabawa, muzyka, słowa piosenek... Dochodzę do wniosku, że kiedyś byłam całkiem mądrym człowiekiem. I do takiego jeszcze, że mam niewyczerpane pokłady siły, aby to wszystko znosić. Chociaż teraz mam ogromne wsparcie bliskich, wśród których jest mąż mój własny osobisty, dwie mamy i dwie czarownice. Tak, lubię Tilt za te słowa i tę muzykę... klik

czwartek, 1 października 2015

wiosenny walc

    Oglądam relację z koncertu inauguracyjnego XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Wcześniej odpoczęłam przy filmie "Chopin. Pragnienie miłości". Ciarki chodzą mi po całym ciele od rana. Uwielbiam. Uwielbiam... Marta Argerich? Tak, czekam. Teraz generalnie czekam. Tak cichutko i z dreszczykiem podniecenia na to, co mi przyniesie życie. Wsłuchuję się w siebie i reaguję może nazbyt impulsywnie, a może normalnie. Czekam. Słucham. Chopin będzie nutą przewodnią tego czekania. Już to wiem. Wczoraj wróciłam ze szpitala. Szczęśliwa. Czekam. Cierpliwie. Ciii... klik

Everything will work out fine!

... klik
Czyli dzisiaj nie będzie ani w biegu, ani pogderliwie. Nie będzie o biegu nawet, ani o niczym nieistotnym. Stało się... obrzydliwie szczerze i w trakcie, a właściwie przedczasem postanowiłam wylać na klawiaturę jednym ruchem. Nie żeby histerycznym. Nawet nie poprzez jakieś emocje, które trzeba rozważyć. Jestem spokojna i stanowcza w swoim stanie.

niedziela, 6 września 2015

pogderanki leniwe

    Narodowe czytanie zaczęliśmy już o 10 rano na skwerku w powiatowym (tym powiatowym służbowym) motywem przewodnim z filmu "Lalka". Towarzyszył nam sporawy krąg mieszkańców powiatu na rozstawionych przypadkowo krzesłach, mnóstwo zdjęć porcelanowych lalek oraz kadrów z filmu. Pogoda też była łaskawa, ponieważ pomimo zimna i ciężkich chmur nie spadła żadna kropla deszczu. Było miło. Happening w swojej prostocie spodobał się wszystkim zainteresowanym i tym, których zainteresowałam nim właśnie wczoraj. Byłam z siebie dumna. Tak, to były dwa trudne dla mnie tygodnie stawiające przede mną dwie duże imprezy i dwa duże wyzwania. Jest dobrze. Zaliczone, odhaczone, biegnę dalej. Na obcasach. Smukleją te ostatnie. Jakoś tak bardziej w szpileczki przechodzą. Ne przypuszczałam nigdy, że szpilki pokocham. Myliłam się bardzo.
A teraz piję aromatyczną kawę leżąc w łóżku i słuchając muzyki. Taki poranek leniwy, który przechodzi w jużnieporanek i jeszczenieprzedpołudnie. Chłopaki na turnieju. Trzymam kciuki? Jeszcze nie. Jeszcze to aromat kawy przykuwa moją uwagę i to lenistwo, na które zasłużyłam w pełni. Wczoraj po NC wylądowaliśmy u mojej rodziny na obiedzie, szarlotce, pogaduchach i dotuleniu. Takie chwile dają mi energię na wiele następnych, a drania utwierdzają, że ma ciocio - babcię i brata dziadka, czyli dziadka tylko nieco inaczej. Zaczynam odczuwać głód rodziny. Zostało mi jej tak mało, że każda możliwość obcowania z kimś, kto krwią jest ze mną powiązany, jest na wagę złota. Najszczęśliwsza jest na miejscu pierwszym, ale jakby to oczywiste. Podpowiatowa rodzina i chrzestna drania to dwa skrajne bieguny i ostatnie ogniwa pokrewieństwo potwierdzające. Brakuje mi ich na co dzień. Zabawne, jak człowiek podchodzi bezrefleksyjnie do życia - coś jest, bo jest i być musi. Dopiero brak pozwala zauważyć, że wcale nie jest to takie pewne.
    Zamknęłam "Damy złotego wieku" oraz "Tłumaczkę snów" odstawiając je na półkę z książkami, ale mając nadal w myślach, bo to te lektury, które każą mi stanąć w miejscu tu i teraz i zastanowić się nad światem w całości. Przede mną stale kusząca "Europa", którą czytam uważnie i niespotykanie wolno, trawię, doczytuję inne pozycje, aby mieć większe pojęcie na temat, o którym akurat dywaguję wspólnie z Davisem. "Toskańskie zapiski" pożarłam jednym tchem i mam świadomość, że te zapiski niby takie po prostu wryły się w moje myśli, a "Kwietniową czarownicę" mam jako wyzwanie. Szwedzka literatura jest dla mnie czymś, z czym się stale mierzę i czego nie potrafię przyjąć wprost. Zbyt surowa. A może tak właśnie wygląda rzeczywistość?
Telefon od męża własnego i osobistego wyrwał mnie przed chwilą z zamyślenia. Są już na miejscu. W telewizji zdjęcia z okolic Zakopanego, Giewont i Dolina Pięciu Stawów. To taki moment, w którym mam poczucie podziału jaźni.
Luluś się przytulił i usypia, kota mruczy i próbuje udowodnić, że to ona jest moja bardziej. Czyste niebo za oknem coraz bardziej zasnute chmurami. Cały dzień przede mną! klik



środa, 19 sierpnia 2015

w biegu i w skrócie, czyli siedzę i kawę piję

    Taaaak... od czasu ostatniej notatki, które miały być systematyczne znowu, minął miesiąc i nawet nie potrafię zrozumieć, jak on to zrobił. Spędziliśmy go co prawda intensywnie, ale żeby aż tak?! Fantastycznie bawiliśmy się w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą, zahaczając nieznacznie o Festiwal Dwa Brzegi. To trzeba przeżyć. Tego opowiedzieć się nie da. Podobnie jak nie sposób opisać klimat Kazimierza. Tak, tego Kazimierza, w którym nie byliśmy od trzech lat. A może od czterech. Jakoś tak wyszło, że... A przecież każdą kolejną rocznicę ślubu we dwoje tam właśnie celebrowaliśmy i od tych lat ostatnich każdego roku poza tymże miejscem mówiliśmy, że za rok itd., bo przecież, ale niestety i na pewno... A potem mijał rok i znowu i znowu i pojechaliśmy i to najważniejsze. Odpoczęłam. Wąwozy co prawda tym razem nie zostały udeptane moimi stopami, ponieważ wolałam chłonąć atmosferę rynku i smakować i wsłuchiwać się w rozmowy i dźwięki. Te były nieziemskie. Zwłaszcza koncert jazzowy, do którego próby rozpoczęły się zaraz po syrenach upamiętniających godzinę W. Zgrało się wszystko fantastycznie w czasie i dźwięku i podniosłości. Bajka. Poza tym podczas urlopu jeszcze czytałam i czytałam i czytałam. I czytałam. I siedziałam długo w nocy prawie ocierając się o świt. Pojechaliśmy jeszcze i znowu nad kałuże jeziorami zwane. I tak, tego też mi było trzeba. Odpoczęłam. I nabrałam dystansu. Do świata i siebie i pracy, do której już wróciłam. I może jakoś tak dobrze się stało, że wróciłam już i że ten dystans pojawił się, ponieważ otoczyłam się nim tworząc bufor bezpieczeństwa.
Dwie imprezy już za mną, w tym jedna ogromniasta wspólnie z wojskiem przygotowywana. Kolejna, największa ponoć w kalendarzu naszych imprez i najuroczystsza, przede mną. Chyba nawet zaczynam już czuć lekki dreszczyk emocji, który wprawia mnie (o dziwo) w stan zadowolenia, bo to znaczy, że będzie dobrze. Tam, gdzie stres jest z boku absolutnie, wkracza rutyna. Rutyna gubi. Gubię za to ja godziny i chwile, których żałuję okropnie. W tym tygodniu znowu obowiązki nakazują mi wracać późno do powiatowego prywatnego. Dzisiaj będę ścigać się z czasem, krajówką i puszczą, żeby chociaż na końcówkę meczu drania zdążyć. Ważnego meczu. U najszczęśliwszej byłam ostatnio dwa tygodnie temu. W sobotę za to czasoprzestrzeni utrę nosa czubek i wytargam za uszy bezwstydnie, bo udało się przechytrzyć nawet siebie samych. Pracuję. Duża impreza sportowa, więc ją dostałam. Ale pojawiła się luka i możliwość zapisania drania, bo listy dziecięce nie były zamknięte ostatecznie, chociaż termin 10 według regulaminu upływał i... i drań weźmie udział w aquathlonie, czyli pierwszym kroku do triathlonu, którym oto ja będę się tego dnia zajmować. No to tak w skrócie telegraficznym. A poza tym zielona herbata i kawa na zmianę, wypierające hektolitry wody mineralnej, pomidory z bazylią i arbuz z miętą i miłe ciepło z osłonecznionego okna. Tylko ten dystans, który każe tęsknić za domem w ciągu tych godzin obok tego okna i tego słońca i tego budynku klasztornego, który tak lubię i tego wszystkiego, co... lubię. klik

PS. uuuuuwielbiam to zdjęcie:

poniedziałek, 27 lipca 2015

bubamara

    Pani od rana walczy z bólem głowy oraz alergią. Ta druga opanowała moje nogi i przedramiona. Albo zjadłam coś, czego nie mogę - choć nie pamiętam, albo zaszkodził mi ostatni pobyt na słońcu. Ha! nie daję się. Piję wapno. Smaruję się fenistilem. I na wszelki wypadek nic nie robię. Leżę. Czytam. Leżąc i czytając wypijam hektolitry kawy. Nieśmiało planuję przy okazji przyszłoroczne wakacje. I słucham opery. I jest mi dobrze. Drań po całym dniu biegania po podwórku wraz z mężem moim własnym i osobistym, który przez cały dzień nie dał się oderwać od pracy nawet na chwilę, obecnie są na treningu. A ja leżę, czytam, słucham, planuję, piję. Wczoraj wybraliśmy się na wieczorny spacer po powiatowym i zabłądziliśmy w okolice deptaku. I dostałam niemalże bólu zmysłowego od kakofonii dźwięków oraz chaosu zachowań ludzkich. Sytuacji opanować nie mógł również psiak, którego zabraliśmy ze sobą. O ile tłumy nie są dla mnie trudne do zaakceptowane, o tyle chaos i przerysowane zachowania męczą. A jak do tego dojdą bezsensownie rzucane petardy i przekleństwa w ustach i młodych i starszych jako przecinki, mam ochotę zwinąć się w kłębek i rozpłynąć. No cóż... nie odpoczęłam wieczorem. Za to odetchnęłam przy nocnym seciku filmowym zaproponowanym przez męża. klik

sobota, 25 lipca 2015

głównie to o wiśniach

    Za oknem w powiatowym burza. Aż miło. Balkon otwarty na oścież. Wdycham ozon. Tysiące metrów sześciennych ozonu. Nawet nie ma wyraźnego chłodu. Czuć tylko rześkie powietrze. Towarzyszy mi Santana. I wiśnie. Uwielbiam wiśnie. Trzeci dzień z rzędu smakuję je i odkrywam jak za każdym razem od lat na nowo ich smak. Bo jakie one są tak właściwie? Słodkie? Gorzkie? Kwaśne? Cierpkie? Pyszne. I soczyste. Sokiem potrafią wszystko pobrudzić. Ale ten sok jest sam w sobie krystaliczną słodyczą. W tym soku mam już całe dłonie. I nawet mi się to podoba. W ogóle mi się podoba. Niedawno wróciliśmy znad jeziora. Wygrzałam się w słońcu. Wyleżałam się na piasku. Mąż mój własny i osobisty razem z draniem wymoczyli się w wodzie, nawet przepłynęli niemały kawałek, potem grali w piłkę ręczną. Patrzyłam na nich i leniwie mi było tak i dobrze tak. I to nawet nie o opalanie się chodzi, bo wysokimi filtrami się odgradzam, ale o to wygrzanie i ciepło na skórze właśnie. W dodatku był miły wiatr od wody i to stworzyło mieszankę idealną. Powietrze przez dłuższy czas naszego pobytu tam było przejrzyste i pozwoliło dostrzegać pofałdowania terenu świętokrzyskiego. Bajka. A teraz ulubione. I totalny brak planów na wieczór, ponieważ burza lekko zweryfikowała te, które były wcześniej. A może to dobrze? Taki brak planów to chyba całkiem dobry początek. klik

środa, 22 lipca 2015

chyba o kałuży

    Do sałatowego zielska z octem balsamicznym dorzuciłam dzisiaj przed dodaniem oliwy borówki amerykańskie. Strzał w moją smakową dziesiątkę. Czuję się jak młoda bogini. Do tego zielona herbata z opuncją i nagietkiem i odleciałabym, gdybym tylko mogła. Nie żeby ktoś mi latać zabraniał, po prostu skrzydła opadły jakiś czas temu i do tej pory nie odrosły. Dzień kolejny urlopowania w pełni znaczy. A dzisiaj dodatkowo słońcem się dopieściłam zabierając drania wraz z podwórkowym kolegą nad jedno z powiatowych bajor zwanych pięknie zalewem. Hm... jakie położenie geograficzne, taka kałuża. Cóż poradzić. Niech będzie, że jeziora polodowcowe nam niegroźne, a w Morskim Oku i tak pływać bym nie mogła i ja jedno oraz drugie rozumiem. Ba! nawet to położenie geograficzne rozumiem również. I nawet nie żebym pływać w tej kałuży powiatowej chciała, nie, co to to nie, pani jest wybredna. Woda niczym kryształ być musi, żebym do niej weszła. I bardzo głęboka. Mogę się wtedy pławić bezkarnie i jest mi dobrze. Zatem... zatem zabrałam chłopaków nad kałużę. Synoptycy pomylili się bowiem lekko z prognozą pogody na dziś i okazało się, że ochłodzenie nie jest głównym naszym problemem, a mnie tak jakoś nie chciało się siedzieć w domu. I to było to, co było mi do szczęścia wisienką na torcie. Wygrzałam się w słońcu, poczytałam do woli i nawet wszędobylski piasek nie był uciążliwy. A chłopcy? Nie, oni już od dawna nie są uciążliwi. W sumie to nawet z rozbawieniem patrzyłam na mamy uganiające się za maluchami i... i wygrzewając się czytałam dalej. Bosssko! Tym bardziej bosko, że zasypiam nad ranem i budzę się rano. Wyspana. Obudzona zapachem parzonej kawy i totalnie już nieśpiąca. klik