- A kiedy będzie lato? - lakonicznie zapytał drań przy dzisiejszym obiedzie.
- Zaraz po porze deszczowej - odpowiedział ślubny bez mrugnięcia powieką.
Nie wiem, iloma naszymi prywatnymi dowcipami nasiąka każdego dnia nasze dziecko, ale poczucie humoru wyrabia mu się w tempie zastraszającym i dorównują mu jedynie (równie błyskawicznie przejmowane) upodobania muzyczne. Ale jedno jest pewne: pora deszczowa trwa w powiatowym od naszego powrotu, a podczas naszego pobytu nad morzem trwała równie bezczelnie. W sumie śmieszne, że kurtki założyliśmy dopiero wysiadając pod domem. Chociaż... kto założył, ten założył, bo o kurtce męża własnego i osobistego zapomniałam w sposób klasyczny zostawiając ją w spokoju i w szafie, co uświadomiłam sobie 60 km od powiatowego. Ślubny powiedział, że wracać nie będzie i ma kurtkę w nosie. Znaczy nos powinien mieć niemały, to tak mu się przyglądam i przyglądam, ale wydaje się być całkiem zwyczajny, więc już sama nie wiem. Pogoda jednak była ku mojej uciesze i ku uciesze pozostałych członków ekspedycji nadmorskiej oraz ku zdumieniu wszystkich rodziców, krewnych i znajomych, tudzież wtajemniczonych sąsiadów, którzy każdego ranka myśleli, że marzniemy moknąc, a my wygrzewaliśmy się leżąc. Dobrzy ludzie podobno tak mają. Musieliśmy zatem mieć w okolicy Ustki co najmniej jednego dobrego ludzia. Nikt nam jednak nie chce w to uwierzyć, podobnie jak w pogodę. W sumie w to, że drań pożarł większość kurczaka przygotowanego przez Asię, która nas w drodze powrotnej ugościła, nakarmiła, przenocowała i (o dziwo!) zaprosiła ponownie, ja też nie mogę uwierzyć, a widziałam na własne oczy, więc nie dziwię się już niczemu. Nawet temu, że w lipcu jest listopad. Czytam Cejrowskiego, zajadam z draniem melony i arbuzy, oglądam komedie Bareji oraz zdjęcia z wakacji, które częściowo na blogu draniowatego drania, czyli tu i odpoczywam. Taaak...
środa, 6 lipca 2011
niedowiarki, czyli kurtka w nosie, udana ekspedycja i arbuzy
- A kiedy będzie lato? – lakonicznie zapytał drań przy dzisiejszym obiedzie.
- Zaraz po porze deszczowej – odpowiedział ślubny bez mrugnięcia powieką.
Nie wiem, iloma naszymi prywatnymi dowcipami nasiąka każdego dnia nasze dziecko, ale poczucie humoru wyrabia mu się w tempie zastraszającym i dorównują mu jedynie (równie błyskawicznie przejmowane) upodobania muzyczne. Ale jedno jest pewne: pora deszczowa trwa w powiatowym od naszego powrotu, a podczas naszego pobytu nad morzem trwała równie bezczelnie. W sumie śmieszne, że kurtki założyliśmy dopiero wysiadając pod domem. Chociaż… kto założył, ten założył, bo o kurtce męża własnego i osobistego zapomniałam w sposób klasyczny zostawiając ją w spokoju i w szafie, co uświadomiłam sobie 60 km od powiatowego. Ślubny powiedział, że wracać nie będzie i ma kurtkę w nosie. Znaczy nos powinien mieć niemały, to tak mu się przyglądam i przyglądam, ale wydaje się być całkiem zwyczajny, więc już sama nie wiem. Pogoda jednak była ku mojej uciesze i ku uciesze pozostałych członków ekspedycji nadmorskiej oraz ku zdumieniu wszystkich rodziców, krewnych i znajomych, tudzież wtajemniczonych sąsiadów, którzy każdego ranka myśleli, że marzniemy moknąc, a my wygrzewaliśmy się leżąc. Dobrzy ludzie podobno tak mają. Musieliśmy zatem mieć w okolicy Ustki co najmniej jednego dobrego ludzia. Nikt nam jednak nie chce w to uwierzyć, podobnie jak w pogodę. W sumie w to, że drań pożarł większość kurczaka przygotowanego przez Asię, która nas w drodze powrotnej ugościła, nakarmiła, przenocowała i (o dziwo!) zaprosiła ponownie, ja też nie mogę uwierzyć, a widziałam na własne oczy, więc nie dziwię się już niczemu. Nawet temu, że w lipcu jest listopad. Czytam Cejrowskiego, zajadam z draniem melony i arbuzy, oglądam komedie Bareji oraz zdjęcia z wakacji, które częściowo na blogu draniowatego drania, czyli tu i odpoczywam. Taaak…
- Zaraz po porze deszczowej – odpowiedział ślubny bez mrugnięcia powieką.
Nie wiem, iloma naszymi prywatnymi dowcipami nasiąka każdego dnia nasze dziecko, ale poczucie humoru wyrabia mu się w tempie zastraszającym i dorównują mu jedynie (równie błyskawicznie przejmowane) upodobania muzyczne. Ale jedno jest pewne: pora deszczowa trwa w powiatowym od naszego powrotu, a podczas naszego pobytu nad morzem trwała równie bezczelnie. W sumie śmieszne, że kurtki założyliśmy dopiero wysiadając pod domem. Chociaż… kto założył, ten założył, bo o kurtce męża własnego i osobistego zapomniałam w sposób klasyczny zostawiając ją w spokoju i w szafie, co uświadomiłam sobie 60 km od powiatowego. Ślubny powiedział, że wracać nie będzie i ma kurtkę w nosie. Znaczy nos powinien mieć niemały, to tak mu się przyglądam i przyglądam, ale wydaje się być całkiem zwyczajny, więc już sama nie wiem. Pogoda jednak była ku mojej uciesze i ku uciesze pozostałych członków ekspedycji nadmorskiej oraz ku zdumieniu wszystkich rodziców, krewnych i znajomych, tudzież wtajemniczonych sąsiadów, którzy każdego ranka myśleli, że marzniemy moknąc, a my wygrzewaliśmy się leżąc. Dobrzy ludzie podobno tak mają. Musieliśmy zatem mieć w okolicy Ustki co najmniej jednego dobrego ludzia. Nikt nam jednak nie chce w to uwierzyć, podobnie jak w pogodę. W sumie w to, że drań pożarł większość kurczaka przygotowanego przez Asię, która nas w drodze powrotnej ugościła, nakarmiła, przenocowała i (o dziwo!) zaprosiła ponownie, ja też nie mogę uwierzyć, a widziałam na własne oczy, więc nie dziwię się już niczemu. Nawet temu, że w lipcu jest listopad. Czytam Cejrowskiego, zajadam z draniem melony i arbuzy, oglądam komedie Bareji oraz zdjęcia z wakacji, które częściowo na blogu draniowatego drania, czyli tu i odpoczywam. Taaak…
niedziela, 26 czerwca 2011
tuż przed, czyli czereśnie, walizki i karma
W środę zamknęłam program i wyszłam z pracy wcześniej, żegnając zespół z
odrobiną rozrzewnienia. Taaak… sama się sobie zdziwiłam, ale stało się.
Dzisiaj natomiast zamknęłam dwie duże walizki i z radością
stwierdziłam, że jesteśmy spakowani. Ślubny coś tam wprawdzie sugerował,
że skoro tak łatwo poszło, to może za mało rzeczy wzięłam, ale się
myli. Zmieściłam nawet korale. I wcale łatwo nie było, żeby znalazło się
wszystko, a nawet więcej. Dziewczynka? Jedzie. Pewnie, że jedzie.
Sztormiaki dorzucone, dwie książki i tylko jedne obcasy. Laptop zostanie
w domu. Internet też. Drań podekscytowany chciałby jechać już dziś.
Lubię tę jego niecierpliwość i stwarzanie nowych światów. Udowadnia
całym sobą, że wystarczy czegoś bardzo, bardzo chcieć i dobrze
zaplanować, a jest to na wyciągnięcie ręki. Patrząc na niego udziela mi
się owe podniecenie, które potrafi wytworzyć jedynie dziecko czekające
na wyjazd, gdy już każda rzecz wakacyjna intensywnie pachnie pogodą i
morzem. Ślubny usnął przed telewizorem, koty zwinięte w kłębuszki czują,
że zostaną bez nas, a ja wreszcie mam chwilę dla siebie, więc jem
czereśnie, głaszczę futrzaki i cieszę się bardzo, że jutro jest już
jutro, a właściwie to już dziś. Sama nie wiem, czemu tak lubię Ustkę.
Magiczna pewnie zrobiłaby mi wykład o karmie. Wiem, wiem. To w sumie
proste. Ale ja lubię ją tak samo jak się lubi np. gruszki albo lody
śmietankowe i wolę nie dywagować. Ważny jest smak i zapach. Reszta to
już tylko ich następstwa. klik
tuż przed, czyli czereśnie, walizki i karma
W środę zamknęłam program i wyszłam z pracy wcześniej, żegnając zespół z odrobiną rozrzewnienia. Taaak... sama się sobie zdziwiłam, ale stało się. Dzisiaj natomiast zamknęłam dwie duże walizki i z radością stwierdziłam, że jesteśmy spakowani. Ślubny coś tam wprawdzie sugerował, że skoro tak łatwo poszło, to może za mało rzeczy wzięłam, ale się myli. Zmieściłam nawet korale. I wcale łatwo nie było, żeby znalazło się wszystko, a nawet więcej. Dziewczynka? Jedzie. Pewnie, że jedzie. Sztormiaki dorzucone, dwie książki i tylko jedne obcasy. Laptop zostanie w domu. Internet też. Drań podekscytowany chciałby jechać już dziś. Lubię tę jego niecierpliwość i stwarzanie nowych światów. Udowadnia całym sobą, że wystarczy czegoś bardzo, bardzo chcieć i dobrze zaplanować, a jest to na wyciągnięcie ręki. Patrząc na niego udziela mi się owe podniecenie, które potrafi wytworzyć jedynie dziecko czekające na wyjazd, gdy już każda rzecz wakacyjna intensywnie pachnie pogodą i morzem. Ślubny usnął przed telewizorem, koty zwinięte w kłębuszki czują, że zostaną bez nas, a ja wreszcie mam chwilę dla siebie, więc jem czereśnie, głaszczę futrzaki i cieszę się bardzo, że jutro jest już jutro, a właściwie to już dziś. Sama nie wiem, czemu tak lubię Ustkę. Magiczna pewnie zrobiłaby mi wykład o karmie. Wiem, wiem. To w sumie proste. Ale ja lubię ją tak samo jak się lubi np. gruszki albo lody śmietankowe i wolę nie dywagować. Ważny jest smak i zapach. Reszta to już tylko ich następstwa. klik
środa, 15 czerwca 2011
trudno powiedzieć o czym, ale musiałam napisać coś
- Mamusiuuu, a dasz mi jutro złotówkę? Bo wiesz co? Roksana jest chora na raka, ale nie ta nasza, tylko ze szkoły i były dziewczynki ze szkoły i zbierały i jutro też będą. Dasz mi? A co to jest raka? - powiedział drań na jednym wydechu.
Tak. Oczywiście dałam. Oczywiście się przejęłam. Oczywiście się zastanowiłam. Oczywiście nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Bo raka, to takie coś, co trudno określić. A próbuję to zrobić od kilku dni. Boleśnie próbuję. Niby wiedziałam, niby się miałam czas oswoić, a jednak jestem jak ten drań. Ale bardziej świadoma. Zapadła ostateczna diagnoza. Wiedziałam, że kiedyś zapadnie. Ale w takich momentach zawsze się człowiek zastanawia, dlaczego to "kiedyś" staje się tym "już". Nigdy nie ma dobrego momentu. Nie... nie jest mi smutno. Nie jestem też zrozpaczona. Nie mogę płakać. Właściwie to sama nie wiem, co czuję. No poza tym, że mam nogi jak z waty i permanentny uścisk żołądka, odkąd ślubny zawiózł najszczęśliwszą i rodzica płci męskiej do instytutu. Zastanawiam się, czy mam siłę, aby zostać sama. Chyba mam. Ale na pewno nie mam jej na tyle, aby widzieć ból drania. To o niego jedynie mi chodzi. Nawet nie chce mi się o tym myśleć. W ogóle nie chce mi się myśleć o niczym. Najchętniej... Nie... nie ma najchętniej. Postanowiłam, że trzeba żyć, jakby nie było tej wiadomości. Tata postanowił, że wymazuje ją z myśli i po prostu się nie leczy. Jego wybór. Myślę, że dobry. A dzisiaj jest zaćmienie. I mam do opisania historię z tą małą kawką zaplątaną w winobluszczu na balkonie rodziców, którą rodzic mój płci męskiej wyplątał i wypuścił na wolność. I zakończenie przedszkola draniowego. Uroczyste i takie doniosłe. Się rozczuliłam. Pamiętam, jak go zaprowadziłam tam po raz pierwszy. I po raz drugi. I po raz setny. Duży taki już jest. A minęły tylko trzy lata. Chciałam zobaczyć zasłonięty Księżyc, ale nie mogę go zlokalizować na niebie. Zbyt widno jeszcze jest.
Tak. Oczywiście dałam. Oczywiście się przejęłam. Oczywiście się zastanowiłam. Oczywiście nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Bo raka, to takie coś, co trudno określić. A próbuję to zrobić od kilku dni. Boleśnie próbuję. Niby wiedziałam, niby się miałam czas oswoić, a jednak jestem jak ten drań. Ale bardziej świadoma. Zapadła ostateczna diagnoza. Wiedziałam, że kiedyś zapadnie. Ale w takich momentach zawsze się człowiek zastanawia, dlaczego to "kiedyś" staje się tym "już". Nigdy nie ma dobrego momentu. Nie... nie jest mi smutno. Nie jestem też zrozpaczona. Nie mogę płakać. Właściwie to sama nie wiem, co czuję. No poza tym, że mam nogi jak z waty i permanentny uścisk żołądka, odkąd ślubny zawiózł najszczęśliwszą i rodzica płci męskiej do instytutu. Zastanawiam się, czy mam siłę, aby zostać sama. Chyba mam. Ale na pewno nie mam jej na tyle, aby widzieć ból drania. To o niego jedynie mi chodzi. Nawet nie chce mi się o tym myśleć. W ogóle nie chce mi się myśleć o niczym. Najchętniej... Nie... nie ma najchętniej. Postanowiłam, że trzeba żyć, jakby nie było tej wiadomości. Tata postanowił, że wymazuje ją z myśli i po prostu się nie leczy. Jego wybór. Myślę, że dobry. A dzisiaj jest zaćmienie. I mam do opisania historię z tą małą kawką zaplątaną w winobluszczu na balkonie rodziców, którą rodzic mój płci męskiej wyplątał i wypuścił na wolność. I zakończenie przedszkola draniowego. Uroczyste i takie doniosłe. Się rozczuliłam. Pamiętam, jak go zaprowadziłam tam po raz pierwszy. I po raz drugi. I po raz setny. Duży taki już jest. A minęły tylko trzy lata. Chciałam zobaczyć zasłonięty Księżyc, ale nie mogę go zlokalizować na niebie. Zbyt widno jeszcze jest.
trudno powiedzieć o czym, ale musiałam napisać coś – 15.06.2011 r.
- Mamusiuuu, a dasz mi jutro złotówkę? Bo wiesz co? Roksana jest chora
na raka, ale nie ta nasza, tylko ze szkoły i były dziewczynki ze szkoły i
zbierały i jutro też będą. Dasz mi? A co to jest raka? – powiedział
drań na jednym wydechu.
Tak. Oczywiście dałam. Oczywiście się przejęłam. Oczywiście się zastanowiłam. Oczywiście nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Bo raka, to takie coś, co trudno określić. A próbuję to zrobić od kilku dni. Boleśnie próbuję. Niby wiedziałam, niby się miałam czas oswoić, a jednak jestem jak ten drań. Ale bardziej świadoma. Zapadła ostateczna diagnoza. Wiedziałam, że kiedyś zapadnie. Ale w takich momentach zawsze się człowiek zastanawia, dlaczego to „kiedyś” staje się tym „już”. Nigdy nie ma dobrego momentu. Nie… nie jest mi smutno. Nie jestem też zrozpaczona. Nie mogę płakać. Właściwie to sama nie wiem, co czuję. No poza tym, że mam nogi jak z waty i permanentny uścisk żołądka, odkąd ślubny zawiózł najszczęśliwszą i rodzica płci męskiej do instytutu. Zastanawiam się, czy mam siłę, aby zostać sama. Chyba mam. Ale na pewno nie mam jej na tyle, aby widzieć ból drania. To o niego jedynie mi chodzi. Nawet nie chce mi się o tym myśleć. W ogóle nie chce mi się myśleć o niczym. Najchętniej… Nie… nie ma najchętniej. Postanowiłam, że trzeba żyć, jakby nie było tej wiadomości. Tata postanowił, że wymazuje ją z myśli i po prostu się nie leczy. Jego wybór. Myślę, że dobry. A dzisiaj jest zaćmienie. I mam do opisania historię z tą małą kawką zaplątaną w winobluszczu na balkonie rodziców, którą rodzic mój płci męskiej wyplątał i wypuścił na wolność. I zakończenie przedszkola draniowego. Uroczyste i takie doniosłe. Się rozczuliłam. Pamiętam, jak go zaprowadziłam tam po raz pierwszy. I po raz drugi. I po raz setny. Duży taki już jest. A minęły tylko trzy lata. Chciałam zobaczyć zasłonięty Księżyc, ale nie mogę go zlokalizować na niebie. Zbyt widno jeszcze jest.
Tak. Oczywiście dałam. Oczywiście się przejęłam. Oczywiście się zastanowiłam. Oczywiście nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Bo raka, to takie coś, co trudno określić. A próbuję to zrobić od kilku dni. Boleśnie próbuję. Niby wiedziałam, niby się miałam czas oswoić, a jednak jestem jak ten drań. Ale bardziej świadoma. Zapadła ostateczna diagnoza. Wiedziałam, że kiedyś zapadnie. Ale w takich momentach zawsze się człowiek zastanawia, dlaczego to „kiedyś” staje się tym „już”. Nigdy nie ma dobrego momentu. Nie… nie jest mi smutno. Nie jestem też zrozpaczona. Nie mogę płakać. Właściwie to sama nie wiem, co czuję. No poza tym, że mam nogi jak z waty i permanentny uścisk żołądka, odkąd ślubny zawiózł najszczęśliwszą i rodzica płci męskiej do instytutu. Zastanawiam się, czy mam siłę, aby zostać sama. Chyba mam. Ale na pewno nie mam jej na tyle, aby widzieć ból drania. To o niego jedynie mi chodzi. Nawet nie chce mi się o tym myśleć. W ogóle nie chce mi się myśleć o niczym. Najchętniej… Nie… nie ma najchętniej. Postanowiłam, że trzeba żyć, jakby nie było tej wiadomości. Tata postanowił, że wymazuje ją z myśli i po prostu się nie leczy. Jego wybór. Myślę, że dobry. A dzisiaj jest zaćmienie. I mam do opisania historię z tą małą kawką zaplątaną w winobluszczu na balkonie rodziców, którą rodzic mój płci męskiej wyplątał i wypuścił na wolność. I zakończenie przedszkola draniowego. Uroczyste i takie doniosłe. Się rozczuliłam. Pamiętam, jak go zaprowadziłam tam po raz pierwszy. I po raz drugi. I po raz setny. Duży taki już jest. A minęły tylko trzy lata. Chciałam zobaczyć zasłonięty Księżyc, ale nie mogę go zlokalizować na niebie. Zbyt widno jeszcze jest.
wtorek, 7 czerwca 2011
Tengo La Camisa Negra, czyli pomyłek kilka niczym przygód wróbla Ćwirka, czy jak kiedyś to szło
Do butów dołączyła sukienunia, więc wbrew radom niektórych wyglądałam konwencjonalnie. No powiedzmy, że konwencjonalnie... Ślubny coś tam mówił co prawda, że kiedy stanęłam obok moich uczniów, wtopiłam się w tłum, a ja w zasadzie w to wierzę. Wydorośleli. Naiwnie myślałam, że pożegnanie z nimi i szkołą tą konkretną, co w zasadzie do tego samego się sprowadza, mam już za sobą. Myliłam się. Podobnie jak wtedy, kiedy do stołu kelner przyniósł szklany, przezroczysty, mile oszroniony dzbanek wypełniony wodą, w której pływały kostki lodu, plasterki cytryny i listki mięty, wypełnił nim połowę mojej szklaneczki i uśmiechając porozumiewawczo zapytał, czy starczy. Wzięłam go za matoła, który w taki upał proponuje pół szklanki tak apetycznie wyglądającej wody, kiedy dopiero co przyjechałam czarnym samochodem ubrana w czarną sukienkę. Ale zniesmaczona potwierdziłam i wylewając z siebie potok słów w kierunku znajomych wzięłam do ust duży łyk płynu. Myliłam się. To nie była woda. Zaskoczenie? Dziwne uczucie. Właściwie po raz pierwszy poczułam smak, ponieważ wykluczyłam ze swojej świadomości pojęcie mocy procentów i odoru tego C2H5OH. Smak w zasadzie dziwny, kiedy się go poczuje tak naprawdę. Zdziwiłam się również faktem, że większość moich uczniów wybrała profile humanistyczne. Ponoć powinnam o tym wiedzieć. A przecież pamiętam doskonale, jak w zapędzie interpretacyjnych rozważań na temat dialogu dawniej kochającej się pary w wierszu Szymborskiej stanęłam z boku i obserwowałam ich zaciętość w argumentacji i rzeczowość popartą tekstem, aż w pewnym momencie zapytałam, czy są świadomi, że to fikcja i dywagują na temat czegoś całkowicie abstrakcyjnego. A może było to przy Michasiu z iwaszkiewiczowskiego Ikara... Tego już nie pamiętam. Pamiętam jednak dwadzieścia sześć par oczu patrzących na mnie, jakbym właśnie powiedziała, że Ziemia jest płaska, a na pewno zaczęła ocierać się o herezję. Taaak... wiele takich chwil stanęło mi przed oczami. Nie mają żalu, że ich zostawiłam. Ja też nie mam żalu do siebie. Chyba. Zawsze jest jakaś nitka, która się ciągnie. Musiałabym mieć cztery klasy równorzędne, żeby nie robić cięcia. Tak, tak... mogę pisać też, że zawsze na głęboką wodę lepiej i inne pierdoły, ale nawet pisząc o braku żalu sama sobie nie wierzę. Ale cieszę się. Miło z innej perspektywy na nich spojrzeć. I z innej perspektywy z nimi rozmawiać. Będę kilka osób mieć na praktykach. A jednak ten dzbanek namieszał... Dobrze, że ślubny był obok. W zasadzie... w zasadzie to on jest zawsze obok. Mam poczucie jego bliskości w każdym momencie. Nie muszę sprawdzać. Wiem. Z balu wyszliśmy wcześniej. Nie chciałam czekać na koniec. Końce są zawsze zbyt długie i psują miły posmak. Ciągną się, włącza się światło i wraz z nim ginie urok, a zostaje tandeta balonów i bibuły. Zatem końcem tego balu i tej historii stała się kolacja ze ślubnym. O ile kolacją można nazwać truskawki z bita śmietaną i białe wino. Tłumaczy mnie chyba jedynie to, że było ono wytrawne. Chcę te lata zapamiętać bez tej bibułowej tandety z dużą ilością spontanicznych emocji i chęci. Odliczam dni do wyjazdu. Wybrałam dwa nowe kostiumy. Opaliłam ramiona i plecy bardzo i niechcący. Jutro mam zabiegany dzień. Piwonie pachną. Drań był dzisiaj w wiosce indiańskiej i nie dał sobie umyć pyszczydła z malunkiem orła. Cokolwiek to znaczy. Na zakończenie przedszkola zostałam wrobiona w pieczenie ciasta i babeczek. Obłęd... ja i babeczki... A może znowu się mylę. klik
Tengo La Camisa Negra, czyli pomyłek kilka niczym przygód wróbla Ćwirka, czy jak kiedyś to szło
Do butów dołączyła sukienunia, więc wbrew radom niektórych wyglądałam
konwencjonalnie. No powiedzmy, że konwencjonalnie… Ślubny coś tam mówił
co prawda, że kiedy stanęłam obok moich uczniów, wtopiłam się w tłum, a
ja w zasadzie w to wierzę. Wydorośleli. Naiwnie myślałam, że pożegnanie z
nimi i szkołą tą konkretną, co w zasadzie do tego samego się sprowadza,
mam już za sobą. Myliłam się. Podobnie jak wtedy, kiedy do stołu kelner
przyniósł szklany, przezroczysty, mile oszroniony dzbanek wypełniony
wodą, w której pływały kostki lodu, plasterki cytryny i listki mięty,
wypełnił nim połowę mojej szklaneczki i uśmiechając porozumiewawczo
zapytał, czy starczy. Wzięłam go za matoła, który w taki upał proponuje
pół szklanki tak apetycznie wyglądającej wody, kiedy dopiero co
przyjechałam czarnym samochodem ubrana w czarną sukienkę. Ale
zniesmaczona potwierdziłam i wylewając z siebie potok słów w kierunku
znajomych wzięłam do ust duży łyk płynu. Myliłam się. To nie była woda.
Zaskoczenie? Dziwne uczucie. Właściwie po raz pierwszy poczułam smak,
ponieważ wykluczyłam ze swojej świadomości pojęcie mocy procentów i
odoru tego C2H5OH. Smak w zasadzie dziwny, kiedy
się go poczuje tak naprawdę. Zdziwiłam się również faktem, że większość
moich uczniów wybrała profile humanistyczne. Ponoć powinnam o tym
wiedzieć. A przecież pamiętam doskonale, jak w zapędzie
interpretacyjnych rozważań na temat dialogu dawniej kochającej się pary w
wierszu Szymborskiej stanęłam z boku i obserwowałam ich zaciętość w
argumentacji i rzeczowość popartą tekstem, aż w pewnym momencie
zapytałam, czy są świadomi, że to fikcja i dywagują na temat czegoś
całkowicie abstrakcyjnego. A może było to przy Michasiu z
iwaszkiewiczowskiego Ikara… Tego już nie pamiętam. Pamiętam jednak
dwadzieścia sześć par oczu patrzących na mnie, jakbym właśnie
powiedziała, że Ziemia jest płaska, a na pewno zaczęła ocierać się o
herezję. Taaak… wiele takich chwil stanęło mi przed oczami. Nie mają
żalu, że ich zostawiłam. Ja też nie mam żalu do siebie. Chyba. Zawsze
jest jakaś nitka, która się ciągnie. Musiałabym mieć cztery klasy
równorzędne, żeby nie robić cięcia. Tak, tak… mogę pisać też, że zawsze
na głęboką wodę lepiej i inne pierdoły, ale nawet pisząc o braku żalu
sama sobie nie wierzę. Ale cieszę się. Miło z innej perspektywy na nich
spojrzeć. I z innej perspektywy z nimi rozmawiać. Będę kilka osób mieć
na praktykach. A jednak ten dzbanek namieszał… Dobrze, że ślubny był
obok. W zasadzie… w zasadzie to on jest zawsze obok. Mam poczucie jego
bliskości w każdym momencie. Nie muszę sprawdzać. Wiem. Z balu wyszliśmy
wcześniej. Nie chciałam czekać na koniec. Końce są zawsze zbyt długie i
psują miły posmak. Ciągną się, włącza się światło i wraz z nim ginie
urok, a zostaje tandeta balonów i bibuły. Zatem końcem tego balu i tej
historii stała się kolacja ze ślubnym. O ile kolacją można nazwać
truskawki z bita śmietaną i białe wino. Tłumaczy mnie chyba jedynie to,
że było ono wytrawne. Chcę te lata zapamiętać bez tej bibułowej tandety z
dużą ilością spontanicznych emocji i chęci. Odliczam dni do wyjazdu.
Wybrałam dwa nowe kostiumy. Opaliłam ramiona i plecy bardzo i niechcący.
Jutro mam zabiegany dzień. Piwonie pachną. Drań był dzisiaj w wiosce
indiańskiej i nie dał sobie umyć pyszczydła z malunkiem orła. Cokolwiek
to znaczy. Na zakończenie przedszkola zostałam wrobiona w pieczenie
ciasta i babeczek. Obłęd… ja i babeczki… A może znowu się mylę. klik
środa, 1 czerwca 2011
jest dobrze, czyli lewkonie i buty przy kawie z lodami
Właściwie to czemu ludzie nie kupują sobie kwiatów tak na co dzień i po
prostu? Toż to przyjemność ogromna, pachnąca i totalnie niepraktyczna.
Mmmm… ślubny potrafił kiedyś kupować hurtowo od babin ze straganów
nagietki i żonkile. Potem jednak przerzucił się na róże. A ja te
nagietki i te żonkile najbardziej… I słoneczniki. Od zawsze żółte kwiaty
mnie ujmują. Zapomniał? A im mniej one różane, tym szybciej mnie mają.
No może z wyjątkiem piwonii, które za dwa dni zapełnią mieszkanie, jak
co roku. Ale piwonie to piwonie i o nich dyskutować nie będę. Tak się
ustaliło, przyjęło, więc je kocham miłością wzajemną, o ile kwiaty mogą
coś więcej niż tylko wydzielać zapach i wyglądać. No dobra… wyjątek
stanowią również herbaciane róże ogrodowe, które tylko dziadek potrafił
znaleźć i przynieść w moje urodziny. Każdego roku tak samo pachnące i
liczne. Pani w kwiaciarni zdziwiła się lekko widząc mnie dzisiaj
wchodzącą, ale zanim zapytała o coś, co jej tam w myślach zaświtało,
wyjaśniłam, że wiązankę na pogrzeb muszę. Babcia bowiem rano zadzwoniła,
że siostra dziadka, że dopiero teraz zostali powiadomieni, że dobrze,
że chora jestem i w ogóle, że jakbym mogła, bo dziadek to badyla jakiego
kupi i co ludzie powiedzą. No to ciesząc się, żem chora jest, poszłam
ja i drogą kupna nabyłam lilie białe z lewkoniami kremowymi, które pani
ułożyła w wiąchę ogromniastą i pozbawioną szarfy, bo co jak co, ale ja
szarf nie kupuję nigdy. Ślubny tymczasem, który dziadkowi niczego
odmówić nie potrafi, wdział na się strój adekwatny. I pojechali. A ja
słucham muzyki, piję kawę i jem lody śmietankowe i jest mi całkiem miło.
Drań na wycieczce, truskawki w durszlaku, obiad w trakcie przygotowań,
pachnący świeżymi ziołami. Całkiem niegłupie to chorowanie, ale jutro
jednak już wracam do rytmu. W sobotę idziemy na bal. Uczniowie
przynieśli mi w poniedziałek pięknie wykaligrafowane zaproszenie. Miłe.
Tylko w co ja się ubiorę? Buty mam… Perfumy też. Nie jest tak całkiem
źle zatem. Hm… w zasadzie to dobrze jest. klik
jest dobrze, czyli lewkonie i buty przy kawie z lodami
Właściwie to czemu ludzie nie kupują sobie kwiatów tak na co dzień i po prostu? Toż to przyjemność ogromna, pachnąca i totalnie niepraktyczna. Mmmm... ślubny potrafił kiedyś kupować hurtowo od babin ze straganów nagietki i żonkile. Potem jednak przerzucił się na róże. A ja te nagietki i te żonkile najbardziej... I słoneczniki. Od zawsze żółte kwiaty mnie ujmują. Zapomniał? A im mniej one różane, tym szybciej mnie mają. No może z wyjątkiem piwonii, które za dwa dni zapełnią mieszkanie, jak co roku. Ale piwonie to piwonie i o nich dyskutować nie będę. Tak się ustaliło, przyjęło, więc je kocham miłością wzajemną, o ile kwiaty mogą coś więcej niż tylko wydzielać zapach i wyglądać. No dobra... wyjątek stanowią również herbaciane róże ogrodowe, które tylko dziadek potrafił znaleźć i przynieść w moje urodziny. Każdego roku tak samo pachnące i liczne. Pani w kwiaciarni zdziwiła się lekko widząc mnie dzisiaj wchodzącą, ale zanim zapytała o coś, co jej tam w myślach zaświtało, wyjaśniłam, że wiązankę na pogrzeb muszę. Babcia bowiem rano zadzwoniła, że siostra dziadka, że dopiero teraz zostali powiadomieni, że dobrze, że chora jestem i w ogóle, że jakbym mogła, bo dziadek to badyla jakiego kupi i co ludzie powiedzą. No to ciesząc się, żem chora jest, poszłam ja i drogą kupna nabyłam lilie białe z lewkoniami kremowymi, które pani ułożyła w wiąchę ogromniastą i pozbawioną szarfy, bo co jak co, ale ja szarf nie kupuję nigdy. Ślubny tymczasem, który dziadkowi niczego odmówić nie potrafi, wdział na się strój adekwatny. I pojechali. A ja słucham muzyki, piję kawę i jem lody śmietankowe i jest mi całkiem miło. Drań na wycieczce, truskawki w durszlaku, obiad w trakcie przygotowań, pachnący świeżymi ziołami. Całkiem niegłupie to chorowanie, ale jutro jednak już wracam do rytmu. W sobotę idziemy na bal. Uczniowie przynieśli mi w poniedziałek pięknie wykaligrafowane zaproszenie. Miłe. Tylko w co ja się ubiorę? Buty mam... Perfumy też. Nie jest tak całkiem źle zatem. Hm... w zasadzie to dobrze jest. klik
sobota, 28 maja 2011
z odrobiną hedonizmu prywatnego
- A fuj! - pani zakrzyknęła, gdy Tomek montujący program zasugerował coś tam o atletycznych ciałach półnagich sportowców - Obrzydlistwo - pani postanowiła iść w zaparte.
- Uhm... nie kaman zupełnie, co wy widzicie w facetach - Tomek też postanowił iść w zaparte.
- A bo widzisz... my najpierw zauważamy wasz umysł, ale potem wy zaczynacie się rozbierać.
Czyli tematy poruszamy różne. Oprócz tego w poniedziałek pani walnęła pięścią w biurko i wybawiła się z draniem na w wesołym miasteczku we wtorek, w środę najpierw popłakała się ze złości twarzą w twarz ślubnemu, a potem uśmiała sama z siebie, w czwartek nabyła nowe buty na koturnie, zatopiła w truskawkach całą rodzinę i świętowała wspólnie z najszczęśliwszą. I wreszcie ma wolny weekend. Taki bez saren, koncertów, mistrzostw w lekkiej atletyce, wspinaniu, skakaniu, jeżdżeniu. Nic. Blues. I zielona herbata. Udało nam się też zarezerwować domek w ulubionej Ustce, kiedy tylko pani zaklepała swój termin urlopu i wbiła się inteligentnie między dwie duże imprezy. Jedną będę nadzorować telefonicznie podczas urlopu, drugą osobiście pierwszego dnia po powrocie z. Wiem, wiem... Też nie jestem dumna z siebie, ale to było jedyne możliwe wyjście z sytuacji bez wyjścia. Cieszę się z tej Ustki i wyjazdu gdzieś dalej niż w świętokrzyskie. I jakoś tak nagle nagość zaczęła obowiązywać. Może to za sprawą temperatury, może za sprawą tematyki. A może po prostu bez powodu. Bo czy wszystko musi mieć powód? W zasadzie bez powodu byliśmy na koncercie Czyżykiewicza, bez powodu wzięłam autograf od Szurkowskiego, bez powodu gapiliśmy się na Księżyc i Saturna przez teleskop. Podejrzewam wręcz, że powód jest zbędny, wystarczy samo chcenie, albo nawet spontaniczne kierowanie się poczuciem przyjemności. klik
- Uhm... nie kaman zupełnie, co wy widzicie w facetach - Tomek też postanowił iść w zaparte.
- A bo widzisz... my najpierw zauważamy wasz umysł, ale potem wy zaczynacie się rozbierać.
Czyli tematy poruszamy różne. Oprócz tego w poniedziałek pani walnęła pięścią w biurko i wybawiła się z draniem na w wesołym miasteczku we wtorek, w środę najpierw popłakała się ze złości twarzą w twarz ślubnemu, a potem uśmiała sama z siebie, w czwartek nabyła nowe buty na koturnie, zatopiła w truskawkach całą rodzinę i świętowała wspólnie z najszczęśliwszą. I wreszcie ma wolny weekend. Taki bez saren, koncertów, mistrzostw w lekkiej atletyce, wspinaniu, skakaniu, jeżdżeniu. Nic. Blues. I zielona herbata. Udało nam się też zarezerwować domek w ulubionej Ustce, kiedy tylko pani zaklepała swój termin urlopu i wbiła się inteligentnie między dwie duże imprezy. Jedną będę nadzorować telefonicznie podczas urlopu, drugą osobiście pierwszego dnia po powrocie z. Wiem, wiem... Też nie jestem dumna z siebie, ale to było jedyne możliwe wyjście z sytuacji bez wyjścia. Cieszę się z tej Ustki i wyjazdu gdzieś dalej niż w świętokrzyskie. I jakoś tak nagle nagość zaczęła obowiązywać. Może to za sprawą temperatury, może za sprawą tematyki. A może po prostu bez powodu. Bo czy wszystko musi mieć powód? W zasadzie bez powodu byliśmy na koncercie Czyżykiewicza, bez powodu wzięłam autograf od Szurkowskiego, bez powodu gapiliśmy się na Księżyc i Saturna przez teleskop. Podejrzewam wręcz, że powód jest zbędny, wystarczy samo chcenie, albo nawet spontaniczne kierowanie się poczuciem przyjemności. klik
z odrobiną hedonizmu prywatnego
- A fuj! – pani zakrzyknęła, gdy Tomek montujący program zasugerował
coś tam o atletycznych ciałach półnagich sportowców – Obrzydlistwo –
pani postanowiła iść w zaparte.
- Uhm… nie kaman zupełnie, co wy widzicie w facetach – Tomek też postanowił iść w zaparte.
- A bo widzisz… my najpierw zauważamy wasz umysł, ale potem wy zaczynacie się rozbierać.
Czyli tematy poruszamy różne. Oprócz tego w poniedziałek pani walnęła pięścią w biurko i wybawiła się z draniem na w wesołym miasteczku we wtorek, w środę najpierw popłakała się ze złości twarzą w twarz ślubnemu, a potem uśmiała sama z siebie, w czwartek nabyła nowe buty na koturnie, zatopiła w truskawkach całą rodzinę i świętowała wspólnie z najszczęśliwszą. I wreszcie ma wolny weekend. Taki bez saren, koncertów, mistrzostw w lekkiej atletyce, wspinaniu, skakaniu, jeżdżeniu. Nic. Blues. I zielona herbata. Udało nam się też zarezerwować domek w ulubionej Ustce, kiedy tylko pani zaklepała swój termin urlopu i wbiła się inteligentnie między dwie duże imprezy. Jedną będę nadzorować telefonicznie podczas urlopu, drugą osobiście pierwszego dnia po powrocie z. Wiem, wiem… Też nie jestem dumna z siebie, ale to było jedyne możliwe wyjście z sytuacji bez wyjścia. Cieszę się z tej Ustki i wyjazdu gdzieś dalej niż w świętokrzyskie. I jakoś tak nagle nagość zaczęła obowiązywać. Może to za sprawą temperatury, może za sprawą tematyki. A może po prostu bez powodu. Bo czy wszystko musi mieć powód? W zasadzie bez powodu byliśmy na koncercie Czyżykiewicza, bez powodu wzięłam autograf od Szurkowskiego, bez powodu gapiliśmy się na Księżyc i Saturna przez teleskop. Podejrzewam wręcz, że powód jest zbędny, wystarczy samo chcenie, albo nawet spontaniczne kierowanie się poczuciem przyjemności. klik
- Uhm… nie kaman zupełnie, co wy widzicie w facetach – Tomek też postanowił iść w zaparte.
- A bo widzisz… my najpierw zauważamy wasz umysł, ale potem wy zaczynacie się rozbierać.
Czyli tematy poruszamy różne. Oprócz tego w poniedziałek pani walnęła pięścią w biurko i wybawiła się z draniem na w wesołym miasteczku we wtorek, w środę najpierw popłakała się ze złości twarzą w twarz ślubnemu, a potem uśmiała sama z siebie, w czwartek nabyła nowe buty na koturnie, zatopiła w truskawkach całą rodzinę i świętowała wspólnie z najszczęśliwszą. I wreszcie ma wolny weekend. Taki bez saren, koncertów, mistrzostw w lekkiej atletyce, wspinaniu, skakaniu, jeżdżeniu. Nic. Blues. I zielona herbata. Udało nam się też zarezerwować domek w ulubionej Ustce, kiedy tylko pani zaklepała swój termin urlopu i wbiła się inteligentnie między dwie duże imprezy. Jedną będę nadzorować telefonicznie podczas urlopu, drugą osobiście pierwszego dnia po powrocie z. Wiem, wiem… Też nie jestem dumna z siebie, ale to było jedyne możliwe wyjście z sytuacji bez wyjścia. Cieszę się z tej Ustki i wyjazdu gdzieś dalej niż w świętokrzyskie. I jakoś tak nagle nagość zaczęła obowiązywać. Może to za sprawą temperatury, może za sprawą tematyki. A może po prostu bez powodu. Bo czy wszystko musi mieć powód? W zasadzie bez powodu byliśmy na koncercie Czyżykiewicza, bez powodu wzięłam autograf od Szurkowskiego, bez powodu gapiliśmy się na Księżyc i Saturna przez teleskop. Podejrzewam wręcz, że powód jest zbędny, wystarczy samo chcenie, albo nawet spontaniczne kierowanie się poczuciem przyjemności. klik
środa, 11 maja 2011
zastyga krew na transparentach, czyli grzyby, k...y i krasnale
Nigdy nie byłam aż tak naiwna, żeby uważać, że media mogą być niezależne. Nie sądziłam jednak, że aż tak bardzo trzeba uwarunkować każde jedno zdanie. To napisane można jeszcze bezpiecznie zweryfikować i poddać obróbce nazwanej powszechnie redakcją, tudzież: korektą. I podchodząc do retrospektywy uczciwie, muszę przyznać, że w tym właśnie miejscu moja naiwność prześwituje nieco i razi w oczy mnie samą, ponieważ przez wiele lat uznawałam, że robię korektę dobrze i wychwytuję wszystkie - na przykład - przecinki, które i tak mogą stać lub nie i w dodatku, gdzie tylko im się podoba. Jednak zdania wypowiedziane i zapisane w formacie cyfrowym: brzmi. I o tę cechę jego nieładną chodzi właśnie.Wyciąć można. Ale nie wszystko. A są i takie zdania, których po prostu wyciąć ja nie chcę, ponieważ jakby nie było w całej palecie szarości znajdzie się zarówno te ciemniejsze jak i te jaśniejsze.
Nie robię już w ogóle korekty. Męczy mnie zabawa w cenzora. Swoje teksty daję do korygowania jednej tylko osobie, która potrafi jeszcze myśleć racjonalnie. Być może dlatego nie piszę i tu o pracy? A właściwie przesłania ona ostatnio wiele godzin mojego życia. Nie powiem... jest ciekawie, jest interesująco, czasem jest buntowniczo, jest ironicznie. Jest dużo. Czasem niektórym sugeruję zabranie pudełka wazeliny z kamerą. Czasem wpadam w złość i nie odpuszczam. A potem muszę tłumaczyć. Się. Ale pojawiają się perełki, które podbudowują całe zaplecze. Koncert w kościele klasztornym Benedyktynów, recital saksofonowy, wernisaż.. To ostatnie cztery dni. Odpoczywam również na placu zabaw, gdzie z draniem spędzam popołudnia. Miło posiedzieć w gwarze, który absolutnie obojętnie można przepuścić obok uszu. A dzisiaj pojechaliśmy ot tak na wycieczkę. Tak trochę bez sensu. Ale czy wszystko trzeba robić z sensem? I przy okazji, absolutnie niechcący wypatrzyłam działkę, która będzie nasza. Wiem to. Ze ścianą lasu i w pełni nasłoneczniona. Aż się rozmarzyłam na jej widok. Ba! gdzieś tam w wyobraźni własnej zobaczyłam na niej dom, który kompletnie nie przypomina tego z moich marzeń, ale świetnie wkomponowuje się w las i ma ogromne okna. Tak... ma głównie okna. Zabawne, że marzenia potrafią być tak chaotyczne i niespójne, a jednak gdzieś tam tworzą całość. Ślubny wie, że czasem lepiej mnie nie tłumaczyć. A poza tym wskoczyłam w len i czekam na urlop, który materializuje się mniej pewnie niż ta działka i dom.
- Zgłaszam reklamację - odezwał się w pewnej chwili wczoraj jeden z operatorów - miałaś być do wakacji blondynką.
No i jak wytłumaczyć facetowi, że już jestem jaśniejsza o cztery tony, a do wakacji to ja mam czas? Tłumaczenie płci brzydkiej kolorów jest przecież trudniejsze niż moja dzisiejsza próba tłumaczenia sobie, dlaczego panienki przydrożne stoją obecnie odziane jedynie w skąpą bieliznę. A może po prostu nie mają niczego lnianego? Nauczyłam się już, że najgłupsze tłumaczenia najłatwiej przyswoić. Dużo śpię, jem owoce i warzywa, śmieję się, kiedy chcę i kiedy nie powinnam, śpiewam w samochodzie, rano urządzam sobie aromatyczną kąpiel, klnę w skrajności jak szewc i ponoć mam bardzo dobrą aurę. To ostatnie według diagnozy magicznej, z którą udało mi się zobaczyć wreszcie. Czyli przepływ energii jest należyty. Si seniore... klik
Nie robię już w ogóle korekty. Męczy mnie zabawa w cenzora. Swoje teksty daję do korygowania jednej tylko osobie, która potrafi jeszcze myśleć racjonalnie. Być może dlatego nie piszę i tu o pracy? A właściwie przesłania ona ostatnio wiele godzin mojego życia. Nie powiem... jest ciekawie, jest interesująco, czasem jest buntowniczo, jest ironicznie. Jest dużo. Czasem niektórym sugeruję zabranie pudełka wazeliny z kamerą. Czasem wpadam w złość i nie odpuszczam. A potem muszę tłumaczyć. Się. Ale pojawiają się perełki, które podbudowują całe zaplecze. Koncert w kościele klasztornym Benedyktynów, recital saksofonowy, wernisaż.. To ostatnie cztery dni. Odpoczywam również na placu zabaw, gdzie z draniem spędzam popołudnia. Miło posiedzieć w gwarze, który absolutnie obojętnie można przepuścić obok uszu. A dzisiaj pojechaliśmy ot tak na wycieczkę. Tak trochę bez sensu. Ale czy wszystko trzeba robić z sensem? I przy okazji, absolutnie niechcący wypatrzyłam działkę, która będzie nasza. Wiem to. Ze ścianą lasu i w pełni nasłoneczniona. Aż się rozmarzyłam na jej widok. Ba! gdzieś tam w wyobraźni własnej zobaczyłam na niej dom, który kompletnie nie przypomina tego z moich marzeń, ale świetnie wkomponowuje się w las i ma ogromne okna. Tak... ma głównie okna. Zabawne, że marzenia potrafią być tak chaotyczne i niespójne, a jednak gdzieś tam tworzą całość. Ślubny wie, że czasem lepiej mnie nie tłumaczyć. A poza tym wskoczyłam w len i czekam na urlop, który materializuje się mniej pewnie niż ta działka i dom.
- Zgłaszam reklamację - odezwał się w pewnej chwili wczoraj jeden z operatorów - miałaś być do wakacji blondynką.
No i jak wytłumaczyć facetowi, że już jestem jaśniejsza o cztery tony, a do wakacji to ja mam czas? Tłumaczenie płci brzydkiej kolorów jest przecież trudniejsze niż moja dzisiejsza próba tłumaczenia sobie, dlaczego panienki przydrożne stoją obecnie odziane jedynie w skąpą bieliznę. A może po prostu nie mają niczego lnianego? Nauczyłam się już, że najgłupsze tłumaczenia najłatwiej przyswoić. Dużo śpię, jem owoce i warzywa, śmieję się, kiedy chcę i kiedy nie powinnam, śpiewam w samochodzie, rano urządzam sobie aromatyczną kąpiel, klnę w skrajności jak szewc i ponoć mam bardzo dobrą aurę. To ostatnie według diagnozy magicznej, z którą udało mi się zobaczyć wreszcie. Czyli przepływ energii jest należyty. Si seniore... klik
zastyga krew na transparentach, czyli grzyby, k…y i krasnale
Nigdy nie byłam aż tak naiwna, żeby uważać, że media mogą być
niezależne. Nie sądziłam jednak, że aż tak bardzo trzeba uwarunkować
każde jedno zdanie. To napisane można jeszcze bezpiecznie zweryfikować i
poddać obróbce nazwanej powszechnie redakcją, tudzież: korektą. I
podchodząc do retrospektywy uczciwie, muszę przyznać, że w tym właśnie
miejscu moja naiwność prześwituje nieco i razi w oczy mnie samą,
ponieważ przez wiele lat uznawałam, że robię korektę dobrze i wychwytuję
wszystkie – na przykład – przecinki, które i tak mogą stać lub nie i w
dodatku, gdzie tylko im się podoba. Jednak zdania wypowiedziane i
zapisane w formacie cyfrowym: brzmi. I o tę cechę jego nieładną chodzi
właśnie.Wyciąć można. Ale nie wszystko. A są i takie zdania, których po
prostu wyciąć ja nie chcę, ponieważ jakby nie było w całej palecie
szarości znajdzie się zarówno te ciemniejsze jak i te jaśniejsze.
Nie robię już w ogóle korekty. Męczy mnie zabawa w cenzora. Swoje teksty daję do korygowania jednej tylko osobie, która potrafi jeszcze myśleć racjonalnie. Być może dlatego nie piszę i tu o pracy? A właściwie przesłania ona ostatnio wiele godzin mojego życia. Nie powiem… jest ciekawie, jest interesująco, czasem jest buntowniczo, jest ironicznie. Jest dużo. Czasem niektórym sugeruję zabranie pudełka wazeliny z kamerą. Czasem wpadam w złość i nie odpuszczam. A potem muszę tłumaczyć. Się. Ale pojawiają się perełki, które podbudowują całe zaplecze. Koncert w kościele klasztornym Benedyktynów, recital saksofonowy, wernisaż… To ostatnie cztery dni. Odpoczywam również na placu zabaw, gdzie z draniem spędzam popołudnia. Miło posiedzieć w gwarze, który absolutnie obojętnie można przepuścić obok uszu. A dzisiaj pojechaliśmy ot tak na wycieczkę. Tak trochę bez sensu. Ale czy wszystko trzeba robić z sensem? I przy okazji, absolutnie niechcący wypatrzyłam działkę, która będzie nasza. Wiem to. Ze ścianą lasu i w pełni nasłoneczniona. Aż się rozmarzyłam na jej widok. Ba! gdzieś tam w wyobraźni własnej zobaczyłam na niej dom, który kompletnie nie przypomina tego z moich marzeń, ale świetnie wkomponowuje się w las i ma ogromne okna. Tak… ma głównie okna. Zabawne, że marzenia potrafią być tak chaotyczne i niespójne, a jednak gdzieś tam tworzą całość. Ślubny wie, że czasem lepiej mnie nie tłumaczyć. A poza tym wskoczyłam w len i czekam na urlop, który materializuje się mniej pewnie niż ta działka i dom.
- Zgłaszam reklamację – odezwał się w pewnej chwili wczoraj jeden z operatorów – miałaś być do wakacji blondynką.
No i jak wytłumaczyć facetowi, że już jestem jaśniejsza o cztery tony, a do wakacji to ja mam czas? Tłumaczenie płci brzydkiej kolorów jest przecież trudniejsze niż moja dzisiejsza próba tłumaczenia sobie, dlaczego panienki przydrożne stoją obecnie odziane jedynie w skąpą bieliznę. A może po prostu nie mają niczego lnianego? Nauczyłam się już, że najgłupsze tłumaczenia najłatwiej przyswoić. Dużo śpię, jem owoce i warzywa, śmieję się, kiedy chcę i kiedy nie powinnam, śpiewam w samochodzie, rano urządzam sobie aromatyczną kąpiel, klnę w skrajności jak szewc i ponoć mam bardzo dobrą aurę. To ostatnie według diagnozy magicznej, z którą udało mi się zobaczyć wreszcie. Czyli przepływ energii jest należyty. Si seniore… klik
Nie robię już w ogóle korekty. Męczy mnie zabawa w cenzora. Swoje teksty daję do korygowania jednej tylko osobie, która potrafi jeszcze myśleć racjonalnie. Być może dlatego nie piszę i tu o pracy? A właściwie przesłania ona ostatnio wiele godzin mojego życia. Nie powiem… jest ciekawie, jest interesująco, czasem jest buntowniczo, jest ironicznie. Jest dużo. Czasem niektórym sugeruję zabranie pudełka wazeliny z kamerą. Czasem wpadam w złość i nie odpuszczam. A potem muszę tłumaczyć. Się. Ale pojawiają się perełki, które podbudowują całe zaplecze. Koncert w kościele klasztornym Benedyktynów, recital saksofonowy, wernisaż… To ostatnie cztery dni. Odpoczywam również na placu zabaw, gdzie z draniem spędzam popołudnia. Miło posiedzieć w gwarze, który absolutnie obojętnie można przepuścić obok uszu. A dzisiaj pojechaliśmy ot tak na wycieczkę. Tak trochę bez sensu. Ale czy wszystko trzeba robić z sensem? I przy okazji, absolutnie niechcący wypatrzyłam działkę, która będzie nasza. Wiem to. Ze ścianą lasu i w pełni nasłoneczniona. Aż się rozmarzyłam na jej widok. Ba! gdzieś tam w wyobraźni własnej zobaczyłam na niej dom, który kompletnie nie przypomina tego z moich marzeń, ale świetnie wkomponowuje się w las i ma ogromne okna. Tak… ma głównie okna. Zabawne, że marzenia potrafią być tak chaotyczne i niespójne, a jednak gdzieś tam tworzą całość. Ślubny wie, że czasem lepiej mnie nie tłumaczyć. A poza tym wskoczyłam w len i czekam na urlop, który materializuje się mniej pewnie niż ta działka i dom.
- Zgłaszam reklamację – odezwał się w pewnej chwili wczoraj jeden z operatorów – miałaś być do wakacji blondynką.
No i jak wytłumaczyć facetowi, że już jestem jaśniejsza o cztery tony, a do wakacji to ja mam czas? Tłumaczenie płci brzydkiej kolorów jest przecież trudniejsze niż moja dzisiejsza próba tłumaczenia sobie, dlaczego panienki przydrożne stoją obecnie odziane jedynie w skąpą bieliznę. A może po prostu nie mają niczego lnianego? Nauczyłam się już, że najgłupsze tłumaczenia najłatwiej przyswoić. Dużo śpię, jem owoce i warzywa, śmieję się, kiedy chcę i kiedy nie powinnam, śpiewam w samochodzie, rano urządzam sobie aromatyczną kąpiel, klnę w skrajności jak szewc i ponoć mam bardzo dobrą aurę. To ostatnie według diagnozy magicznej, z którą udało mi się zobaczyć wreszcie. Czyli przepływ energii jest należyty. Si seniore… klik
środa, 27 kwietnia 2011
zegary ponakręcane
Spotkałam się dzisiaj z dziewczynami. Tak po prostu i nagle i jakbyśmy dopiero co wyszły ze szkoły. Znowu przestrzeń i czas okazały się przyjazne i udało nam się zobaczyć. Co prawda tym razem początek odbył się w konwencji placu zabaw, ale dzielnie dałyśmy radę. Miło zobaczyć je wszystkie i porozmawiać. Brakuje mi ich na co dzień. Telefon i internet to jednak kiepski pośrednik. Można przesłać zdjęcia i suche zdania, ale emocje już bledną gdzieś pomiędzy.
- No to opowiadaj - nakazała mi Kajka poprawiając rozwiane warkoczyki Zosi - bo nie przeczytałam twojego maila.
- Bo go nie napisałam.
- Wiem.
Właśnie sobie uświadomiłam, że przyjaźnimy się od 19 lat. A byłyśmy obok siebie tylko przez pierwsze cztery. Zabawne... Karolka nie ma dzieci i z dziwnym zdziwieniem przygląda się trzem z nas w roli mam, jakby to było nasze chwilowe skupienie się na czymś nowym. Jaśka również nie ma dzieci, ale toleruje nasze powołanie jako hobby nieszkodzące otoczeniu. Asia przygarnia wszystkie cztery maluchy do siebie i sprawdza odruchowo prawidłowość postawy. Kajka najpierw rejestruje ilość nowego uzębienia u dzieci, a potem wyraz oczu nas czterech. Swojego odruchu jeszcze nie odkryłam. Ale jestem szczęśliwa, kiedy w pięć możemy stwierdzić, że jesteśmy. A potem po prostu rozmawiamy. Nie dywagując, nie opowiadając, nie ukrywając. Planujemy, zdradzamy myśli, marzymy. A potem bardzo długo wracamy do domu i zazwyczaj musimy spotkać się na drugi dzień, bo nie zdążyłyśmy tak o wszystkim. Dobrze, że mam urlop. Ładuję akumulatory wszystkimi nerwami. W sobotę jadę z moimi chłopakami do zamku na turniej rycerski. Tydzień temu byłam u swojej fryzjerki. Powoli wchodzę w kolory popielate. Wszystko zgodnie z planem. Lubię wiosnę.
A tyle miałam napisać w ostatnich tygodniach! Normalnie aż wpisy mi się same w głowie układały. I o tym. I o owym. I o tamtym też. Taaaaak... klik
- No to opowiadaj - nakazała mi Kajka poprawiając rozwiane warkoczyki Zosi - bo nie przeczytałam twojego maila.
- Bo go nie napisałam.
- Wiem.
Właśnie sobie uświadomiłam, że przyjaźnimy się od 19 lat. A byłyśmy obok siebie tylko przez pierwsze cztery. Zabawne... Karolka nie ma dzieci i z dziwnym zdziwieniem przygląda się trzem z nas w roli mam, jakby to było nasze chwilowe skupienie się na czymś nowym. Jaśka również nie ma dzieci, ale toleruje nasze powołanie jako hobby nieszkodzące otoczeniu. Asia przygarnia wszystkie cztery maluchy do siebie i sprawdza odruchowo prawidłowość postawy. Kajka najpierw rejestruje ilość nowego uzębienia u dzieci, a potem wyraz oczu nas czterech. Swojego odruchu jeszcze nie odkryłam. Ale jestem szczęśliwa, kiedy w pięć możemy stwierdzić, że jesteśmy. A potem po prostu rozmawiamy. Nie dywagując, nie opowiadając, nie ukrywając. Planujemy, zdradzamy myśli, marzymy. A potem bardzo długo wracamy do domu i zazwyczaj musimy spotkać się na drugi dzień, bo nie zdążyłyśmy tak o wszystkim. Dobrze, że mam urlop. Ładuję akumulatory wszystkimi nerwami. W sobotę jadę z moimi chłopakami do zamku na turniej rycerski. Tydzień temu byłam u swojej fryzjerki. Powoli wchodzę w kolory popielate. Wszystko zgodnie z planem. Lubię wiosnę.
A tyle miałam napisać w ostatnich tygodniach! Normalnie aż wpisy mi się same w głowie układały. I o tym. I o owym. I o tamtym też. Taaaaak... klik
zegary ponakręcane
Spotkałam się dzisiaj z dziewczynami. Tak po prostu i nagle i
jakbyśmy dopiero co wyszły ze szkoły. Znowu przestrzeń i czas okazały
się przyjazne i udało nam się zobaczyć. Co prawda tym razem początek
odbył się w konwencji placu zabaw, ale dzielnie dałyśmy radę. Miło
zobaczyć je wszystkie i porozmawiać. Brakuje mi ich na co dzień. Telefon
i internet to jednak kiepski pośrednik. Można przesłać zdjęcia i suche
zdania, ale emocje już bledną gdzieś pomiędzy.
- No to opowiadaj – nakazała mi Kajka poprawiając rozwiane warkoczyki Zosi – bo nie przeczytałam twojego maila.
- Bo go nie napisałam.
- Wiem.
Właśnie sobie uświadomiłam, że przyjaźnimy się od 19 lat. A byłyśmy obok siebie tylko przez pierwsze cztery. Zabawne… Karolka nie ma dzieci i z dziwnym zdziwieniem przygląda się trzem z nas w roli mam, jakby to było nasze chwilowe skupienie się na czymś nowym. Jaśka również nie ma dzieci, ale toleruje nasze powołanie jako hobby nieszkodzące otoczeniu. Asia przygarnia wszystkie cztery maluchy do siebie i sprawdza odruchowo prawidłowość postawy. Kajka najpierw rejestruje ilość nowego uzębienia u dzieci, a potem wyraz oczu nas czterech. Swojego odruchu jeszcze nie odkryłam. Ale jestem szczęśliwa, kiedy w pięć możemy stwierdzić, że jesteśmy. A potem po prostu rozmawiamy. Nie dywagując, nie opowiadając, nie ukrywając. Planujemy, zdradzamy myśli, marzymy. A potem bardzo długo wracamy do domu i zazwyczaj musimy spotkać się na drugi dzień, bo nie zdążyłyśmy tak o wszystkim. Dobrze, że mam urlop. Ładuję akumulatory wszystkimi nerwami. W sobotę jadę z moimi chłopakami do zamku na turniej rycerski. Tydzień temu byłam u swojej fryzjerki. Powoli wchodzę w kolory popielate. Wszystko zgodnie z planem. Lubię wiosnę.
A tyle miałam napisać w ostatnich tygodniach! Normalnie aż wpisy mi się same w głowie układały. I o tym. I o owym. I o tamtym też. Taaaaak… klik
- No to opowiadaj – nakazała mi Kajka poprawiając rozwiane warkoczyki Zosi – bo nie przeczytałam twojego maila.
- Bo go nie napisałam.
- Wiem.
Właśnie sobie uświadomiłam, że przyjaźnimy się od 19 lat. A byłyśmy obok siebie tylko przez pierwsze cztery. Zabawne… Karolka nie ma dzieci i z dziwnym zdziwieniem przygląda się trzem z nas w roli mam, jakby to było nasze chwilowe skupienie się na czymś nowym. Jaśka również nie ma dzieci, ale toleruje nasze powołanie jako hobby nieszkodzące otoczeniu. Asia przygarnia wszystkie cztery maluchy do siebie i sprawdza odruchowo prawidłowość postawy. Kajka najpierw rejestruje ilość nowego uzębienia u dzieci, a potem wyraz oczu nas czterech. Swojego odruchu jeszcze nie odkryłam. Ale jestem szczęśliwa, kiedy w pięć możemy stwierdzić, że jesteśmy. A potem po prostu rozmawiamy. Nie dywagując, nie opowiadając, nie ukrywając. Planujemy, zdradzamy myśli, marzymy. A potem bardzo długo wracamy do domu i zazwyczaj musimy spotkać się na drugi dzień, bo nie zdążyłyśmy tak o wszystkim. Dobrze, że mam urlop. Ładuję akumulatory wszystkimi nerwami. W sobotę jadę z moimi chłopakami do zamku na turniej rycerski. Tydzień temu byłam u swojej fryzjerki. Powoli wchodzę w kolory popielate. Wszystko zgodnie z planem. Lubię wiosnę.
A tyle miałam napisać w ostatnich tygodniach! Normalnie aż wpisy mi się same w głowie układały. I o tym. I o owym. I o tamtym też. Taaaaak… klik
środa, 6 kwietnia 2011
If you can't make your mind up: będę się smażyć w piekle, czyli Ela mnie nienawidziła przez dobę, a ja lubię ten chaos
- Nienawidzę cię - wykrzyczała mi wczoraj prosto w plecy Ela. A dzisiaj napisała świetny artykuł. I nie wykrzyczała niczego. W takich chwilach zastanawiam się jednak, ile powinno być krzyku w czyichś emocjach, aby nie przesadzić i mieć furtkę, przez którą można wślizgnąć się prawie niepostrzeżenie, a Magda zaparza zieloną herbatę i wytwarza wokół mnie chaos papierzany. W zasadzie wystarczy, że wyciągnie segregator z ZAIKS-em. To przestawia moje myśli na inne tory. Mądrą mam asystentkę.Wiem, że każdy ma swoją rację i każdy ma swój dzień. Wczoraj między innymi ścigałam się z czasem, programem, samochodem i prywatnymi sprawami osoby, z którą robiłam wywiad, ale to bynajmniej nie przytępiło mi umiejętności oceny.
- Dziękuję, że się pani zgodziła. Świadoma jestem, że będę się smażyć w piekle.
- I dobrze.
Tak... Może się i będę smażyć, chociaż miło takie coś powiedzieć, kiedy całą resztę się już ma na taśmie, a kamerzysta chowa cały sprzęt. Są to te drobne chwile, które dają posmak dziennikarstwa większego niż lokalne. Ale chyba jedynie ja i on mamy na razie takie ambicje. Część mojego zespołu pragnie małej stabilizacji i spokojnych nagrań uzgodnionych w szczegółach, a część nie wie jeszcze, czego w ogóle pragnie. Dlatego ja biegam, oni coraz szybciej chodzą i każdy spełnia się w wyznaczonych przez siebie ramach. A to już sukces. Dzisiaj z dziką rozkoszą zagłębiłam się w swoim fotelu, włączyłam prywatną muzykę i zdjęłam pod biurkiem obcasy. Uczucie warte grzechu. Za rzadko w nim ostatnio siadałam. Niestety obecnie niczego już nie odpuszczam, chociaż na pozór ponoć nadal miła jestem. Chyba, że akurat przeczytam kiepski tekst. Być może... klik
- Dziękuję, że się pani zgodziła. Świadoma jestem, że będę się smażyć w piekle.
- I dobrze.
Tak... Może się i będę smażyć, chociaż miło takie coś powiedzieć, kiedy całą resztę się już ma na taśmie, a kamerzysta chowa cały sprzęt. Są to te drobne chwile, które dają posmak dziennikarstwa większego niż lokalne. Ale chyba jedynie ja i on mamy na razie takie ambicje. Część mojego zespołu pragnie małej stabilizacji i spokojnych nagrań uzgodnionych w szczegółach, a część nie wie jeszcze, czego w ogóle pragnie. Dlatego ja biegam, oni coraz szybciej chodzą i każdy spełnia się w wyznaczonych przez siebie ramach. A to już sukces. Dzisiaj z dziką rozkoszą zagłębiłam się w swoim fotelu, włączyłam prywatną muzykę i zdjęłam pod biurkiem obcasy. Uczucie warte grzechu. Za rzadko w nim ostatnio siadałam. Niestety obecnie niczego już nie odpuszczam, chociaż na pozór ponoć nadal miła jestem. Chyba, że akurat przeczytam kiepski tekst. Być może... klik
If you can’t make your mind up: będę się smażyć w piekle, czyli Ela mnie nienawidziła przez dobę, a ja lubię ten chaos
– Nienawidzę cię – wykrzyczała mi wczoraj prosto w plecy Ela. A
dzisiaj napisała świetny artykuł. I nie wykrzyczała niczego. W takich
chwilach zastanawiam się jednak, ile powinno być krzyku w czyichś
emocjach, aby nie przesadzić i mieć furtkę, przez którą można wślizgnąć
się prawie niepostrzeżenie, a Magda zaparza zieloną herbatę i wytwarza
wokół mnie chaos papierzany. W zasadzie wystarczy, że wyciągnie
segregator z ZAIKS-em. To przestawia moje myśli na inne tory. Mądrą mam
asystentkę.Wiem, że każdy ma swoją rację i każdy ma swój dzień. Wczoraj
między innymi ścigałam się z czasem, programem, samochodem i prywatnymi
sprawami osoby, z którą robiłam wywiad, ale to bynajmniej nie przytępiło
mi umiejętności oceny.
- Dziękuję, że się pani zgodziła. Świadoma jestem, że będę się smażyć w piekle.
- I dobrze.
Tak… Może się i będę smażyć, chociaż miło takie coś powiedzieć, kiedy całą resztę się już ma na taśmie, a kamerzysta chowa cały sprzęt. Są to te drobne chwile, które dają posmak dziennikarstwa większego niż lokalne. Ale chyba jedynie ja i on mamy na razie takie ambicje. Część mojego zespołu pragnie małej stabilizacji i spokojnych nagrań uzgodnionych w szczegółach, a część nie wie jeszcze, czego w ogóle pragnie. Dlatego ja biegam, oni coraz szybciej chodzą i każdy spełnia się w wyznaczonych przez siebie ramach. A to już sukces. Dzisiaj z dziką rozkoszą zagłębiłam się w swoim fotelu, włączyłam prywatną muzykę i zdjęłam pod biurkiem obcasy. Uczucie warte grzechu. Za rzadko w nim ostatnio siadałam. Niestety obecnie niczego już nie odpuszczam, chociaż na pozór ponoć nadal miła jestem. Chyba, że akurat przeczytam kiepski tekst. Być może… klik
- Dziękuję, że się pani zgodziła. Świadoma jestem, że będę się smażyć w piekle.
- I dobrze.
Tak… Może się i będę smażyć, chociaż miło takie coś powiedzieć, kiedy całą resztę się już ma na taśmie, a kamerzysta chowa cały sprzęt. Są to te drobne chwile, które dają posmak dziennikarstwa większego niż lokalne. Ale chyba jedynie ja i on mamy na razie takie ambicje. Część mojego zespołu pragnie małej stabilizacji i spokojnych nagrań uzgodnionych w szczegółach, a część nie wie jeszcze, czego w ogóle pragnie. Dlatego ja biegam, oni coraz szybciej chodzą i każdy spełnia się w wyznaczonych przez siebie ramach. A to już sukces. Dzisiaj z dziką rozkoszą zagłębiłam się w swoim fotelu, włączyłam prywatną muzykę i zdjęłam pod biurkiem obcasy. Uczucie warte grzechu. Za rzadko w nim ostatnio siadałam. Niestety obecnie niczego już nie odpuszczam, chociaż na pozór ponoć nadal miła jestem. Chyba, że akurat przeczytam kiepski tekst. Być może… klik
sobota, 2 kwietnia 2011
z perspektywy snu z mrówkami i bez, czyli porządki wiosenne
Wyspałam się dzisiaj nieprzyzwoicie i za ostatnie czasy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam pełny weekend w domu bez jednej minuty poświęconej pracy. I nie ma znaczenia, że po albo przed mam dzień wolny - dwa dni z rzędu po tygodniu obowiązków to jednak dobry patent. W dodatku jeden z nich można przeznaczyć na porządki, a praca fizyczna ma swoje zalety. Pozornie wyłącza myślenie, faktycznie przełącza je na bardzo konkretne refleksje. Złapałam się dzisiaj kilka razy na tym, że podsłuchałam swoją podświadomość, która knuła coś jakby absolutnie poza mną, a przy okazji zaczęłam zastanawiać się nad istotą snu. Może pod wpływem incepcji? Ostatnio śniły mi się mrówki. Wielkie, czarne, łażące po platformie ze słomą, której brzydziłam się dotknąć, chociaż była czysta. Każdej nocy coś mi się śni, a swój sen wypieram z myśli zawsze przy porannej kawie. Ten mi jednak jakoś w nich utkwił, chociaż nie był specjalnie zły/dobry/ciekawy/miły/przerażający. Może właśnie dlatego? Mam problem z urlopem. Niby zaplanowany, a jednak okazało się, że data ulegnie przesunięciu o nie wiadomo ile, ponieważ w wybranym przeze mnie i zatwierdzonym przez przełożonych czasie muszę służbowo gościć w kilku miejscach jednocześnie, a prawdopodobnie sklonowana poprowadzę plener malarski. Brzmi logicznie. Przecież.
Po dzisiejszym sprzątaniu mieszkanie jest sterylne, a drań ubawiony możliwością zrobienia rewolucji przed podjęciem działań porządkujących. I szczerze zaangażowany w pomoc.
- Oddzwonię potem - powiedział ślubny odbierając telefon od Marka - bo moja żona właśnie wzięła środki chemiczne i rozpętała piekło. klik
Po dzisiejszym sprzątaniu mieszkanie jest sterylne, a drań ubawiony możliwością zrobienia rewolucji przed podjęciem działań porządkujących. I szczerze zaangażowany w pomoc.
- Oddzwonię potem - powiedział ślubny odbierając telefon od Marka - bo moja żona właśnie wzięła środki chemiczne i rozpętała piekło. klik
z perspektywy snu z mrówkami i bez, czyli porządki wiosenne
Wyspałam się dzisiaj nieprzyzwoicie i za ostatnie czasy. Nie
pamiętam, kiedy ostatnio miałam pełny weekend w domu bez jednej minuty
poświęconej pracy. I nie ma znaczenia, że po albo przed mam dzień wolny –
dwa dni z rzędu po tygodniu obowiązków to jednak dobry patent. W
dodatku jeden z nich można przeznaczyć na porządki, a praca fizyczna ma
swoje zalety. Pozornie wyłącza myślenie, faktycznie przełącza je na
bardzo konkretne refleksje. Złapałam się dzisiaj kilka razy na tym, że
podsłuchałam swoją podświadomość, która knuła coś jakby absolutnie poza
mną, a przy okazji zaczęłam zastanawiać się nad istotą snu. Może pod
wpływem incepcji? Ostatnio śniły mi się mrówki. Wielkie, czarne, łażące
po platformie ze słomą, której brzydziłam się dotknąć, chociaż była
czysta. Każdej nocy coś mi się śni, a swój sen wypieram z myśli zawsze
przy porannej kawie. Ten mi jednak jakoś w nich utkwił, chociaż nie był
specjalnie zły/dobry/ciekawy/miły/przerażający. Może właśnie dlatego?
Mam problem z urlopem. Niby zaplanowany, a jednak okazało się, że data
ulegnie przesunięciu o nie wiadomo ile, ponieważ w wybranym przeze mnie i
zatwierdzonym przez przełożonych czasie muszę służbowo gościć w kilku
miejscach jednocześnie, a prawdopodobnie sklonowana poprowadzę plener
malarski. Brzmi logicznie. Przecież.
Po dzisiejszym sprzątaniu mieszkanie jest sterylne, a drań ubawiony możliwością zrobienia rewolucji przed podjęciem działań porządkujących. I szczerze zaangażowany w pomoc.
- Oddzwonię potem – powiedział ślubny odbierając telefon od Marka – bo moja żona właśnie wzięła środki chemiczne i rozpętała piekło. klik
Po dzisiejszym sprzątaniu mieszkanie jest sterylne, a drań ubawiony możliwością zrobienia rewolucji przed podjęciem działań porządkujących. I szczerze zaangażowany w pomoc.
- Oddzwonię potem – powiedział ślubny odbierając telefon od Marka – bo moja żona właśnie wzięła środki chemiczne i rozpętała piekło. klik
Subskrybuj:
Posty (Atom)