poniedziałek, 3 października 2011

matrioszka

     Świat oglądam w kalejdoskopie zdarzeń. Budzę się w poniedziałek zbyt wczesnym ranem i usypiam zbyt późnym wieczorem w niedzielę. Pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami, które jedynie przypadkowo koduję w myślach, jest po prostu strumień świadomości. Chwilami mam wrażenie, że mojej. Prywatnej. Drań wrócił na tenis. Ja wróciłam na ławkę dla mam. Mam zatem czas na kawę latte dużą i książkę, albo pismo dla udomowionych czarownic. Ojejejjejjejejeeej… kiedy ja byłam udomowioną czarownicą ostatnio? Nie wiem… Obecnie jestem tylko czarownicą, która ma dom, ale udomowienie rozmywa się w mnogości miejsc, do których docieram. A dzisiaj trzymam w ręku książkę z moją przedmową. I chociaż tyle już razy widziałam swoje nazwisko pod swoim tekstem w druku, jestem pod wrażeniem. Takim osobistym, wielkim i egoistycznie prywatnym. Gładzę opuszkami palców błyszczącą, twardą oprawę nie mojej książki, a czuję się, jakbym zdobyła szczyt możliwości twórczych. Pisałam już, że uwielbiam to, co robię? Pisałam… Musiałam napisać, w przeciwnym razie pękłabym z nadmiaru słów kłębiących się w moich myślach. A właśnie! stąd chyba ta konieczność wypisywania się – kwestia musu wewnętrznego. Uzależnienie nadświadomości, podświadomość bowiem paradoksalnie każe mi obecnie więcej milczeć, zdecydowanie omijać historie osób i zdarzeń. Za oknem jest przepiękna jesień. Ostatnia tak śliczna była w mojej klasie maturalnej, kiedy jeszcze w październiku biegałam w mini, sandałach i bluzeczkach z krótkim rękawem. Praktycznie całe wieki temu, a nadal obok mnie jest namacalne uczucie bezwstydnej radości ze skakania po stertach suchych liści. Wtedy dopiero poznawaliśmy się ze ślubnym powoli i zdecydowanie. Dzisiaj w parku mąż mój własny i osobisty patrzy z uśmiechem na mnie, kiedy mijamy suche liście, a drań z lubością się w nich tarza, piszczy z uciechy i szaleje. Za oknem w domu mam już zielono – żółte rozbłyski. Za oknem w puszczy mam cierpliwą i zdecydowaną zieleń. Dwa światy. Włosy upinam już w węzeł na karku. Nie taki imponujący co prawda, ale dwukrotnie zakręcony. Włosy mam coraz jaśniejsze. Coraz intensywniej maluję usta. Zabawne, jak zmiany potrafią same się wprowadzić i rozpanoszyć. I wmówić nam, że są najwłaściwszymi w danym momencie. Dany moment… tak, właściwie tak, momenty są po to, aby je zagarniać zachłannie i nie oglądać się, czy wypada. Wypadają mi w tym tygodniu cztery dni wolne. Powinnam teraz nadgonić, ale wszystko zapięte na ostatni guzik czeka grzecznie na swoją kolej, więc popijam małymi łyczkami yerba mate z kubka z chat noir i planuję, co będę robić od środowego wieczoru. Na pewno udomowię się i przede wszystkim upiekę szarlotkę. klik

matrioszka

     Świat oglądam w kalejdoskopie zdarzeń. Budzę się w poniedziałek zbyt wczesnym ranem i usypiam zbyt późnym wieczorem w niedzielę. Pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami, które jedynie przypadkowo koduję w myślach, jest po prostu strumień świadomości. Chwilami mam wrażenie, że mojej. Prywatnej. Drań wrócił na tenis. Ja wróciłam na ławkę dla mam. Mam zatem czas na dużą latte i książkę, albo pismo dla udomowionych czarownic. Ojejejjejjejejeeej... kiedy ja byłam udomowioną czarownicą ostatnio? Nie wiem... Obecnie jestem tylko czarownicą, która ma dom, ale udomowienie rozmywa się w mnogości miejsc, do których docieram. A dzisiaj właśnie trzymam w ręku książkę z moją przedmową. I chociaż tyle już razy widziałam swoje nazwisko pod swoim tekstem w druku, jestem pod wrażeniem. Takim osobistym, wielkim i egoistycznie prywatnym. Gładzę opuszkami palców błyszczącą, twardą oprawę nie mojej książki, a czuję się, jakbym zdobyła szczyt możliwości twórczych. Pisałam już, że uwielbiam to, co robię? Pisałam... Musiałam napisać, w przeciwnym razie pękłabym z nadmiaru słów kłębiących się w moich myślach. A właśnie! stąd chyba ta konieczność wypisywania się - kwestia musu wewnętrznego. Uzależnienie nadświadomości, podświadomość bowiem paradoksalnie każe mi obecnie więcej milczeć, zdecydowanie omijać historie osób i zdarzeń. Za oknem jest przepiękna jesień. Ostatnia tak śliczna była w mojej klasie maturalnej, kiedy jeszcze w październiku biegałam w mini, sandałach i bluzeczkach z krótkim rękawem. Praktycznie całe wieki temu, a nadal obok mnie jest namacalne uczucie bezwstydnej radości ze skakania po stertach suchych liści. Wtedy dopiero poznawaliśmy się ze ślubnym powoli i zdecydowanie. Dzisiaj w parku mąż mój własny i osobisty patrzy z uśmiechem na mnie, kiedy mijamy suche liście, a drań z lubością się w nich tarza, piszczy z uciechy i szaleje. Za oknem w domu mam zielono - żółte rozbłyski. Za oknem w puszczy mam cierpliwą i zdecydowaną zieleń. Dwa światy. Włosy upinam już w węzeł na karku. Nie taki imponujący co prawda, ale dwukrotnie zakręcony. Włosy mam coraz jaśniejsze. Coraz intensywniej maluję usta. Zabawne, jak zmiany potrafią same się wprowadzić i rozpanoszyć. I wmówić nam, że są najwłaściwszymi w danym momencie. Dany moment... tak, właściwie tak, momenty są po to, aby je zagarniać zachłannie i nie oglądać się, czy wypada. Wypadają mi w tym tygodniu cztery dni wolne. Powinnam teraz nadgonić, ale wszystko zapięte na ostatni guzik czeka grzecznie na swoją kolej, więc popijam małymi łyczkami yerba mate z kubka z chat noir i planuję, co będę robić od środowego wieczoru. Na pewno udomowię się i przede wszystkim upiekę szarlotkę. klik

niedziela, 18 września 2011

Jestem...

    ... trochę zmęczona, trochę rozgorączkowana, bardzo stęskniona. I szczęśliwa. Wyjazdy mają tę cudowną zaletę, że po nich z reguły następują powroty. Studio im. Agnieszki Osieckiej jest... no właśnie. Jest. Jedyne w swoim rodzaju. I pełne wspomnień z czasów studenckich, a stolica niezmiennie dla mnie najwspanialsza nocą.  Hotele są... bezosobowe i absolutnie beznamiętne. I dlatego mogę w nich spać. A właściwie to nawet lubię w nich spać. Zwyczajnie i po prostu. Nie zadzwoniłam do Agaty organoleptycznej. Nie tym razem. Tym razem czas rządził mną. Chociaż w zasadzie... w zasadzie to ja nie chciałam niczego planować. Tym bardziej gigantycznej migreny, z którą musiałam się zmagać przez cały piątek. Aż do soboty. Biorąc tonę leków przeciwbólowych i udając, że panuję nad tematem, otoczeniem i czuję się wspaniale. Od jutra zaczyna się normalny tydzień. Chociaż sama nie wiem, co obecnie jest normalne, a co normalne. Zmieniłam perfumy. Tak po prostu i po kilku latach. Nagle. Zakupiłam nową, inną bieliznę. Zaskoczyłam samą siebie wyborem i kolorem. Mąż mój własny i osobisty wszystkie zmiany przyjmuje z lekkim niedowierzaniem, ale dzielnie i z uśmiechem aprobaty przygląda się ledwo zauważalnie, stale obserwuje i udaje, że nie przywiązuje wagi do zmian, które wyraźnie przypadają mu do gustu. Gust może być zmienny, czy jest tylko jeden? Minął rok od mojej rewolucji zawodowej, a ja cały czas mam wrażenie, że zaledwie miesiąc temu postawiłam nasz świat na głowie. Nie bezpodstawnie moją ulubioną asaną jest pies z głową w dół. Kręgosłup mam prosty, kark rozluźniony, a głowa swobodnie kołysze się nad ziemią. I daje inną perspektywę. A ja coraz wyraźniej widzę, czego chcę. Niesamowite, jaką przyjemność może dawać życie, kiedy zaczyna się je praktykować, odstawiając teorię na bok. klik

Od czasu do czasu, czyli…

    … czas. A mogę o nim pisać w nieskończoność – chociażby to, że go lubię i chociaż czasem muszę się z  nim ścigać, a czasem mi umyka, nigdy nie przecieka mi między palcami i zawsze grzecznie pozwala się zaplanować w kalendarzu. A jednak czasem nie mam do niego cierpliwości. I czasu… Wczoraj na przykład obudziłam się przerażona faktem, że za oknem jest widno, więc powinnam być w innym wymiarze i dopiero po kilku chwilach okazało się, że jestem w tym właściwym, obok męża mojego własnego i osobistego (właściwego znaczy), jest sobota i mogę zwolnić. Zwolniłam. Zapadłam się w fotel u babci, sofę u rodziców, ławkę w parku, rattanowe krzesło kawiarni, stołek kuchenny u Ewy, własne łóżko i obserwowałam, jak minuty opływają wokół mnie. Jednak najmilsze było to własne łóżko. Lubię się nim rozkoszować.
- Czemu się ze mnie śmiejesz? – bo ślubny właśnie na mój wywód zareagował pełnym uśmiechem.
- Nie śmieję tylko uśmiecham do myśli wywołanych twoimi słowami.
Tym bardziej, że przedwczoraj była impreza integracyjna. Czyli właśnie wtedy, gdy nastał wolny piątkowy wieczór, integrowałam się z zespołem. Ślubny przyjechał zdecydowanie za wcześnie. I to dało nam możliwość odpoczynku we własnym towarzystwie. A ja poczułam ulgę, bo z nim zawsze mi jakoś tak lepiej. I nawet wino smakuje inaczej. Bezpieczniej. I tańczę odruchowo, bez wyczuwania kroków drugiej osoby.
A już tydzień temu (szybki ten czas) byliśmy z draniem na cudnym koncercie muzyki filmowej w wykonaniu orkiestry symfonicznej. W moim ukochanym pałacyku muzeum, które mi się z dobrą muzyką, węgierskim winem i oszałamiającym widokiem z balkonu kojarzy od mojego pierwszego w nim pobytu. Niby praca a jednak nie. Bo tak jakoś w ogóle od jakiegoś czasu coraz częściej pracę odbieram jak niepracę. Ryzykowne, ale chyba pozytywne.
Drań dziesięć dni temu poszedł do szkoły i jest taki duży, samodzielny i dzielny. A w drodze do domu mamy spacer, lody i opowieść z całego dnia szkolnego. Nie lubi świetlicy. Twierdzi, że czas mu się tam dłuży. Za to za lekcjami przepada i uwielbia panią Dorotkę – przy niej czas płynie za szybko.
- Nie chcę dorosnąć mamusiu – stwierdził ostatnio z całą sześcioletnią stanowczością. I to spowodowało, że zastanowiłam się nad owym dorastaniem, dorosłością, byciem dorosłym. Co te słowa oznaczają? Pamiętam, jak bardzo cieszyłam się wiekiem od szesnastych urodzin. I nadal mi z nim dobrze, ponieważ czas jednak daje się lubić. Nawet wtedy, kiedy nie potrafię go sprecyzować. A za pięć dni jadę i nie mam wyjścia, ponieważ zwyczajnie muszę podążyć trasą szybkiego ruchu w kierunku stolicy. I jedynie przypuszczalnie mogę powiedzieć, że wrócę prawdopodobnie w sobotę. Tak… i to jest właśnie ten moment, kiedy czas próbuje rządzić się i panoszyć i pozornie nie mam nad nim władzy. Niby niezależny taki. I przekorny. Rodzaju męskiego, więc trudno się dziwić. I tylko znowu nie wiem, w co mam się ubrać. Ale ja rodzaju żeńskiego jestem, więc też nie ma się co dziwić.
    Tymczasem dopiłam kawę, zjadłam szarlotkę i stwierdzam z całą stanowczością, że czas pójść na umówiony spacer, aby cofnąć się w czas międzywojnia. Od wczoraj bowiem moje powiatowe w czasie lat 20 – tych tkwi. Ale powiatowe raz w roku tak ma. A ja lubię ten czas i ten czas raz w roku też. klik

Jestem…

    … trochę zmęczona, trochę rozgorączkowana, bardzo stęskniona. I szczęśliwa. Wyjazdy mają tę cudowną zaletę, że po nich z reguły następują powroty. Studio im. Agnieszki Osieckiej jest… no właśnie. Jest. Jedyne w swoim rodzaju. I pełne wspomnień z czasów studenckich, a stolica niezmiennie dla mnie najwspanialsza nocą.  Hotele są… bezosobowe i absolutnie beznamiętne. I dlatego mogę w nich spać. A właściwie to nawet lubię w nich spać. Zwyczajnie i po prostu. Nie zadzwoniłam do Agaty organoleptycznej. Nie tym razem. Tym razem czas rządził mną. Chociaż w zasadzie… w zasadzie to ja nie chciałam niczego planować. Tym bardziej gigantycznej migreny, z którą musiałam się zmagać przez cały piątek. Aż do soboty. Biorąc tonę leków przeciwbólowych i udając, że panuję nad tematem, otoczeniem i czuję się wspaniale. Od jutra zaczyna się normalny tydzień. Chociaż sama nie wiem, co obecnie jest normalne, a co normalne. Zmieniłam perfumy. Tak po prostu i po kilku latach. Nagle. Zakupiłam nową, inną bieliznę. Zaskoczyłam samą siebie wyborem i kolorem. Mąż mój własny i osobisty wszystkie zmiany przyjmuje z lekkim niedowierzaniem, ale dzielnie i z uśmiechem aprobaty przygląda się ledwo zauważalnie, stale obserwuje i udaje, że nie przywiązuje wagi do zmian, które wyraźnie przypadają mu do gustu. Już sama nie wiem, czy gust może być zmienny, czy jest tylko jeden. Minął rok od mojej rewolucji zawodowej, a ja cały czas mam wrażenie, że zaledwie miesiąc temu postawiłam nasz świat na głowie. Nie bezpodstawnie moją ulubioną asaną jest pies z głową w dół. Kręgosłup mam prosty, kark rozluźniony, a głowa swobodnie kołysze się nad ziemią. I daje inną perspektywę. A ja coraz wyraźniej widzę, czego chcę. Niesamowite, jaką przyjemność może dawać życie, kiedy zaczyna się je praktykować, odstawiając teorię na bok. klik

niedziela, 11 września 2011

Od czasu do czasu, czyli...

    ... czas. A mogę o nim pisać w nieskończoność - chociażby to, że go lubię i chociaż czasem muszę się z  nim ścigać, a czasem mi umyka, nigdy nie przecieka mi między palcami i zawsze grzecznie pozwala się zaplanować w kalendarzu. A jednak czasem nie mam do niego cierpliwości. I czasu... Wczoraj na przykład obudziłam się przerażona faktem, że za oknem jest widno, więc powinnam być w innym wymiarze i dopiero po kilku chwilach okazało się, że jestem w tym właściwym, obok męża mojego własnego i osobistego (właściwego znaczy), jest sobota i mogę zwolnić. Zwolniłam. Zapadłam się w fotel u babci, sofę u rodziców, ławkę w parku, rattanowe krzesło kawiarni, stołek kuchenny u Ewy, własne łóżko i obserwowałam, jak minuty opływają wokół mnie. Jednak najmilsze było to własne łóżko. Lubię się nim rozkoszować.
- Czemu się ze mnie śmiejesz? - bo ślubny właśnie na mój wywód zareagował pełnym uśmiechem.
- Nie śmieję tylko uśmiecham do myśli wywołanych twoimi słowami.
Tym bardziej, że przedwczoraj była impreza integracyjna. Czyli właśnie wtedy, gdy nastał wolny piątkowy wieczór, integrowałam się z zespołem. Ślubny przyjechał zdecydowanie za wcześnie. I to dało nam możliwość odpoczynku we własnym towarzystwie. A ja poczułam ulgę, bo z nim zawsze mi jakoś tak lepiej. I nawet wino smakuje inaczej. Bezpieczniej. I tańczę odruchowo, bez wyczuwania kroków drugiej osoby.
A już tydzień temu (szybki ten czas) byliśmy z draniem na cudnym koncercie muzyki filmowej w wykonaniu orkiestry symfonicznej. W moim ukochanym pałacyku muzeum, które mi się z dobrą muzyką, węgierskim winem i oszałamiającym widokiem z balkonu kojarzy od mojego pierwszego w nim pobytu. Niby praca a jednak nie. Bo tak jakoś w ogóle od jakiegoś czasu coraz częściej pracę odbieram jak niepracę. Ryzykowne, ale chyba pozytywne.
Drań dziesięć dni temu poszedł do szkoły i jest taki duży, samodzielny i dzielny. A w drodze do domu mamy spacer, lody i opowieść z całego dnia szkolnego. Nie lubi świetlicy. Twierdzi, że czas mu się tam dłuży. Za to za lekcjami przepada i uwielbia panią Dorotkę - przy niej czas płynie za szybko.
- Nie chcę dorosnąć mamusiu - stwierdził ostatnio z całą sześcioletnią stanowczością. I to spowodowało, że zastanowiłam się nad owym dorastaniem, dorosłością, byciem dorosłym. Co te słowa oznaczają? Pamiętam, jak bardzo cieszyłam się wiekiem od szesnastych urodzin. I nadal mi z nim dobrze, ponieważ czas jednak daje się lubić. Nawet wtedy, kiedy nie potrafię go sprecyzować. A za pięć dni jadę i nie mam wyjścia, ponieważ zwyczajnie muszę podążyć trasą szybkiego ruchu w kierunku stolicy. I jedynie przypuszczalnie mogę powiedzieć, że wrócę prawdopodobnie w sobotę. Tak... i to jest właśnie ten moment, kiedy czas próbuje rządzić się i panoszyć i pozornie nie mam nad nim władzy. Niby niezależny taki. I przekorny. Rodzaju męskiego, więc trudno się dziwić. I tylko znowu nie wiem, w co mam się ubrać. Ale ja rodzaju żeńskiego jestem, więc też nie ma się co dziwić.
    Tymczasem dopiłam kawę, zjadłam szarlotkę i stwierdzam z całą stanowczością, że czas pójść na umówiony spacer, aby cofnąć się w czas międzywojnia. Od wczoraj bowiem moje powiatowe w czasie lat 20 - tych tkwi. Ale powiatowe raz w roku tak ma. A ja lubię ten czas i ten czas raz w roku też. klik

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Nagle tak cicho...

... zrobiło się wokół. Wróciła czerń i bardzo wysokie obcasy. I wcale nie zapomniałam, jak się stuka tymi cieniutkimi, włoskimi, które są na specjalne okazje. Wczoraj totalnie bezrefleksyjnie zauważyłam je dopiero po szesnastu godzinach, a stopy nie musiały odpoczywać w drodze do domu. Za to drań usnął w foteliku po dniu pełnym emocji. Ja od emocji jeszcze nie odpoczęłam. Zabawne, że dla mojego dziecka wszystko jest takie oczywiste i naturalne. Kupił wczoraj zabawkę kościotrupa. Gumowego. Z dużą głową. Jeśli głowę się ściśnie, delikwent wybałusza gumowe oczy i przeraża czerwonym płynem, w którym pływają białe, gumowe larwy. Obrzydlistwo dla mnie i ślubnego. Dla drania wspaniałość. Wkroczył właśnie w podświadome dance macabre zafascynowany naturalną brzydotą. Ja z tej fascynacji jeszcze nie wyszłam... więc może powinnam podsycać w nim rozważania dotyczące estetyki? Nie tej wystudiowanej i upiększającej, ale tej faktycznej. Przecież nawet chruśniak jest brzydki, a to właśnie on stanowi zaplecze literackiej erotyki.
We wszystkich wolnych chwilach i wieczorami popijam yerba mate. Jest wspaniała. Uwielbiam ją. Równie maniakalnie szukam chwil ciszy w każdym momencie dnia. A moja cisza zazwyczaj jest złożona z bardzo wielu dźwięków. Drań bowiem coraz sprawniej operuje strunami głosowymi i zasobem leksyki wprawiając się w opowiadaniu. Cisza to także mruczenie dwóch pięknych, które niczym pokemony ładują mi się na brzuch albo głowę. Cisza to muzyka, wiertarka u sąsiadów, alarm w aucie na parkingu, krzyk dzieci na placu zabaw, stuk klawiatury. Zabawne, jak bardzo głośna potrafi być cisza... A jednak ta, na którą zwracam uwagę, jest zbiorem dźwięków prywatnych, osobistych, domowych.
Lubię, jak wokół robi się tak cicho. Od kilku dni układam włosy zawijając je na szczotce. Dziwne uczucie mieć znowu długie włosy. klik

Nagle tak cicho…

    … zrobiło się wokół. Wróciła czerń i bardzo wysokie obcasy. I wcale nie zapomniałam, jak się stuka tymi cieniutkimi, włoskimi, które są na specjalne okazje. Wczoraj totalnie bezrefleksyjnie zauważyłam je dopiero po szesnastu godzinach, a stopy nie musiały odpoczywać w drodze do domu. Za to drań usnął w foteliku po dniu pełnym emocji. Ja od emocji jeszcze nie odpoczęłam. Zabawne, że dla mojego dziecka wszystko jest takie oczywiste i naturalne. Kupił wczoraj zabawkę kościotrupa. Gumowego. Z dużą głową. Jeśli głowę się ściśnie, delikwent wybałusza gumowe oczy i przeraża czerwonym płynem, w którym pływają białe, gumowe larwy. Obrzydlistwo dla mnie i ślubnego. Dla drania wspaniałość. Wkroczył właśnie w podświadome dance macabre zafascynowany naturalną brzydotą. Ja z tej fascynacji jeszcze nie wyszłam… więc może powinnam podsycać w nim rozważania dotyczące estetyki? Nie tej wystudiowanej i upiększającej, ale tej faktycznej. Przecież nawet chruśniak jest brzydki, a to właśnie on stanowi zaplecze literackiej erotyki.
We wszystkich wolnych chwilach i wieczorami popijam yerba mate. Jest wspaniała. Uwielbiam ją. Równie maniakalnie szukam chwil ciszy w każdym momencie dnia. A moja cisza zazwyczaj jest złożona z bardzo wielu dźwięków. Drań bowiem coraz sprawniej operuje strunami głosowymi i zasobem leksyki wprawiając się w opowiadaniu. Cisza to także mruczenie dwóch pięknych, które niczym pokemony ładują mi się na brzuch albo głowę. Cisza to muzyka, wiertarka u sąsiadów, alarm w aucie na parkingu, krzyk dzieci na placu zabaw, stuk klawiatury. Zabawne, jak bardzo głośna potrafi być cisza… A jednak ta, na którą zwracam uwagę, jest zbiorem dźwięków prywatnych, osobistych, domowych.
Lubię, jak wokół robi się tak cicho. Od kilku dni układam włosy zawijając je na szczotce. Dziwne uczucie mieć znowu długie włosy. klik

piątek, 12 sierpnia 2011

tajemnice, gotan i kalmary, czyli sierpień

    Zanim się obejrzałam, nastał sierpień, a właściwie jego połowa. I nawet nie będę wnikać, czy to ta lepsza czy też przeciwnie. To w zasadzie nie ma znaczenia. Zaledwie wczoraj był czerwiec i prawie zaledwie wczoraj drań szedł do grupy maluszków w przedszkolu, a za trzy tygodnie idzie już do szkoły. I dobrze. Społeczeństwo trzeba edukować. Oświatę krzewić. Walczyć z ciemnotą. Placówki oświatowe ponoć to potrafią. A pani już potrafi odpoczywać. Nigdy bym nie pomyślała, że po prostu wystarczy usiąść i udawać, że się nie pada na pyszczydło. Od środy mam urlop. I nie wzięłam się jeszcze za mycie okien, przestawanie mebli, przesadzanie kwiatów, gromadzenie dóbr wszelakich na zapas, chociaż dopiero dzisiaj po raz pierwszy nie zadzwoniłam do pracy. Ba! w perfidny sposób schowałam do komody telefon. W poniedziałek jedziemy do Krakowa. Dzisiaj drań został u dziadków. Pani sączy ulubione. Ślubny szykuje kolację. Świece palą się równym płomieniem pomimo okien otwartych na przestrzał. Nie pamiętam już dokładnie, co to oznacza, ale wiem, że coś dobrego. W sumie logiczne... Prawdopodobnie władujemy się w kredyt na lat więcej, niż potrafię ogarnąć myślą. Ważne, że ślubny ogarnia. Ja ogarniam póki co jeszcze niemiecki. Powtarzam. Na hiszpański nie mam już czasu. Na sen też nie. Od października dojdą studia. I wtedy prawdopodobnie okaże się, że jednak jestem w stanie rozszerzyć dobę. Wydłużyć chyba nie zdołam. Chociaż Einstein jest mi coraz bliższy, więc wszystko przede mną. Dostałam od ślubnego profesjonalne słuchawki. Dziadki sugerują drugiego wnuka. A właściwie to domagają się stanowczo. Ja w tym tygodniu podałam raz wiek jako 38, raz jako 26. Hm... oba nie trafione. "Dobrze jest jak jest nie trza psuć" mawia dziadek-pradziadek i trudno się z nim nie zgodzić. Moja asystentka, oglądając materiał zwany surówką, tydzień temu strzeliła mi komplement mówiąc "popatrz, młodsza od ciebie o cztery lata, przy tobie jak stara baba wygląda". Widocznie puszcza mi służy. Powinnam ją ochrzanić, a śmiałam się cały dzień. Uśmiałam się również podczas rozmowy z podłotą, którą jakoś udało się zgrać z czasem i przestrzenią. Lubię sierpień. Nabyłam nowe obcasy. Stukają. Jestem na etapie wyboru koloru szminki. Paznokcie są już mocno czerwone. Za cztery dni idę do fryzjerki. Platyna jest coraz bliżej mnie. Miło tak odpoczywać. Skąd ślubny wie, jak przyrządzać kalmary? klik

PS. Dorotka postanowiła mi przyznać nagrodę, która mnie na równi ucieszyła co zadziwiła. Miło mi bardzo. Bardzo to mało powiedziane!





Według regulaminu powinnam teraz napisać 7 rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie. Zadanie i trudne i łatwe...
Niech zatem będzie...
1. Lubię ład. Czasem zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest już psychoza maniakalna. Wszystko musi być na swoim miejscu. Lepiej mi się myśli w pomieszczeniu podległym mojej osobie.
2. Nie potrafię zrozumieć ogromu zła. I Paradoksalnie zło budzi we mnie agresję. Cierpię potwornie, gdy słyszę o krzywdzie zadanej dziecku i zwierzęciu. Nie potrafię nad nią przejść obojętnie.
3. Kiedyś byłam pewna, że moim mężem będzie góral. Nie sprawdziło się.
4. Lubię szybkość. Łączy się to zapewne z moim upodobaniem do ilinx. A może w uporządkowaniu potrzebuję wrażenia szaleństwa?
5. Jestem apodyktyczna. Łagodzi mnie jedynie ślubny. Potrafię dowodzić męskim zespołem i nie ustąpię o milimetr, a ślubny dawno temu poznał sposób na poskromienie mojego charakteru.
6. Lubię magię, wierzę w ezoterykę, pociąga mnie wszystko, co niezwykłe. Ale równie mocno boję się tego wszystkiego.
7. Chciałbym cofnąć czas o kilkanaście lat, chociaż i tak niczego bym nie zmieniła, bo kocham drania i ślubnego bardzo.
8. Jest tego więcej, ale te przyszły mi na myśl jako pierwsze...

Według regulaminu mam wskazać 16 osób. Wystarczy jednak, że powiem, iż wszystkie wyznaczone są w moich linkach :) O każdej z tych osób mogłabym pisać i pisać i motywować, ale przecież wiecie dobrze, że Was lubię czytać i lubię drażnić poczuciem humoru, albo jego brakiem. A to już oznaka daleko posuniętej sympatii. Do dzieła!

tajemnice, gotan i kalmary, czyli sierpień

    Zanim się obejrzałam, nastał sierpień, a właściwie jego połowa. I nawet nie będę wnikać, czy to ta lepsza czy też przeciwnie. To w zasadzie nie ma znaczenia. Zaledwie wczoraj był czerwiec i prawie zaledwie wczoraj drań szedł do grupy maluszków w przedszkolu, a za trzy tygodnie idzie już do szkoły. I dobrze. Społeczeństwo trzeba edukować. Oświatę krzewić. Walczyć z ciemnotą. Placówki oświatowe ponoć to potrafią. A pani już potrafi odpoczywać. Nigdy bym nie pomyślała, że po prostu wystarczy usiąść i udawać, że się nie pada na pyszczydło. Od środy mam urlop. I nie wzięłam się jeszcze za mycie okien, przestawanie mebli, przesadzanie kwiatów, gromadzenie dóbr wszelakich na zapas, chociaż dopiero dzisiaj po raz pierwszy nie zadzwoniłam do pracy. Ba! w perfidny sposób schowałam do komody telefon. W poniedziałek jedziemy do Krakowa. Dzisiaj drań został u dziadków. Pani sączy ulubione. Ślubny szykuje kolację. Świece palą się równym płomieniem pomimo okien otwartych na przestrzał. Nie pamiętam już dokładnie, co to oznacza, ale wiem, że coś dobrego. W sumie logiczne… Prawdopodobnie władujemy się w kredyt na lat więcej, niż potrafię ogarnąć myślą. Ważne, że ślubny ogarnia. Ja ogarniam póki co jeszcze niemiecki. Powtarzam. Na hiszpański nie mam już czasu. Na sen też nie. Od października dojdą studia. I wtedy prawdopodobnie okaże się, że jednak jestem w stanie rozszerzyć dobę. Wydłużyć chyba nie zdołam. Chociaż Einstein jest mi coraz bliższy, więc wszystko przede mną. Dostałam od ślubnego profesjonalne słuchawki. Dziadki sugerują drugiego wnuka. A właściwie to domagają się stanowczo. Ja w tym tygodniu podałam raz wiek jako 38, raz jako 26. Hm… oba nie trafione. „Dobrze jest jak jest nie trza psuć” mawia dziadek-pradziadek i trudno się z nim nie zgodzić. Moja asystentka, oglądając materiał zwany surówką, tydzień temu strzeliła mi komplement mówiąc „popatrz, młodsza od ciebie o cztery lata, przy tobie jak stara baba wygląda”. Widocznie puszcza mi służy. Powinnam ją ochrzanić, a śmiałam się cały dzień. Uśmiałam się również podczas rozmowy z podłotą, którą jakoś udało się zgrać z czasem i przestrzenią. Lubię sierpień. Nabyłam nowe obcasy. Stukają. Jestem na etapie wyboru koloru szminki. Paznokcie są już mocno czerwone. Za cztery dni idę do fryzjerki. Platyna jest coraz bliżej mnie. Miło tak odpoczywać. Skąd ślubny wie, jak przyrządzać kalmary? klik
PS. Dorotka postanowiła mi przyznać nagrodę, która mnie na równi ucieszyła co zadziwiła. Miło mi bardzo. Bardzo to mało powiedziane!

Według regulaminu powinnam teraz napisać 7 rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie. Zadanie i trudne i łatwe…
Niech zatem będzie…
1. Lubię ład. Czasem zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest już psychoza maniakalna. Wszystko musi być na swoim miejscu. Lepiej mi się myśli w pomieszczeniu podległym mojej osobie.
2. Nie potrafię zrozumieć ogromu zła. I Paradoksalnie zło budzi we mnie agresję. Cierpię potwornie, gdy słyszę o krzywdzie zadanej dziecku i zwierzęciu. Nie potrafię nad nią przejść obojętnie.
3. Kiedyś byłam pewna, że moim mężem będzie góral. Nie sprawdziło się.
4. Lubię szybkość. Łączy się to zapewne z moim upodobaniem do ilinx. A może w uporządkowaniu potrzebuję wrażenia szaleństwa?
5. Jestem apodyktyczna. Łagodzi mnie jedynie ślubny. Potrafię dowodzić męskim zespołem i nie ustąpię o milimetr, a ślubny dawno temu poznał sposób na poskromienie mojego charakteru.
6. Lubię magię, wierzę w ezoterykę, pociąga mnie wszystko, co niezwykłe. Ale równie mocno boję się tego wszystkiego.
7. Chciałbym cofnąć czas o kilkanaście lat, chociaż i tak niczego bym nie zmieniła, bo kocham drania i ślubnego bardzo.
8. Jest tego więcej, ale te przyszły mi na myśl jako pierwsze…
Według regulaminu mam wskazać 16 osób. Wystarczy jednak, że powiem, iż wszystkie wyznaczone są w moich linkach :) O każdej z tych osób mogłabym pisać i pisać i motywować, ale przecież wiecie dobrze, że Was lubię czytać i lubię drażnić poczuciem humoru, albo jego brakiem. A to już oznaka daleko posuniętej sympatii. Do dzieła!

środa, 6 lipca 2011

niedowiarki, czyli kurtka w nosie, udana ekspedycja i arbuzy

- A kiedy będzie lato? - lakonicznie zapytał drań przy dzisiejszym obiedzie.
- Zaraz po porze deszczowej - odpowiedział ślubny bez mrugnięcia powieką.
Nie wiem, iloma naszymi prywatnymi dowcipami nasiąka każdego dnia nasze dziecko, ale poczucie humoru wyrabia mu się w tempie zastraszającym i dorównują mu jedynie (równie błyskawicznie przejmowane) upodobania muzyczne. Ale jedno jest pewne: pora deszczowa trwa w powiatowym od naszego powrotu, a podczas naszego pobytu nad morzem trwała równie bezczelnie. W sumie śmieszne, że kurtki założyliśmy dopiero wysiadając pod domem. Chociaż... kto założył, ten założył, bo o kurtce męża własnego i osobistego zapomniałam w sposób klasyczny zostawiając ją w spokoju i w szafie, co uświadomiłam sobie 60 km od powiatowego. Ślubny powiedział, że wracać nie będzie i ma kurtkę w nosie. Znaczy nos powinien mieć niemały, to tak mu się przyglądam i przyglądam, ale wydaje się być całkiem zwyczajny, więc już sama nie wiem. Pogoda jednak była ku mojej uciesze i ku uciesze pozostałych członków ekspedycji nadmorskiej oraz ku zdumieniu wszystkich rodziców, krewnych i znajomych, tudzież wtajemniczonych sąsiadów, którzy każdego ranka myśleli, że marzniemy moknąc, a my wygrzewaliśmy się leżąc. Dobrzy ludzie podobno tak mają. Musieliśmy zatem mieć w okolicy Ustki co najmniej jednego dobrego ludzia. Nikt nam jednak nie chce w to uwierzyć, podobnie jak w pogodę. W sumie w to, że drań pożarł większość kurczaka przygotowanego przez Asię, która nas w drodze powrotnej ugościła, nakarmiła, przenocowała i (o dziwo!) zaprosiła ponownie, ja też nie mogę uwierzyć, a widziałam na własne oczy, więc nie dziwię się już niczemu. Nawet temu, że w lipcu jest listopad. Czytam Cejrowskiego, zajadam z draniem melony i arbuzy, oglądam komedie Bareji oraz zdjęcia z wakacji, które częściowo na blogu draniowatego drania, czyli tu i odpoczywam. Taaak...

niedowiarki, czyli kurtka w nosie, udana ekspedycja i arbuzy

- A kiedy będzie lato? – lakonicznie zapytał drań przy dzisiejszym obiedzie.
- Zaraz po porze deszczowej – odpowiedział ślubny bez mrugnięcia powieką.
Nie wiem, iloma naszymi prywatnymi dowcipami nasiąka każdego dnia nasze dziecko, ale poczucie humoru wyrabia mu się w tempie zastraszającym i dorównują mu jedynie (równie błyskawicznie przejmowane) upodobania muzyczne. Ale jedno jest pewne: pora deszczowa trwa w powiatowym od naszego powrotu, a podczas naszego pobytu nad morzem trwała równie bezczelnie. W sumie śmieszne, że kurtki założyliśmy dopiero wysiadając pod domem. Chociaż… kto założył, ten założył, bo o kurtce męża własnego i osobistego zapomniałam w sposób klasyczny zostawiając ją w spokoju i w szafie, co uświadomiłam sobie 60 km od powiatowego. Ślubny powiedział, że wracać nie będzie i ma kurtkę w nosie. Znaczy nos powinien mieć niemały, to tak mu się przyglądam i przyglądam, ale wydaje się być całkiem zwyczajny, więc już sama nie wiem. Pogoda jednak była ku mojej uciesze i ku uciesze pozostałych członków ekspedycji nadmorskiej oraz ku zdumieniu wszystkich rodziców, krewnych i znajomych, tudzież wtajemniczonych sąsiadów, którzy każdego ranka myśleli, że marzniemy moknąc, a my wygrzewaliśmy się leżąc. Dobrzy ludzie podobno tak mają. Musieliśmy zatem mieć w okolicy Ustki co najmniej jednego dobrego ludzia. Nikt nam jednak nie chce w to uwierzyć, podobnie jak w pogodę. W sumie w to, że drań pożarł większość kurczaka przygotowanego przez Asię, która nas w drodze powrotnej ugościła, nakarmiła, przenocowała i (o dziwo!) zaprosiła ponownie, ja też nie mogę uwierzyć, a widziałam na własne oczy, więc nie dziwię się już niczemu. Nawet temu, że w lipcu jest listopad. Czytam Cejrowskiego, zajadam z draniem melony i arbuzy, oglądam komedie Bareji oraz zdjęcia z wakacji, które częściowo na blogu draniowatego drania, czyli tu i odpoczywam. Taaak…

niedziela, 26 czerwca 2011

tuż przed, czyli czereśnie, walizki i karma

    W środę zamknęłam program i wyszłam z pracy wcześniej, żegnając zespół z odrobiną rozrzewnienia. Taaak… sama się sobie zdziwiłam, ale stało się. Dzisiaj natomiast zamknęłam dwie duże walizki i z radością stwierdziłam, że jesteśmy spakowani. Ślubny coś tam wprawdzie sugerował, że skoro tak łatwo poszło, to może za mało rzeczy wzięłam, ale się myli. Zmieściłam nawet korale. I wcale łatwo nie było, żeby znalazło się wszystko, a nawet więcej. Dziewczynka? Jedzie. Pewnie, że jedzie. Sztormiaki dorzucone, dwie książki i tylko jedne obcasy. Laptop zostanie w domu. Internet też. Drań podekscytowany chciałby jechać już dziś. Lubię tę jego niecierpliwość i stwarzanie nowych światów. Udowadnia całym sobą, że wystarczy czegoś bardzo, bardzo chcieć i dobrze zaplanować, a jest to na wyciągnięcie ręki. Patrząc na niego udziela mi się owe podniecenie, które potrafi wytworzyć jedynie dziecko czekające na wyjazd, gdy już każda rzecz wakacyjna intensywnie pachnie pogodą i morzem. Ślubny usnął przed telewizorem, koty zwinięte w kłębuszki czują, że zostaną bez nas, a ja wreszcie mam chwilę dla siebie, więc jem czereśnie, głaszczę futrzaki i cieszę się bardzo, że jutro jest już jutro, a właściwie to już dziś. Sama nie wiem, czemu tak lubię Ustkę. Magiczna pewnie zrobiłaby mi wykład o karmie. Wiem, wiem. To w sumie proste. Ale ja lubię ją tak samo jak się lubi np. gruszki albo lody śmietankowe i wolę nie dywagować. Ważny jest smak i zapach. Reszta to już tylko ich następstwa. klik

tuż przed, czyli czereśnie, walizki i karma

    W środę zamknęłam program i wyszłam z pracy wcześniej, żegnając zespół z odrobiną rozrzewnienia. Taaak... sama się sobie zdziwiłam, ale stało się. Dzisiaj natomiast zamknęłam dwie duże walizki i z radością stwierdziłam, że jesteśmy spakowani. Ślubny coś tam wprawdzie sugerował, że skoro tak łatwo poszło, to może za mało rzeczy wzięłam, ale się myli. Zmieściłam nawet korale. I wcale łatwo nie było, żeby znalazło się wszystko, a nawet więcej. Dziewczynka? Jedzie. Pewnie, że jedzie. Sztormiaki dorzucone, dwie książki i tylko jedne obcasy. Laptop zostanie w domu. Internet też. Drań podekscytowany chciałby jechać już dziś. Lubię tę jego niecierpliwość i stwarzanie nowych światów. Udowadnia całym sobą, że wystarczy czegoś bardzo, bardzo chcieć i dobrze zaplanować, a jest to na wyciągnięcie ręki. Patrząc na niego udziela mi się owe podniecenie, które potrafi wytworzyć jedynie dziecko czekające na wyjazd, gdy już każda rzecz wakacyjna intensywnie pachnie pogodą i morzem. Ślubny usnął przed telewizorem, koty zwinięte w kłębuszki czują, że zostaną bez nas, a ja wreszcie mam chwilę dla siebie, więc jem czereśnie, głaszczę futrzaki i cieszę się bardzo, że jutro jest już jutro, a właściwie to już dziś. Sama nie wiem, czemu tak lubię Ustkę. Magiczna pewnie zrobiłaby mi wykład o karmie. Wiem, wiem. To w sumie proste. Ale ja lubię ją tak samo jak się lubi np. gruszki albo lody śmietankowe i wolę nie dywagować. Ważny jest smak i zapach. Reszta to już tylko ich następstwa. klik

środa, 15 czerwca 2011

trudno powiedzieć o czym, ale musiałam napisać coś

- Mamusiuuu, a dasz mi jutro złotówkę? Bo wiesz co? Roksana jest chora na raka, ale nie ta nasza, tylko ze szkoły i były dziewczynki ze szkoły i zbierały i jutro też będą. Dasz mi? A co to jest raka? - powiedział drań na jednym wydechu.
Tak. Oczywiście dałam. Oczywiście się przejęłam. Oczywiście się zastanowiłam. Oczywiście nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Bo raka, to takie coś, co trudno określić. A próbuję to zrobić od kilku dni. Boleśnie próbuję. Niby wiedziałam, niby się miałam czas oswoić, a jednak jestem jak ten drań. Ale bardziej świadoma. Zapadła ostateczna diagnoza. Wiedziałam, że kiedyś zapadnie. Ale w takich momentach zawsze się człowiek zastanawia, dlaczego to "kiedyś" staje się tym "już". Nigdy nie ma dobrego momentu. Nie... nie jest mi smutno. Nie jestem też zrozpaczona. Nie mogę płakać. Właściwie to sama nie wiem, co czuję. No poza tym, że mam nogi jak z waty i permanentny uścisk żołądka, odkąd ślubny zawiózł najszczęśliwszą i rodzica płci męskiej do instytutu. Zastanawiam się, czy mam siłę, aby zostać sama. Chyba mam. Ale na pewno nie mam jej na tyle, aby widzieć ból drania. To o niego jedynie mi chodzi. Nawet nie chce mi się o tym myśleć. W ogóle nie chce mi się myśleć o niczym. Najchętniej... Nie... nie ma najchętniej. Postanowiłam, że trzeba żyć, jakby nie było tej wiadomości. Tata postanowił, że wymazuje ją z myśli i po prostu się nie leczy. Jego wybór. Myślę, że dobry. A dzisiaj jest zaćmienie. I mam do opisania historię z tą małą kawką zaplątaną w winobluszczu na balkonie rodziców, którą rodzic mój płci męskiej wyplątał i wypuścił na wolność. I zakończenie przedszkola draniowego. Uroczyste i takie doniosłe. Się rozczuliłam. Pamiętam, jak go zaprowadziłam tam po raz pierwszy. I po raz drugi. I po raz setny. Duży taki już jest. A minęły tylko trzy lata. Chciałam zobaczyć zasłonięty Księżyc, ale nie mogę go zlokalizować na niebie. Zbyt widno jeszcze jest.

trudno powiedzieć o czym, ale musiałam napisać coś – 15.06.2011 r.

    - Mamusiuuu, a dasz mi jutro złotówkę? Bo wiesz co? Roksana jest chora na raka, ale nie ta nasza, tylko ze szkoły i były dziewczynki ze szkoły i zbierały i jutro też będą. Dasz mi? A co to jest raka? – powiedział drań na jednym wydechu.
Tak. Oczywiście dałam. Oczywiście się przejęłam. Oczywiście się zastanowiłam. Oczywiście nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Bo raka, to takie coś, co trudno określić. A próbuję to zrobić od kilku dni. Boleśnie próbuję. Niby wiedziałam, niby się miałam czas oswoić, a jednak jestem jak ten drań. Ale bardziej świadoma. Zapadła ostateczna diagnoza. Wiedziałam, że kiedyś zapadnie. Ale w takich momentach zawsze się człowiek zastanawia, dlaczego to „kiedyś” staje się tym „już”. Nigdy nie ma dobrego momentu. Nie… nie jest mi smutno. Nie jestem też zrozpaczona. Nie mogę płakać. Właściwie to sama nie wiem, co czuję. No poza tym, że mam nogi jak z waty i permanentny uścisk żołądka, odkąd ślubny zawiózł najszczęśliwszą i rodzica płci męskiej do instytutu. Zastanawiam się, czy mam siłę, aby zostać sama. Chyba mam. Ale na pewno nie mam jej na tyle, aby widzieć ból drania. To o niego jedynie mi chodzi. Nawet nie chce mi się o tym myśleć. W ogóle nie chce mi się myśleć o niczym. Najchętniej… Nie… nie ma najchętniej. Postanowiłam, że trzeba żyć, jakby nie było tej wiadomości. Tata postanowił, że wymazuje ją z myśli i po prostu się nie leczy. Jego wybór. Myślę, że dobry. A dzisiaj jest zaćmienie. I mam do opisania historię z tą małą kawką zaplątaną w winobluszczu na balkonie rodziców, którą rodzic mój płci męskiej wyplątał i wypuścił na wolność. I zakończenie przedszkola draniowego. Uroczyste i takie doniosłe. Się rozczuliłam. Pamiętam, jak go zaprowadziłam tam po raz pierwszy. I po raz drugi. I po raz setny. Duży taki już jest. A minęły tylko trzy lata. Chciałam zobaczyć zasłonięty Księżyc, ale nie mogę go zlokalizować na niebie. Zbyt widno jeszcze jest.

wtorek, 7 czerwca 2011

Tengo La Camisa Negra, czyli pomyłek kilka niczym przygód wróbla Ćwirka, czy jak kiedyś to szło

    Do butów dołączyła sukienunia, więc wbrew radom niektórych wyglądałam konwencjonalnie. No powiedzmy, że konwencjonalnie... Ślubny coś tam mówił co prawda, że kiedy stanęłam obok moich uczniów, wtopiłam się w tłum, a ja w zasadzie w to wierzę. Wydorośleli. Naiwnie myślałam, że pożegnanie z nimi i szkołą tą konkretną, co w zasadzie do tego samego się sprowadza, mam już za sobą. Myliłam się. Podobnie jak wtedy, kiedy do stołu kelner przyniósł szklany, przezroczysty, mile oszroniony dzbanek wypełniony wodą, w której pływały kostki lodu, plasterki cytryny i listki mięty, wypełnił nim połowę mojej szklaneczki i uśmiechając porozumiewawczo zapytał, czy starczy. Wzięłam go za matoła, który w taki upał proponuje pół szklanki tak apetycznie wyglądającej wody, kiedy dopiero co przyjechałam czarnym samochodem ubrana w czarną sukienkę. Ale zniesmaczona potwierdziłam i wylewając z siebie potok słów w kierunku znajomych wzięłam do ust duży łyk płynu. Myliłam się. To nie była woda. Zaskoczenie? Dziwne uczucie. Właściwie po raz pierwszy poczułam smak, ponieważ wykluczyłam ze swojej świadomości pojęcie mocy procentów i odoru tego C2H5OH. Smak w zasadzie dziwny, kiedy się go poczuje tak naprawdę. Zdziwiłam się również faktem, że większość moich uczniów wybrała profile humanistyczne. Ponoć powinnam o tym wiedzieć. A przecież pamiętam doskonale, jak w zapędzie interpretacyjnych rozważań na temat dialogu dawniej kochającej się pary w wierszu Szymborskiej stanęłam z boku i obserwowałam ich zaciętość w argumentacji i rzeczowość popartą tekstem, aż w pewnym momencie zapytałam, czy są świadomi, że to fikcja i dywagują na temat czegoś całkowicie abstrakcyjnego. A może było to przy Michasiu z iwaszkiewiczowskiego Ikara... Tego już nie pamiętam. Pamiętam jednak dwadzieścia sześć par oczu patrzących na mnie, jakbym właśnie powiedziała, że Ziemia jest płaska, a na pewno zaczęła ocierać się o herezję. Taaak... wiele takich chwil stanęło mi przed oczami. Nie mają żalu, że ich zostawiłam. Ja też nie mam żalu do siebie. Chyba. Zawsze jest jakaś nitka, która się ciągnie. Musiałabym mieć cztery klasy równorzędne, żeby nie robić cięcia. Tak, tak... mogę pisać też, że zawsze na głęboką wodę lepiej i inne pierdoły, ale nawet pisząc o braku żalu sama sobie nie wierzę. Ale cieszę się. Miło z innej perspektywy na nich spojrzeć. I z innej perspektywy z nimi rozmawiać. Będę kilka osób mieć na praktykach. A jednak ten dzbanek namieszał... Dobrze, że ślubny był obok. W zasadzie... w zasadzie to on jest zawsze obok. Mam poczucie jego bliskości w każdym momencie. Nie muszę sprawdzać. Wiem. Z balu wyszliśmy wcześniej. Nie chciałam czekać na koniec. Końce są zawsze zbyt długie i psują miły posmak. Ciągną się, włącza się światło i wraz z nim ginie urok, a zostaje tandeta balonów i bibuły. Zatem końcem tego balu i tej historii stała  się kolacja ze ślubnym. O ile kolacją można nazwać truskawki z bita śmietaną i białe wino. Tłumaczy mnie chyba jedynie to, że było ono wytrawne. Chcę te lata zapamiętać bez tej bibułowej tandety z dużą ilością spontanicznych emocji i chęci. Odliczam dni do wyjazdu. Wybrałam dwa nowe kostiumy. Opaliłam ramiona i plecy bardzo i niechcący. Jutro mam zabiegany dzień. Piwonie pachną. Drań był dzisiaj w wiosce indiańskiej i nie dał sobie umyć pyszczydła z malunkiem orła. Cokolwiek to znaczy. Na zakończenie przedszkola zostałam wrobiona w pieczenie ciasta i babeczek. Obłęd... ja i babeczki... A może znowu się mylę. klik

Tengo La Camisa Negra, czyli pomyłek kilka niczym przygód wróbla Ćwirka, czy jak kiedyś to szło

    Do butów dołączyła sukienunia, więc wbrew radom niektórych wyglądałam konwencjonalnie. No powiedzmy, że konwencjonalnie… Ślubny coś tam mówił co prawda, że kiedy stanęłam obok moich uczniów, wtopiłam się w tłum, a ja w zasadzie w to wierzę. Wydorośleli. Naiwnie myślałam, że pożegnanie z nimi i szkołą tą konkretną, co w zasadzie do tego samego się sprowadza, mam już za sobą. Myliłam się. Podobnie jak wtedy, kiedy do stołu kelner przyniósł szklany, przezroczysty, mile oszroniony dzbanek wypełniony wodą, w której pływały kostki lodu, plasterki cytryny i listki mięty, wypełnił nim połowę mojej szklaneczki i uśmiechając porozumiewawczo zapytał, czy starczy. Wzięłam go za matoła, który w taki upał proponuje pół szklanki tak apetycznie wyglądającej wody, kiedy dopiero co przyjechałam czarnym samochodem ubrana w czarną sukienkę. Ale zniesmaczona potwierdziłam i wylewając z siebie potok słów w kierunku znajomych wzięłam do ust duży łyk płynu. Myliłam się. To nie była woda. Zaskoczenie? Dziwne uczucie. Właściwie po raz pierwszy poczułam smak, ponieważ wykluczyłam ze swojej świadomości pojęcie mocy procentów i odoru tego C2H5OH. Smak w zasadzie dziwny, kiedy się go poczuje tak naprawdę. Zdziwiłam się również faktem, że większość moich uczniów wybrała profile humanistyczne. Ponoć powinnam o tym wiedzieć. A przecież pamiętam doskonale, jak w zapędzie interpretacyjnych rozważań na temat dialogu dawniej kochającej się pary w wierszu Szymborskiej stanęłam z boku i obserwowałam ich zaciętość w argumentacji i rzeczowość popartą tekstem, aż w pewnym momencie zapytałam, czy są świadomi, że to fikcja i dywagują na temat czegoś całkowicie abstrakcyjnego. A może było to przy Michasiu z iwaszkiewiczowskiego Ikara… Tego już nie pamiętam. Pamiętam jednak dwadzieścia sześć par oczu patrzących na mnie, jakbym właśnie powiedziała, że Ziemia jest płaska, a na pewno zaczęła ocierać się o herezję. Taaak… wiele takich chwil stanęło mi przed oczami. Nie mają żalu, że ich zostawiłam. Ja też nie mam żalu do siebie. Chyba. Zawsze jest jakaś nitka, która się ciągnie. Musiałabym mieć cztery klasy równorzędne, żeby nie robić cięcia. Tak, tak… mogę pisać też, że zawsze na głęboką wodę lepiej i inne pierdoły, ale nawet pisząc o braku żalu sama sobie nie wierzę. Ale cieszę się. Miło z innej perspektywy na nich spojrzeć. I z innej perspektywy z nimi rozmawiać. Będę kilka osób mieć na praktykach. A jednak ten dzbanek namieszał… Dobrze, że ślubny był obok. W zasadzie… w zasadzie to on jest zawsze obok. Mam poczucie jego bliskości w każdym momencie. Nie muszę sprawdzać. Wiem. Z balu wyszliśmy wcześniej. Nie chciałam czekać na koniec. Końce są zawsze zbyt długie i psują miły posmak. Ciągną się, włącza się światło i wraz z nim ginie urok, a zostaje tandeta balonów i bibuły. Zatem końcem tego balu i tej historii stała się kolacja ze ślubnym. O ile kolacją można nazwać truskawki z bita śmietaną i białe wino. Tłumaczy mnie chyba jedynie to, że było ono wytrawne. Chcę te lata zapamiętać bez tej bibułowej tandety z dużą ilością spontanicznych emocji i chęci. Odliczam dni do wyjazdu. Wybrałam dwa nowe kostiumy. Opaliłam ramiona i plecy bardzo i niechcący. Jutro mam zabiegany dzień. Piwonie pachną. Drań był dzisiaj w wiosce indiańskiej i nie dał sobie umyć pyszczydła z malunkiem orła. Cokolwiek to znaczy. Na zakończenie przedszkola zostałam wrobiona w pieczenie ciasta i babeczek. Obłęd… ja i babeczki… A może znowu się mylę. klik

środa, 1 czerwca 2011

jest dobrze, czyli lewkonie i buty przy kawie z lodami

    Właściwie to czemu ludzie nie kupują sobie kwiatów tak na co dzień i po prostu? Toż to przyjemność ogromna, pachnąca i totalnie niepraktyczna. Mmmm… ślubny potrafił kiedyś kupować hurtowo od babin ze straganów nagietki i żonkile. Potem jednak przerzucił się na róże. A ja te nagietki i te żonkile najbardziej… I słoneczniki. Od zawsze żółte kwiaty mnie ujmują. Zapomniał? A im mniej one różane, tym szybciej mnie mają. No może z wyjątkiem piwonii, które za dwa dni zapełnią mieszkanie, jak co roku. Ale piwonie to piwonie i o nich dyskutować nie będę. Tak się ustaliło, przyjęło, więc je kocham miłością wzajemną, o ile kwiaty mogą coś więcej niż tylko wydzielać zapach i wyglądać. No dobra… wyjątek stanowią również herbaciane róże ogrodowe, które tylko dziadek potrafił znaleźć i przynieść w moje urodziny. Każdego roku tak samo pachnące i liczne. Pani w kwiaciarni zdziwiła się lekko widząc mnie dzisiaj wchodzącą, ale zanim zapytała o coś, co jej tam w myślach zaświtało, wyjaśniłam, że wiązankę na pogrzeb muszę. Babcia bowiem rano zadzwoniła, że siostra dziadka, że dopiero teraz zostali powiadomieni, że dobrze, że chora jestem i w ogóle, że jakbym mogła, bo dziadek to badyla jakiego kupi i co ludzie powiedzą. No to ciesząc się, żem chora jest, poszłam ja i drogą kupna nabyłam lilie białe z lewkoniami kremowymi, które pani ułożyła w wiąchę ogromniastą i pozbawioną szarfy, bo co jak co, ale ja szarf nie kupuję nigdy. Ślubny tymczasem, który dziadkowi niczego odmówić nie potrafi, wdział na się strój adekwatny. I pojechali. A ja słucham muzyki, piję kawę i jem lody śmietankowe i jest mi całkiem miło. Drań na wycieczce, truskawki w durszlaku, obiad w trakcie przygotowań, pachnący świeżymi ziołami. Całkiem niegłupie to chorowanie, ale jutro jednak już wracam do rytmu. W sobotę idziemy na bal. Uczniowie przynieśli mi w poniedziałek pięknie wykaligrafowane zaproszenie. Miłe. Tylko w co ja się ubiorę? Buty mam… Perfumy też. Nie jest tak całkiem źle zatem. Hm… w zasadzie to dobrze jest. klik

jest dobrze, czyli lewkonie i buty przy kawie z lodami

    Właściwie to czemu ludzie nie kupują sobie kwiatów tak na co dzień i po prostu? Toż to przyjemność ogromna, pachnąca i totalnie niepraktyczna. Mmmm... ślubny potrafił kiedyś kupować hurtowo od babin ze straganów nagietki i żonkile. Potem jednak przerzucił się na róże. A ja te nagietki i te żonkile najbardziej... I słoneczniki. Od zawsze żółte kwiaty mnie ujmują. Zapomniał? A im mniej one różane, tym szybciej mnie mają. No może z wyjątkiem piwonii, które za dwa dni zapełnią mieszkanie, jak co roku. Ale piwonie to piwonie i o nich dyskutować nie będę. Tak się ustaliło, przyjęło, więc je kocham miłością wzajemną, o ile kwiaty mogą coś więcej niż tylko wydzielać zapach i wyglądać. No dobra... wyjątek stanowią również herbaciane róże ogrodowe, które tylko dziadek potrafił znaleźć i przynieść w moje urodziny. Każdego roku tak samo pachnące i liczne. Pani w kwiaciarni zdziwiła się lekko widząc mnie dzisiaj wchodzącą, ale zanim zapytała o coś, co jej tam w myślach zaświtało, wyjaśniłam, że wiązankę na pogrzeb muszę. Babcia bowiem rano zadzwoniła, że siostra dziadka, że dopiero teraz zostali powiadomieni, że dobrze, że chora jestem i w ogóle, że jakbym mogła, bo dziadek to badyla jakiego kupi i co ludzie powiedzą. No to ciesząc się, żem chora jest, poszłam ja i drogą kupna nabyłam lilie białe z lewkoniami kremowymi, które pani ułożyła w wiąchę ogromniastą i pozbawioną szarfy, bo co jak co, ale ja szarf nie kupuję nigdy. Ślubny tymczasem, który dziadkowi niczego odmówić nie potrafi, wdział na się strój adekwatny. I pojechali. A ja słucham muzyki, piję kawę i jem lody śmietankowe i jest mi całkiem miło. Drań na wycieczce, truskawki w durszlaku, obiad w trakcie przygotowań, pachnący świeżymi ziołami. Całkiem niegłupie to chorowanie, ale jutro jednak już wracam do rytmu. W sobotę idziemy na bal. Uczniowie przynieśli mi w poniedziałek pięknie wykaligrafowane zaproszenie. Miłe. Tylko w co ja się ubiorę? Buty mam... Perfumy też. Nie jest tak całkiem źle zatem. Hm... w zasadzie to dobrze jest. klik