środa, 28 grudnia 2011

końce i początki, wstępi i plany, czyli mam urlop

    Święta wielkimi krokami dotarły do mety, zza płotu wygląda nowy rok. Naiwny jeszcze, ale zapewne w pierwszych dniach stycznia zmuszony będzie dorosnąć. A może nie? Na półmetku jest mój grudniowy urlop, przed którym sumiennie staram się wszystko uporządkować i zaszufladkować. Ela bezbłędnie porusza się już w moich folderach, archiwach, notesach, segregatorach, zapiskach i innych niezmiernie ważnych biurokratycznych widzimisiach oraz widzimisiach moich prywatnych.
- Zaraz dam ci tekst z mogilnika, to schowasz.
- Już wydrukowałam. Z twojego komputera - odpowiedziała rezolutna, a ja poznałam namacalnie ambiwalencję uczuć. Toż to z mojego komputera wzięła. W sumie dobrze. Do ukrycia nie mam nic. Co miałam, już ukryłam na wstępie. Zabawne, jak wiele w życiu jest tych wstępów.
Teraz odpoczywam. Śpię. Śpiewam z draniem, oglądam bajki, czytam mitologię. Budujemy wspólnie z lego różne i różniste machiny oblężnicze, Grunwald i forty, ninjago i smoki. Staram się nie być poważną. Chociaż akurat dzisiaj mąż mój własny i osobisty tę powagę na mnie wymógł mimowolnie, zabierając mnie w towarzystwo panów ugarniturowanych i podkrawaconych. Kiedyś takich lubiłam. Teraz są zwyczajni, a nawet męczący. Te wszystkie ą i wszystkie ę, próby pokazania swojej wagi i powagi są sztuczne, a skrupulatność i zasadniczość w momencie, kiedy czytam pismo prawne z niedociągnięciami i ogólnikami, śmieszne. Mąż mój bowiem ułożył plan. Ale o tym kiedyś już pisałam. Teraz zaś odhacza kolejne jego punkty. Rozwija się. A ja mogę go z boku podziwiać. Albo tak jak dziś, dorzucić coś od siebie. Chociaż tym razem to akurat pilnowałam się bardzo, aby nie dorzucić zbyt wiele. Poza pytaniami. Naiwnymi. Blondynce łatwiej. Uśmiech i zagryziony język występujące razem nie są dla mnie sprawą prostą, ale wprawiam się i wychodzą coraz lepiej. Zatem... wracając do początku bieżącej myśli, pomijając wszelkie dywagacje jej towarzyszące, byłam dzisiaj w stolicy. Lubię stolicę. Zwłaszcza nocą. Za dnia od czasu do czasu też da się lubić. Nawet spacer udało mi się zrealizować i kawę taką po prostu w kawiarni. Tak. To był miły dzień. Drań poznaje stolicę coraz bardziej świadomie.
- To tutaj mieszkaliśmy? Tutaj? - krzyczał z tylnego siedzenia, kiedy dojeżdżaliśmy do Placu Unii Lubelskiej. No tak... Prawie tam właśnie. Każdy kątek i zakątek budzi wspomnienia. To chyba dobrze.
    Sączę ulubione. Greckie. Próbuję. Jest... ciekawe. Wszystko nadal jest ciekawe. Przed sobą mamy dobry rok. Jestem tego pewna. Pomimo totalnego chaosu wokół i bardzo niepokojących informacji, jestem pewna, że jest i będzie tak, jak być powinno. Pojawiła się jakaś oś w moim życiu, którą niemalże namacalnie poczułam po raz pierwszy w życiu na koncercie kolęd przed pasterką. Spokój i pewność. Tak. Jest dobrze. A chaos? On zawsze jest na początku. klik

końce i początki, wstępi i plany, czyli mam urlop

    Święta wielkimi krokami dotarły do mety, zza płotu wygląda nowy rok. Naiwny jeszcze, ale zapewne w pierwszych dniach stycznia zmuszony będzie dorosnąć. A może nie? Na półmetku jest mój grudniowy urlop, przed którym sumiennie staram się wszystko uporządkować i zaszufladkować. Ela bezbłędnie porusza się już w moich folderach, archiwach, notesach, segregatorach, zapiskach i innych niezmiernie ważnych biurokratycznych widzimisiach oraz widzimisiach moich prywatnych.
- Zaraz dam ci tekst, to schowasz.
- Już wydrukowałam. Z twojego komputera – odpowiedziała rezolutna, a ja poznałam namacalnie ambiwalencję uczuć. Toż to z mojego komputera wzięła. W sumie dobrze. Do ukrycia nie mam nic. Co miałam, już ukryłam na wstępie. Zabawne, jak wiele w życiu jest tych wstępów.
Teraz odpoczywam. Śpię. Śpiewam z draniem, oglądam bajki, czytam mitologię. Budujemy wspólnie z lego różne i różniste machiny oblężnicze, Grunwald i forty, ninjago i smoki. Staram się nie być poważną. Chociaż akurat dzisiaj mąż mój własny i osobisty tę powagę na mnie wymógł mimowolnie, zabierając mnie w towarzystwo panów ugarniturowanych i podkrawaconych. Kiedyś takich lubiłam. Teraz są zwyczajni, a nawet męczący. Te wszystkie ą i wszystkie ę, próby pokazania swojej wagi i powagi są sztuczne, a skrupulatność i zasadniczość w momencie, kiedy czytam pismo prawne z niedociągnięciami i ogólnikami, śmieszne. Mąż mój bowiem ułożył plan. Ale o tym kiedyś już pisałam. Teraz zaś odhacza kolejne jego punkty. Rozwija się. A ja mogę go z boku podziwiać. Albo tak jak dziś, dorzucić coś od siebie. Chociaż tym razem to akurat pilnowałam się bardzo, aby nie dorzucić zbyt wiele. Poza pytaniami. Naiwnymi. Blondynce łatwiej. Uśmiech i zagryziony język występujące razem nie są dla mnie sprawą prostą, ale wprawiam się i wychodzą coraz lepiej. Zatem… wracając do początku bieżącej myśli, pomijając wszelkie dywagacje jej towarzyszące, byłam dzisiaj w stolicy. Lubię stolicę. Zwłaszcza nocą. Za dnia od czasu do czasu też da się lubić. Nawet spacer udało mi się zrealizować i kawę taką po prostu w kawiarni. Tak. To był miły dzień. Drań poznaje stolicę coraz bardziej świadomie.
- To tutaj mieszkaliśmy? Tutaj? – krzyczał z tylnego siedzenia, kiedy dojeżdżaliśmy do Placu Unii Lubelskiej. No tak… Prawie tam właśnie. Każdy kątek i zakątek budzi wspomnienia. To chyba dobrze.
    Sączę ulubione. Greckie. Próbuję. Jest… ciekawe. Wszystko nadal jest ciekawe. Przed sobą mamy dobry rok. Jestem tego pewna. Pomimo totalnego chaosu wokół i bardzo niepokojących informacji, jestem pewna, że jest i będzie tak, jak być powinno. Pojawiła się jakaś oś w moim życiu, którą niemalże namacalnie poczułam po raz pierwszy w życiu na koncercie kolęd przed pasterką. Spokój i pewność. Tak. Jest dobrze. A chaos? On zawsze jest na początku. klik

niedziela, 27 listopada 2011

Frajda trwa… czyli kruki na bieli – granatowe zabawki…

     … człowiek w śniegu – krwi szczerniałej  kropla, ludzie w śniegu – urojenie roju, drzewa w śniegu – żył i tętnic obraz, domy w śniegu – Betlejem spokoju. klik
Po tym ostatnio ślizga się moja dojrzałość. Jak sobie ją uświadomię, chce mi się śmiać. Ba! śmieję się do rozpuku, a potem przychodzi chwila refleksji. W pracy jestem od paniredaktor i paniAgnieszki, poprzez Agę, do Agusiadzisiajniewhumorze? I to jakby najlepiej obrazuje całą powagę, która została mi zrzucona na plecy. A te ostatnie mają przecież od zawsze tendencję do drgania w rytm śmiechu wywoływanego zbyt częstym przymrużaniem oka. A nawet oczu. Świat jest zbyt poważny. Zbyt wiele w nim złego. Śmiech to zdrowie. I dlatego frajda trwa. W każdym momencie coś optymistycznego jest na wagę złota. Coś, co pozwala na ponowne ustawienie osi własnego świata. Marazm to ostateczność. Unikam marazmu. Być może dlatego od platynowej blondynki dzielą mnie już jedynie dwa tony? Brunetce krótkowłosej trudno było olewać zło i lekceważyć symptomy świadczące o tym, że muszę się ubezpieczyć, że z rodzicem płci męskiej już nie będzie dobrze, że muszę ścierać się każdego dnia z ideologią i bezmyślnością. Ludzie twardzi, ludzie rozsądni…. przerażają mnie. A to jednak ich ustawiam w idealnym szeregu i  narzucam kolejność składania wieńców podczas uroczystości państwowej. To im narzucam słowa, które mają wygłosić podczas przemówienia. To do nich uśmiecham się umalowanymi krwistoczerwoną szminką ustami. To oni oglądają reportaże zrealizowane według moich pomysłów, a z ich słów wybieram te, które chcę przekazać innym. Czy jestem świadoma tego? Tak… I to mnie przeraża. Jak i to, że fotel i tabliczka, z których tak bardzo byłam dumna jeszcze kilka miesięcy temu, zaczęły nie wystarczać. Nie potrafię już znieść cenzury i ograniczeń kogoś, kto jest pomiędzy mną a najwyższą górą. Za każdym razem, kiedy muszę wyjaśniać kwestie techniczne i potencjalne możliwości, albo zagrożenia wynikające z takich czy innych jej decyzji. Zawsze wtedy czuję się, jakbym waliła głową w mur. Nie ma sensu uderzać w mur delikatnie. I tak zaboli, a niczego nie zmieni. Nauczyłam się zatem doprowadzać do sytuacji, kiedy uderzać muszę już z całych sił, a potem zderzać z rozpędzoną lokomotywą. Lokomotywa ostatnio słabnie. Ja mam coraz mocniejszą głowę. I coraz większe ambicje. Urojenie rojów? Nie. Coraz większe perspektywy. Media dają poczucie władzy. Słowa, słowa, słowa… A w nich dużo więcej, niż niektórzy myślą.
Wiem, wiem… kolejny dziwny post, a miało ich tu nie być. Musiałam. Następny będzie normalny. Chociaż może to ja już nie jestem normalną w dawnym słowa tego znaczeniu. Ale staram się zachować równowagę między tym, co wypada, a tym, co trzeba odrzucić. I jedno i drugie ma nie tylko jedną stronę.

Frajda trwa... czyli kruki na bieli - granatowe zabawki...

... człowiek w śniegu - krwi szczerniałej  kropla, ludzie w śniegu - urojenie roju, drzewa w śniegu - żył i tętnic obraz, domy w śniegu - Betlejem spokoju. klik
Po tym ostatnio ślizga się moja dojrzałość. Jak sobie ją uświadomię, chce mi się śmiać. Ba! śmieję się do rozpuku, a potem przychodzi chwila refleksji. W pracy jestem od paniredaktor i paniAgnieszki, poprzez Agę, do Agusiadzisiajniewhumorze? I to jakby najlepiej obrazuje całą powagę, która została mi zrzucona na plecy. A te ostatnie mają przecież od zawsze tendencję do drgania w rytm śmiechu wywoływanego zbyt częstym przymrużaniem oka. A nawet oczu. Świat jest zbyt poważny. Zbyt wiele w nim złego. Śmiech to zdrowie. I dlatego frajda trwa. W każdym momencie coś optymistycznego jest na wagę złota. Coś, co pozwala na ponowne ustawienie osi własnego świata. Marazm to ostateczność. Unikam marazmu. Być może dlatego od platynowej blondynki dzielą mnie już jedynie dwa tony? Brunetce krótkowłosej trudno było olewać zło i lekceważyć symptomy świadczące o tym, że muszę się ubezpieczyć, że z rodzicem płci męskiej już nie będzie dobrze, że muszę ścierać się każdego dnia z ideologią i bezmyślnością. Ludzie twardzi, ludzie rozsądni.... przerażają mnie. A to jednak ich ustawiam w idealnym szeregu i  narzucam kolejność składania wieńców podczas uroczystości państwowej. To im narzucam słowa, które mają wygłosić podczas przemówienia. To do nich uśmiecham się umalowanymi krwistoczerwoną szminką ustami. To oni oglądają reportaże zrealizowane według moich pomysłów, a z ich słów wybieram te, które chcę przekazać innym. Czy jestem świadoma tego? Tak... I to mnie przeraża. Jak i to, że fotel i tabliczka, z których tak bardzo byłam dumna jeszcze kilka miesięcy temu, zaczęły nie wystarczać. Nie potrafię już znieść cenzury i ograniczeń kogoś, kto jest pomiędzy mną a najwyższą górą. Za każdym razem, kiedy muszę wyjaśniać kwestie techniczne i potencjalne możliwości, albo zagrożenia wynikające z takich czy innych jej decyzji. Zawsze wtedy czuję się, jakbym waliła głową w mur. Nie ma sensu uderzać w mur delikatnie. I tak zaboli, a niczego nie zmieni. Nauczyłam się zatem doprowadzać do sytuacji, kiedy uderzać muszę już z całych sił, a potem zderzać z rozpędzoną lokomotywą. Lokomotywa ostatnio słabnie. Ja mam coraz mocniejszą głowę. I coraz większe ambicje. Urojenie rojów? Nie. Coraz większe perspektywy. Media dają poczucie władzy. Słowa, słowa, słowa... A w nich dużo więcej, niż niektórzy myślą.
Wiem, wiem... kolejny dziwny post, a miało ich tu nie być. Musiałam. Następny będzie normalny. Chociaż może to ja już nie jestem normalną w dawnym słowa tego znaczeniu. Ale staram się zachować równowagę między tym, co wypada, a tym, co trzeba odrzucić. I jedno i drugie ma nie tylko jedną stronę.

czwartek, 10 listopada 2011

„Oddychaj. Świat poczeka.”

    … zatem odpoczywam i słucham „Madame Butterfly”. Tak. Tak obrzydliwie jawnie i głośno. Chociaż dla świata zupełnie cicho, ponieważ przez ogromne i szczelne słuchawki żaden akord nie wydostaje się na zewnątrz, nie umyka, zostaje tylko dla mnie. W pracy. Świat niech czeka. Niech odpocznie i on. Ostatnie dwa tygodnie były przecież zarówno dla mnie jak i dla świata istną miazgą. O ile pierwszego dnia myślałam, że miałam czołowe zderzenie z tirem, drugiego natarł na mnie rozpędzony pociąg z ogromnym składem. A potem uzbroiłam się sama. Poniekąd w cierpliwość. Na pewno w obojętność. Ale przede wszystkim w pewność, że mój świat to ja i egocentrycznie zaczęłam obcasem omijać ciała i cielska porozrzucane w bezładzie papierzysk, dokumentów, argumentów i płaczów ponoć też będących argumentem. Pojęłam, że nie mam swojego demona. Nic nie siedzi mi na plecach i oślizgłym głosem wcale nie próbuje szeptać, że powinnam się bać i w trwodze popełniać głupstwa i słowa. Mój świat to ja. Rewelacyjnie mi z tą myślą.
Kawa wróciła do łask. Ela właśnie zawiadomiła mnie, że z jej piersiami jest dobrze, a nawet lepiej, niczego w nich nie ma niepokojącego, a Magda z entuzjazmem w głosie zapiszczała przez telefon, że u niej a i owszem, jest. Nie w piersiach i nie guz, ale w brzuchu i pięciotygodniowy maluszek. Cieszę się podwójnie. Mój zespół jest moim zespołem. Nadajemy wspólnie. Wspólnie tworzymy i dysharmonię, nawet w tej chwili. Ja mam operę w słuchawkach, do programu podkładany jest motyw z Matrixa. Zabawnie patrzeć na to z boku. Na boki jeszcze bowiem czasami spoglądam. Ale za siebie już nie. O mostach można pisać wiele. Kiedyś je paliłam. Potem mi przeszło. Teraz wróciłam do starych zwyczajów. I tak jest dobrze. Chociaż może nie jestem przez to poprawna politycznie. Wolę jednak być niepoprawna niż nijaka.
Dranisko ujmuje mnie swoim zapałem i zaciętością walki. Już pojął, że po drugiej stronie kortu stoi przeciwnik i, aby go zmęczyć i pokonać, musi podkręcić piłkę. Uwielbiam patrzeć, gdy dobiega do niej, odruchowo układa symetrię cała, przyjmuje idealną postawę i z impetem odbija piłeczkę, a wzrokiem śledzi ruch przeciwnika. Jest moim prywatnym igrzyskiem, którego potrzebuję. Co jest chlebem? Chyba też on.

"Oddychaj. Świat poczeka."

    ... zatem odpoczywam i słucham "Madame Butterfly". Tak. Tak obrzydliwie jawnie i głośno. Chociaż dla świata zupełnie cicho, ponieważ przez ogromne i szczelne słuchawki żaden akord nie wydostaje się na zewnątrz, nie umyka, zostaje tylko dla mnie. W pracy. Świat niech czeka. Niech odpocznie i on. Ostatnie dwa tygodnie były przecież zarówno dla mnie jak i dla świata istną miazgą. O ile pierwszego dnia myślałam, że miałam czołowe zderzenie z tirem, drugiego natarł na mnie rozpędzony pociąg z ogromnym składem. A potem uzbroiłam się sama. Poniekąd w cierpliwość. Na pewno w obojętność. Ale przede wszystkim w pewność, że mój świat to ja i egocentrycznie zaczęłam obcasem omijać ciała i cielska porozrzucane w bezładzie papierzysk, dokumentów, argumentów i płaczów ponoć też będących argumentem. Pojęłam, że nie mam swojego demona. Nic nie siedzi mi na plecach i oślizgłym głosem wcale nie próbuje szeptać, że powinnam się bać i w trwodze popełniać głupstwa i słowa. Mój świat to ja. Rewelacyjnie mi z tą myślą.
Kawa wróciła do łask. Ela właśnie zawiadomiła mnie, że z jej piersiami jest dobrze, a nawet lepiej, niczego w nich nie ma niepokojącego, a Magda z entuzjazmem w głosie zapiszczała przez telefon, że u niej a i owszem, jest. Nie w piersiach i nie guz, ale w brzuchu i pięciotygodniowy maluszek. Cieszę się podwójnie. Mój zespół jest moim zespołem. Nadajemy wspólnie. Wspólnie tworzymy i dysharmonię, nawet w tej chwili. Ja mam operę w słuchawkach, do programu podkładany jest motyw z Matrixa. Zabawnie patrzeć na to z boku. Na boki jeszcze bowiem czasami spoglądam. Ale za siebie już nie. O mostach można pisać wiele. Kiedyś je paliłam. Potem mi przeszło. Teraz wróciłam do starych zwyczajów. I tak jest dobrze. Chociaż może nie jestem przez to poprawna politycznie. Wolę jednak być niepoprawna niż nijaka.
Dranisko ujmuje mnie swoim zapałem i zaciętością walki. Już pojął, że po drugiej stronie kortu stoi przeciwnik i, aby go zmęczyć i pokonać, musi podkręcić piłkę. Uwielbiam patrzeć, gdy dobiega do niej, odruchowo układa symetrię cała, przyjmuje idealną postawę i z impetem odbija piłeczkę, a wzrokiem śledzi ruch przeciwnika. Jest moim prywatnym igrzyskiem, którego potrzebuję. Co jest chlebem? Chyba też on.

poniedziałek, 3 października 2011

matrioszka

     Świat oglądam w kalejdoskopie zdarzeń. Budzę się w poniedziałek zbyt wczesnym ranem i usypiam zbyt późnym wieczorem w niedzielę. Pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami, które jedynie przypadkowo koduję w myślach, jest po prostu strumień świadomości. Chwilami mam wrażenie, że mojej. Prywatnej. Drań wrócił na tenis. Ja wróciłam na ławkę dla mam. Mam zatem czas na kawę latte dużą i książkę, albo pismo dla udomowionych czarownic. Ojejejjejjejejeeej… kiedy ja byłam udomowioną czarownicą ostatnio? Nie wiem… Obecnie jestem tylko czarownicą, która ma dom, ale udomowienie rozmywa się w mnogości miejsc, do których docieram. A dzisiaj trzymam w ręku książkę z moją przedmową. I chociaż tyle już razy widziałam swoje nazwisko pod swoim tekstem w druku, jestem pod wrażeniem. Takim osobistym, wielkim i egoistycznie prywatnym. Gładzę opuszkami palców błyszczącą, twardą oprawę nie mojej książki, a czuję się, jakbym zdobyła szczyt możliwości twórczych. Pisałam już, że uwielbiam to, co robię? Pisałam… Musiałam napisać, w przeciwnym razie pękłabym z nadmiaru słów kłębiących się w moich myślach. A właśnie! stąd chyba ta konieczność wypisywania się – kwestia musu wewnętrznego. Uzależnienie nadświadomości, podświadomość bowiem paradoksalnie każe mi obecnie więcej milczeć, zdecydowanie omijać historie osób i zdarzeń. Za oknem jest przepiękna jesień. Ostatnia tak śliczna była w mojej klasie maturalnej, kiedy jeszcze w październiku biegałam w mini, sandałach i bluzeczkach z krótkim rękawem. Praktycznie całe wieki temu, a nadal obok mnie jest namacalne uczucie bezwstydnej radości ze skakania po stertach suchych liści. Wtedy dopiero poznawaliśmy się ze ślubnym powoli i zdecydowanie. Dzisiaj w parku mąż mój własny i osobisty patrzy z uśmiechem na mnie, kiedy mijamy suche liście, a drań z lubością się w nich tarza, piszczy z uciechy i szaleje. Za oknem w domu mam już zielono – żółte rozbłyski. Za oknem w puszczy mam cierpliwą i zdecydowaną zieleń. Dwa światy. Włosy upinam już w węzeł na karku. Nie taki imponujący co prawda, ale dwukrotnie zakręcony. Włosy mam coraz jaśniejsze. Coraz intensywniej maluję usta. Zabawne, jak zmiany potrafią same się wprowadzić i rozpanoszyć. I wmówić nam, że są najwłaściwszymi w danym momencie. Dany moment… tak, właściwie tak, momenty są po to, aby je zagarniać zachłannie i nie oglądać się, czy wypada. Wypadają mi w tym tygodniu cztery dni wolne. Powinnam teraz nadgonić, ale wszystko zapięte na ostatni guzik czeka grzecznie na swoją kolej, więc popijam małymi łyczkami yerba mate z kubka z chat noir i planuję, co będę robić od środowego wieczoru. Na pewno udomowię się i przede wszystkim upiekę szarlotkę. klik

matrioszka

     Świat oglądam w kalejdoskopie zdarzeń. Budzę się w poniedziałek zbyt wczesnym ranem i usypiam zbyt późnym wieczorem w niedzielę. Pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami, które jedynie przypadkowo koduję w myślach, jest po prostu strumień świadomości. Chwilami mam wrażenie, że mojej. Prywatnej. Drań wrócił na tenis. Ja wróciłam na ławkę dla mam. Mam zatem czas na dużą latte i książkę, albo pismo dla udomowionych czarownic. Ojejejjejjejejeeej... kiedy ja byłam udomowioną czarownicą ostatnio? Nie wiem... Obecnie jestem tylko czarownicą, która ma dom, ale udomowienie rozmywa się w mnogości miejsc, do których docieram. A dzisiaj właśnie trzymam w ręku książkę z moją przedmową. I chociaż tyle już razy widziałam swoje nazwisko pod swoim tekstem w druku, jestem pod wrażeniem. Takim osobistym, wielkim i egoistycznie prywatnym. Gładzę opuszkami palców błyszczącą, twardą oprawę nie mojej książki, a czuję się, jakbym zdobyła szczyt możliwości twórczych. Pisałam już, że uwielbiam to, co robię? Pisałam... Musiałam napisać, w przeciwnym razie pękłabym z nadmiaru słów kłębiących się w moich myślach. A właśnie! stąd chyba ta konieczność wypisywania się - kwestia musu wewnętrznego. Uzależnienie nadświadomości, podświadomość bowiem paradoksalnie każe mi obecnie więcej milczeć, zdecydowanie omijać historie osób i zdarzeń. Za oknem jest przepiękna jesień. Ostatnia tak śliczna była w mojej klasie maturalnej, kiedy jeszcze w październiku biegałam w mini, sandałach i bluzeczkach z krótkim rękawem. Praktycznie całe wieki temu, a nadal obok mnie jest namacalne uczucie bezwstydnej radości ze skakania po stertach suchych liści. Wtedy dopiero poznawaliśmy się ze ślubnym powoli i zdecydowanie. Dzisiaj w parku mąż mój własny i osobisty patrzy z uśmiechem na mnie, kiedy mijamy suche liście, a drań z lubością się w nich tarza, piszczy z uciechy i szaleje. Za oknem w domu mam zielono - żółte rozbłyski. Za oknem w puszczy mam cierpliwą i zdecydowaną zieleń. Dwa światy. Włosy upinam już w węzeł na karku. Nie taki imponujący co prawda, ale dwukrotnie zakręcony. Włosy mam coraz jaśniejsze. Coraz intensywniej maluję usta. Zabawne, jak zmiany potrafią same się wprowadzić i rozpanoszyć. I wmówić nam, że są najwłaściwszymi w danym momencie. Dany moment... tak, właściwie tak, momenty są po to, aby je zagarniać zachłannie i nie oglądać się, czy wypada. Wypadają mi w tym tygodniu cztery dni wolne. Powinnam teraz nadgonić, ale wszystko zapięte na ostatni guzik czeka grzecznie na swoją kolej, więc popijam małymi łyczkami yerba mate z kubka z chat noir i planuję, co będę robić od środowego wieczoru. Na pewno udomowię się i przede wszystkim upiekę szarlotkę. klik

niedziela, 18 września 2011

Jestem...

    ... trochę zmęczona, trochę rozgorączkowana, bardzo stęskniona. I szczęśliwa. Wyjazdy mają tę cudowną zaletę, że po nich z reguły następują powroty. Studio im. Agnieszki Osieckiej jest... no właśnie. Jest. Jedyne w swoim rodzaju. I pełne wspomnień z czasów studenckich, a stolica niezmiennie dla mnie najwspanialsza nocą.  Hotele są... bezosobowe i absolutnie beznamiętne. I dlatego mogę w nich spać. A właściwie to nawet lubię w nich spać. Zwyczajnie i po prostu. Nie zadzwoniłam do Agaty organoleptycznej. Nie tym razem. Tym razem czas rządził mną. Chociaż w zasadzie... w zasadzie to ja nie chciałam niczego planować. Tym bardziej gigantycznej migreny, z którą musiałam się zmagać przez cały piątek. Aż do soboty. Biorąc tonę leków przeciwbólowych i udając, że panuję nad tematem, otoczeniem i czuję się wspaniale. Od jutra zaczyna się normalny tydzień. Chociaż sama nie wiem, co obecnie jest normalne, a co normalne. Zmieniłam perfumy. Tak po prostu i po kilku latach. Nagle. Zakupiłam nową, inną bieliznę. Zaskoczyłam samą siebie wyborem i kolorem. Mąż mój własny i osobisty wszystkie zmiany przyjmuje z lekkim niedowierzaniem, ale dzielnie i z uśmiechem aprobaty przygląda się ledwo zauważalnie, stale obserwuje i udaje, że nie przywiązuje wagi do zmian, które wyraźnie przypadają mu do gustu. Gust może być zmienny, czy jest tylko jeden? Minął rok od mojej rewolucji zawodowej, a ja cały czas mam wrażenie, że zaledwie miesiąc temu postawiłam nasz świat na głowie. Nie bezpodstawnie moją ulubioną asaną jest pies z głową w dół. Kręgosłup mam prosty, kark rozluźniony, a głowa swobodnie kołysze się nad ziemią. I daje inną perspektywę. A ja coraz wyraźniej widzę, czego chcę. Niesamowite, jaką przyjemność może dawać życie, kiedy zaczyna się je praktykować, odstawiając teorię na bok. klik

Od czasu do czasu, czyli…

    … czas. A mogę o nim pisać w nieskończoność – chociażby to, że go lubię i chociaż czasem muszę się z  nim ścigać, a czasem mi umyka, nigdy nie przecieka mi między palcami i zawsze grzecznie pozwala się zaplanować w kalendarzu. A jednak czasem nie mam do niego cierpliwości. I czasu… Wczoraj na przykład obudziłam się przerażona faktem, że za oknem jest widno, więc powinnam być w innym wymiarze i dopiero po kilku chwilach okazało się, że jestem w tym właściwym, obok męża mojego własnego i osobistego (właściwego znaczy), jest sobota i mogę zwolnić. Zwolniłam. Zapadłam się w fotel u babci, sofę u rodziców, ławkę w parku, rattanowe krzesło kawiarni, stołek kuchenny u Ewy, własne łóżko i obserwowałam, jak minuty opływają wokół mnie. Jednak najmilsze było to własne łóżko. Lubię się nim rozkoszować.
- Czemu się ze mnie śmiejesz? – bo ślubny właśnie na mój wywód zareagował pełnym uśmiechem.
- Nie śmieję tylko uśmiecham do myśli wywołanych twoimi słowami.
Tym bardziej, że przedwczoraj była impreza integracyjna. Czyli właśnie wtedy, gdy nastał wolny piątkowy wieczór, integrowałam się z zespołem. Ślubny przyjechał zdecydowanie za wcześnie. I to dało nam możliwość odpoczynku we własnym towarzystwie. A ja poczułam ulgę, bo z nim zawsze mi jakoś tak lepiej. I nawet wino smakuje inaczej. Bezpieczniej. I tańczę odruchowo, bez wyczuwania kroków drugiej osoby.
A już tydzień temu (szybki ten czas) byliśmy z draniem na cudnym koncercie muzyki filmowej w wykonaniu orkiestry symfonicznej. W moim ukochanym pałacyku muzeum, które mi się z dobrą muzyką, węgierskim winem i oszałamiającym widokiem z balkonu kojarzy od mojego pierwszego w nim pobytu. Niby praca a jednak nie. Bo tak jakoś w ogóle od jakiegoś czasu coraz częściej pracę odbieram jak niepracę. Ryzykowne, ale chyba pozytywne.
Drań dziesięć dni temu poszedł do szkoły i jest taki duży, samodzielny i dzielny. A w drodze do domu mamy spacer, lody i opowieść z całego dnia szkolnego. Nie lubi świetlicy. Twierdzi, że czas mu się tam dłuży. Za to za lekcjami przepada i uwielbia panią Dorotkę – przy niej czas płynie za szybko.
- Nie chcę dorosnąć mamusiu – stwierdził ostatnio z całą sześcioletnią stanowczością. I to spowodowało, że zastanowiłam się nad owym dorastaniem, dorosłością, byciem dorosłym. Co te słowa oznaczają? Pamiętam, jak bardzo cieszyłam się wiekiem od szesnastych urodzin. I nadal mi z nim dobrze, ponieważ czas jednak daje się lubić. Nawet wtedy, kiedy nie potrafię go sprecyzować. A za pięć dni jadę i nie mam wyjścia, ponieważ zwyczajnie muszę podążyć trasą szybkiego ruchu w kierunku stolicy. I jedynie przypuszczalnie mogę powiedzieć, że wrócę prawdopodobnie w sobotę. Tak… i to jest właśnie ten moment, kiedy czas próbuje rządzić się i panoszyć i pozornie nie mam nad nim władzy. Niby niezależny taki. I przekorny. Rodzaju męskiego, więc trudno się dziwić. I tylko znowu nie wiem, w co mam się ubrać. Ale ja rodzaju żeńskiego jestem, więc też nie ma się co dziwić.
    Tymczasem dopiłam kawę, zjadłam szarlotkę i stwierdzam z całą stanowczością, że czas pójść na umówiony spacer, aby cofnąć się w czas międzywojnia. Od wczoraj bowiem moje powiatowe w czasie lat 20 – tych tkwi. Ale powiatowe raz w roku tak ma. A ja lubię ten czas i ten czas raz w roku też. klik

Jestem…

    … trochę zmęczona, trochę rozgorączkowana, bardzo stęskniona. I szczęśliwa. Wyjazdy mają tę cudowną zaletę, że po nich z reguły następują powroty. Studio im. Agnieszki Osieckiej jest… no właśnie. Jest. Jedyne w swoim rodzaju. I pełne wspomnień z czasów studenckich, a stolica niezmiennie dla mnie najwspanialsza nocą.  Hotele są… bezosobowe i absolutnie beznamiętne. I dlatego mogę w nich spać. A właściwie to nawet lubię w nich spać. Zwyczajnie i po prostu. Nie zadzwoniłam do Agaty organoleptycznej. Nie tym razem. Tym razem czas rządził mną. Chociaż w zasadzie… w zasadzie to ja nie chciałam niczego planować. Tym bardziej gigantycznej migreny, z którą musiałam się zmagać przez cały piątek. Aż do soboty. Biorąc tonę leków przeciwbólowych i udając, że panuję nad tematem, otoczeniem i czuję się wspaniale. Od jutra zaczyna się normalny tydzień. Chociaż sama nie wiem, co obecnie jest normalne, a co normalne. Zmieniłam perfumy. Tak po prostu i po kilku latach. Nagle. Zakupiłam nową, inną bieliznę. Zaskoczyłam samą siebie wyborem i kolorem. Mąż mój własny i osobisty wszystkie zmiany przyjmuje z lekkim niedowierzaniem, ale dzielnie i z uśmiechem aprobaty przygląda się ledwo zauważalnie, stale obserwuje i udaje, że nie przywiązuje wagi do zmian, które wyraźnie przypadają mu do gustu. Już sama nie wiem, czy gust może być zmienny, czy jest tylko jeden. Minął rok od mojej rewolucji zawodowej, a ja cały czas mam wrażenie, że zaledwie miesiąc temu postawiłam nasz świat na głowie. Nie bezpodstawnie moją ulubioną asaną jest pies z głową w dół. Kręgosłup mam prosty, kark rozluźniony, a głowa swobodnie kołysze się nad ziemią. I daje inną perspektywę. A ja coraz wyraźniej widzę, czego chcę. Niesamowite, jaką przyjemność może dawać życie, kiedy zaczyna się je praktykować, odstawiając teorię na bok. klik

niedziela, 11 września 2011

Od czasu do czasu, czyli...

    ... czas. A mogę o nim pisać w nieskończoność - chociażby to, że go lubię i chociaż czasem muszę się z  nim ścigać, a czasem mi umyka, nigdy nie przecieka mi między palcami i zawsze grzecznie pozwala się zaplanować w kalendarzu. A jednak czasem nie mam do niego cierpliwości. I czasu... Wczoraj na przykład obudziłam się przerażona faktem, że za oknem jest widno, więc powinnam być w innym wymiarze i dopiero po kilku chwilach okazało się, że jestem w tym właściwym, obok męża mojego własnego i osobistego (właściwego znaczy), jest sobota i mogę zwolnić. Zwolniłam. Zapadłam się w fotel u babci, sofę u rodziców, ławkę w parku, rattanowe krzesło kawiarni, stołek kuchenny u Ewy, własne łóżko i obserwowałam, jak minuty opływają wokół mnie. Jednak najmilsze było to własne łóżko. Lubię się nim rozkoszować.
- Czemu się ze mnie śmiejesz? - bo ślubny właśnie na mój wywód zareagował pełnym uśmiechem.
- Nie śmieję tylko uśmiecham do myśli wywołanych twoimi słowami.
Tym bardziej, że przedwczoraj była impreza integracyjna. Czyli właśnie wtedy, gdy nastał wolny piątkowy wieczór, integrowałam się z zespołem. Ślubny przyjechał zdecydowanie za wcześnie. I to dało nam możliwość odpoczynku we własnym towarzystwie. A ja poczułam ulgę, bo z nim zawsze mi jakoś tak lepiej. I nawet wino smakuje inaczej. Bezpieczniej. I tańczę odruchowo, bez wyczuwania kroków drugiej osoby.
A już tydzień temu (szybki ten czas) byliśmy z draniem na cudnym koncercie muzyki filmowej w wykonaniu orkiestry symfonicznej. W moim ukochanym pałacyku muzeum, które mi się z dobrą muzyką, węgierskim winem i oszałamiającym widokiem z balkonu kojarzy od mojego pierwszego w nim pobytu. Niby praca a jednak nie. Bo tak jakoś w ogóle od jakiegoś czasu coraz częściej pracę odbieram jak niepracę. Ryzykowne, ale chyba pozytywne.
Drań dziesięć dni temu poszedł do szkoły i jest taki duży, samodzielny i dzielny. A w drodze do domu mamy spacer, lody i opowieść z całego dnia szkolnego. Nie lubi świetlicy. Twierdzi, że czas mu się tam dłuży. Za to za lekcjami przepada i uwielbia panią Dorotkę - przy niej czas płynie za szybko.
- Nie chcę dorosnąć mamusiu - stwierdził ostatnio z całą sześcioletnią stanowczością. I to spowodowało, że zastanowiłam się nad owym dorastaniem, dorosłością, byciem dorosłym. Co te słowa oznaczają? Pamiętam, jak bardzo cieszyłam się wiekiem od szesnastych urodzin. I nadal mi z nim dobrze, ponieważ czas jednak daje się lubić. Nawet wtedy, kiedy nie potrafię go sprecyzować. A za pięć dni jadę i nie mam wyjścia, ponieważ zwyczajnie muszę podążyć trasą szybkiego ruchu w kierunku stolicy. I jedynie przypuszczalnie mogę powiedzieć, że wrócę prawdopodobnie w sobotę. Tak... i to jest właśnie ten moment, kiedy czas próbuje rządzić się i panoszyć i pozornie nie mam nad nim władzy. Niby niezależny taki. I przekorny. Rodzaju męskiego, więc trudno się dziwić. I tylko znowu nie wiem, w co mam się ubrać. Ale ja rodzaju żeńskiego jestem, więc też nie ma się co dziwić.
    Tymczasem dopiłam kawę, zjadłam szarlotkę i stwierdzam z całą stanowczością, że czas pójść na umówiony spacer, aby cofnąć się w czas międzywojnia. Od wczoraj bowiem moje powiatowe w czasie lat 20 - tych tkwi. Ale powiatowe raz w roku tak ma. A ja lubię ten czas i ten czas raz w roku też. klik

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Nagle tak cicho...

... zrobiło się wokół. Wróciła czerń i bardzo wysokie obcasy. I wcale nie zapomniałam, jak się stuka tymi cieniutkimi, włoskimi, które są na specjalne okazje. Wczoraj totalnie bezrefleksyjnie zauważyłam je dopiero po szesnastu godzinach, a stopy nie musiały odpoczywać w drodze do domu. Za to drań usnął w foteliku po dniu pełnym emocji. Ja od emocji jeszcze nie odpoczęłam. Zabawne, że dla mojego dziecka wszystko jest takie oczywiste i naturalne. Kupił wczoraj zabawkę kościotrupa. Gumowego. Z dużą głową. Jeśli głowę się ściśnie, delikwent wybałusza gumowe oczy i przeraża czerwonym płynem, w którym pływają białe, gumowe larwy. Obrzydlistwo dla mnie i ślubnego. Dla drania wspaniałość. Wkroczył właśnie w podświadome dance macabre zafascynowany naturalną brzydotą. Ja z tej fascynacji jeszcze nie wyszłam... więc może powinnam podsycać w nim rozważania dotyczące estetyki? Nie tej wystudiowanej i upiększającej, ale tej faktycznej. Przecież nawet chruśniak jest brzydki, a to właśnie on stanowi zaplecze literackiej erotyki.
We wszystkich wolnych chwilach i wieczorami popijam yerba mate. Jest wspaniała. Uwielbiam ją. Równie maniakalnie szukam chwil ciszy w każdym momencie dnia. A moja cisza zazwyczaj jest złożona z bardzo wielu dźwięków. Drań bowiem coraz sprawniej operuje strunami głosowymi i zasobem leksyki wprawiając się w opowiadaniu. Cisza to także mruczenie dwóch pięknych, które niczym pokemony ładują mi się na brzuch albo głowę. Cisza to muzyka, wiertarka u sąsiadów, alarm w aucie na parkingu, krzyk dzieci na placu zabaw, stuk klawiatury. Zabawne, jak bardzo głośna potrafi być cisza... A jednak ta, na którą zwracam uwagę, jest zbiorem dźwięków prywatnych, osobistych, domowych.
Lubię, jak wokół robi się tak cicho. Od kilku dni układam włosy zawijając je na szczotce. Dziwne uczucie mieć znowu długie włosy. klik

Nagle tak cicho…

    … zrobiło się wokół. Wróciła czerń i bardzo wysokie obcasy. I wcale nie zapomniałam, jak się stuka tymi cieniutkimi, włoskimi, które są na specjalne okazje. Wczoraj totalnie bezrefleksyjnie zauważyłam je dopiero po szesnastu godzinach, a stopy nie musiały odpoczywać w drodze do domu. Za to drań usnął w foteliku po dniu pełnym emocji. Ja od emocji jeszcze nie odpoczęłam. Zabawne, że dla mojego dziecka wszystko jest takie oczywiste i naturalne. Kupił wczoraj zabawkę kościotrupa. Gumowego. Z dużą głową. Jeśli głowę się ściśnie, delikwent wybałusza gumowe oczy i przeraża czerwonym płynem, w którym pływają białe, gumowe larwy. Obrzydlistwo dla mnie i ślubnego. Dla drania wspaniałość. Wkroczył właśnie w podświadome dance macabre zafascynowany naturalną brzydotą. Ja z tej fascynacji jeszcze nie wyszłam… więc może powinnam podsycać w nim rozważania dotyczące estetyki? Nie tej wystudiowanej i upiększającej, ale tej faktycznej. Przecież nawet chruśniak jest brzydki, a to właśnie on stanowi zaplecze literackiej erotyki.
We wszystkich wolnych chwilach i wieczorami popijam yerba mate. Jest wspaniała. Uwielbiam ją. Równie maniakalnie szukam chwil ciszy w każdym momencie dnia. A moja cisza zazwyczaj jest złożona z bardzo wielu dźwięków. Drań bowiem coraz sprawniej operuje strunami głosowymi i zasobem leksyki wprawiając się w opowiadaniu. Cisza to także mruczenie dwóch pięknych, które niczym pokemony ładują mi się na brzuch albo głowę. Cisza to muzyka, wiertarka u sąsiadów, alarm w aucie na parkingu, krzyk dzieci na placu zabaw, stuk klawiatury. Zabawne, jak bardzo głośna potrafi być cisza… A jednak ta, na którą zwracam uwagę, jest zbiorem dźwięków prywatnych, osobistych, domowych.
Lubię, jak wokół robi się tak cicho. Od kilku dni układam włosy zawijając je na szczotce. Dziwne uczucie mieć znowu długie włosy. klik

piątek, 12 sierpnia 2011

tajemnice, gotan i kalmary, czyli sierpień

    Zanim się obejrzałam, nastał sierpień, a właściwie jego połowa. I nawet nie będę wnikać, czy to ta lepsza czy też przeciwnie. To w zasadzie nie ma znaczenia. Zaledwie wczoraj był czerwiec i prawie zaledwie wczoraj drań szedł do grupy maluszków w przedszkolu, a za trzy tygodnie idzie już do szkoły. I dobrze. Społeczeństwo trzeba edukować. Oświatę krzewić. Walczyć z ciemnotą. Placówki oświatowe ponoć to potrafią. A pani już potrafi odpoczywać. Nigdy bym nie pomyślała, że po prostu wystarczy usiąść i udawać, że się nie pada na pyszczydło. Od środy mam urlop. I nie wzięłam się jeszcze za mycie okien, przestawanie mebli, przesadzanie kwiatów, gromadzenie dóbr wszelakich na zapas, chociaż dopiero dzisiaj po raz pierwszy nie zadzwoniłam do pracy. Ba! w perfidny sposób schowałam do komody telefon. W poniedziałek jedziemy do Krakowa. Dzisiaj drań został u dziadków. Pani sączy ulubione. Ślubny szykuje kolację. Świece palą się równym płomieniem pomimo okien otwartych na przestrzał. Nie pamiętam już dokładnie, co to oznacza, ale wiem, że coś dobrego. W sumie logiczne... Prawdopodobnie władujemy się w kredyt na lat więcej, niż potrafię ogarnąć myślą. Ważne, że ślubny ogarnia. Ja ogarniam póki co jeszcze niemiecki. Powtarzam. Na hiszpański nie mam już czasu. Na sen też nie. Od października dojdą studia. I wtedy prawdopodobnie okaże się, że jednak jestem w stanie rozszerzyć dobę. Wydłużyć chyba nie zdołam. Chociaż Einstein jest mi coraz bliższy, więc wszystko przede mną. Dostałam od ślubnego profesjonalne słuchawki. Dziadki sugerują drugiego wnuka. A właściwie to domagają się stanowczo. Ja w tym tygodniu podałam raz wiek jako 38, raz jako 26. Hm... oba nie trafione. "Dobrze jest jak jest nie trza psuć" mawia dziadek-pradziadek i trudno się z nim nie zgodzić. Moja asystentka, oglądając materiał zwany surówką, tydzień temu strzeliła mi komplement mówiąc "popatrz, młodsza od ciebie o cztery lata, przy tobie jak stara baba wygląda". Widocznie puszcza mi służy. Powinnam ją ochrzanić, a śmiałam się cały dzień. Uśmiałam się również podczas rozmowy z podłotą, którą jakoś udało się zgrać z czasem i przestrzenią. Lubię sierpień. Nabyłam nowe obcasy. Stukają. Jestem na etapie wyboru koloru szminki. Paznokcie są już mocno czerwone. Za cztery dni idę do fryzjerki. Platyna jest coraz bliżej mnie. Miło tak odpoczywać. Skąd ślubny wie, jak przyrządzać kalmary? klik

PS. Dorotka postanowiła mi przyznać nagrodę, która mnie na równi ucieszyła co zadziwiła. Miło mi bardzo. Bardzo to mało powiedziane!





Według regulaminu powinnam teraz napisać 7 rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie. Zadanie i trudne i łatwe...
Niech zatem będzie...
1. Lubię ład. Czasem zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest już psychoza maniakalna. Wszystko musi być na swoim miejscu. Lepiej mi się myśli w pomieszczeniu podległym mojej osobie.
2. Nie potrafię zrozumieć ogromu zła. I Paradoksalnie zło budzi we mnie agresję. Cierpię potwornie, gdy słyszę o krzywdzie zadanej dziecku i zwierzęciu. Nie potrafię nad nią przejść obojętnie.
3. Kiedyś byłam pewna, że moim mężem będzie góral. Nie sprawdziło się.
4. Lubię szybkość. Łączy się to zapewne z moim upodobaniem do ilinx. A może w uporządkowaniu potrzebuję wrażenia szaleństwa?
5. Jestem apodyktyczna. Łagodzi mnie jedynie ślubny. Potrafię dowodzić męskim zespołem i nie ustąpię o milimetr, a ślubny dawno temu poznał sposób na poskromienie mojego charakteru.
6. Lubię magię, wierzę w ezoterykę, pociąga mnie wszystko, co niezwykłe. Ale równie mocno boję się tego wszystkiego.
7. Chciałbym cofnąć czas o kilkanaście lat, chociaż i tak niczego bym nie zmieniła, bo kocham drania i ślubnego bardzo.
8. Jest tego więcej, ale te przyszły mi na myśl jako pierwsze...

Według regulaminu mam wskazać 16 osób. Wystarczy jednak, że powiem, iż wszystkie wyznaczone są w moich linkach :) O każdej z tych osób mogłabym pisać i pisać i motywować, ale przecież wiecie dobrze, że Was lubię czytać i lubię drażnić poczuciem humoru, albo jego brakiem. A to już oznaka daleko posuniętej sympatii. Do dzieła!

tajemnice, gotan i kalmary, czyli sierpień

    Zanim się obejrzałam, nastał sierpień, a właściwie jego połowa. I nawet nie będę wnikać, czy to ta lepsza czy też przeciwnie. To w zasadzie nie ma znaczenia. Zaledwie wczoraj był czerwiec i prawie zaledwie wczoraj drań szedł do grupy maluszków w przedszkolu, a za trzy tygodnie idzie już do szkoły. I dobrze. Społeczeństwo trzeba edukować. Oświatę krzewić. Walczyć z ciemnotą. Placówki oświatowe ponoć to potrafią. A pani już potrafi odpoczywać. Nigdy bym nie pomyślała, że po prostu wystarczy usiąść i udawać, że się nie pada na pyszczydło. Od środy mam urlop. I nie wzięłam się jeszcze za mycie okien, przestawanie mebli, przesadzanie kwiatów, gromadzenie dóbr wszelakich na zapas, chociaż dopiero dzisiaj po raz pierwszy nie zadzwoniłam do pracy. Ba! w perfidny sposób schowałam do komody telefon. W poniedziałek jedziemy do Krakowa. Dzisiaj drań został u dziadków. Pani sączy ulubione. Ślubny szykuje kolację. Świece palą się równym płomieniem pomimo okien otwartych na przestrzał. Nie pamiętam już dokładnie, co to oznacza, ale wiem, że coś dobrego. W sumie logiczne… Prawdopodobnie władujemy się w kredyt na lat więcej, niż potrafię ogarnąć myślą. Ważne, że ślubny ogarnia. Ja ogarniam póki co jeszcze niemiecki. Powtarzam. Na hiszpański nie mam już czasu. Na sen też nie. Od października dojdą studia. I wtedy prawdopodobnie okaże się, że jednak jestem w stanie rozszerzyć dobę. Wydłużyć chyba nie zdołam. Chociaż Einstein jest mi coraz bliższy, więc wszystko przede mną. Dostałam od ślubnego profesjonalne słuchawki. Dziadki sugerują drugiego wnuka. A właściwie to domagają się stanowczo. Ja w tym tygodniu podałam raz wiek jako 38, raz jako 26. Hm… oba nie trafione. „Dobrze jest jak jest nie trza psuć” mawia dziadek-pradziadek i trudno się z nim nie zgodzić. Moja asystentka, oglądając materiał zwany surówką, tydzień temu strzeliła mi komplement mówiąc „popatrz, młodsza od ciebie o cztery lata, przy tobie jak stara baba wygląda”. Widocznie puszcza mi służy. Powinnam ją ochrzanić, a śmiałam się cały dzień. Uśmiałam się również podczas rozmowy z podłotą, którą jakoś udało się zgrać z czasem i przestrzenią. Lubię sierpień. Nabyłam nowe obcasy. Stukają. Jestem na etapie wyboru koloru szminki. Paznokcie są już mocno czerwone. Za cztery dni idę do fryzjerki. Platyna jest coraz bliżej mnie. Miło tak odpoczywać. Skąd ślubny wie, jak przyrządzać kalmary? klik
PS. Dorotka postanowiła mi przyznać nagrodę, która mnie na równi ucieszyła co zadziwiła. Miło mi bardzo. Bardzo to mało powiedziane!

Według regulaminu powinnam teraz napisać 7 rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie. Zadanie i trudne i łatwe…
Niech zatem będzie…
1. Lubię ład. Czasem zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest już psychoza maniakalna. Wszystko musi być na swoim miejscu. Lepiej mi się myśli w pomieszczeniu podległym mojej osobie.
2. Nie potrafię zrozumieć ogromu zła. I Paradoksalnie zło budzi we mnie agresję. Cierpię potwornie, gdy słyszę o krzywdzie zadanej dziecku i zwierzęciu. Nie potrafię nad nią przejść obojętnie.
3. Kiedyś byłam pewna, że moim mężem będzie góral. Nie sprawdziło się.
4. Lubię szybkość. Łączy się to zapewne z moim upodobaniem do ilinx. A może w uporządkowaniu potrzebuję wrażenia szaleństwa?
5. Jestem apodyktyczna. Łagodzi mnie jedynie ślubny. Potrafię dowodzić męskim zespołem i nie ustąpię o milimetr, a ślubny dawno temu poznał sposób na poskromienie mojego charakteru.
6. Lubię magię, wierzę w ezoterykę, pociąga mnie wszystko, co niezwykłe. Ale równie mocno boję się tego wszystkiego.
7. Chciałbym cofnąć czas o kilkanaście lat, chociaż i tak niczego bym nie zmieniła, bo kocham drania i ślubnego bardzo.
8. Jest tego więcej, ale te przyszły mi na myśl jako pierwsze…
Według regulaminu mam wskazać 16 osób. Wystarczy jednak, że powiem, iż wszystkie wyznaczone są w moich linkach :) O każdej z tych osób mogłabym pisać i pisać i motywować, ale przecież wiecie dobrze, że Was lubię czytać i lubię drażnić poczuciem humoru, albo jego brakiem. A to już oznaka daleko posuniętej sympatii. Do dzieła!

środa, 6 lipca 2011

niedowiarki, czyli kurtka w nosie, udana ekspedycja i arbuzy

- A kiedy będzie lato? - lakonicznie zapytał drań przy dzisiejszym obiedzie.
- Zaraz po porze deszczowej - odpowiedział ślubny bez mrugnięcia powieką.
Nie wiem, iloma naszymi prywatnymi dowcipami nasiąka każdego dnia nasze dziecko, ale poczucie humoru wyrabia mu się w tempie zastraszającym i dorównują mu jedynie (równie błyskawicznie przejmowane) upodobania muzyczne. Ale jedno jest pewne: pora deszczowa trwa w powiatowym od naszego powrotu, a podczas naszego pobytu nad morzem trwała równie bezczelnie. W sumie śmieszne, że kurtki założyliśmy dopiero wysiadając pod domem. Chociaż... kto założył, ten założył, bo o kurtce męża własnego i osobistego zapomniałam w sposób klasyczny zostawiając ją w spokoju i w szafie, co uświadomiłam sobie 60 km od powiatowego. Ślubny powiedział, że wracać nie będzie i ma kurtkę w nosie. Znaczy nos powinien mieć niemały, to tak mu się przyglądam i przyglądam, ale wydaje się być całkiem zwyczajny, więc już sama nie wiem. Pogoda jednak była ku mojej uciesze i ku uciesze pozostałych członków ekspedycji nadmorskiej oraz ku zdumieniu wszystkich rodziców, krewnych i znajomych, tudzież wtajemniczonych sąsiadów, którzy każdego ranka myśleli, że marzniemy moknąc, a my wygrzewaliśmy się leżąc. Dobrzy ludzie podobno tak mają. Musieliśmy zatem mieć w okolicy Ustki co najmniej jednego dobrego ludzia. Nikt nam jednak nie chce w to uwierzyć, podobnie jak w pogodę. W sumie w to, że drań pożarł większość kurczaka przygotowanego przez Asię, która nas w drodze powrotnej ugościła, nakarmiła, przenocowała i (o dziwo!) zaprosiła ponownie, ja też nie mogę uwierzyć, a widziałam na własne oczy, więc nie dziwię się już niczemu. Nawet temu, że w lipcu jest listopad. Czytam Cejrowskiego, zajadam z draniem melony i arbuzy, oglądam komedie Bareji oraz zdjęcia z wakacji, które częściowo na blogu draniowatego drania, czyli tu i odpoczywam. Taaak...

niedowiarki, czyli kurtka w nosie, udana ekspedycja i arbuzy

- A kiedy będzie lato? – lakonicznie zapytał drań przy dzisiejszym obiedzie.
- Zaraz po porze deszczowej – odpowiedział ślubny bez mrugnięcia powieką.
Nie wiem, iloma naszymi prywatnymi dowcipami nasiąka każdego dnia nasze dziecko, ale poczucie humoru wyrabia mu się w tempie zastraszającym i dorównują mu jedynie (równie błyskawicznie przejmowane) upodobania muzyczne. Ale jedno jest pewne: pora deszczowa trwa w powiatowym od naszego powrotu, a podczas naszego pobytu nad morzem trwała równie bezczelnie. W sumie śmieszne, że kurtki założyliśmy dopiero wysiadając pod domem. Chociaż… kto założył, ten założył, bo o kurtce męża własnego i osobistego zapomniałam w sposób klasyczny zostawiając ją w spokoju i w szafie, co uświadomiłam sobie 60 km od powiatowego. Ślubny powiedział, że wracać nie będzie i ma kurtkę w nosie. Znaczy nos powinien mieć niemały, to tak mu się przyglądam i przyglądam, ale wydaje się być całkiem zwyczajny, więc już sama nie wiem. Pogoda jednak była ku mojej uciesze i ku uciesze pozostałych członków ekspedycji nadmorskiej oraz ku zdumieniu wszystkich rodziców, krewnych i znajomych, tudzież wtajemniczonych sąsiadów, którzy każdego ranka myśleli, że marzniemy moknąc, a my wygrzewaliśmy się leżąc. Dobrzy ludzie podobno tak mają. Musieliśmy zatem mieć w okolicy Ustki co najmniej jednego dobrego ludzia. Nikt nam jednak nie chce w to uwierzyć, podobnie jak w pogodę. W sumie w to, że drań pożarł większość kurczaka przygotowanego przez Asię, która nas w drodze powrotnej ugościła, nakarmiła, przenocowała i (o dziwo!) zaprosiła ponownie, ja też nie mogę uwierzyć, a widziałam na własne oczy, więc nie dziwię się już niczemu. Nawet temu, że w lipcu jest listopad. Czytam Cejrowskiego, zajadam z draniem melony i arbuzy, oglądam komedie Bareji oraz zdjęcia z wakacji, które częściowo na blogu draniowatego drania, czyli tu i odpoczywam. Taaak…

niedziela, 26 czerwca 2011

tuż przed, czyli czereśnie, walizki i karma

    W środę zamknęłam program i wyszłam z pracy wcześniej, żegnając zespół z odrobiną rozrzewnienia. Taaak… sama się sobie zdziwiłam, ale stało się. Dzisiaj natomiast zamknęłam dwie duże walizki i z radością stwierdziłam, że jesteśmy spakowani. Ślubny coś tam wprawdzie sugerował, że skoro tak łatwo poszło, to może za mało rzeczy wzięłam, ale się myli. Zmieściłam nawet korale. I wcale łatwo nie było, żeby znalazło się wszystko, a nawet więcej. Dziewczynka? Jedzie. Pewnie, że jedzie. Sztormiaki dorzucone, dwie książki i tylko jedne obcasy. Laptop zostanie w domu. Internet też. Drań podekscytowany chciałby jechać już dziś. Lubię tę jego niecierpliwość i stwarzanie nowych światów. Udowadnia całym sobą, że wystarczy czegoś bardzo, bardzo chcieć i dobrze zaplanować, a jest to na wyciągnięcie ręki. Patrząc na niego udziela mi się owe podniecenie, które potrafi wytworzyć jedynie dziecko czekające na wyjazd, gdy już każda rzecz wakacyjna intensywnie pachnie pogodą i morzem. Ślubny usnął przed telewizorem, koty zwinięte w kłębuszki czują, że zostaną bez nas, a ja wreszcie mam chwilę dla siebie, więc jem czereśnie, głaszczę futrzaki i cieszę się bardzo, że jutro jest już jutro, a właściwie to już dziś. Sama nie wiem, czemu tak lubię Ustkę. Magiczna pewnie zrobiłaby mi wykład o karmie. Wiem, wiem. To w sumie proste. Ale ja lubię ją tak samo jak się lubi np. gruszki albo lody śmietankowe i wolę nie dywagować. Ważny jest smak i zapach. Reszta to już tylko ich następstwa. klik

tuż przed, czyli czereśnie, walizki i karma

    W środę zamknęłam program i wyszłam z pracy wcześniej, żegnając zespół z odrobiną rozrzewnienia. Taaak... sama się sobie zdziwiłam, ale stało się. Dzisiaj natomiast zamknęłam dwie duże walizki i z radością stwierdziłam, że jesteśmy spakowani. Ślubny coś tam wprawdzie sugerował, że skoro tak łatwo poszło, to może za mało rzeczy wzięłam, ale się myli. Zmieściłam nawet korale. I wcale łatwo nie było, żeby znalazło się wszystko, a nawet więcej. Dziewczynka? Jedzie. Pewnie, że jedzie. Sztormiaki dorzucone, dwie książki i tylko jedne obcasy. Laptop zostanie w domu. Internet też. Drań podekscytowany chciałby jechać już dziś. Lubię tę jego niecierpliwość i stwarzanie nowych światów. Udowadnia całym sobą, że wystarczy czegoś bardzo, bardzo chcieć i dobrze zaplanować, a jest to na wyciągnięcie ręki. Patrząc na niego udziela mi się owe podniecenie, które potrafi wytworzyć jedynie dziecko czekające na wyjazd, gdy już każda rzecz wakacyjna intensywnie pachnie pogodą i morzem. Ślubny usnął przed telewizorem, koty zwinięte w kłębuszki czują, że zostaną bez nas, a ja wreszcie mam chwilę dla siebie, więc jem czereśnie, głaszczę futrzaki i cieszę się bardzo, że jutro jest już jutro, a właściwie to już dziś. Sama nie wiem, czemu tak lubię Ustkę. Magiczna pewnie zrobiłaby mi wykład o karmie. Wiem, wiem. To w sumie proste. Ale ja lubię ją tak samo jak się lubi np. gruszki albo lody śmietankowe i wolę nie dywagować. Ważny jest smak i zapach. Reszta to już tylko ich następstwa. klik