czwartek, 11 maja 2017

Powiatowe i okoliczne. Sceny dwie.

Sobota. Późne popołudnie. Słońce grzeje, co jest miłą odmianą po kilku dniach deszczowych. Idziemy. Niespiesznie. Luluś drepcze przed nami. Jakby wiedział, dokąd mamy zamiar dojść i jaką drogą. Stare miasto mijamy nie jego środkiem. Ulica Szewska. Wąska i kolorowa. Przy walących się kamienicach małe restauracyjki. Miłe. Na pewno kiedyś do nich wejdziemy. Z zewnątrz klimatyczne. Obrazek jak z krakowskiego Kazimierza. Zaczyna mruczeć mi coś w środku. Znaczy na pewno tak jest. Odpadający miejscami tynk nie razi, a jasne ściany i odbijające się w nich słońce mile kontrastują z ciemnymi ramami okien. Z lewej strony, za linią zabudowy, są ulica i rondo. Idziemy. Szewską. Dalej. Z prawej ślady po wyburzonej kamienicy. Dużej. Teren ogrodzony, a na szczątkach kolejnej, która musiała być w oficynie, ktoś uparcie mocuje podpory. Bez sensu, bo na piętrze. A może z sensem. Nie zastanawiam się nad tym w tej chwili... Z lewej ściany frontowe jakiegoś domu bez dachu, bez okien i drzwi. Wewnątrz panoszą się bujnie drzewa. Na oko 6 - 7 letnie. Idziemy. Pełno dźwięków wokół. Za nami miarowy stukot mocowanych podpór. Przed nami kakofonia. Muzyka. O ile to można nazwać muzyką. Chyba nie mi oceniać, grunt, że komuś sprawia radość. Zatem... muzyka. Jakby na przekór dźwiękom grupka maluchów usmarkanych po pas ściga się na rowerkach kompletnie nie zważając, że brama, że ulica z kocich łbów, że może jakiś samochód... Kolejna kamienica. Ładne kwiaty w doniczkach na parapecie. Nisko osadzone okna. Ładne pręty bramy. Hałas dobrej zabawy dziecięcej. Grupka rozbawionych dzieciaków tworzy niesamowity żywioł. Zerkam zaciekawiona. Kilku chłopców z mokrymi od potu grzywkami gra w piłkę. Dziewczynki w kolorowych ubraniach biegają pomiędzy murami - chyba się ścigają. Ktoś w dali skacze na skakance. Patrzę z zachwytem. Tak. Dosłownie. Klimatyczne. Idziemy. Drugie skrzydło tej samej bramy, mur, nekrolog, na nim długie nazwisko czarnym tuszem na tle bez grafiki. Obrazek intrygujący. Pomimo, że idziemy, czuję się emocjonalnie zatrzymana w czasie. Życie trwa dalej. Barwne i wesołe. Po raz kolejny koń generała Józefa Bema przeskoczył jego grób na sposób norwidowski.
Koniec sceny pierwszej.
Niedziela. Obok powiatowego. Turniej rycerski. Wieczór. Słońce jeszcze przygrzewa, ale pomimo tego ciepło już nie jest. Po długim spacerze siadamy na murach. Milknie Bogurodzica. Drań rozpoznał ją bezbłędnie. Robi mi się podwójnie ciepło na sercu. Jestem dumna. Słychać muzykę średniowieczną świecką. Trochę za głośno. Organizatorzy prawdopodobnie chcieli, aby dotarła aż do osady rycerskiej. Przedobrzyli. Czuję, że narasta mi ból głowy. Ten, co nie toleruje dźwięków. Dawno go nie miałam. To też mnie zaczyna irytować. Walczę ze sobą. Odwracam się w stronę
miasteczka. Wiem, że mąż mój własny i osobisty tylko zobaczy wyraz twarzy i ogłosi powrót do domu. Wie, że to zbyt trudne. Nie chcę, żeby widział. Muszę walczyć. Dźwięki wżynają się boleśnie we mnie. Patrzę na miasteczko w dole. Próbuję zapomnieć, że za plecami mam kilka hełmów z piórami. Ładne te pióra. Podczas Bogurodzicy mąż mój własny i osobisty pokazał mi je mówiąc, że pięknie falują w rytm. Fakt. Falowały. Pięknie. Jego myśl trafna i miła. Podoba mi się ta myśl. Ale czasem ja nie lubię falowania. To jak na łódce bez wioseł. Horyzont ucieka. Wżyna się podprogowo. Koncentruję się na napisach w dole. Jest lepiej. Walczę ze sobą, żeby wrócić twarzą do zgiełku i znaleźć jakiś punkt, na którym skoncentruję uwagę. Robię to powoli. Wzrokiem omijam pióra. To trudne. Patrzę przed siebie. Na wprost mnie kobieta. Wiek trudno ocenić. Bardzo gruba. Wiem... powinnam bardziej politycznie, ale nie da się. Zaczynam zastanawiać się, jaka to może być choroba. W zasadzie zaczynam jej współczuć. To musi być coś poważnego. Wyraźnie ma ograniczoną możliwość ruchu. Patrzę. Bez oceny. Nagle obok niej siada chłopiec. Jeśli to choroba, to on też ją ma. Ma też siatkę ciastek w ręku. Odwracam głowę w kierunku męża własnego i osobistego powoli, bo jeszcze czuję, że komórki ćmią boleśnie. Hura! Tylko ćmią, ale jednak. Wracam do punktu, czyli kobiety. Nie wierzę. To nie może być prawda. Trzyma w ręku but. Granatowy, płócienny, na białej koturnie. Trzyma go przy twarzy i wącha. Nie dowierzam samej sobie. Znowu kieruję głowę w stronę męża. Mojego. Jego wzrok potwierdza, że nie mam omamów. Co jest pocieszające. Wracam do punktu. Szok. Kobieta trzyma but w ręku. Nie. Już nie przy swoim nosie. Podsunęła go pod nos tego chłopca. Patrzę nadal. Nie mogę wykonywać tak często ruchów głową przy tym rodzaju bólu, nawet jeśli już tylko ćmi. Kobieta stawia but na ziemi i wsuwa w niego stopę.
Koniec sceny drugiej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz