wtorek, 7 czerwca 2011

Tengo La Camisa Negra, czyli pomyłek kilka niczym przygód wróbla Ćwirka, czy jak kiedyś to szło

    Do butów dołączyła sukienunia, więc wbrew radom niektórych wyglądałam konwencjonalnie. No powiedzmy, że konwencjonalnie... Ślubny coś tam mówił co prawda, że kiedy stanęłam obok moich uczniów, wtopiłam się w tłum, a ja w zasadzie w to wierzę. Wydorośleli. Naiwnie myślałam, że pożegnanie z nimi i szkołą tą konkretną, co w zasadzie do tego samego się sprowadza, mam już za sobą. Myliłam się. Podobnie jak wtedy, kiedy do stołu kelner przyniósł szklany, przezroczysty, mile oszroniony dzbanek wypełniony wodą, w której pływały kostki lodu, plasterki cytryny i listki mięty, wypełnił nim połowę mojej szklaneczki i uśmiechając porozumiewawczo zapytał, czy starczy. Wzięłam go za matoła, który w taki upał proponuje pół szklanki tak apetycznie wyglądającej wody, kiedy dopiero co przyjechałam czarnym samochodem ubrana w czarną sukienkę. Ale zniesmaczona potwierdziłam i wylewając z siebie potok słów w kierunku znajomych wzięłam do ust duży łyk płynu. Myliłam się. To nie była woda. Zaskoczenie? Dziwne uczucie. Właściwie po raz pierwszy poczułam smak, ponieważ wykluczyłam ze swojej świadomości pojęcie mocy procentów i odoru tego C2H5OH. Smak w zasadzie dziwny, kiedy się go poczuje tak naprawdę. Zdziwiłam się również faktem, że większość moich uczniów wybrała profile humanistyczne. Ponoć powinnam o tym wiedzieć. A przecież pamiętam doskonale, jak w zapędzie interpretacyjnych rozważań na temat dialogu dawniej kochającej się pary w wierszu Szymborskiej stanęłam z boku i obserwowałam ich zaciętość w argumentacji i rzeczowość popartą tekstem, aż w pewnym momencie zapytałam, czy są świadomi, że to fikcja i dywagują na temat czegoś całkowicie abstrakcyjnego. A może było to przy Michasiu z iwaszkiewiczowskiego Ikara... Tego już nie pamiętam. Pamiętam jednak dwadzieścia sześć par oczu patrzących na mnie, jakbym właśnie powiedziała, że Ziemia jest płaska, a na pewno zaczęła ocierać się o herezję. Taaak... wiele takich chwil stanęło mi przed oczami. Nie mają żalu, że ich zostawiłam. Ja też nie mam żalu do siebie. Chyba. Zawsze jest jakaś nitka, która się ciągnie. Musiałabym mieć cztery klasy równorzędne, żeby nie robić cięcia. Tak, tak... mogę pisać też, że zawsze na głęboką wodę lepiej i inne pierdoły, ale nawet pisząc o braku żalu sama sobie nie wierzę. Ale cieszę się. Miło z innej perspektywy na nich spojrzeć. I z innej perspektywy z nimi rozmawiać. Będę kilka osób mieć na praktykach. A jednak ten dzbanek namieszał... Dobrze, że ślubny był obok. W zasadzie... w zasadzie to on jest zawsze obok. Mam poczucie jego bliskości w każdym momencie. Nie muszę sprawdzać. Wiem. Z balu wyszliśmy wcześniej. Nie chciałam czekać na koniec. Końce są zawsze zbyt długie i psują miły posmak. Ciągną się, włącza się światło i wraz z nim ginie urok, a zostaje tandeta balonów i bibuły. Zatem końcem tego balu i tej historii stała  się kolacja ze ślubnym. O ile kolacją można nazwać truskawki z bita śmietaną i białe wino. Tłumaczy mnie chyba jedynie to, że było ono wytrawne. Chcę te lata zapamiętać bez tej bibułowej tandety z dużą ilością spontanicznych emocji i chęci. Odliczam dni do wyjazdu. Wybrałam dwa nowe kostiumy. Opaliłam ramiona i plecy bardzo i niechcący. Jutro mam zabiegany dzień. Piwonie pachną. Drań był dzisiaj w wiosce indiańskiej i nie dał sobie umyć pyszczydła z malunkiem orła. Cokolwiek to znaczy. Na zakończenie przedszkola zostałam wrobiona w pieczenie ciasta i babeczek. Obłęd... ja i babeczki... A może znowu się mylę. klik

Tengo La Camisa Negra, czyli pomyłek kilka niczym przygód wróbla Ćwirka, czy jak kiedyś to szło

    Do butów dołączyła sukienunia, więc wbrew radom niektórych wyglądałam konwencjonalnie. No powiedzmy, że konwencjonalnie… Ślubny coś tam mówił co prawda, że kiedy stanęłam obok moich uczniów, wtopiłam się w tłum, a ja w zasadzie w to wierzę. Wydorośleli. Naiwnie myślałam, że pożegnanie z nimi i szkołą tą konkretną, co w zasadzie do tego samego się sprowadza, mam już za sobą. Myliłam się. Podobnie jak wtedy, kiedy do stołu kelner przyniósł szklany, przezroczysty, mile oszroniony dzbanek wypełniony wodą, w której pływały kostki lodu, plasterki cytryny i listki mięty, wypełnił nim połowę mojej szklaneczki i uśmiechając porozumiewawczo zapytał, czy starczy. Wzięłam go za matoła, który w taki upał proponuje pół szklanki tak apetycznie wyglądającej wody, kiedy dopiero co przyjechałam czarnym samochodem ubrana w czarną sukienkę. Ale zniesmaczona potwierdziłam i wylewając z siebie potok słów w kierunku znajomych wzięłam do ust duży łyk płynu. Myliłam się. To nie była woda. Zaskoczenie? Dziwne uczucie. Właściwie po raz pierwszy poczułam smak, ponieważ wykluczyłam ze swojej świadomości pojęcie mocy procentów i odoru tego C2H5OH. Smak w zasadzie dziwny, kiedy się go poczuje tak naprawdę. Zdziwiłam się również faktem, że większość moich uczniów wybrała profile humanistyczne. Ponoć powinnam o tym wiedzieć. A przecież pamiętam doskonale, jak w zapędzie interpretacyjnych rozważań na temat dialogu dawniej kochającej się pary w wierszu Szymborskiej stanęłam z boku i obserwowałam ich zaciętość w argumentacji i rzeczowość popartą tekstem, aż w pewnym momencie zapytałam, czy są świadomi, że to fikcja i dywagują na temat czegoś całkowicie abstrakcyjnego. A może było to przy Michasiu z iwaszkiewiczowskiego Ikara… Tego już nie pamiętam. Pamiętam jednak dwadzieścia sześć par oczu patrzących na mnie, jakbym właśnie powiedziała, że Ziemia jest płaska, a na pewno zaczęła ocierać się o herezję. Taaak… wiele takich chwil stanęło mi przed oczami. Nie mają żalu, że ich zostawiłam. Ja też nie mam żalu do siebie. Chyba. Zawsze jest jakaś nitka, która się ciągnie. Musiałabym mieć cztery klasy równorzędne, żeby nie robić cięcia. Tak, tak… mogę pisać też, że zawsze na głęboką wodę lepiej i inne pierdoły, ale nawet pisząc o braku żalu sama sobie nie wierzę. Ale cieszę się. Miło z innej perspektywy na nich spojrzeć. I z innej perspektywy z nimi rozmawiać. Będę kilka osób mieć na praktykach. A jednak ten dzbanek namieszał… Dobrze, że ślubny był obok. W zasadzie… w zasadzie to on jest zawsze obok. Mam poczucie jego bliskości w każdym momencie. Nie muszę sprawdzać. Wiem. Z balu wyszliśmy wcześniej. Nie chciałam czekać na koniec. Końce są zawsze zbyt długie i psują miły posmak. Ciągną się, włącza się światło i wraz z nim ginie urok, a zostaje tandeta balonów i bibuły. Zatem końcem tego balu i tej historii stała się kolacja ze ślubnym. O ile kolacją można nazwać truskawki z bita śmietaną i białe wino. Tłumaczy mnie chyba jedynie to, że było ono wytrawne. Chcę te lata zapamiętać bez tej bibułowej tandety z dużą ilością spontanicznych emocji i chęci. Odliczam dni do wyjazdu. Wybrałam dwa nowe kostiumy. Opaliłam ramiona i plecy bardzo i niechcący. Jutro mam zabiegany dzień. Piwonie pachną. Drań był dzisiaj w wiosce indiańskiej i nie dał sobie umyć pyszczydła z malunkiem orła. Cokolwiek to znaczy. Na zakończenie przedszkola zostałam wrobiona w pieczenie ciasta i babeczek. Obłęd… ja i babeczki… A może znowu się mylę. klik

środa, 1 czerwca 2011

jest dobrze, czyli lewkonie i buty przy kawie z lodami

    Właściwie to czemu ludzie nie kupują sobie kwiatów tak na co dzień i po prostu? Toż to przyjemność ogromna, pachnąca i totalnie niepraktyczna. Mmmm… ślubny potrafił kiedyś kupować hurtowo od babin ze straganów nagietki i żonkile. Potem jednak przerzucił się na róże. A ja te nagietki i te żonkile najbardziej… I słoneczniki. Od zawsze żółte kwiaty mnie ujmują. Zapomniał? A im mniej one różane, tym szybciej mnie mają. No może z wyjątkiem piwonii, które za dwa dni zapełnią mieszkanie, jak co roku. Ale piwonie to piwonie i o nich dyskutować nie będę. Tak się ustaliło, przyjęło, więc je kocham miłością wzajemną, o ile kwiaty mogą coś więcej niż tylko wydzielać zapach i wyglądać. No dobra… wyjątek stanowią również herbaciane róże ogrodowe, które tylko dziadek potrafił znaleźć i przynieść w moje urodziny. Każdego roku tak samo pachnące i liczne. Pani w kwiaciarni zdziwiła się lekko widząc mnie dzisiaj wchodzącą, ale zanim zapytała o coś, co jej tam w myślach zaświtało, wyjaśniłam, że wiązankę na pogrzeb muszę. Babcia bowiem rano zadzwoniła, że siostra dziadka, że dopiero teraz zostali powiadomieni, że dobrze, że chora jestem i w ogóle, że jakbym mogła, bo dziadek to badyla jakiego kupi i co ludzie powiedzą. No to ciesząc się, żem chora jest, poszłam ja i drogą kupna nabyłam lilie białe z lewkoniami kremowymi, które pani ułożyła w wiąchę ogromniastą i pozbawioną szarfy, bo co jak co, ale ja szarf nie kupuję nigdy. Ślubny tymczasem, który dziadkowi niczego odmówić nie potrafi, wdział na się strój adekwatny. I pojechali. A ja słucham muzyki, piję kawę i jem lody śmietankowe i jest mi całkiem miło. Drań na wycieczce, truskawki w durszlaku, obiad w trakcie przygotowań, pachnący świeżymi ziołami. Całkiem niegłupie to chorowanie, ale jutro jednak już wracam do rytmu. W sobotę idziemy na bal. Uczniowie przynieśli mi w poniedziałek pięknie wykaligrafowane zaproszenie. Miłe. Tylko w co ja się ubiorę? Buty mam… Perfumy też. Nie jest tak całkiem źle zatem. Hm… w zasadzie to dobrze jest. klik

jest dobrze, czyli lewkonie i buty przy kawie z lodami

    Właściwie to czemu ludzie nie kupują sobie kwiatów tak na co dzień i po prostu? Toż to przyjemność ogromna, pachnąca i totalnie niepraktyczna. Mmmm... ślubny potrafił kiedyś kupować hurtowo od babin ze straganów nagietki i żonkile. Potem jednak przerzucił się na róże. A ja te nagietki i te żonkile najbardziej... I słoneczniki. Od zawsze żółte kwiaty mnie ujmują. Zapomniał? A im mniej one różane, tym szybciej mnie mają. No może z wyjątkiem piwonii, które za dwa dni zapełnią mieszkanie, jak co roku. Ale piwonie to piwonie i o nich dyskutować nie będę. Tak się ustaliło, przyjęło, więc je kocham miłością wzajemną, o ile kwiaty mogą coś więcej niż tylko wydzielać zapach i wyglądać. No dobra... wyjątek stanowią również herbaciane róże ogrodowe, które tylko dziadek potrafił znaleźć i przynieść w moje urodziny. Każdego roku tak samo pachnące i liczne. Pani w kwiaciarni zdziwiła się lekko widząc mnie dzisiaj wchodzącą, ale zanim zapytała o coś, co jej tam w myślach zaświtało, wyjaśniłam, że wiązankę na pogrzeb muszę. Babcia bowiem rano zadzwoniła, że siostra dziadka, że dopiero teraz zostali powiadomieni, że dobrze, że chora jestem i w ogóle, że jakbym mogła, bo dziadek to badyla jakiego kupi i co ludzie powiedzą. No to ciesząc się, żem chora jest, poszłam ja i drogą kupna nabyłam lilie białe z lewkoniami kremowymi, które pani ułożyła w wiąchę ogromniastą i pozbawioną szarfy, bo co jak co, ale ja szarf nie kupuję nigdy. Ślubny tymczasem, który dziadkowi niczego odmówić nie potrafi, wdział na się strój adekwatny. I pojechali. A ja słucham muzyki, piję kawę i jem lody śmietankowe i jest mi całkiem miło. Drań na wycieczce, truskawki w durszlaku, obiad w trakcie przygotowań, pachnący świeżymi ziołami. Całkiem niegłupie to chorowanie, ale jutro jednak już wracam do rytmu. W sobotę idziemy na bal. Uczniowie przynieśli mi w poniedziałek pięknie wykaligrafowane zaproszenie. Miłe. Tylko w co ja się ubiorę? Buty mam... Perfumy też. Nie jest tak całkiem źle zatem. Hm... w zasadzie to dobrze jest. klik

sobota, 28 maja 2011

z odrobiną hedonizmu prywatnego

 - A fuj! - pani zakrzyknęła, gdy Tomek montujący program zasugerował coś tam o atletycznych ciałach półnagich sportowców - Obrzydlistwo - pani postanowiła iść w zaparte.
- Uhm... nie kaman zupełnie, co wy widzicie w facetach - Tomek też postanowił iść w zaparte.
- A bo widzisz... my najpierw zauważamy wasz umysł, ale potem wy zaczynacie się rozbierać.
Czyli tematy poruszamy różne. Oprócz tego w poniedziałek pani walnęła pięścią w biurko i wybawiła się z draniem na w wesołym miasteczku we wtorek, w środę najpierw popłakała się ze złości twarzą w twarz ślubnemu, a potem uśmiała sama z siebie, w czwartek nabyła nowe buty na koturnie, zatopiła w truskawkach całą rodzinę i świętowała wspólnie z najszczęśliwszą. I wreszcie ma wolny weekend. Taki bez saren, koncertów, mistrzostw w lekkiej atletyce, wspinaniu, skakaniu, jeżdżeniu. Nic. Blues. I zielona herbata. Udało nam się też zarezerwować domek w ulubionej Ustce, kiedy tylko pani zaklepała swój termin urlopu i wbiła się inteligentnie między dwie duże imprezy. Jedną będę nadzorować telefonicznie podczas urlopu, drugą osobiście pierwszego dnia po powrocie z. Wiem, wiem... Też nie jestem dumna z siebie, ale to było jedyne możliwe wyjście z sytuacji bez wyjścia. Cieszę się z tej Ustki i wyjazdu gdzieś dalej niż w świętokrzyskie. I jakoś tak nagle nagość zaczęła obowiązywać. Może to za sprawą temperatury, może za sprawą tematyki. A może po prostu bez powodu. Bo czy wszystko musi mieć powód? W zasadzie bez powodu byliśmy na koncercie Czyżykiewicza, bez powodu wzięłam autograf od Szurkowskiego, bez powodu gapiliśmy się na Księżyc i Saturna przez teleskop. Podejrzewam wręcz, że powód jest zbędny, wystarczy samo chcenie, albo nawet spontaniczne kierowanie się poczuciem przyjemności.  klik

z odrobiną hedonizmu prywatnego

- A fuj! – pani zakrzyknęła, gdy Tomek montujący program zasugerował coś tam o atletycznych ciałach półnagich sportowców – Obrzydlistwo – pani postanowiła iść w zaparte.
- Uhm… nie kaman zupełnie, co wy widzicie w facetach – Tomek też postanowił iść w zaparte.
- A bo widzisz… my najpierw zauważamy wasz umysł, ale potem wy zaczynacie się rozbierać.
Czyli tematy poruszamy różne. Oprócz tego w poniedziałek pani walnęła pięścią w biurko i wybawiła się z draniem na w wesołym miasteczku we wtorek, w środę najpierw popłakała się ze złości twarzą w twarz ślubnemu, a potem uśmiała sama z siebie, w czwartek nabyła nowe buty na koturnie, zatopiła w truskawkach całą rodzinę i świętowała wspólnie z najszczęśliwszą. I wreszcie ma wolny weekend. Taki bez saren, koncertów, mistrzostw w lekkiej atletyce, wspinaniu, skakaniu, jeżdżeniu. Nic. Blues. I zielona herbata. Udało nam się też zarezerwować domek w ulubionej Ustce, kiedy tylko pani zaklepała swój termin urlopu i wbiła się inteligentnie między dwie duże imprezy. Jedną będę nadzorować telefonicznie podczas urlopu, drugą osobiście pierwszego dnia po powrocie z. Wiem, wiem… Też nie jestem dumna z siebie, ale to było jedyne możliwe wyjście z sytuacji bez wyjścia. Cieszę się z tej Ustki i wyjazdu gdzieś dalej niż w świętokrzyskie. I jakoś tak nagle nagość zaczęła obowiązywać. Może to za sprawą temperatury, może za sprawą tematyki. A może po prostu bez powodu. Bo czy wszystko musi mieć powód? W zasadzie bez powodu byliśmy na koncercie Czyżykiewicza, bez powodu wzięłam autograf od Szurkowskiego, bez powodu gapiliśmy się na Księżyc i Saturna przez teleskop. Podejrzewam wręcz, że powód jest zbędny, wystarczy samo chcenie, albo nawet spontaniczne kierowanie się poczuciem przyjemności.  klik

środa, 11 maja 2011

zastyga krew na transparentach, czyli grzyby, k...y i krasnale

    Nigdy nie byłam aż tak naiwna, żeby uważać, że media mogą być niezależne. Nie sądziłam jednak, że aż tak bardzo trzeba uwarunkować każde jedno zdanie. To napisane można jeszcze bezpiecznie zweryfikować i poddać obróbce nazwanej powszechnie redakcją, tudzież: korektą. I podchodząc do retrospektywy uczciwie, muszę przyznać, że w tym właśnie miejscu moja naiwność prześwituje nieco i razi w oczy mnie samą, ponieważ przez wiele lat uznawałam, że robię korektę dobrze i wychwytuję wszystkie - na przykład - przecinki, które i tak mogą stać lub nie i w dodatku, gdzie tylko im się podoba. Jednak zdania wypowiedziane i zapisane w formacie cyfrowym: brzmi. I o tę cechę jego nieładną chodzi właśnie.Wyciąć można. Ale nie wszystko. A są i takie zdania, których po prostu wyciąć ja nie chcę, ponieważ jakby nie było w całej palecie szarości znajdzie się zarówno te ciemniejsze jak i te jaśniejsze.
Nie robię już w ogóle korekty. Męczy mnie zabawa w cenzora. Swoje teksty daję do korygowania jednej tylko osobie, która potrafi jeszcze myśleć racjonalnie. Być może dlatego nie piszę i tu o pracy? A właściwie przesłania ona ostatnio wiele godzin mojego życia. Nie powiem... jest ciekawie, jest interesująco, czasem jest buntowniczo, jest ironicznie. Jest dużo. Czasem niektórym sugeruję zabranie pudełka wazeliny z kamerą. Czasem wpadam w złość i nie odpuszczam. A potem muszę tłumaczyć. Się. Ale pojawiają się perełki, które podbudowują całe zaplecze. Koncert w kościele klasztornym Benedyktynów, recital saksofonowy, wernisaż.. To ostatnie cztery dni. Odpoczywam również na placu zabaw, gdzie z draniem spędzam popołudnia. Miło posiedzieć w gwarze, który absolutnie obojętnie można przepuścić obok uszu. A dzisiaj pojechaliśmy ot tak na wycieczkę. Tak trochę bez sensu. Ale czy wszystko trzeba robić z sensem? I przy okazji, absolutnie niechcący wypatrzyłam działkę, która będzie nasza. Wiem to. Ze ścianą lasu i w pełni nasłoneczniona. Aż się rozmarzyłam na jej widok. Ba! gdzieś tam w wyobraźni własnej zobaczyłam na niej dom, który kompletnie nie przypomina tego z moich marzeń, ale świetnie wkomponowuje się w las i ma ogromne okna. Tak... ma głównie okna.  Zabawne, że marzenia potrafią być tak chaotyczne i niespójne, a jednak gdzieś tam tworzą całość. Ślubny wie, że czasem lepiej mnie nie tłumaczyć. A poza tym wskoczyłam w len i czekam na urlop, który materializuje się mniej pewnie niż ta działka i dom.
- Zgłaszam reklamację - odezwał się w pewnej chwili wczoraj jeden z operatorów - miałaś być do wakacji blondynką.
No i jak wytłumaczyć facetowi, że już jestem jaśniejsza o cztery tony, a do wakacji to ja mam czas? Tłumaczenie płci brzydkiej kolorów jest przecież trudniejsze niż moja dzisiejsza próba tłumaczenia sobie, dlaczego panienki przydrożne stoją obecnie odziane jedynie w skąpą bieliznę. A może po prostu nie mają niczego lnianego? Nauczyłam się już, że najgłupsze tłumaczenia najłatwiej przyswoić. Dużo śpię, jem owoce i warzywa, śmieję się, kiedy chcę i kiedy nie powinnam, śpiewam w samochodzie, rano urządzam sobie aromatyczną kąpiel, klnę w skrajności jak szewc i ponoć mam bardzo dobrą aurę. To ostatnie według diagnozy magicznej, z którą udało mi się zobaczyć wreszcie. Czyli przepływ energii jest należyty. Si seniore... klik

zastyga krew na transparentach, czyli grzyby, k…y i krasnale

    Nigdy nie byłam aż tak naiwna, żeby uważać, że media mogą być niezależne. Nie sądziłam jednak, że aż tak bardzo trzeba uwarunkować każde jedno zdanie. To napisane można jeszcze bezpiecznie zweryfikować i poddać obróbce nazwanej powszechnie redakcją, tudzież: korektą. I podchodząc do retrospektywy uczciwie, muszę przyznać, że w tym właśnie miejscu moja naiwność prześwituje nieco i razi w oczy mnie samą, ponieważ przez wiele lat uznawałam, że robię korektę dobrze i wychwytuję wszystkie – na przykład – przecinki, które i tak mogą stać lub nie i w dodatku, gdzie tylko im się podoba. Jednak zdania wypowiedziane i zapisane w formacie cyfrowym: brzmi. I o tę cechę jego nieładną chodzi właśnie.Wyciąć można. Ale nie wszystko. A są i takie zdania, których po prostu wyciąć ja nie chcę, ponieważ jakby nie było w całej palecie szarości znajdzie się zarówno te ciemniejsze jak i te jaśniejsze.
Nie robię już w ogóle korekty. Męczy mnie zabawa w cenzora. Swoje teksty daję do korygowania jednej tylko osobie, która potrafi jeszcze myśleć racjonalnie. Być może dlatego nie piszę i tu o pracy? A właściwie przesłania ona ostatnio wiele godzin mojego życia. Nie powiem… jest ciekawie, jest interesująco, czasem jest buntowniczo, jest ironicznie. Jest dużo. Czasem niektórym sugeruję zabranie pudełka wazeliny z kamerą. Czasem wpadam w złość i nie odpuszczam. A potem muszę tłumaczyć. Się. Ale pojawiają się perełki, które podbudowują całe zaplecze. Koncert w kościele klasztornym Benedyktynów, recital saksofonowy, wernisaż… To ostatnie cztery dni. Odpoczywam również na placu zabaw, gdzie z draniem spędzam popołudnia. Miło posiedzieć w gwarze, który absolutnie obojętnie można przepuścić obok uszu. A dzisiaj pojechaliśmy ot tak na wycieczkę. Tak trochę bez sensu. Ale czy wszystko trzeba robić z sensem? I przy okazji, absolutnie niechcący wypatrzyłam działkę, która będzie nasza. Wiem to. Ze ścianą lasu i w pełni nasłoneczniona. Aż się rozmarzyłam na jej widok. Ba! gdzieś tam w wyobraźni własnej zobaczyłam na niej dom, który kompletnie nie przypomina tego z moich marzeń, ale świetnie wkomponowuje się w las i ma ogromne okna. Tak… ma głównie okna.  Zabawne, że marzenia potrafią być tak chaotyczne i niespójne, a jednak gdzieś tam tworzą całość. Ślubny wie, że czasem lepiej mnie nie tłumaczyć. A poza tym wskoczyłam w len i czekam na urlop, który materializuje się mniej pewnie niż ta działka i dom.
- Zgłaszam reklamację – odezwał się w pewnej chwili wczoraj jeden z operatorów – miałaś być do wakacji blondynką.
No i jak wytłumaczyć facetowi, że już jestem jaśniejsza o cztery tony, a do wakacji to ja mam czas? Tłumaczenie płci brzydkiej kolorów jest przecież trudniejsze niż moja dzisiejsza próba tłumaczenia sobie, dlaczego panienki przydrożne stoją obecnie odziane jedynie w skąpą bieliznę. A może po prostu nie mają niczego lnianego? Nauczyłam się już, że najgłupsze tłumaczenia najłatwiej przyswoić. Dużo śpię, jem owoce i warzywa, śmieję się, kiedy chcę i kiedy nie powinnam, śpiewam w samochodzie, rano urządzam sobie aromatyczną kąpiel, klnę w skrajności jak szewc i ponoć mam bardzo dobrą aurę. To ostatnie według diagnozy magicznej, z którą udało mi się zobaczyć wreszcie. Czyli przepływ energii jest należyty. Si seniore… klik

środa, 27 kwietnia 2011

zegary ponakręcane

    Spotkałam się dzisiaj z dziewczynami. Tak po prostu i nagle i jakbyśmy dopiero co wyszły ze szkoły. Znowu przestrzeń i czas okazały się przyjazne i udało nam się zobaczyć. Co prawda tym razem początek odbył się w konwencji placu zabaw, ale dzielnie dałyśmy radę. Miło zobaczyć je wszystkie i porozmawiać. Brakuje mi ich na co dzień. Telefon i internet to jednak kiepski pośrednik. Można przesłać zdjęcia i suche zdania, ale emocje już bledną gdzieś pomiędzy.
- No to opowiadaj - nakazała mi Kajka poprawiając rozwiane warkoczyki Zosi - bo nie przeczytałam twojego maila.
- Bo go nie napisałam.
- Wiem.
Właśnie sobie uświadomiłam, że przyjaźnimy się od 19 lat. A byłyśmy obok siebie tylko przez pierwsze cztery. Zabawne... Karolka nie ma dzieci i z dziwnym zdziwieniem przygląda się trzem z nas w roli mam, jakby to było nasze chwilowe skupienie się na czymś nowym. Jaśka również nie ma dzieci, ale toleruje nasze powołanie jako hobby nieszkodzące otoczeniu. Asia przygarnia wszystkie cztery maluchy do siebie i sprawdza odruchowo prawidłowość postawy. Kajka najpierw rejestruje ilość nowego uzębienia u dzieci, a potem wyraz oczu nas czterech. Swojego odruchu jeszcze nie odkryłam. Ale jestem szczęśliwa, kiedy w pięć możemy stwierdzić, że jesteśmy. A potem po prostu rozmawiamy. Nie dywagując, nie opowiadając, nie ukrywając. Planujemy, zdradzamy myśli, marzymy. A potem bardzo długo wracamy do domu i zazwyczaj musimy spotkać się na drugi dzień, bo nie zdążyłyśmy tak o wszystkim. Dobrze, że mam urlop. Ładuję akumulatory wszystkimi nerwami. W sobotę jadę z moimi chłopakami do zamku na turniej rycerski. Tydzień temu byłam u swojej fryzjerki. Powoli wchodzę w kolory popielate. Wszystko zgodnie z planem. Lubię wiosnę.
A tyle miałam napisać w ostatnich tygodniach! Normalnie aż wpisy mi się same w głowie układały. I o tym. I o owym. I o tamtym też. Taaaaak... klik

zegary ponakręcane

    Spotkałam się dzisiaj z dziewczynami. Tak po prostu i nagle i jakbyśmy dopiero co wyszły ze szkoły. Znowu przestrzeń i czas okazały się przyjazne i udało nam się zobaczyć. Co prawda tym razem początek odbył się w konwencji placu zabaw, ale dzielnie dałyśmy radę. Miło zobaczyć je wszystkie i porozmawiać. Brakuje mi ich na co dzień. Telefon i internet to jednak kiepski pośrednik. Można przesłać zdjęcia i suche zdania, ale emocje już bledną gdzieś pomiędzy.
- No to opowiadaj – nakazała mi Kajka poprawiając rozwiane warkoczyki Zosi – bo nie przeczytałam twojego maila.
- Bo go nie napisałam.
- Wiem.
Właśnie sobie uświadomiłam, że przyjaźnimy się od 19 lat. A byłyśmy obok siebie tylko przez pierwsze cztery. Zabawne… Karolka nie ma dzieci i z dziwnym zdziwieniem przygląda się trzem z nas w roli mam, jakby to było nasze chwilowe skupienie się na czymś nowym. Jaśka również nie ma dzieci, ale toleruje nasze powołanie jako hobby nieszkodzące otoczeniu. Asia przygarnia wszystkie cztery maluchy do siebie i sprawdza odruchowo prawidłowość postawy. Kajka najpierw rejestruje ilość nowego uzębienia u dzieci, a potem wyraz oczu nas czterech. Swojego odruchu jeszcze nie odkryłam. Ale jestem szczęśliwa, kiedy w pięć możemy stwierdzić, że jesteśmy. A potem po prostu rozmawiamy. Nie dywagując, nie opowiadając, nie ukrywając. Planujemy, zdradzamy myśli, marzymy. A potem bardzo długo wracamy do domu i zazwyczaj musimy spotkać się na drugi dzień, bo nie zdążyłyśmy tak o wszystkim. Dobrze, że mam urlop. Ładuję akumulatory wszystkimi nerwami. W sobotę jadę z moimi chłopakami do zamku na turniej rycerski. Tydzień temu byłam u swojej fryzjerki. Powoli wchodzę w kolory popielate. Wszystko zgodnie z planem. Lubię wiosnę.
A tyle miałam napisać w ostatnich tygodniach! Normalnie aż wpisy mi się same w głowie układały. I o tym. I o owym. I o tamtym też. Taaaaak… klik

środa, 6 kwietnia 2011

If you can't make your mind up: będę się smażyć w piekle, czyli Ela mnie nienawidziła przez dobę, a ja lubię ten chaos

    - Nienawidzę cię - wykrzyczała mi wczoraj prosto w plecy Ela. A dzisiaj napisała świetny artykuł. I nie wykrzyczała niczego. W takich chwilach zastanawiam się jednak, ile powinno być krzyku w czyichś emocjach, aby nie przesadzić i mieć furtkę, przez którą można wślizgnąć się prawie niepostrzeżenie, a Magda zaparza zieloną herbatę i wytwarza wokół mnie chaos papierzany. W zasadzie wystarczy, że wyciągnie segregator z ZAIKS-em. To przestawia moje myśli na inne tory. Mądrą mam asystentkę.Wiem, że każdy ma swoją rację i każdy ma swój dzień. Wczoraj między innymi ścigałam się z czasem, programem, samochodem i prywatnymi sprawami osoby, z którą robiłam wywiad, ale to bynajmniej nie przytępiło mi umiejętności oceny.
- Dziękuję, że się pani zgodziła. Świadoma jestem, że będę się smażyć w piekle.
- I dobrze.
Tak... Może się i będę smażyć, chociaż miło takie coś powiedzieć, kiedy całą resztę się już ma na taśmie, a kamerzysta chowa cały sprzęt. Są to te drobne chwile, które dają posmak dziennikarstwa większego niż lokalne. Ale chyba jedynie ja i on mamy na razie takie ambicje. Część mojego zespołu pragnie małej stabilizacji i spokojnych nagrań uzgodnionych w szczegółach, a część nie wie jeszcze, czego w ogóle pragnie. Dlatego ja biegam, oni coraz szybciej chodzą i każdy spełnia się w wyznaczonych przez siebie ramach. A to już sukces. Dzisiaj z dziką rozkoszą zagłębiłam się w swoim fotelu, włączyłam prywatną muzykę i zdjęłam pod biurkiem obcasy. Uczucie warte grzechu. Za rzadko w nim ostatnio siadałam. Niestety obecnie niczego już nie odpuszczam, chociaż na pozór ponoć nadal miła jestem. Chyba, że akurat przeczytam kiepski tekst. Być może... klik

If you can’t make your mind up: będę się smażyć w piekle, czyli Ela mnie nienawidziła przez dobę, a ja lubię ten chaos

       – Nienawidzę cię – wykrzyczała mi wczoraj prosto w plecy Ela. A dzisiaj napisała świetny artykuł. I nie wykrzyczała niczego. W takich chwilach zastanawiam się jednak, ile powinno być krzyku w czyichś emocjach, aby nie przesadzić i mieć furtkę, przez którą można wślizgnąć się prawie niepostrzeżenie, a Magda zaparza zieloną herbatę i wytwarza wokół mnie chaos papierzany. W zasadzie wystarczy, że wyciągnie segregator z ZAIKS-em. To przestawia moje myśli na inne tory. Mądrą mam asystentkę.Wiem, że każdy ma swoją rację i każdy ma swój dzień. Wczoraj między innymi ścigałam się z czasem, programem, samochodem i prywatnymi sprawami osoby, z którą robiłam wywiad, ale to bynajmniej nie przytępiło mi umiejętności oceny.
- Dziękuję, że się pani zgodziła. Świadoma jestem, że będę się smażyć w piekle.
- I dobrze.
Tak… Może się i będę smażyć, chociaż miło takie coś powiedzieć, kiedy całą resztę się już ma na taśmie, a kamerzysta chowa cały sprzęt. Są to te drobne chwile, które dają posmak dziennikarstwa większego niż lokalne. Ale chyba jedynie ja i on mamy na razie takie ambicje. Część mojego zespołu pragnie małej stabilizacji i spokojnych nagrań uzgodnionych w szczegółach, a część nie wie jeszcze, czego w ogóle pragnie. Dlatego ja biegam, oni coraz szybciej chodzą i każdy spełnia się w wyznaczonych przez siebie ramach. A to już sukces. Dzisiaj z dziką rozkoszą zagłębiłam się w swoim fotelu, włączyłam prywatną muzykę i zdjęłam pod biurkiem obcasy. Uczucie warte grzechu. Za rzadko w nim ostatnio siadałam. Niestety obecnie niczego już nie odpuszczam, chociaż na pozór ponoć nadal miła jestem. Chyba, że akurat przeczytam kiepski tekst. Być może… klik

sobota, 2 kwietnia 2011

z perspektywy snu z mrówkami i bez, czyli porządki wiosenne

    Wyspałam się dzisiaj nieprzyzwoicie i za ostatnie czasy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam pełny weekend w domu bez jednej minuty poświęconej pracy. I nie ma znaczenia, że po albo przed mam dzień wolny - dwa dni z rzędu po tygodniu obowiązków to jednak dobry patent. W dodatku jeden z nich można przeznaczyć na porządki, a praca fizyczna ma swoje zalety. Pozornie wyłącza myślenie, faktycznie przełącza je na bardzo konkretne refleksje. Złapałam się dzisiaj kilka razy na tym, że podsłuchałam swoją podświadomość, która knuła coś jakby absolutnie poza mną, a przy okazji zaczęłam zastanawiać się nad istotą snu. Może pod wpływem incepcji? Ostatnio śniły mi się mrówki. Wielkie, czarne, łażące po platformie ze słomą, której brzydziłam się dotknąć, chociaż była czysta. Każdej nocy coś mi się śni, a swój sen wypieram z myśli zawsze przy porannej kawie. Ten mi jednak jakoś w nich utkwił, chociaż nie był specjalnie zły/dobry/ciekawy/miły/przerażający. Może właśnie dlatego? Mam problem z urlopem. Niby zaplanowany, a jednak okazało się, że data ulegnie przesunięciu o nie wiadomo ile, ponieważ w wybranym przeze mnie i zatwierdzonym przez przełożonych czasie muszę służbowo gościć w kilku miejscach jednocześnie, a prawdopodobnie sklonowana poprowadzę plener malarski. Brzmi logicznie. Przecież.
     Po dzisiejszym sprzątaniu mieszkanie jest sterylne, a drań ubawiony możliwością zrobienia rewolucji przed podjęciem działań porządkujących. I szczerze zaangażowany w pomoc.
- Oddzwonię potem - powiedział ślubny odbierając telefon od Marka - bo moja żona właśnie wzięła środki chemiczne i rozpętała piekło. klik

z perspektywy snu z mrówkami i bez, czyli porządki wiosenne

    Wyspałam się dzisiaj nieprzyzwoicie i za ostatnie czasy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam pełny weekend w domu bez jednej minuty poświęconej pracy. I nie ma znaczenia, że po albo przed mam dzień wolny – dwa dni z rzędu po tygodniu obowiązków to jednak dobry patent. W dodatku jeden z nich można przeznaczyć na porządki, a praca fizyczna ma swoje zalety. Pozornie wyłącza myślenie, faktycznie przełącza je na bardzo konkretne refleksje. Złapałam się dzisiaj kilka razy na tym, że podsłuchałam swoją podświadomość, która knuła coś jakby absolutnie poza mną, a przy okazji zaczęłam zastanawiać się nad istotą snu. Może pod wpływem incepcji? Ostatnio śniły mi się mrówki. Wielkie, czarne, łażące po platformie ze słomą, której brzydziłam się dotknąć, chociaż była czysta. Każdej nocy coś mi się śni, a swój sen wypieram z myśli zawsze przy porannej kawie. Ten mi jednak jakoś w nich utkwił, chociaż nie był specjalnie zły/dobry/ciekawy/miły/przerażający. Może właśnie dlatego? Mam problem z urlopem. Niby zaplanowany, a jednak okazało się, że data ulegnie przesunięciu o nie wiadomo ile, ponieważ w wybranym przeze mnie i zatwierdzonym przez przełożonych czasie muszę służbowo gościć w kilku miejscach jednocześnie, a prawdopodobnie sklonowana poprowadzę plener malarski. Brzmi logicznie. Przecież.
     Po dzisiejszym sprzątaniu mieszkanie jest sterylne, a drań ubawiony możliwością zrobienia rewolucji przed podjęciem działań porządkujących. I szczerze zaangażowany w pomoc.
- Oddzwonię potem – powiedział ślubny odbierając telefon od Marka – bo moja żona właśnie wzięła środki chemiczne i rozpętała piekło. klik

wtorek, 22 marca 2011

dwanaście kociąt, czyli wiosna i geniusz

    Opary absurdu, które od wczoraj zaczęły krążyć po moim piętrze jeszcze mnie nie przytłoczyły. Być może przywykłam, a może to po prostu wiosna? Poczułam ją dzisiaj już nawet w obcasach. Stukają jakby mniej głucho. Rozpoczęłam również nagle, spontanicznie i dzisiaj proces twórczych zmian w mieszkaniu i mam totalnie  w nosie, że od przyszłego tygodnia zaczyna się remont przedpokoju. Posprzątam ponownie. Phi! Wystarczy mnie tylko wcześniej zdenerwować.
I kiedy akurat majtałam rytmicznie miękką ściereczką po szybie, zadzwoniła Ewa z pytaniem, czy zapisujemy swoje dzieci do Akademii Geniusza, bo ona dziewczynkę to chciałaby, ale żeby było dziewczynce raźniej, to może bym i ja drania tak też. Spojrzałam zatem na swoje dziecko krytycznie. Nie żebym mu genialność odbierała. Nie... ale jakiś taki mały mi się wydał, a przy okazji uciapany magicznymi mazakami, którymi ponoć upaciać się nie da i szczęśliwy na tle malowniczego bałaganu z totalnym bajzlem na drugim planie. Nie... zdecydowanie ujrzałam po prostu drania.
- A prawda, że super będzie, jak nasze kotki będą mieć dzidziusie? - zapytał zamyślony drań świadomy, że mu się przyglądam.
- Taaaa... - wyobraziłam sobie 12 kociąt w domu i swoje dziecko w ławach Akademii Geniusza. Za rok.

dwanaście kociąt, czyli wiosna i geniusz

    Opary absurdu, które od wczoraj zaczęły krążyć po moim piętrze jeszcze mnie nie przytłoczyły. Być może przywykłam, a może to po prostu wiosna? Poczułam ją dzisiaj już nawet w obcasach. Stukają jakby mniej głucho. Rozpoczęłam również nagle, spontanicznie i dzisiaj proces twórczych zmian w mieszkaniu i mam totalnie  w nosie, że od przyszłego tygodnia zaczyna się remont przedpokoju. Posprzątam ponownie. Phi! Wystarczy mnie tylko wcześniej zdenerwować.
I kiedy akurat majtałam rytmicznie miękką ściereczką po szybie, zadzwoniła Ewa z pytaniem, czy zapisujemy swoje dzieci do Akademii Geniusza, bo ona dziewczynkę to chciałaby, ale żeby było dziewczynce raźniej, to może bym i ja drania tak też. Spojrzałam zatem na swoje dziecko krytycznie. Nie żebym mu genialność odbierała. Nie… ale jakiś taki mały mi się wydał, a przy okazji uciapany magicznymi mazakami, którymi ponoć upaciać się nie da i szczęśliwy na tle malowniczego bałaganu z totalnym bajzlem na drugim planie. Nie… zdecydowanie ujrzałam po prostu drania.
- A prawda, że super będzie, jak nasze kotki będą mieć dzidziusie? – zapytał zamyślony drań świadomy, że mu się przyglądam.
- Taaaa… – wyobraziłam sobie 12 kociąt w domu i swoje dziecko w ławach Akademii Geniusza. Za rok.

poniedziałek, 21 marca 2011

Coś się kończy…

… coś zaczyna.
Jak zawsze. A jednak szkoda tak jednym kliknięciem usunąć wszystko to, co było, minęło, zostało w myślach, albo niepamięci. Być może to eskejpizm, a może głupota, ale jednak zostaję. Również tu. I to właśnie teraz. Potrzebuję tego miejsca, ponieważ nawet, kiedy obnażam swoje myśli i piszę wprost o tym, co czuję, brakuje mi autografu. Nieco ezopowego, a jednak mojego.

piątek, 18 marca 2011

zowsim ne etyczna

    Pani wczoraj dokonała ostatecznej przeprowadzki tutaj. Jeszcze chwilowo czuję się co prawda jak osiołek, któremu w żłoby dano - miły bowiem i owies i siano. Osiołkowi. Ha! Nie chwaliłam się jeszcze, że przeszłam ostatnio wzorowo kontrolę KRRiT. Ha! pani wyraźnie na głęboką wodę została rzucona, ale daję radę. Też wyraźnie. Przecież na tej głębokiej pływa się najwspanialej. Dawno nie pływałam... Mam ochotę na jeziora w tym roku. Drań zdecydowanie chce nad morze. Ślubny mruczy o górach. Uhm... uczy się mruczeć. A ja uczę się nie usypiać przy tym mruczeniu w pierwszych jego sekundach. "Mamusiu nie przytulaj się do taty, przytul się do mnie" zażądał dzisiaj drań zaraz po władowaniu się do naszego łóżka tylko po to, aby oznajmić, że jest szósta rano, czyli najdoskonalsza pora na pobudkę. Zwłaszcza wtedy, gdy mam wolny dzień. Takie bowiem też miewam, wbrew powszechnie panującej opinii. Jutro jedziemy do stolicy. Najpierw do organoleptycznej, potem do encyklopedii. Naszykowałam właśnie stosik prezentów, niespodzianek i słodkości. Dobry dzień będzie jutro. Ja wiem, że wszystko wokół się wali i powinnam być nieco bardziej zaangażowana. Ale ja potrzebuję tego mruczenia i tej atmosfery przegadanej, w myślach mam bowiem zakład Pascala i jak tylko naładuję akumulatory, obiektywniej patrzę. klik

czwartek, 17 marca 2011

Remanent…

    … raczej nie chwilowo pani jest gdzieś indziej.
Ale może wróci, bo tęskni jednak i za tym miejscem. Pani.

niedziela, 6 marca 2011

sway

    Właśnie wróciłam z koncertu w szkole muzycznej i z rozkoszą zamknęłam temat karnawału. Przyniósł mi on kilka nowych stwierdzeń, kilka zaskakujących doświadczeń, wiele materiałów, dwie pary obcasów i jedną torebkę. I świadomość, że to dopiero początek. Świadomość, która jakoś tak pojawiła się pewnego ranka, kiedy wbiegałam pustymi schodami pustego budynku do swojego pokoju, który już w każdym milimetrze jest mój: moje repliki, moje książki pomocne na co dzień w tym miejscu, moje drobiazgi z materiałów na bardziej interesujący mnie temat, moje kwiaty, które przeforsowałam wbrew zdziwieniu, że wytrzymają, moje ustawienie sprzętów i mój zapach w kontakcie. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim pojawiła się kilka dni temu również moja druga stażystka, która mile zaskoczyła mnie swoją wiedzą. Nie chodzi nawet o to, że zdjęłam zimowe ubrania i przekornie noszę wiosenne marznąc zazwyczaj, nie chodzi również o to, że wprowadziłam kolejne zmiany, które przyjęły się bez problemu. Jakoś tak po prostu mam poczucie, że idę intuicyjnie i wiem już, czego mogę się spodziewać w każdym momencie sześciennym nowej przestrzeni, odbieram ją całą sobą i poruszam płynnie. A to znak, że wiosna tuż tuż. I właściwie to strach się bać, że to dopiero początek. klik