Dzisiaj zaczęłam urlop, a drań ferie. Co prawda dziecko moje własne postanowiło pójść dzisiaj do przedszkola ze względu na walentynki, "bo mamusiu ta Leenkaa to wiesz..." Wiem, wiem. Poszedł. Był nawet bal walentynkowy. A ponieważ jednego chłopaka w domu miałam mniej, zaszalałam ze sprzątaniem i gotowaniem, zakupiłam dwa żakiety i okulary słoneczne, "bo kochanie zupełnie nie mam co na siebie włożyć wiesz...", a potem utonęłam w Marinie Zafona. Uwielbiam czytać jego książki. Uwielbiam Barcelonę widzianą jego oczami. Uwielbiam mieć wrażenie, że to wszystko jest namacalne. Chociaż właściwie to wszystko jest namacalne - jedno bardziej, drugie mniej, zależy tylko, co chcemy namacać.
Czy pisałam już, że wpadłam w zachwyt i stoję między dwoma miastami, dwoma światami i jest mi dobrze? Minął kolejny tydzień. Pełen emocji, decyzji, dopinania programu, pisania artykułów na wczoraj, radości i przekleństw rzucanych pod nosem. Jeszcze dwa dni temu robiłam zapowiedź stojąc na deskach teatru, a dzisiaj siedzę na sofce, sączę ulubione i oswajam się z myślą, że mogę wyłączyć telefon i myślenie, ponieważ program wetknięty w ramy, tematy ustalone, teksty upchnięte w szpaltach, kwiatki podlane, znienawidzony Word zamknięty, słuchawki odłożone na miejsce.
... każdy mój dzień ostatnio to opowieść. Taka, która zaczyna się drogą przez las, a kończy różnie. Czasem przez las, czasem z nerwem, czasem z radością większą niż kiedyś bym pomyślała. W sobotę wracając do domu zobaczyłam trzy sarny przechodzące w poprzek mojej drogi i zająca patrzącego w światła samochodu podczas szybkiego biegu przed siebie. Zabawne. Zwłaszcza te oczy.
- Wiesz dlaczego kobiety mają w ciągu dnia tak dużo do zrobienia? - zapytał mnie ostatnio operator kamery - Bo w nocy śpią - odpowiedział chichrając się po pachy. Ja się też śmiałam jeszcze.
Od października zaczynam kolejne podyplomowe. Tym razem muzealnictwo i ochronę zabytków. Tak wyszło. Po raz kolejny zauważyłam, że wystarczy czegoś bardzo chcieć, a wszystko biegnie już sobie właściwą dróżką. Wąską, ale miłą. Jak pomyślę, że swoje studia zaczynałam na kierunku łączącym historię sztuki i filologię klasyczną, mam świadomość ironii losu. Wracam do początku. A może potrzebowałam piętnastu lat, aby dojrzeć do tego, co intuicyjnie podpowiedział mi Kraków? Rozmawiałam wczoraj z Kajką. Nie potrafi mnie już zrozumieć. Ona ma męża, dziecko, pół etatu, właśnie kupione mieszkanie i brak marzeń. Wczoraj po raz kolejny uderzyła mnie świadomość, jak bardzo moja wizja świata oddala się od wizji moich licealnych przyjaciółek. Ja mam jeszcze czas i plany, one mają już wspomnienia. Nie zrozumiała mojego zachwytu nad tymi sarnami. A dla mnie to było niezwykłe: jadę samochodem, asfaltowa droga przez puszczę, wiek XXI, teren skażony wszystkim i trzy piękne sarny przechodzące z gracją przez drogę. Draniowi musiałam opowiadać kilka razy - za każdym widziałam fascynację w oczkach i ślubnego, który przysłuchiwał się uśmiechnięty twierdząc, że faktycznie musiało to być niesamowite. Było. Niesamowite jest również to, że od lat znam puszczę, ale poznaję ją dopiero teraz. I siebie. A myślałam, że się znam. Nigdy bardziej się nie myliłam. klik
poniedziałek, 14 lutego 2011
niedziela, 13 lutego 2011
koloście po elipsie, czyli z łańcuszkiem
Pani życie zatoczyło eleganckie koło biegnąc po idealnej elipsie i niejako wróciło do początku. Zabawne, że kierunek studiów niejako wymuszony jako pierwszy stał się teraz punktem wyjścia do studiów podyplomowych i obecną moją pasją. Pasją, żeby nie powiedzieć: obsesją. Zamykam się na całe godziny w dźwiękach i obrazach. Szczelnie zamykam uszy na dźwięki zewnętrzne, aby skupić myśli w rytmie muzyki cerkiewnej i chorałów gregoriańskich. Długo podglądam obrazy. Mam już ulubione ikony. Przede mną ochrona zabytków i muzealnictwo. Politykę omijam szerokim łukiem, chociaż szanuję człowieka. A jednak bawię się jednym i drugim każdego dnia. Ślubny patrzy lekko uśmiechnięty i wcale niezadziwiony, ja świat stwarzam i nie mają znaczenia lata, które na wiele spraw muszę poświęcić, bo czym jest czas wobec przyjemności?
*****
... łańcuszkowo:
Dziękuję Genevieve za wyróżnienie i za to, że jest obok mnie w tym światku blogowym.
dostaje ode mnie:
Aga za to, że jest pełna emocji i szczera, mogę jej powiedzieć wiele.
DoDa za asertywność, szczerość i spieranie się ze światem.
Fabien za jej delikatność, wrażliwość i Lilith.
Jutka za to, że jest Judką a nie Judytą, jeździ w góry i nie zważa na Czas.
Majeczka za to, że nie wstydzi się swoich myśli, jest naturalna i ceni życie.
Maczka za to, że stuka obcasami, ma swój świat i czasem się ukrywa.
Margarytka za to, że jest, jest pełna realizmu, ma cierpliwość do mnie, mogę do niej zadzwonić i mówić czasem bez ładu i składu, lubi wiele z tego, co ja.
Rosomaczka za jej potencjał i emocjonalność skrywane prawie idealnie.
Tanyuśka za jej ciepłolubność, umiłowanie lenistwa i kotów, asertywność i ogromne serducho.
Virginia za jej pasje, dobroć, wrażliwość i karuzelę z kobietami.
Zielona za to, że jest dziewczynką, znosi moje poczucie humoru i skrywa ogromną wrażliwość, dobroć i wiedzę.
Szczur za to, że znalazł sposób na pokręcony świat, nie przejmuje się głupotą wielu, ma dużą wiedzę i lubię opary absurdu, w których ją chowa.
Wachmistrz za język i za to, że muszę się wysilić, aby go przeczytać, za dobroć i punkt patrzenia.
* Miałam wyróżnić 10 osób, ale reguły są po to, aby je łamać. Wyróżnieni natomiast reguły mogą łamać dalej, lub zachować - zabawa to zabawa :)
*****
... łańcuszkowo:
Dziękuję Genevieve za wyróżnienie i za to, że jest obok mnie w tym światku blogowym.
dostaje ode mnie:Aga za to, że jest pełna emocji i szczera, mogę jej powiedzieć wiele.
DoDa za asertywność, szczerość i spieranie się ze światem.
Fabien za jej delikatność, wrażliwość i Lilith.
Jutka za to, że jest Judką a nie Judytą, jeździ w góry i nie zważa na Czas.
Majeczka za to, że nie wstydzi się swoich myśli, jest naturalna i ceni życie.
Maczka za to, że stuka obcasami, ma swój świat i czasem się ukrywa.
Margarytka za to, że jest, jest pełna realizmu, ma cierpliwość do mnie, mogę do niej zadzwonić i mówić czasem bez ładu i składu, lubi wiele z tego, co ja.
Rosomaczka za jej potencjał i emocjonalność skrywane prawie idealnie.
Tanyuśka za jej ciepłolubność, umiłowanie lenistwa i kotów, asertywność i ogromne serducho.
Virginia za jej pasje, dobroć, wrażliwość i karuzelę z kobietami.
Zielona za to, że jest dziewczynką, znosi moje poczucie humoru i skrywa ogromną wrażliwość, dobroć i wiedzę.
Szczur za to, że znalazł sposób na pokręcony świat, nie przejmuje się głupotą wielu, ma dużą wiedzę i lubię opary absurdu, w których ją chowa.
Wachmistrz za język i za to, że muszę się wysilić, aby go przeczytać, za dobroć i punkt patrzenia.
* Miałam wyróżnić 10 osób, ale reguły są po to, aby je łamać. Wyróżnieni natomiast reguły mogą łamać dalej, lub zachować - zabawa to zabawa :)
piątek, 4 lutego 2011
Pani Shudder to Think
Prawdopodobnie zupełnie niepotrzebnie panią pokusiło rano w pracy przy kawie, aby przejrzeć wiadomości w internecie. Przypadkiem bowiem lub dziwnym zbiegiem okoliczności natrafiła na horoskop. Który zazwyczaj omijam wzrokiem i czynem. Który sam w sobie zawsze nieco mnie śmieszy, zazwyczaj mija się z prawdą, a przede wszystkim szufladkuje ludzi na 12 kategorii bez zastanowienia. Piję zatem gorącą espresso, za oknem piękny poranek, okno otwarte, kaloryfer zakręcony i czytam, że dzień nie będzie należał do spokojnych, przyniesie wiele konfliktów i trudnych sytuacji, a ja powinnam uczyć się cierpliwości i starać się nie przeforsować organizmu. Pani setnie uśmiała się z proroctwa i postanowiła je między bajki włożyć, zapisując zadania na zaczynający się właśnie dzień, sprawdzając listę nagrań i zabierając się do zakańczania długachnego artykułu.
Jednak kilka kwadransów później pani w czarnym kostiumie (o bossszeeee, wiem...) i wysokaśnych obcasach, pełna czarnego humoru, wsłuchana w bluesowe głosy w słuchawkach i, na szczęście, pozbawiona czarnych myśli zauważyła tuż po zdjęciu słuchawek i odłożeniu projektu z całą stertą ważnych zapisków, że wokół panuje cisza. Dziwna cisza. Pani ciszę lubi, ale nie w redakcji. A tu cisza potęgowana ciszą. I wtedy pani podniosła się energicznie gryząc w paszczy słowa szpetne - z całą pewnością mogłabym nawet w tym momencie zakrzyknąć: ha! A kiedy pani się podniosła i prawie zakrzyknęła, wydarzenia potoczyły się już lawinowo - padł sprzęt, serwery ogłosiły bunt, a redakcja zawrzała kłótnią o praktycznie nieistotne szczegóły, które niektórym tkwiły w oku, niektórym w obiektywie, a mnie zawisły w uszach. I, jak to zazwyczaj bywa w sytuacji wolności słowa, usłyszałam wiele tekstów skierowanych w przestrzeń, a tego ukierunkowania szczególnie nie lubię, rzuconych nieco pochopnie i absolutnie samobójczo.
Dzień istotnie do łatwych nie należał. Prawdopodobnie biometr był dzisiaj wyjątkowo niekorzystny, albo mikroklimat wpłynął na znaczne obniżenie ciśnienia. Pierwszy raz pani przyszło zetrzeć się z całą redakcją w ogóle, a w szczególe z poszczególnymi jej jednostkami. Chwilami miałam wrażenie, że mózg mi wypłynie uszami, a chwilami musiałam mówić w sposób maksymalnie spowolniony, aby móc w trakcie wypowiadania słów panować nad ich brzmieniem. Program opóźnił się i znacząco spowolnił pracę, dopiero co przeforsowane pomysły zawisły gdzieś w przestrzeni i spadły w formie kości niezgody, a całość owiała atmosfera dumy i rozjuszonych emocji.
Wróciłam do domu później, z makabrycznym bólem głowy i postanowieniem, że podobna akcja nigdy się już nie powtórzy oraz nikłym uczuciem zadowolenia, że udało się dojść do konsensusu i osiągnąć akceptację w spornych kwestiach. Ponieważ kompromis to jednak nie jest dobre rozwiązanie. Kończy się morderczy maraton tematów godnych uwagi. Sama też jestem zmęczona. Nic na to nie poradzę. Wszyscy potrzebujemy odpoczynku, ale i odrobiny pozytywnego spojrzenia na to, co zostało zrobione. Czy jestem dumna? Zastanawiałam się przez całą drogę powrotną. Tak, jestem. Jestem dumna nawet z dzisiejszej awantury, ponieważ każdy powiedział o złogach na swojej wątrobie i oczyścił ją tym sposobem. Właśnie odebrałam kolejny sms z myślą niemal filozoficzną, że właściwie jest lepiej niż dobrze. Wiem. Inaczej bym się nie wczuwała. Zwłaszcza w ten kostium i bal charytatywny jutro.
Właśnie wzięłam długą kąpiel, wypiłam filiżankę zielonej herbaty, stopy umieściłam w mięciutkich stopkach i mam zamiar wyłączyć myślenie, przełączyć się jedynie na słuchanie. Muzyki i ślubnego. Mam weekend. I czyste sumienie. I ciśnienie ustabilizowane w okolicach normy. Czyli mogę zacząć regenerację organizmu. klik
Jednak kilka kwadransów później pani w czarnym kostiumie (o bossszeeee, wiem...) i wysokaśnych obcasach, pełna czarnego humoru, wsłuchana w bluesowe głosy w słuchawkach i, na szczęście, pozbawiona czarnych myśli zauważyła tuż po zdjęciu słuchawek i odłożeniu projektu z całą stertą ważnych zapisków, że wokół panuje cisza. Dziwna cisza. Pani ciszę lubi, ale nie w redakcji. A tu cisza potęgowana ciszą. I wtedy pani podniosła się energicznie gryząc w paszczy słowa szpetne - z całą pewnością mogłabym nawet w tym momencie zakrzyknąć: ha! A kiedy pani się podniosła i prawie zakrzyknęła, wydarzenia potoczyły się już lawinowo - padł sprzęt, serwery ogłosiły bunt, a redakcja zawrzała kłótnią o praktycznie nieistotne szczegóły, które niektórym tkwiły w oku, niektórym w obiektywie, a mnie zawisły w uszach. I, jak to zazwyczaj bywa w sytuacji wolności słowa, usłyszałam wiele tekstów skierowanych w przestrzeń, a tego ukierunkowania szczególnie nie lubię, rzuconych nieco pochopnie i absolutnie samobójczo.
Dzień istotnie do łatwych nie należał. Prawdopodobnie biometr był dzisiaj wyjątkowo niekorzystny, albo mikroklimat wpłynął na znaczne obniżenie ciśnienia. Pierwszy raz pani przyszło zetrzeć się z całą redakcją w ogóle, a w szczególe z poszczególnymi jej jednostkami. Chwilami miałam wrażenie, że mózg mi wypłynie uszami, a chwilami musiałam mówić w sposób maksymalnie spowolniony, aby móc w trakcie wypowiadania słów panować nad ich brzmieniem. Program opóźnił się i znacząco spowolnił pracę, dopiero co przeforsowane pomysły zawisły gdzieś w przestrzeni i spadły w formie kości niezgody, a całość owiała atmosfera dumy i rozjuszonych emocji.
Wróciłam do domu później, z makabrycznym bólem głowy i postanowieniem, że podobna akcja nigdy się już nie powtórzy oraz nikłym uczuciem zadowolenia, że udało się dojść do konsensusu i osiągnąć akceptację w spornych kwestiach. Ponieważ kompromis to jednak nie jest dobre rozwiązanie. Kończy się morderczy maraton tematów godnych uwagi. Sama też jestem zmęczona. Nic na to nie poradzę. Wszyscy potrzebujemy odpoczynku, ale i odrobiny pozytywnego spojrzenia na to, co zostało zrobione. Czy jestem dumna? Zastanawiałam się przez całą drogę powrotną. Tak, jestem. Jestem dumna nawet z dzisiejszej awantury, ponieważ każdy powiedział o złogach na swojej wątrobie i oczyścił ją tym sposobem. Właśnie odebrałam kolejny sms z myślą niemal filozoficzną, że właściwie jest lepiej niż dobrze. Wiem. Inaczej bym się nie wczuwała. Zwłaszcza w ten kostium i bal charytatywny jutro.
Właśnie wzięłam długą kąpiel, wypiłam filiżankę zielonej herbaty, stopy umieściłam w mięciutkich stopkach i mam zamiar wyłączyć myślenie, przełączyć się jedynie na słuchanie. Muzyki i ślubnego. Mam weekend. I czyste sumienie. I ciśnienie ustabilizowane w okolicach normy. Czyli mogę zacząć regenerację organizmu. klik
niedziela, 30 stycznia 2011
Tres bien, czyli polonezem między sobotami.
Trzy studniówki za mną, jedna jeszcze przede mną. Przede mną również bal charytatywny. Mąż mój własny i osobisty jakoś zniósł moją potrzebę dobrania na ten cel garderoby. Natomiast ja sama dzisiaj jestem już lekko zmęczona brakiem pełnych weekendów, z drugiej strony polonez od zawsze mnie ujmuje i niejako rekompensuje całą resztę. Od kilku lat nie mogę w chwili, gdy go słyszę, przemóc wrażenia, że historia zatacza koło i po raz kolejny widzę wkraczanie w dorosłość. Być może dzięki temu sama każdego roku w nią wkraczam na swój sposób. Wczoraj przyszło mi na myśl, że mogłabym mieć dzisiejszą wiedzę i możliwości pięć lat temu. Pięć lat temu byłam zaaferowana innymi priorytetami i równie szczęśliwa. A to znaczy, że wszystko od zawsze jest na właściwym miejscu, nawet jeśli jest względne, a przekraczanie dorosłości to po prostu kolejne odkrycia pokładów swoich możliwości stwórczych.
Obecnie króluje polonez Kilara, mój pierwszy w życiu należał do Ogińskiego, w maturalnej wbrew sobie szłam w takt Vangelisa, a teraz nie wiem, który jest piękniejszy. Chociaż ten narzucony mojemu rocznikowi prawdopodobnie odgórnie namaścił nas na odkrywców. Przede wszystkim swoich możliwości. Zatem odkrywam, że jeszcze dużo przede mną kroków w dorosłość, która nigdy nie jest dostatecznie pełna w moim mniemaniu. klik
Obecnie króluje polonez Kilara, mój pierwszy w życiu należał do Ogińskiego, w maturalnej wbrew sobie szłam w takt Vangelisa, a teraz nie wiem, który jest piękniejszy. Chociaż ten narzucony mojemu rocznikowi prawdopodobnie odgórnie namaścił nas na odkrywców. Przede wszystkim swoich możliwości. Zatem odkrywam, że jeszcze dużo przede mną kroków w dorosłość, która nigdy nie jest dostatecznie pełna w moim mniemaniu. klik
piątek, 28 stycznia 2011
kalejdoskop i klik ze względu na dźwięki słów z odrzuceniem ich znaczenia, czyli pani jest dobrze a chaos ma sens
Trzy ostatnie tygodnie zlały mi się w zaledwie kilka dni. Drań w tym czasie skończył sześć lat i zdmuchnął dumnie świeczki na torcie, a ja po raz szósty odczułam wszystkie emocje, a przede wszystkim ogromną radość, że on jest. Jego druga jedynka dolna dołączyła do zbioru Zębuszki, a górna zbliża się do wyjścia z paszczy. Ogrywam chłopaków w Monopol zgarniając całą kasę, po raz kolejny czytam draniowi "Chatkę Pchatka" i chociaż znam ją na pamięć śmieję się w tych samych miejscach, w tych samych zmieniam głos i intonację. Kłapouchy nieustannie mnie bawi, Puchatek inspiruje, prosiaczek wzrusza. Praca pociąga mnie coraz bardziej. Odnajduję się w nowej sytuacji tak bardzo, że sama nie potrafię tego zrozumieć. Miłe, kiedy ktoś docenia nasze starania i zauważa efekty. Uczę się wielu rzeczy, o których wcześniej nawet nie pomyślałam. Ogarniam sferę dźwięku i parametrów. Tupię obcasami, ufam zespołowi i kontroluję ich pracę z uporem maniaka. Wdzięczna jestem, gdy ktoś bierze do korekty moje teksty, ponieważ ja już nie mam czasu nawet na swoje, a pamiętam, że jeszcze niedawno to właśnie miało być jedno z głównych moich zajęć. I dawało mi satysfakcję. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Wreszcie ilinx działa bezbłędnie. A zawsze tego chciałam. Mnóstwo ludzi, dużo zdarzeń, jakaś polityka w tle i bezmiar kultury. Łapię się na tym, że chwilami mam na ustach bezwiedny uśmiech. To chyba oznaka szczęścia. Nie przynoszę pracy do domu. Przynoszę opowieści, ale i tak Internet wyprzedza mnie zawsze - zanim zdążę wrócić, mąż mój własny i osobisty ogląda efekty mojego dnia. Zabawa słowami i obrazem to jednak duża frajda. Jeszcze nigdy aż tak nie bawiłam się pracą. Teraz nadrabiam zaległości. I im bardziej jestem po humanistycznej stronie życia, tym bardziej uświadamiam sobie fizykę - wszystko jest względne, a dwa wymiary to po prostu za mało.
W środę zasiadłam na fotelu fryzjerskim mojej Aldonki i stwierdziłam, że dorosłam do Tycjana - ona zaś stwierdziła, że Tycjan właśnie z mody wyszedł i woli nie kombinować, bo i tak za kilka dni przybiegnę po swoją króciuńką fryzurę. Prawdopodobnie miała rację, ponieważ ja faktycznie czuję się niesamowicie lekka w tych krótkich włosach. W ogóle czuję się lekka. I wcale minie przeszkadza fakt, że spadł śnieg, a ja nabyłam czarny kapelusz z różowymi kwiatkami z filcu. Nabyłam też koszule w kratę i bransoletki w dziwnych kształtach. Cieszę się, że jutro sobota. W planach szaleństwa w parku, spaghetti i totalne nicnierobienie, a wieczorem studniówka. I nawet wiem, w co się ubiorę. To straszne, ale chaos to faktycznie początek uporządkowania sfer. klik
W środę zasiadłam na fotelu fryzjerskim mojej Aldonki i stwierdziłam, że dorosłam do Tycjana - ona zaś stwierdziła, że Tycjan właśnie z mody wyszedł i woli nie kombinować, bo i tak za kilka dni przybiegnę po swoją króciuńką fryzurę. Prawdopodobnie miała rację, ponieważ ja faktycznie czuję się niesamowicie lekka w tych krótkich włosach. W ogóle czuję się lekka. I wcale minie przeszkadza fakt, że spadł śnieg, a ja nabyłam czarny kapelusz z różowymi kwiatkami z filcu. Nabyłam też koszule w kratę i bransoletki w dziwnych kształtach. Cieszę się, że jutro sobota. W planach szaleństwa w parku, spaghetti i totalne nicnierobienie, a wieczorem studniówka. I nawet wiem, w co się ubiorę. To straszne, ale chaos to faktycznie początek uporządkowania sfer. klik
niedziela, 16 stycznia 2011
Pani...
... od jakiegoś czasu zastanawia się, co zrobić z autografem. Niby trochę ciąży, ale jednak szkoda go. Doszłam do tego punktu, kiedy mogę z pełną stanowczością stwierdzić, że pisanie bloga po kilku latach staje się perwersyjnym zajęciem, które daje dziką radość. A to mnie przeraziło. I dlatego prawdopodobnie blog w jakiejś zmienionej formie zostanie. Ale czy zostanie pani? Obecnie pozwalam mu umierać śmiercią naturalną, jakich w zasadzie pełno tutaj. A przy okazji odkrywam masochistyczne zapędy mojej świadomości. Nie potrafię jednak pisać tak, aby nie napisać nic, a obecnie wolę nie być w miejscu, gdzie każdy może mnie znaleźć. Poza tym nie chcę naginać faktów i kluczyć ezopowo.
... pije drugą w dniu dzisiejszym kawę i z optymizmem w obserwuje statystyki, które spadają. A kawa jest pyszna. Zwłaszcza po studniówkowej nocy. Przede mną absolutnie leniwa niedziela gdzieś pomiędzy opowiadaniami Grabińskiego, obiadem gotowanym we trójkę, wieczorną, długą kąpielą i maratonem filmowym.
... pije drugą w dniu dzisiejszym kawę i z optymizmem w obserwuje statystyki, które spadają. A kawa jest pyszna. Zwłaszcza po studniówkowej nocy. Przede mną absolutnie leniwa niedziela gdzieś pomiędzy opowiadaniami Grabińskiego, obiadem gotowanym we trójkę, wieczorną, długą kąpielą i maratonem filmowym.
czwartek, 6 stycznia 2011
o tym, jak pani zasiadła i poprosiła o więcej, czyli historia najnowsza, w którą wierzyłam od samego początku, nawet jeśli nie ma to nic wspólnego ze skromnością, bo...
Pani wygodnie i lekko usiadła na fotelu mięciuchu z bardzo wysokim oparciem... Pani była wczoraj u kosmetyczki, która położyła mi fantastyczny kolor na paznokciach stóp. A potem wymasowała kark. Patrzę na nie z zachwytem, macham prawą nogą, czuję lekkość kręgosłupa i zastanawiam się, czemu zawsze tylko stopy maluję, skoro i tak przez większą cześć roku nikt ich nie widzi. Hm... ja je widzę i czuję. Czuję również smak ulubionego i satysfakcję. Właściwie to dzisiaj jest takie małe nasze świętowanie po cichu. Dzisiaj, bo wczoraj po powrocie od Iwonki pani nie dała rady. Padła. Zapachy kosmetyków lakshmi, świeca i relaksująca muzyka zrobiły swoje. Chociaż niekoniecznie to, co miały. Ale za to wyspałam się nieprzyzwoicie i wypoczęłam na tyle, aby dzisiaj piec z draniem rogaliki drożdżowe z powidłami, biegać po parku, skakać na skakance, odwiedzić dziadków i rodziców, a potem grać z chłopakami w statki i chińczyka.
A teraz pani opiera głowę o oparcie, popija ulubione, je okruszkami rogalika i stwierdza, że nie pamięta innego czasu i innych planów, niż obecne. Nie pamiętam też tak ogromnej satysfakcji. Nic się nie dzieje bez powodu. Bałam się zmian, ale chciałam zaryzykować. Chciałam zaryzykować, chociaż traciłam to, co było sensem mnie i co uwielbiałam robić. A teraz jestem dumna i spełniona. I tak cholernie świadoma rozjuszonych emocji. I jest mi z tym fantastycznie. Najszczęśliwsza twierdzi, że rozkwitam, rodzic płci męskiej, że chudnę, a ślubny, że moja stanowczość sięga Zenitu. A pani... dostała tabliczkę na drzwi, prawo decydowania, wygodny fotel, bieluśkie storczyki, stertę dokumentów i asystentkę jako dobrodziejstwo inwentarza tej owej tabliczki. I ogólne zadowolenie zespołu, że na fotelu zasiadł ktoś w koturnach i barwnych chustach, bo żakiety i czółenka są w tym miejscu nudne i zdecydowanie mniej kreatywne. Kreuje zatem pani swoją przyszłość najbliższą, popija łyczkami ulubione i wpisuje w podświadomy terminarz kolejne studia podyplomowe, dom z okiennicami, drugiego maluszka i wakacje tegoroczne na przełomie maja i czerwca. Niekoniecznie w tej kolejności, ale terminarz wie dokładnie, jak je poustawiać i jakie nadać im priorytety. Chcieć to móc, więc pani chce wiele i tylko z pozoru leniwie przystaje w pracy na kilka minut, aby uśmiechnąć się do buzi drania śmiejącej się do mnie ze zdjęcia. To chyba dzięki niemu tak biegnę. "Fajna z ciebie mamusia" - stwierdził zasypiając ostatnio. Uhm... się z nim zgodzę może nieskromnie, ale pani przestała być skromna już dawno. No właśnie... nieskromnie poproszę też i o więcej ulubionego. klik
A teraz pani opiera głowę o oparcie, popija ulubione, je okruszkami rogalika i stwierdza, że nie pamięta innego czasu i innych planów, niż obecne. Nie pamiętam też tak ogromnej satysfakcji. Nic się nie dzieje bez powodu. Bałam się zmian, ale chciałam zaryzykować. Chciałam zaryzykować, chociaż traciłam to, co było sensem mnie i co uwielbiałam robić. A teraz jestem dumna i spełniona. I tak cholernie świadoma rozjuszonych emocji. I jest mi z tym fantastycznie. Najszczęśliwsza twierdzi, że rozkwitam, rodzic płci męskiej, że chudnę, a ślubny, że moja stanowczość sięga Zenitu. A pani... dostała tabliczkę na drzwi, prawo decydowania, wygodny fotel, bieluśkie storczyki, stertę dokumentów i asystentkę jako dobrodziejstwo inwentarza tej owej tabliczki. I ogólne zadowolenie zespołu, że na fotelu zasiadł ktoś w koturnach i barwnych chustach, bo żakiety i czółenka są w tym miejscu nudne i zdecydowanie mniej kreatywne. Kreuje zatem pani swoją przyszłość najbliższą, popija łyczkami ulubione i wpisuje w podświadomy terminarz kolejne studia podyplomowe, dom z okiennicami, drugiego maluszka i wakacje tegoroczne na przełomie maja i czerwca. Niekoniecznie w tej kolejności, ale terminarz wie dokładnie, jak je poustawiać i jakie nadać im priorytety. Chcieć to móc, więc pani chce wiele i tylko z pozoru leniwie przystaje w pracy na kilka minut, aby uśmiechnąć się do buzi drania śmiejącej się do mnie ze zdjęcia. To chyba dzięki niemu tak biegnę. "Fajna z ciebie mamusia" - stwierdził zasypiając ostatnio. Uhm... się z nim zgodzę może nieskromnie, ale pani przestała być skromna już dawno. No właśnie... nieskromnie poproszę też i o więcej ulubionego. klik
sobota, 1 stycznia 2011
alfa i omega, czyli o mleczaku
Draniowi wczoraj wieczorem wypadł pierwszy mleczny ząb. Właściwie to został wypchnięty moim palcem wskazującym prawej ręki. No i się rozczuliłam... Nie dlatego, że drań był przejęty i nie dlatego, że odrobina krwi z ranki pociekła. Nie dlatego również, że ząbek malutki taki. Maleńki. Ja po prostu pamiętam, jak on właśnie jako ten pierwszy wyżynał się boleśnie, drań miał czterdziestostopniową gorączkę i zapiszczał przeraźliwie, kiedy dziąsło pękło, a my podziwialiśmy taką prawie szklaną ryskę w jego buzi. No właśnie... pamiętam. Jakoś tak nagle rozumiałam, że drań to już chłopiec i teraz czekają mnie kolejne zmiany świadczące o jego dorastaniu. I może to właśnie w obliczu tych myśli, skłębionych jakby w jednym obrazie ukrytym gdzieś między zwojami, w pierwszym odruchu miałam ochotę włożyć go z powrotem i udać, że nic się nie zmieniło. To był niesamowity rok. Przyniósł mi wiele doświadczeń, wiele nauczył, zmienił praktycznie wszystko. Chyba nic nie mogło go lepiej przypieczętować niż ów ząbek schowany teraz w pudełeczku na pierścionek.
czwartek, 30 grudnia 2010
krople i kropelki, czyli ubaw w życiu mam albo duży, albo wielki
Jest przedostatni dzień roku, siedzę jeszcze w pracy, piję rozkoszną herbatkę zieloną z ananasem, czekam na ślubnego i zastanawiam nad tym, co było. A było w tym roku wiele... dobrego, złego, bardzo złego, szczęśliwego, zmian. Jednak każdy rok zaczynam z nadzieją i kończę z nadzieją. Ponoć to matka głupich. Niech i tak będzie. W tych ogłupiałych czasach to właściwie komplement. Wczoraj, wracając z pracy do domu, widziałam trzy wypadki na odcinku zaledwie dwóch kilometrów. Straszne. Ogarnia mnie lekkie przerażenie, ponieważ zima za oknem, a my w każdy weekend stycznia mamy imprezy: w soboty studniówki, w niedziele koncerty. Tę ową trasę przejechać trzeba w dwie strony wzdłuż gęstego lasu po obu stronach drogi. Lubię tutejszy mikroklimat, ale droga jest dzięki niemu prawdziwie wredna. Zaczynam zatem już czarować, aby w styczniu śnieg nie padał w okolicach puszczy, starorzecza i powiatowego. Ponoć używamy jedynie kilku procent możliwości naszego umysłu. Może zatem faktycznie oczarowywanie i zaklinanie rzeczywistości jest w zasięgu ręki, wystarczy jedynie w to uwierzyć? Wierzę. Generalnie w wiele rzeczy wierzę. Od potężnych do całkiem bluźnierczych. Dzisiaj na przykład ten i tamten wykrzyczałam, że wierzę w siebie, we własne możliwości i cenię swoją wartość. Od czasu do czasu muszę niestety to przypominać innym, którzy mają tendencję do spychoterapii stosowanej i załatwiania wielu istotnych spraw na przedwczoraj. A ja lubię zamykać dzień w ramach. Poza ramy mogę wyglądać, owszem. Nawet to lubię. Bardzo. Ale tylko po to, aby coś zaplanować, albo podziwiać niczym ładny pejzaż. Ale wracając do początku, niczym rok, który tak właściwie to przecież nigdy się nie kończy, jak moje dywagacje, nie robię postanowień, nie planuję, nie zamykam. Podziwiam... naszą wytrzymałość, determinację i siłę wyparcia. Ale i tak przecież wszystkiemu nadaje wymiar dopiero perspektywa. Uwielbiam ją. Podobnie jak uwielbiałam egzaminy na studiach. Kwestię głupoty rozważyłam wyżej... Miałam same ustne. Na każdy szłam zestresowana i niecierpliwie czekająca na ten moment, kiedy wyjdę z pokoju z indeksem i kartą, wysoką notą i cudownym uczuciem nagromadzonej adrenaliny i endorfiny, a zapewne i dopaminy. Te momenty, kiedy jeszcze trzymał mnie stres, a już wstępowały zadowolenie i duma z siebie, były bezcenne. Nikt tego nie mógł zrozumieć. Po studiach miałam jeszcze kilka takich momentów. Może kilkanaście. I nigdy nikt nie wiedział, o co chodzi. Czułam się zapewne jak Pilot z Małego Księcia, kiedy nikt nie rozumiał jego rysunków. Perspektywa daje bowiem mieszaninę oczekiwania na zrealizowanie planów i możliwość oceny tych już zrealizowanych, a jednocześnie niepewność i ogromne chcenie. Nie chęć. Ano właśnie... nowy rok będzie wspaniały. Nawet jeśli będzie się chwiał chwilami, będzie cudowny. Czy już pisałam, że ja bardzo lubię żyć? W sumie to najlepsze, co może się przytrafić człowiekowi. Zwłaszcza wyznającemu ilinx. klik
(klik)
(klik)
środa, 29 grudnia 2010
o kurach
Odpoczywam tutaj. Teoretycznie rzecz irracjonalna. Kawałek sieci, jak każdy inny i pozorna świadomość, że nikt mnie tu nie znajdzie, że nie ma gonitwy za poleceniami, pisania pod publikę, podsycania liczby komentarzy. Nawet nie wiem, jak mam tutaj szukać innych blogów i czy są one ułożone tematycznie. Raz próbowałam znaleźć w celach rozpoznawczych i dałam sobie spokój. To trochę tak, jakbym wyjechała w Bieszczady i jadła korzonki, a cywilizację oglądała przez lornetę. A może to charakterek Marylin mi odpowiada i daje poczucie swobody zmieszanej z bezkarnością? Zawsze uważałam, żeby się nie uzewnętrzniać, a jak tylko otworzę tę stronę, zaczynam przypominać Rejtana rozrywającego na piersiach koszulę. Ale spokojnie... prawdopodobnie mi to minie.
Usypiam na siedząco. Dawno tak nie miałam. Praca absorbuje mnie bardziej, niż myślałam i wymaga ode mnie dużo więcej, niż było ustalone. Z jednej strony dobrze, z drugiej wszystko wskazuje na to, że jednak zacznę chodzić spać z kurami. Obym tylko jajek nie musiała znosić...
Usypiam na siedząco. Dawno tak nie miałam. Praca absorbuje mnie bardziej, niż myślałam i wymaga ode mnie dużo więcej, niż było ustalone. Z jednej strony dobrze, z drugiej wszystko wskazuje na to, że jednak zacznę chodzić spać z kurami. Obym tylko jajek nie musiała znosić...
wtorek, 28 grudnia 2010
o zastanawianiu się ciągłym, zadziwieniu światem i zaufaniu do, czyli zbuntowany anioł i zakopower o wstydzie
Czasem lepiej nie zastanawiać się i bezmyślnie czekać na rozwój wypadków. Wiem, wiem... a i tak zastanawiałam się, jak będą wyglądały te święta. Zastanawiałam się też, czego mam życzyć teściom moim drogim oraz obu encyklopediom. I czy w ogóle powinnam składać im życzenia, ponieważ te powinny być szczere i serdeczne, a serdeczności w stosunku do nich na końcówce grudnia zaczęło mi brakować drastycznie. Właściwie to i tak się dziwię, że dopiero na końcówce. Ale to zadziwienie nad wszystkim najwyraźniej musi być wpisane w mój horoskop. A sytuacja nagle rozwiązała się sama - drodzy oświadczyli, że jadą do encyklopedii, bo to oni w tym roku chcą urządzić wigilię i święta. Powiem szczerze, że nie była to zła opcja. Potwornie trudno funkcjonować w oparach absurdu. Tym bardziej, że z mojego punktu widzenia ani wytykanie im na bieżąco z uporem maniaka wszystkich wpadek, ani włażenia w d... jak to czynią dwa tomy encyklopedii nie jest dobre. I wiecie, co się stało? Drodzy pojechali na wigilię... którą w większości musieli dla wszystkich zaproszonych przygotować, bo encyklopedie to takie niezaradne misie i im się zdało, że można by, ale nie potrafią, a mama taka sprytna... Drodzy wrócili do domu w pierwszy dzień świąt zmęczeni, dziwnie markotni i kompletnie pozbawieni ciast, ryb, mięs i dobra wszelakiego. No więc ja, jako ta czarna owca, zapakowałam, co miałam i ślubny pojechał bez mrugnięcia okiem, żeby mieli i oni. Pomogłam również przygotować obiad, na który nas zaprosili w drugi dzień świąt, ponieważ od kilku tygodni słyszę o silnym bólu dłoni i nadgarstków teściowej mojej drogiej. W zasadzie to oni siedzieli, a my się krzątaliśmy. Było miło i nagle jakoś tak inaczej. Przy życzeniach i opłatku, bo nie odpuścili, droga popłakała się, a mnie udało się wpleść w moje życzenia życzenie poprawy stosunków między nami, co jeszcze bardziej ją rozkleiło. Wrednie może, bo leżącego kopać się nie powinno, ale nie powstrzymałam się w porę, a potem trzeba już było kontynuować. Jednak mam wrażenie, że jakby zaczynały im się coraz szerzej oczy otwierać. Ostatnie wydarzenia i nasze uwagi zaczęły przynosić rezultaty. Może wreszcie wróci wszystko do normy? Zaprosiliśmy jednych i drugich rodziców do nas w Sylwestra. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że ostatnio widzieli się na początku marca tego roku. Wcześniej spotykali się kilka razy w miesiącu u nas, u nich, na imieninach, urodzinach, rocznicach, świętach, bez pretekstu, na grilla, truskawki, kiszenie ogórków, po prostu. Chodziłam z mamami na zakupy, na kawę, na pogaduszki, do teatru, kina, ot tak na spacer. A potem zaczął się wyścig i rywalizacja, o której nawet nie zostaliśmy poinformowani. Męczy mnie ten temat, bo go nie rozumiem. Kiedy zapraszałam teściów, pomyślałam, że jeśli znowu odmówią (jak to było w moje urodziny, naszą rocznicę i jeszcze kilka nieco mniej istotnych okazji), nie ugnę się już nigdy. A oni ucieszyli się. Mąż mój własny i osobisty twierdzi, że widać było na ich twarzach ulgę. Może i mu uwierzę...
Dzisiaj teściowa do mnie zadzwoniła. Po raz pierwszy od bardzo dawna. I jak dawniej tak bez powodu, po prostu, żeby porozmawiać. Drogi wpadł dzisiaj do syna na kawę, bo był obok. Tym sposobem przyszedł do naszego nowego mieszkania trzeci raz odkąd w nim mieszkamy, a niedługo minie rok. Czy naprawdę tyle musieliśmy wszyscy przejść, żeby coś zrozumieć? I co właściwie zrozumieliśmy... Ślubny, że jego brat jest niestabilny, a rodzice labilni potwornie. Drań, że tylko najszczęśliwsza i rodzic płci męskiej to dziadkowie w każdej chwili bez względu na okoliczności. Encyklopedie, że się nie ścigamy. A ja i teściowie? Boję się pomyśleć, że zrozumieliśmy, że jestem na tyle słaba, że zawsze się poddam, na tyle empatyczna, że pomogę wtedy gdy trzeba i na tyle wyrozumiała, że można ode mnie oczekiwać pomocy, ale uczucia kumulować gdzie indziej. Nie wiem, co mam myśleć. Z jednej strony się cieszę, z drugiej boję się, że to chwilowe i może niekoniecznie świadczące o powrocie do tego, co było. Ponoć nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki...
Podświadomie czekam bowiem na jakiś nagły zwrot akcji u encyklopedii. Oni zawsze muszą być na wierzchu przerastając pozostałych nawet w tych kwestiach, o których nie mają bladego pojęcia. A może to tylko jakieś niepotrzebne rojenia mojej psychiki, których powinnam się wstydzić, co z resztą już encyklopedie zdążyły mi powiedzieć...? klik
Dzisiaj teściowa do mnie zadzwoniła. Po raz pierwszy od bardzo dawna. I jak dawniej tak bez powodu, po prostu, żeby porozmawiać. Drogi wpadł dzisiaj do syna na kawę, bo był obok. Tym sposobem przyszedł do naszego nowego mieszkania trzeci raz odkąd w nim mieszkamy, a niedługo minie rok. Czy naprawdę tyle musieliśmy wszyscy przejść, żeby coś zrozumieć? I co właściwie zrozumieliśmy... Ślubny, że jego brat jest niestabilny, a rodzice labilni potwornie. Drań, że tylko najszczęśliwsza i rodzic płci męskiej to dziadkowie w każdej chwili bez względu na okoliczności. Encyklopedie, że się nie ścigamy. A ja i teściowie? Boję się pomyśleć, że zrozumieliśmy, że jestem na tyle słaba, że zawsze się poddam, na tyle empatyczna, że pomogę wtedy gdy trzeba i na tyle wyrozumiała, że można ode mnie oczekiwać pomocy, ale uczucia kumulować gdzie indziej. Nie wiem, co mam myśleć. Z jednej strony się cieszę, z drugiej boję się, że to chwilowe i może niekoniecznie świadczące o powrocie do tego, co było. Ponoć nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki...
Podświadomie czekam bowiem na jakiś nagły zwrot akcji u encyklopedii. Oni zawsze muszą być na wierzchu przerastając pozostałych nawet w tych kwestiach, o których nie mają bladego pojęcia. A może to tylko jakieś niepotrzebne rojenia mojej psychiki, których powinnam się wstydzić, co z resztą już encyklopedie zdążyły mi powiedzieć...? klik
wtorek, 21 grudnia 2010
o pupie, tak po prostu
- Mamusiu, mamusiu - przywitał mnie już w drzwiach drań żądny sensacji - a wiesz, że Ala dzisiaj pokazała pupę?
- A czemu Ala pokazala pupę? - pytam zatem zdziwiona i mocno niepewna ostrości swojego słuchu.
- Bo Roksana jej kazała.
No tak... to już raczej argument temat zamykający. Nie udało mi się jednak powstrzymać od śmiechu przez kilka minut, co poniekąd zniesmaczyło zarówno ślubnego, jak i drania, który już zupełnie nie wiedział, czy ma być zdziwiony zachowaniem koleżanek, czy matki własnej. A ja po prostu nie wytrzymałam absurdu tej sytuacji. Tym bardziej, że właśnie dziś w pracy osoba odpowiedzialna za montaż programu oświadczyła mi dobitnie, że gdyby zdjęcie własnej pupy wstawiła zaraz po planszy i tak nikt by nie zwrócił na to uwagi. Cóż... nie chciałam sprawy komentować, bo jakby nie było, każdy do własnej jest przywiązany i powiedzenie komuś, że jego akurat jest nieciekawa, mogłoby wywołać jakieś kompleksy tudzież fochy.
A swoją drogą... sympatycznie mają dzieci w przedszkolu i swobodnie. Na podobną swobodę jednak w pracy zgody wyrazić nie mogłam. Ale to był znak. Mam od jutra trzy dni wolne. W dolinie powiatowego najwyraźniej jakieś fluidy ekshibicjonizmu zapanowały, więc wolę nie ryzykować. klik
- A czemu Ala pokazala pupę? - pytam zatem zdziwiona i mocno niepewna ostrości swojego słuchu.
- Bo Roksana jej kazała.
No tak... to już raczej argument temat zamykający. Nie udało mi się jednak powstrzymać od śmiechu przez kilka minut, co poniekąd zniesmaczyło zarówno ślubnego, jak i drania, który już zupełnie nie wiedział, czy ma być zdziwiony zachowaniem koleżanek, czy matki własnej. A ja po prostu nie wytrzymałam absurdu tej sytuacji. Tym bardziej, że właśnie dziś w pracy osoba odpowiedzialna za montaż programu oświadczyła mi dobitnie, że gdyby zdjęcie własnej pupy wstawiła zaraz po planszy i tak nikt by nie zwrócił na to uwagi. Cóż... nie chciałam sprawy komentować, bo jakby nie było, każdy do własnej jest przywiązany i powiedzenie komuś, że jego akurat jest nieciekawa, mogłoby wywołać jakieś kompleksy tudzież fochy.
A swoją drogą... sympatycznie mają dzieci w przedszkolu i swobodnie. Na podobną swobodę jednak w pracy zgody wyrazić nie mogłam. Ale to był znak. Mam od jutra trzy dni wolne. W dolinie powiatowego najwyraźniej jakieś fluidy ekshibicjonizmu zapanowały, więc wolę nie ryzykować. klik
piątek, 17 grudnia 2010
czekanie na właściwy czas
Pani wyszła odrobinę z mroku tajemnic i z amoku pracy. Teraz, kiedy już wszystko zostało ustalone i ustabilizowane, pani spokojnie siedzi. Pani czyta, pani pisze, pani stuka obcasami. Realizuję się obecnie w sposób prawie pełny w dziedzinie, o której dawno temu marzyłam intensywnie, chociaż marzyć się bałam, żeby nie cierpieć w razie porażki. Zauważyłam jednak, że zawsze w moim życiu, kiedy tylko podejmuję ważną decyzję, decyzje towarzyszące zaczynają się nawarstwiać, a wszystko zaczyna toczyć się sobie tylko wiadomą spiralą zdarzeń pozornie nieważnych i chaotycznych. I w finale spadam za każdym razem, czy może raczej: za każdą spektakularną decyzją, na cztery łapy i zawsze na lepszy dach niż planowałam. Prawdopodobnie dlatego chwilami pani zamyśla się. Jak tu bowiem nie myśleć o tak pozytywnym fatum? Nauczyłam się już, że wszystko musi mieć swój czas. Najwłaściwszy. Wystarczy tylko cierpliwie i stanowczo czekać. Cały czas zatem czekam na coś, czego chcę. Obecnie na zapach druku i emisję. I kosmetyczkę jutro oraz bardzo zasłużony weekend. Miłe to czekanie. klik
wtorek, 14 grudnia 2010
pryzmat tuż przed jasełkami
Właśnie wyszłam z wanny wypełnionej po brzegi wodą, olejkami, kuleczkami i solą. Prawdopodobnie można to wszystko łączyć. Nie sprawdziłam co prawda w informacjach na opakowaniu, ale weszłam, wyszłam, mam skórę, nie mam reakcji uczuleniowej, znaczy można. W kubku obok mnie stoi kakao i pachnie. Wiadomości w tv mnie kompletnie nie interesują. Ślubnego jak najbardziej. Próbuję skupić się na "Jan Santeuil" Prousta, ale dzisiejszą normę stron przeczytanych wyrobiłam chyba z nawiązką.
Byłam ostatnio u okulisty. Zabawne, że zamiast powiedzieć, że nie wiem, jaka to litera, wysilałam wzrok, aby ją dojrzeć. Nonsens oczywisty, który jednak zauważyłam dopiero po wyjściu z gabinetu.
- A wiecie co?? - drań od progu postanowił sprzedać nam najświeższe wiadomości z przedszkola - Nie było dzisiaj Marii i był sam Józef i będzie tak, jakby to on urodził Jezuska.
Aż żałuję, że jutrzejsze jasełka w przedszkolu będę oglądać z nagrania kamerą. Zapowiadają się intrygująco. Intrygujące jest również to, że drań chętnie angażuje się w przedstawienia teatralne. Śmieszne natomiast, że ostatnio świat widzę głównie przez pryzmat kamery.
Byłam ostatnio u okulisty. Zabawne, że zamiast powiedzieć, że nie wiem, jaka to litera, wysilałam wzrok, aby ją dojrzeć. Nonsens oczywisty, który jednak zauważyłam dopiero po wyjściu z gabinetu.
- A wiecie co?? - drań od progu postanowił sprzedać nam najświeższe wiadomości z przedszkola - Nie było dzisiaj Marii i był sam Józef i będzie tak, jakby to on urodził Jezuska.
Aż żałuję, że jutrzejsze jasełka w przedszkolu będę oglądać z nagrania kamerą. Zapowiadają się intrygująco. Intrygujące jest również to, że drań chętnie angażuje się w przedstawienia teatralne. Śmieszne natomiast, że ostatnio świat widzę głównie przez pryzmat kamery.
padam
Boli mnie każdy mięsień nóg i przedramion. Bolą mnie nawet mięśnie policzków. Dłonie, nadgarstek i przedramię nie odstają od reguły i bolą również. Na równi z powiekami. Padam na pyszczydło. Tylko takie uśmiechnięte. A jeszcze nie tak dawno twierdziłam, że nie lubię kamery i za żadne skarby świata przed nią nie stanę. A jednak. Albo ta mi wyjątkowo pasuje. Czarna. Ma czerwone światełko. Więcej o niej nie wiem. Wiem jednak, że ją polubiłam. Potrafię mówić do niej, ale i tak, jakby jej wcale nie było. Tylko mikrofon jest ciężki bardzo. Zwłaszcza, gdy muszę trzymać rękę wyciągniętą przez kilka minut. Zakres moich obowiązków powiększył się. Z przygotowania programu weszłam w kompetencje uczestnictwa przy nagrywaniu. Z kontrolowania wiadomości, przeszłam również w ich czytanie dwa razy w tygodniu. Z pisania na bieżąco weszłam w zakres przygotowywania cyklu, co mi odpowiada najbardziej. A do tego korekta ostatnia wszystkiego i odpowiedzialność za - uwaga: moją redakcję. Ciekawe jest to wszystko dla mnie i nowe. Tyle, że wieczorami padam zanim pomyślę o czymkolwiek.
środa, 8 grudnia 2010
to co lubię, czyli i o przegryzaniu się
Jest siódma rano. Uwielbiam tę porę dnia, kiedy jestem ja i pusta redakcja w pustym wydziale. Sterty papierów leżą w totalnym nieładzie. Wyglądają, jakby zaraz miały runąć na podłogę, ale nic im nie szkodzi. Nawet moje ocieranie się, aby dotrzeć do drukarki. Ołówki sterczą z kubeczka Eli niezatemperowane. A prosiłam wczoraj... Chociaż właściwie pasują do tego nieładu artystycznego. Jest tak cichutko, że aż słyszę swoje myśli. Właśnie zarysowałam projekt na przyszły tydzień. Operator pewnie znowu się ze mną nie zgodzi, pewnie znowu nie da się według niego dojechać i prawdopodobnie według Bernardy całość nie uda się, bo tysiąc zdarzeń stanie nam na drodze. Moi malkontenci etatowi... A potem pójdzie jak po maśle. Zawsze tak jest. Pomysły, które pojawiają się w mojej głowie w stanie absolutnego nieskupienia nad konkretem, są zawsze najlepsze. Powoli dochodzimy w redakcji do ładu. Ja z nimi, oni z moimi pomysłami. Zaczyna się układać nawet całkiem przyjaźnie. Może dlatego, że od kilku dni stale ktoś naszą pracę chwali. To lubię. Wtedy i ja chwalę. Ale i więcej chcę.
Herbata zielona z echinaceą pachnie cudnie. Filiżankę koloru wrzosu kupiłam specjalnie do tego miejsca. Fiolet przegryza się z szarością wnętrza. Wszystko musi się kiedyś przegryźć. Również to, że zazwyczaj siedzę ze słuchawkami w uszach. Słucham jedynie tego, co nagrane i zmontowane. I tego, co faktycznie chcą mi powiedzieć. Zwykłe gadanie mnie już męczy. Wolę w spokoju czytać, albo sprawdzać, albo pisać. Znowu sypie. Za oknem szaro. Za dwie godziny jadę na spotkanie z kustoszem zespołu pałacowo-parkowego. Sceneria boska. Mówiłam już, że zaczynam bardzo lubić tę pracę? klik
Herbata zielona z echinaceą pachnie cudnie. Filiżankę koloru wrzosu kupiłam specjalnie do tego miejsca. Fiolet przegryza się z szarością wnętrza. Wszystko musi się kiedyś przegryźć. Również to, że zazwyczaj siedzę ze słuchawkami w uszach. Słucham jedynie tego, co nagrane i zmontowane. I tego, co faktycznie chcą mi powiedzieć. Zwykłe gadanie mnie już męczy. Wolę w spokoju czytać, albo sprawdzać, albo pisać. Znowu sypie. Za oknem szaro. Za dwie godziny jadę na spotkanie z kustoszem zespołu pałacowo-parkowego. Sceneria boska. Mówiłam już, że zaczynam bardzo lubić tę pracę? klik
niedziela, 5 grudnia 2010
korupcja i Mikołaj
Ponieważ drań od mediów odcięty nie jest, w jednym z filmów zaobserwował, że amerykańskie dzieci Mikołajowi szykują pierniczki i mleko. Co prawda daleko od nas taki zwyczaj, ale postanowił go przyjąć. A nawet nieco zreformować... Na parapecie rozłożył serwetkę, a na niej ułożył mandarynki. Jak bowiem ten biedy Mikołaj obje się słodyczy, drań zaskoczy go deserem! Całość prezentuje się całkiem nieźle. Tym bardziej, że przewrotne dziecko do owoców list postanowiło jeszcze dołączyć. W myśl zasady, że to już może nikomu na myśl nie przyjdzie, a Mikołajowi miło będzie. Kilka minut temu oświadczył stanowczo, że idzie spać, bo już nie może znieść czekania. I poszedł. Śpi. Odczekamy jeszcze cztery godziny, w ciągu których spokojnie zapakuję prezenty leżące obecnie cichutko w szafie. List iście korupcyjny zabierzemy oczywiście, żeby dołączyć do stery dowodów na przyszłość i tylko nie wiem, czy skórkę z mandarynek rozsypać, czy ułożyć ładnie...
w ramach usprawiedliwienia się
Zdecydowanie ze mną lepiej. Już lepiej. Nie wiem dlaczego, ale w tej połowie roku mam mniejszą kontrolę nad swoimi emocjami.Częściej się na mnie odbijają. Być może to zmęczenie materiału. Jakiś czas temu naukowcy amerykańscy zrobili zestawienie poziomu stresu charakterystycznego dla każdego z zawodów. Nauczyciel, według nich, ma poziom taki sam jak kontroler lotów. Coś w tym jest... Ale doradca kulturalny, jak to się obecnie pięknie nazywam, ma prawdopodobnie poziom znacznie większy, a i obowiązków dziwnie dużo. W dodatku, o ile w szkole zawiść jest na porządku dziennym, o tyle w urzędzie i wydziale panuje aura świętej głupoty i spychoterapii, ponieważ wszyscy doskonale wykształcili w sobie umiejętność odkładania sprawy na inny termin bądź inne biurko. Dramat. A właśnie... śniła mi się ostatnio moja szkoła i moje klasy. Kiedy ostatnio byłam u dyrekcji, dopadli mnie uczniowie. A mnie dopadły emocje. Ech... ale musiałam tak zrobić... A może tylko chroniłam swój tyłek? W powiatowym jest zastraszający niż demograficzny. Z roku na rok jest coraz mniej klas. Już w tym roku miałam mniej godzin. Od września prawdopodobnie miałabym tylko dwie klasy. Za dwa lata... nie wiem. A trafiło się. Dyrekcja wiedziała od czerwca o moich planach i dopingowała mnie, bo teraz mogę w pełni ze szkołą współpracować w oparciu o instytucje kulturalne, a jednocześnie zajmuję się również tym, co lubię. Na co dzień coś piszę, robię korektę, rozmawiam z twórcami regionu. I gdyby na tym był koniec. Niestety muszę rozmawiać też z całą rzeszą innych. A przy okazji wyraźnie słyszę rozmowy innych z wielkim pytajnikiem, dlaczego ja, przecież mógłby ktoś starszy, a kogo ja znam, a z kim załatwiałam, a to, a owo, a mieszka w powiatowym, a pracuje nie... Normalnie świat wokół mnie oszalał. A może po prostu niepotrzebnie wyczulił mi się słuch. Chociaż ten akurat wczoraj odmówił mi posłuszeństwa - słyszę niewiele na prawe ucho, które w dodatku potwornie boli. Pewnie niewyleżana grypa w listopadzie. Albo reakcja obronna organizmu. Ale już jest dobrze. Drań cieszy się, bo przecież dzisiaj w nocy Mikołaj będzie krążył nad światem. Właśnie z ogromnymi i ciemnymi z ekscytacji oczkami opowiada o tym, jak trudną drogę on będzie musiał przebyć, bo przecież i powiatowe i inne też, a renifery to chyba już się muszą przygotowywać i dobrze, że Mikołaj zna magię. Faktycznie... dobrze, że Mikołaj zna magię.
sobota, 4 grudnia 2010
o odruchach
- Bo nie chciałam uderzyć w barierkę i mnie odrzuciło w bok i osłoniłam ją i znalazłam się na drugim pasie krajowej i jechał ten tir i nie pamiętam, co zrobiłam, ale jesteśmy w rowie zakopane w śniegu i samochód jest uszkodzony. A ten tir tak strasznie trąbił... A ja jestem w cienkich butach - mówiła odrobinę nieskładnie Ewa wieczorem przez telefon.
Dziewczynka jest u nas. Obecnie z draniem szaleją na sankach i górce. Ślubny marznie obok górki. Ja gotuję obiad. Czas płynie bez zawirowań i ekscesów. Za to moje emocje w tym roku przypominają elegancką cosinusoidę. Chociaż właściwie sama nie wiem... strach i nerwy to szczyt emocji, czy spadek. Skaczę bowiem od nerwów do euforii. Tyle dobrego, że mam przynajmniej świadomość tego, iż jestem w stanie odczuwać wszystkie dostępne emocje. A to chyba dobrze. Ewa póki co zbiera swoje ciesząc się, że jej dziecko spało wtedy. Niech tak myśli. Będzie jej łatwiej. Nie spała. Spała dzisiaj ze mną i przez sen mówiła wyraźniej, niż Ewa przez telefon.
A ja do swoich rozważań właśnie dołączyłam kolejne... Czy odruch bezwarunkowy ochrony samego siebie nie jest przypadkiem dużo słabszy od odruchu ochrony własnego dziecka. Ale to niech pozostanie teorią, bo lepiej nie sprawdzać w praktyce. klik
Dziewczynka jest u nas. Obecnie z draniem szaleją na sankach i górce. Ślubny marznie obok górki. Ja gotuję obiad. Czas płynie bez zawirowań i ekscesów. Za to moje emocje w tym roku przypominają elegancką cosinusoidę. Chociaż właściwie sama nie wiem... strach i nerwy to szczyt emocji, czy spadek. Skaczę bowiem od nerwów do euforii. Tyle dobrego, że mam przynajmniej świadomość tego, iż jestem w stanie odczuwać wszystkie dostępne emocje. A to chyba dobrze. Ewa póki co zbiera swoje ciesząc się, że jej dziecko spało wtedy. Niech tak myśli. Będzie jej łatwiej. Nie spała. Spała dzisiaj ze mną i przez sen mówiła wyraźniej, niż Ewa przez telefon.
A ja do swoich rozważań właśnie dołączyłam kolejne... Czy odruch bezwarunkowy ochrony samego siebie nie jest przypadkiem dużo słabszy od odruchu ochrony własnego dziecka. Ale to niech pozostanie teorią, bo lepiej nie sprawdzać w praktyce. klik
czwartek, 2 grudnia 2010
delilah
Siedzę w przepastnym fotelu, słucham Toma Jonesa, sączę ulubione i właśnie po raz trzeci zaczynam pisać notkę. Słowa ciągle nie brzmią, jakbym chciała. A co właściwie chcę powiedzieć? To, że podjęłam dwie decyzje: nieodwołalnie farbuję w styczniu na rudo włosy, a od jutra się odchudzam. Druga banalna i bez sensu w zasadzie, a jednak. Co do pierwszej... minął okres ciemnych, króciutkich. Potrzebuję dalszych zmian. A może to ostatnie zmiany potrzebują utwierdzenia w kolejnych, dotyczących mojego wyglądu. Już wiem, że tych rudych nie zakręcę. Podobnie jak nie zakręciłam ich, kiedy były w wersji blond przez kilka miesięcy, a wcześniej przez kilka lat. A odcień nie będzie przytłumiony - musi żyć, każdy ma go widzieć, a ja mam mieć jego świadomość. A może chcę powiedzieć, że właśnie skończyłam czytać "Cheri" Colette i "Błazna królowej" Philippy. Dwie książki, które mnie drażniły i fascynowały. Portrety psychologiczne spłaszczone w pierwszej, naiwna narracja w drugiej. A jednak coś z siebie we mnie zostawiły. I pewnie jeszcze to, że jak zamyka się jakiś rozdział w życiu, to jednak chwilami jest cholernie ciężko. Wszystko poukładałam, wymiotłam, przetarłam, że aż całość się błyszczy i nagle poczułam, że boję się po tak wysprzątanym terenie chodzić. Co jeszcze? Że chyba mam dzisiaj taki dzień, kiedy ktoś musi mnie przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, a życie jest piękne. Tymczasem ślubny nadal pracuje, drań śpi, a do rodziców nie chce mi się pojechać. Poza tym, co ja bym powiedziała, zwłaszcza o tej porze: mam wszystko, ale jakoś tak mi dzisiaj nijako? Przecież sama widzę, że to nie ma sensu. A może chcę powiedzieć samej sobie, że jestem zmęczona. Tak po prostu, po ludzku. I może powinnam zacząć respektować fakt, że jednak jestem tylko człowiekiem... klik
Subskrybuj:
Posty (Atom)