wtorek, 16 października 2007

plany - relacja

    No i było! Odbyło się wszystko zgodnie z planami. A było, było... hm... miło i cudownie i tak bardzo dobrze (zwłaszcza, że bez rodzicielskich zobowiązań).
Odpoczęłam i zrelaksowałam się. Męża osobistego wreszcie dla siebie samej miałam i... no i porozmawiać też nam się udało :)
A o reszcie pisać nie będę, bo doskonale wiecie same...

film

    Byliśmy na filmie Andrzeja Wajdy "Katyń". Jeden z niewielu filmów, który potrafił rzucić mnie na kolana i wstrząsnąć wszystkimi możliwymi nerwami. Film, który długo jeszcze żył w myślach i każde zdanie kazał analizować. Każdą scenę i wątek i podtekst i nawet kwestię z Antygony poddał pod rozwagę po raz chyba tysięczny...
Film, który podjął za mnie decyzję, że moje dziecko nigdy do armii nie wstąpi, i zweryfikował mój pogląd na uczestnictwo w niej mężusia...
Film, który się przeżywa, przegryza i nigdy z siebie już się go nie wyrzuci... Nie chcę go wyrzucić...

poniedziałek, 15 października 2007

jestem...

    ... już, niewyspana dzisiaj, wypoczęta w ogóle, zadowolona, wybawiona i jak tylko ogarnę wszystko wokół, napiszę :)

piątek, 12 października 2007

potencjalni złodzieje energii elektrycznej

     Wczorajszy wieczór pod znakiem tajemnicy i sensacji upłynął... I to nie tylko takiej  domowej. Sensacja aż na całą kamienicę się przeniosła...
No i nieskromnie powiem, że udział i ja w tym pewny miałam...
    Stoję w kuchni i kolację cieplutką szykuję, robiąc jednocześnie tysiąc innych rzeczy, podczas gdy dwulatek z najszczęśliwszą chwile miłe spędza. Stoję i pichcę i gotuję, smakuję, dodaję, próbuję i zmieniam, wymieniam... I nagle pyk! i ciemności egipskie w kuchni! W reszcie mieszkania też... Nic nie widzę, ale słyszę chichot dwulatka i rozśpiewaną najszczęśliwszą. No czyli w połowie jest dobrze... Niewiele myśląc za telefon złapałam i dawaj do mężusia dzwonić. W sumie bez sensu, bo on jeszcze od domu daleko, ale niech wie... Tylko ja mam się denerwować?... Następny krok równie przemyślany był... a mianowicie dzwonek do drzwi sąsiada... Tłumaczę mu, co się stało, a on mi na to, że wajchę trzeba podnieść. Minę zrobiłam zapewne w stylu "jaką wajchę", bo u nas jedynie bezpieczniki i wajchy żadnej dotąd nie zlokalizowałam... To się sąsiad przejął. A najwięcej tym, że niewiele więcej ode mnie o "korkach" wie, a pomóc by trzeba... Jak pomyślał, to stwierdził, że na dół do skrzynki głównej iść musimy. Wymacałam klucze od tejże i dalej na dół! Otwieramy, a tam wajchy co prawda są, ale podnieść żadnej nie można, bo one same z siebie podniesione... No to sąsiad mówi, że może opuścić je trzeba i dawaj opuszcza. Aż tu pyk! światła na klatce brak! No ładnie, myślę sobie... a on dalej kolejne opuszcza i twierdzi, że kiedyś wreszcie na jakąś trafimy... Gdy zaczęłam już poważnie żałować, że o pomoc właśnie jego poprosiłam, na klatkę zdziwieni sąsiedzi wychodzić zaczęli i jeden przez drugiego głośniej inwektywami rzuca... Dobrze nie było... toż lincz by nas czekał, bo nijak przez wkurzony tłumek się niezauważeni nie przebijemy... No to mówię - opuściłeś to podnoś, jakoś trafimy zanim łomem nam ktoś przywali jako potencjalnym złodziejom energii elektrycznej... Sąsiad na oślep te wajchy w górę! Pomogło... Sąsiedzi do domów powchodzili, bo serial wiodący akurat w telewizji leciał, to i ja na górę, bo a nuż i u nas zadziałało... No nie zadziałało... Najszczęśliwsze rozśpiewana, dwulatek rozradowany, koty zdziwione, mężuś jeszcze daleko od domu... Popatrzyłam na tablicę z bezpiecznikami i wykombinowałam, że może tu poszperać trzeba. Złapałam pierwszy lepszy, wymieniłam i... No i jasność nastała!...
Sąsiad dumny z siebie do domu wrócił, a ja zajęłam się kolacją. W niedługim czasie wrócił i mężuś...
Talerze już szykowałam, gdy usłyszałam mężusia i najszczęśliwszą narzekających na gamoni i podpinaczy do liczników...

... no i wtedy podjęłam decyzję, że za nic w świecie nie przyznam się, że tuż przed nastaniem ciemności u nas w domu... żarówkę w lampie bocznej zmieniałam, bo ciemno mi było i postanowiłam taką o mocy dużo większej wkręcić...

czwartek, 11 października 2007

plany

    Nie wiem, czy ta jesień magię rozsiewa, czy my ją niespodzianie wyraźniej dostrzegać zaczęliśmy?...
Czy to tylko te słowa niewypowiedzianie i zmęczenie skrzętnie ukryte, nielicytowane zmieniły aż tak wiele?
Tydzień przestał się nagle składać z weekendu i reszty czekaniem wypełnionej. Męża jakbym jeszcze pełniej odzyskała i sił nabraliśmy do radości z tego, co prozą pisane.

... a w  sobotę jesteśmy umówieni... Na randkę... Sami.

Od wczoraj...

    ... moje piece huczą! Huczą, mruczą, syczą i ciepło ogromne kaflami oddają... I mimo, że nie węgiel w nich a grzałki elektryczne, to pokoje napełniły się zapachem wypalanej gliny. Jednym słowem, magicznie zaczyna się robić w powietrzu. Tą magią chłodu za oknem, a ciepła ogromnego w domu, zapachem miłym, choć specyficznym jednocześnie. Koty układają się przy piecach i tulą całymi ciałkami, dwulatek rączkami gładzi kafle, a ja najchętniej bym fotel do jednego z pieców przysunęła i przezimowała w nim...
Huczą również emocje. I myśli też huczą... A o czym?... no to już hm... sekret...!

środa, 10 października 2007

perfekcyjna pani domu

    Wczoraj sen jakoś mnie nawiedzić nie chciał i wreszcie w akcie desperacji włączyłam telewizor. No w nocy do oglądania jest niewiele... Wybrałam więc program na kanale kobiecym. A tam "Perfekcyjna pani domu". Pani domu zadbana i elegancka, a dom, to po prostu dooooom. A w domu sterylnie czysto i blask bijący z każdego milimetra kwadratowego.
Owa pani idealna miała nauczyć sześć młodych dziewczyn, jak należy utrzymywać porządek w domu. Sytuacja niby śmieszna, ale okazało się, że nie do końca... Panny mieszkały w dwóch domach, po trzy w każdym. Były w tym samym wieku, uczyły się i pracowały jako kelnerki. Dziewczyny tak na oko lat 23. W miarę ładne. W miarę zadbane. Zblazowane. Wymalowane, wystrojone, z toną biżuterii. No takie przeciętne studentki... Ale ich domy dalekie od przeciętności były. Sypialnie przypominały wysypisko śmieci, na którym bielizna osobista miesza się z książkami, ubraniami, płytami, gazetami, butami, ręcznikami, niedopałkami, opakowaniami i mnóstwem innych rzeczy na podłodze oraz łóżku, którego tak naprawdę nie było widać. Sterty niemytych naczyń, opakowań, butelek, skapujący z szafek i stołów brud to jedynie wstęp do scen tak drastycznych jak chociażby stadnie pełzające larwy po workach ze śmieciami.
No obrzydzenie brało po prostu!
Wiem, że to przypadek skrajnie przerysowany. Jednak przypadków nieco łagodniejszych nie brakuje. Podczas studiów widziałam sama pokoje wyglądające mniej więcej tak. Wiem z relacji znajomych, że nadal takie istnieją.  Czy jest to zatem kolejny szpan, próba odreagowania  nakazów matek, czy zwykłe niechlujstwo? A może czystość staje się wymysłem, manią, przeżytkiem?
Nie wyobrażam sobie wyciągnąć spod sterty brudnych, pogniecionych rzeczy na przykład majtek i założenia ich. Nie wyobrażam sobie również zaproszenia kogoś do takiego domu. Nie mogę zrozumieć, jakim sposobem taka dziewczyna może być kobiecą i schludną... A na domiar tego pracować jako kelnerka.
A może to ja jestem już po prostu po tej gderliwej stronie barykady...?

!...

    Ten tydzień upłynie najprawdopodobniej pod znakiem emocji ogromnych. Zupełnie jakby ktoś powietrze w naszym domu czymś magicznym napełnił. Aż iskrzy!...

wtorek, 9 października 2007

poniedziałek

    Poniedziałek jaki jest, każdy wie. Zazwyczaj zbyt długi, trochę senny i taki jakby za karę... A mój poniedziałek był niespodziewanie miły nad wyraz! Załatwiłam wszystkie sprawy, których ponoć z poniedziałku się nie da, albo lepiej nie brać się za nie, bo zapeszę. W dodatku zadzwoniła organoleptyczna i do tego z wiadomością... No nie... co prawda jeszcze nie była to wiadomość o dzidzi, ale miła równie bardzo. A wieczorem mężuś wrócił z prezentem i chilijskim Cabernet Sauvignon.
Hm... lubię poniedziałki...

poniedziałek, 8 października 2007

Herman Melville

    Jesiennie i za oknem i w duszy... Mimo serca poruszeń i emocji wielu, tych dobrych emocji. Jesienie tak i pusto. I porządnie... Wszystko ułożone i świat wyważony od nowa, na nową orbitę myśli wepchnięty.
Zapadam się w fotel ulubiony i w sposób jesienny lekturze oddaję. I aż cieplutko na sercu, że motto w miesięczniku ulubionym z Melville'a, zupełnie jakby dla mnie specjalnie, zaczerpnięte:
"Nie możemy żyć wyłącznie dla siebie. Tysiąc nici łączy nas z innymi ludźmi. I wzdłuż tych  nici biegną nasze działania, których skutki tą samą drogą do nas wracają."

niedziela, 7 października 2007

z niczego coś...?

    Jak zrobić coś z niczego? I to najlepiej, gdyby wziąć po prostu jakieś nic i żeby z tego powstało wielkie coś...? Bez wysiłku rzecz jasna! Tak... wysiłek to tu absolutnie niewskazany...
Głowię się nad tym i głowię, i nijak mi się myśl żadna nie pojawia...

A dlaczego się głowię? Ano... dziewczę dzisiaj do mnie przyszło. Dziewczę wielce sympatyczne. Dziewczę z klasy maturalnej. Przyszło i o pomoc w nauce poprosiło... I to o pomoc taką to, że ja ją do matury przygotować dobrze mam.
No ba! Normalnie to się da! A i owszem! Da się bez problemu! Ale dziewczę owe sympatyczne nic do tej pory nie przeczytało... No nawet nie wie, jakie lektury i jakie epoki są... A poza tym, to... no jakby to powiedzieć... no chęci to ona ma. Ma i wiarę w przyszłość optymistyczną. No i mamę dziewczę też ma. A mama również optymistą wielką jest...

I teraz siedzę i myślę i... no ja chyba brakiem optymizmu grzeszę strasznie... Myślę i myślę i widzi mi się, że jednak bez czytelniczego wysiłku dziewczęcia to na mój gust rady nie damy...

sobota, 6 października 2007

nie dam się...

    "Synku nawet nie próbuj pisać markerem po ścianie!!!! Bo sobie ubranko pobrudzisz..."
No tak... Czyli mężuś w domu i jego pomysły dwulatka poskramiające ;)
Jak pobrudzą - odmalują...
Ja odpoczywam. Odpoczywam i markerem mnie nie ruszą...

piątek, 5 października 2007

Twoje ramiona (28.08.2007 r.)

Twoje ramiona,
co świat przede mną otwarły,
zaciskają się wokół
i myśleć nie dają.

Twoje ramiona,
co lęk w zarodku tłumią
są blisko
- wystarczy zawołać...

kobieta szalona...

    Pani się dzisiaj wystroiła w czarny kostium. Hm... pani czarne pończochy i buty na wysoookim obcasie włożyła. Pani dopełniła stroju szalem wielobarwnym, który makijaż podkreślił staranny wielce i uniósł fryzurę misterną. Pani dwulatka z dziadkiem - pradziadkiem zostawiła i poszła...
Pani poszła sama, bo pani potrzebowała panicznie się samej przejść i panią się poczuć...
Dwulatek na tym bynajmniej nie stracił, a zyskał ogromnie, bo z dziadkiem - pradziadkiem obcować uwielbia. Pani też skorzystała wielce, bo wreszcie się dobrze poczuła, a od dni kilku we własnej skórze pani odnaleźć się nie mogła.
Pani szła ulicą i widziała, że gapią się na nią wszyscy. Więc pani się coraz lepiej czuła...
No deszcz wprawdzie pokrapywał, a pani bez parasola - a co!! niczym kobieta szalona i niczym nieprzejęta!
Pani widziała spojrzenia i panów i pań spojrzenia pani też widziała...
No i pani się przeszła, a potem pani... zakupy zrobiła... Pani nawet te zakupy ledwo tachała - no bo bez dwulatka, to trzeba było siat kilka sobie dobrami wszelakimi naładować...
I jak już pani była przy swojej kamienicy, sąsiadka panią zaczepiła z miną wielce zatroskaną...  "Kto pani umarł? Bo tak pani sama, z siatami, calutka na czarno, wystrojona i w okularach słonecznych chociaż deszcz pada...?"
Pani najgłupszą zapewne minę na świecie zrobiła...

Pani potem wniosek wysnuła, że mamą będąc, z tą panią uważać trzeba ogromnie...

czwartek, 4 października 2007

myśli wyciszyć

    Maluch śpi i dzięki temu zaczyna się moja chwila intymna... Ta, co mi wytchnienie daje ogromne. Wytchnienie potrzebne i konieczne...
Taki moment tylko dla mnie. Wykradziony z tarczy zegara, gdy myśli wyciszyć można i oddech świadomie łapać... Gdy nikomu pomocnym być nie trzeba i nad snem maleństwa jedynie czuwać, co bardziej instynktem wiedzione, niż zmysłami...
I to życie kontemplować, wrażeniom jedynie się oddając. I czuć świat na skórze i smak... I baterie energii ładować. Patrzeć i milczeć i czuciem stawać się jedynie albo wspomnieniem...
I w chwilach takich, jak ta, nieprawdopodobnym mi się zdaje, by życie mogło być tylko raz...

wstyd

    Każdego dnia coraz bardziej otwierają mi się oczy na sprawę wstydu. Wstydu raczej dziwnego. No bo jak można się wstydzić siebie samej i swojego ciała? Nie chodzi mi tutaj o zmarszczki, czy pierwsze siwe włosy. Nie chodzi również o tłuszczyk na biodrach, czy też jego zbyt duży brak. Chodzi mi o wstyd, który w kobietach wywołuje ich własna seksualność. Jest to nadal ewidentny temat tabu nawet w środowisku samych kobiet. Nie rozmawia się przecież z przyjaciółką, co która lubi i jak. No ba! nie rozmawia o tym nawet ze swoim partnerem. Czasem kobieta nawet nie wie, co lubi, bo przecież sama nie sprawdzi, a partner nie zawsze wszystko odkryje...
Sfery intymne ciała własnego są nadal w rozmowach zakazane. W myślach najwyraźniej również. Nawet o chorobach kobiecych się nie rozmawia, bo trzeba było by sprawę po imieniu nazwać szczegóły anatomiczne poruszając...
Skąd to się bierze?... Skąd brak nazewnictwa, które pejoratywnie nacechowane by nie było?
I o co właściwie jest ten wstyd? O kwestię każdego dotyczącą. I o pragnienia własne, które przecież zaspokojone, życie pięknym czynią...

środa, 3 października 2007

uff...

    Po dniu spędzonym z babcią - prababcią i dziadkiem me-me jestem wykończona. Padnięta. Wypompowana... Relacja dwulatka z pradziadkami własnymi przyprawia mnie o zawrót głowy. I zapewniam, że ptyś z bitą śmietaną roztarty po połowie dywanu, po którym ledwo stąpać można, bo taki cudny i wiecznie nowy to pikuś przy całej reszcie. Przy całej reszcie, która dziadków nie wzrusza. No bo po pierwsze "i cóż się takiego stało" według babci, a po drugie "człowiek się łodwrócić nie zdąży a pipsztok upuści ciastecko" według dziadka. (Ha! niechby ktoś inny coś z takiego zrobić spróbował!...)
Ale najtrudniej przebrnąć godziny serialowe. Dwulatek uwielbia z dziadkami oglądać seriale. Zwłaszcza te z Pedrosem i Alvarem. Te z Huanitą również. Nadziwić się zawsze nie mogę, że żadnemu z całej trójki bohaterowie się nie mylą - wszak w jednym jest Jacinta, a zaraz staje się w drugim doną jakąś tam...

Dwulatek zdaje właśnie mężusiowi relację z wypiekami na buzi, pękatym brzuszkiem i stertą zabawek. A ja czmycham pod prysznic i wyłączam myślenie!

o jedno słowo za daleko

    Słowa mają moc wielką. Oczarować potrafią. Zniszczyć też niejednokrotnie lubią.
A my się unosić im dajemy i niesione na nich nimi właśnie światy stwarzamy. Albo światy niszczymy... Własne światy...
Często wystarczy słowo, aby kogoś przeprosić. Często słowo kogoś zdobywa. Jedno słowo przekreślić zdolne znajomość.
Dzięki niemu kogoś zrozumieć innemu pomożemy...

Wykrzyczanych słów tych jednych i o jedno za dużo wiele było dzisiaj.
I ja i nestorka rodu dumnego mojego rzucałyśmy tylko tymi, co to zawsze o jedno za daleko leci. Potrzebnie? Nie wiem jeszcze... Ona syna zrozumiała. Ja rodziny ojca wyrzekłam się na zawsze. Poza nią jedynie...
Kolejny raz sobie oczy otwierałyśmy i łzy tłumiłyśmy z sił całych. Ona ze szczęścia. Ja...? Ja zwerbalizowałam swoje bóle tkwiące we mnie od tak dawna, że aż dziw, że do tej pory mnie nie poszarpały.

wtorek, 2 października 2007

pilnie...

    ... poszukuję krasnala. Może być skrzat. Kolor wdzianka obojętny. Kolor czapeczki równie obojętny. Broda może być. Jak nie będzie miał brody, to też nie problem. Może być duży, może być i mały. Wszystko jedno. Imię też ważne nie jest. No byle to Gapcio nie był...
Jak takiego spotkacie, przyślijcie go do mnie... Pilnie!!!...

PS. Jest jednak jeden warunek. On prasować lubić musi...

poniedziałek, 1 października 2007

profilaktyka raka piersi

    Właśnie przeczytałam informację o tym, że październik jest miesiącem profilaktyki raka piersi.  I dobrze! Bardzo dobrze, że jest! Bardzo dobrze, że o tym wszędzie słychać. Dobrze, że odbywają się marsze różowej wstążeczki, a organizacje kobiece nagłaśniają sprawę przy każdej okazji. Tylko dlaczego mimo to, statystyki są nadal przerażające?... Dlaczego cytologia i badanie piersi są nadal sprawami tabu, a nowotwory są nadal wykrywane w stadium zbyt zaawansowanym?...
Jest przecież coraz lepszy przekaz informacji. Coraz bardziej świadomie kobiety podchodzą do własnego ciała i zdrowia. Są coraz nowsze leki i metody leczenia, coraz trafniejsze diagnozy.
Dlaczego zatem nadal pokutuje opinia wśród nas, że to spotyka innych, wszystkich wokół, potencjalnie każdego, ale na pewno nie mnie?... Dlaczego w większości odcinamy się od tych wiadomości i bagatelizujemy badania? Dlaczego przy jednoczesnym deklarowaniu swojej postępowości, nie rozwijamy w sobie umiejętności skrupulatnej kontroli własnego zdrowia?...

Boimy się wielu rzeczy. Większość z nich to zwyczajne fobie jeszcze z dzieciństwa wyniesione. Wiele z nich przycicha z wiekiem...

Wiele moich strachów z wiekiem przycichło, ale i z wiekiem niektórych jestem bardziej świadoma. Dzisiaj nie boję się już księżyca w pełni czy śmierci. Dzisiaj boję się tak naprawdę tylko dwóch rzeczy: bólu i raka właśnie...