sobota, 14 marca 2009

o spodniach, emocjach, ulubionym i ślubnym co się zdziwił

    Pani postanowiła dzisiaj uprać swoje czarne spodnie, których od jesieni nie nosiła, żeby je odświeżyć zanim cztery litery obcisną. Włożyłam je do pralki (spodnie oczywiście) i wtedy to właśnie okazało się, że niezmiernie marnie w niej wyglądają. Jedyną radą było zatem coś dorzucić. Drań, skarbnicą rzeczy do prania będący, czarnych ubrań nie nosi, więc jedyna nadzieja w ślubnym pozostała. Idę zatem do męża własnego i osobistego i mówię mu: zdejmuj spodnie, bo coś do pralki potrzebuję. Ślubny się popatrzył ubawiony, ale ponieważ ton mojego głosu był nad wyraz kategoryczny, zaczął pas do spodni rozpinać. No i wtedy pani pomyślała, że na sobie bluzkę czarną ma. A skoro czarna, to dwie pieczenie na jednym ogniu i ją również dorzucić można, chociaż wagi zbytnio to nie zwiększy, bo już dzięki spodniom ślubnego pralka helikoptera przypominać nie ma prawa. No ale bluzkę zdjąć najpierw trzeba. Ile w tym roboty? Ano nic. Wziąć i zdjąć. Biorę zatem brzeg bluzki i przez głowę ją. Patrzę na ślubnego, a ten gapi się tak jakoś i pyta w dodatku, czy mi aby na pewno o pranie chodzi. Normalnie dziwny on. No jak nie o pranie, jak mówiłam, że o pranie? A poza tym, czemu niby o innego coś, jak Gladiator w telewizji? No ja rozumiem, gladiator gladiatorowi może i nierówny, ale tego to akurat lubię, więc poszłam pranie wstawić, ślubnego zostawiłam jak słup soli z domysłami i jeszcze kolację zrobiłam.

Pranie skończone, film również, ser pleśniowy smakuje wybornie z ulubionym. Lubię, kiedy książka albo film wywołują we mnie emocje. Hm... ano właśnie. Tych ci u mnie nie brak ostatnio.

poniedziałek, 9 marca 2009

damsko-męskie, czyli malżeńskie

ja: jaka dzisiaj kochanie pogoda?
ślubny: a taka...
ja: no jaka? zimno jest?
ślubny: nie
ja: ciepło?
ślubny: nie
ja: no to jaka?
ślubny: no taka, jak u Chandlera, że żony dotykając ostrze noża, patrzą dziwnym wzrokiem na szyje swoich mężów...
ja: kumam...

sobota, 7 marca 2009

hibernacja

    Nie chce mi się nic. Wpadłam w stan hibernacji. Wieczorami owijam się kocem, zakładam skarpety z wełny owczej i otaczam się książkami. Omijam komputer. Wieczorami nie chce mi się nic więcej. Kilka razy ślubny w tym kocu pod pierzynkę mnie przeniósł. Zdaje się, że nawet z Anną Kareniną. Taka byłam przewrotna, że on niosąc mnie, niósł i ją i Tołstoja jednocześnie, nie wiedząc nawet, co dźwiga.
Rano wyskakuję z łóżka niczym młody bóg i pędzę, ale później wszystko mnie kusić zaczyna... kocyk, pierzynka, książki, kubek z pachnącą jaśminem zawartością. Nawet ulubione smak straciło ostatnio... A to objaw straszliwe zapowiedzi dający.
Tak więc w hibernacji jestem... Ale jestem... klik

damsko-męskie, czyli malżeńskie

ja:  nie śpisz kochanie?
ślubny: śpię
ja: to czemu gadasz po nocy
ślubny: bo mnie pytasz
ja: ja?
ślubny: no kazałaś mi b od p odróżniać przecież
ja: ????
ślubny: dziękibogu tak przez sen się tylko zachowujesz...

                         ***
ślubny: nie chce ci się spać?
ja: nie
ślubny: opijecie się tej kawy w tym pokoju, a potem to spać wam się nie chce i głupoty wam po głowach łażą

                         ***
ślubny: zrobić ci herbatę?
ja: tak, nescafe, ale bez mleka

wtorek, 3 marca 2009

czerwień Pompei

    Chyba ostatnio zapędziłam się za daleko we własnych planach i myślach i chceniach. Ale kto powiedział, że stoicyzm to najlepsza reakcja na życie? O ile przyjemniej przecież brać całymi garściami i zagarniać emocje, radość, plany, szczęście. Skrajności są może i skrajne, ale na swoich biegunach niepowtarzalne. A ja lubię niepowtarzalność. Podobnie jak skrajność. Szkoda tylko, że są one tak wyczerpujące...
Zmiany ewaluują. Niby powolutku, niby niezauważalnie jeszcze, a jednak. W sypialni na ścianie będziemy mieć czerwień Pompei. Ładnie? Po bieli na pewno będzie zaskakująco. Bo w ogóle jest zaskakująco. Nawet jak dla mnie.  Zaczynam nie ogarniać swoich emocji i swojego organizmu. Mam nadzieję, że to przesilenie i tęsknota za wiosną. Tylko.

wahadło wcale nie foucaulta

    Najbardziej lubię ten moment, kiedy bohater się waha... Kiedy nie wie jeszcze, czy chce być bohaterem. Albo nie wie, że przypisane mu jest nim zostać. Lubię śledzić wówczas te zakulisowe odkuchenne emocje, których sam ich właściciel poznać w sobie jeszcze nie potrafi. I wcale nie musi to być bohater przez wielkie "b". Każdy z nas ponoć kowalem własnego losu jest, więc każdy bohaterem bywa wielokrotnie w ciągu dnia. Wypić kawę z mlekiem, czy kawę czarną? Oto jest pytanie. Na przykład. I dylemat niosący dwie różne możliwości. Lubię ten moment zawieszenia samej mnie między obowiązkiem, a kilkoma kwadransami prywatnymi. Przed wyjściem, w mięciutkim szlafroku, przed gonitwą całodzienną i tysiącem decyzji do podjęcia. Lubię te chwile, kiedy jeszcze mogę się zawahać.
A więc kawę czarną już wybrałam... klik

niedziela, 1 marca 2009

Cocker, indyk i moje zwoje mózgowe

    Był piątek. Był. Tak właśnie. Miałam tego świadomość nawet. Nawet miałam odpocząć i napisać i posączyć ulubione i posłuchać muzyczki i... i usnęłam zaraz po 20-tej na sofce, w szlafroku pod stertą książek. Wczoraj jeden uczeń i drugi uczeń i wizyta u najszczęśliwszej i rodzica mojego płci męskiej wypełniła znaczną część dnia, a tę pozostałą wypełniło upychanie reprodukcji Chagalla w antyramy i obłożenie się drugą stertą książek.
- Dzwonię do pani, aby zapytać, czy byłaby pani zainteresowana współpracą z nami - głos pani z wydawnictwa był miły i jakoś tak zachęcająco brzmiał w piątkowe przedpołudnie w szkole.
- Nie wiem... Chyba tak...
- To świetnie, bo pani X bardzo sugerowała nawiązanie współpracy - i rzekome plecy na konferencji stały się w tym momencie plecami rzeczywistymi - bardzo zależy nam na przygotowaniu... - usłyszalam konkretne tematy.
    A w chwili obecnej piję kawę poranną. W kuchni gotuje się rosół. Taki w dużym garze i bardzo tłusty, żeby najszczęśliwsza i droga były usatysfakcjonowane, że i ja potrafię dwu-centymetrową warstwę tłuszczu każdemu na talerz wlać. Pachnie też schab ze śliwkami. Indyk czeka na swoją kolej, bo jeszcze przyprawami przechodzi. Na surówki nie mam jeszcze pomysłu. Muszę swoje zwoje mózgowe przełączyć na myślenie kuchenno-domowo-abstrakcyjne, bo ostatnio poza draniem jest to dla mnie sfera z innej bajki. Już marzec. Szok. Ciasta nie upiekłam. Jak nie ja. Nie wyrobię się. Kupiłam gotowe... może nie zauważą. Do czerwca blisko. Wtedy nic robić nie będę. Przyrzekam ja sobie.
Czy mój blog to forma ekshibicjonizmu? Ostatnio podłota sugerował coś na ten temat. Ale wszak podłota to...
klik

piątek, 20 lutego 2009

taaaak...

    Piątek!!!! Taaaak... Nastał wreszcie i nareszcie. Nie żebym takiego na ten przykład czwartku nie lubiła. Lubię. Lubię również ja i wtorek i poniedziałek (o! ale ten jakby trochę mniej...) i środę też lubię. Ale piątek to ja jednak lubię najbardziej.
A te dni to właściwie tak szybko się zmieniają, że czasem to przez chwilę nie wiem, który z nich aktualnie jest. Praktykantka za to sumiennie przypomina mi w takich wypadkach, że dziś jest dzień taki to a taki, a zajęcia mam w sali tej czy tamtej. No przecie ja to intuicyjnie wyczuję po chwili zaćmienia, a poza tym widzę przecież, która klasa czeka i skleroza u mnie w powijakach dopiero, więc jakoś tak nadgorliwa ona jest chyba?... No tak... dobrze, że ja sekretarki mieć nie muszę, chociaż chwilami to bardzo by się przydała, ale taki oddech tuż za mną to jest potworny jednak. Taaak... "Wyjmij Grzesiu tę książkę spod pupy i racz napisać pracę klasową samodzielnie" mówię dzisiaj do Grzesia, a on i ona stają w szranki, kto minę głupszą zrobi... No ja to nie wiem... toż widać było, że Grześ książkę ma i do celów niecnych użyć ją spróbuje... Taaak... Pątek zatem mam. Ale mi dobrze! klik

czwartek, 19 lutego 2009

lotem i w przelocie

    Pani dotarła szczęśliwie i na miejsce i do domu. Obejrzała pani wiele ciekawych wystaw, wysłuchała pani wielu ciekawych wykładów. Ba! w warsztatach pani udział wzięła również. No i od poniedziałku pani referuje, planuje, opowiada, przedstawia, relacjonuje. Coś za coś... Ślubny i drań się stęsknili, a ja doszłam do wniosku, że życie hotelowe to ja jednak mogę prowadzić. No bo tak mi dobrze tam było... Cisza, spokój, cieplutko, mięciutko, cisza, spokój. Niczego nie popsułam, niczego nie urwałam. No bo w zasadzie to nawet nie miałam ku temu okazji, bo jak już przed 22 zjechałam do hotelu, zadzwonił mąż ślubny, pierwszy i ostatni organoleptycznej z pytaniem, czemu ja jestem tam, a nie u nich. Hm... skąd on wiedział, to ja nie wiem. No i się zaczęło. A skończyło się tak, że nocką ciemną spakowałam się i zmieniłam miejsce spania. Wyglądało to prawdopodobnie dziwnie, bo pani w recepcji taki mi uśmiech strzeliła, że najpierw się zdziwiłam, a dopiero potem do mnie dotarło, że obrazić ja się raczej powinnam. Organoleptyczna za to na początku wielką nieobecną była, bo bawiła na studniówce, zapowiadając, że ino mig do domu wróci, więc z jej pierwszym i ostatnim zjedliśmy kolację, pogadaliśmy wcale nie mało i poszliśmy spać, ale ponieważ organoleptyczna jednak wróciła (ino mig według mnie ciut inaczej jednak wygląda), to mnie obudziła, bo ponoć się stęskniła. Rano zatem dopiero kawa postawiła mnie na nogi i na niedzielnej konferencji oraz tym, co tam jeszcze w programie było, nie odbiegałam za bardzo wyglądem od tych, co to na uroczystej kolacji zostali. Z tą różnicą, że umysł miałam sprawny. Panie Basie i panie Kasie zerkały na mnie ni to ukośnie, ni to zazdrośnie, ale sama nie wiem, czy dlatego, że jedną z pań konferencję prowadzących okazała się pani, z którą wspaniale mi się rozmawiało poprzedniego dnia i której wyłuszczyłam wszystkie swoje żale przeciw podstawie programowej, a wszystko działo sie w otoczeniu performer i Grotowskiego, którym obie się pasjonujemy. Wyszło zatem, że oprócz kochanka, mam i znajomości.
Obcasy faktycznie się nie przydały, a suszarka była. No to tyle... Szykuję się, co by młodzież edukować wedle nowych założeń i propozycji i pomysłów własnych. I cieszę się, że jutro już piątek, bo jednak dwutygodniowy maraton dał mi mocno w kość...

sobota, 14 lutego 2009

damsko-męskie, czyli malżeńskie na pożegnanie

ślubny: weź koniecznie ładowarkę i informuj mnie na bieżąco, gdzie jesteś
ja: martwisz się?
ślubny: po prostu dawno nie byłaś w mieście...

No tak...

piątek, 13 lutego 2009

tuż przed

    Hm... ulubione sączę i smakuję i próbuję i... klik sączę też. I myślę, co ja właściwie mam spakować? Ech... sama to ja dawno nie jechałam, a co za tym idzie: dawno sama nie dźwigałam bagażu... No tak... Póki co stoją naszykowane... obcasy. Ślubny co prawda zerka na nie podejrzliwie. Tym bardziej, że od wczoraj sypie i zasypane mamy powiatowe całe. No ale jak to tak bezobcasowo jechać mam? Toż nawet jeśli nie włożę, to mi lżej na sercu będzie, że one ze mną są. Pycha to ulubione jest. Czerwone takie bardzo, bardzo. Poza tym sam chciał, żebym jechała, to jadę. Że niby żona posłuszna ze mnie jest. W hotelach są suszarki do włosów, prawda? Muszą być. No tak... Znaczy wyśpię się. Książki nie biorę żadnej, laptop zostaje w domu, komórkę wyłączam po 22. Tak. O! Chociaż... no o tym to ja jeszcze pomyślę. A poza tym to mi dobrze. Drań wycałowany i naprzytulany i jutro chłopaków wysyłam do najszczęśliwszej przed moim wyjściem, żeby mi lżej było.
Idę po drugą lampkę ulubionego... Ślubny śledzi swoje polityczne programy w tv i udaje niewzruszonego. No tak... Już ja go znam. Pięknie za oknem. Biało. Szkoda, że to nie grudzień, albo styczeń. No i właśnie dlatego jadę pociągiem. Oddałam bilet na pks. Bałam się. Jakoś tak irracjonalnie może, ale jednak. A wszyscy pkp mi dzisiaj odradzali. Chrzanię. Wolę być w czymś większym niż autobus. Hm... jaki kolor tak naprawdę ma ulubione? Burgund, czy rubin? Nie wiem sama.  Kotka mi się wtryniła na kolana. Dziwna jakaś. Wieki tego nie robiła. Zlazła ospała z pieca i legła mi na nogach. I śpi. Muszę ją zrzucić zaraz. Szkoda. Ale naszykowałam mój jaśminowy olejek pod prysznic. Tylko dosączę ulubione i dosłucham...

środa, 11 lutego 2009

wyjeżdżam.stop.sama.stop

    Kiedy podjęłam decyzję o wyjeździe, było mi dziwnie jakoś tak.
No bo jak to? Tak się spakować, wycałować drania i męża własnego i osobistego i zamknąć za sobą drzwi? Chociaż z tymi drzwiami to najłatwiej chyba...
Ale czuję, że im bliżej wyjazdu, tym mi lżej i jakoś tak po prostu, zwyczajnie... lekko. Chyba muszę zacząć koleje drzwi zacząć zamykać, skoro rzuciłam się na głęboką wodę. Nigdy nie byłam typem tej, co siedzi w domu i wychowuje dzieci, czekając na męża. Penelopie do pięt nie dorastam. A jednak siedziałam w domu. I było cudownie. Ale... nawet cudowność może się znudzić. Może? Już sama nie wiem. Teraz jest dobrze. Tylko asertywności we mnie więcej. Niejako odwrotnie proporcjonalnie do pretensji o detale.
Chyba to lepsze dla wszystkich.
Ale wyjazd... No właśnie. Co spakować? Czy będę potrafiła zasnąć w obcym łóżku, takim bezpłciowym w dodatku? A może po tych wszystkich konferencjach i warsztatach odwiedzić stare kąty i zwyczajnie zrelaksować się samą świadomością, że mam dwie doby tylko dla siebie? A może... a może jeszcze coś innego wpadnie mi do głowy?
Potrzebowałam tego. Bałam się zrobić krok przed siebie. Jeszcze za mocno trzyma mnie pępowina z draniem. Ale to chyba już czas. Taaaak... no więc wyjeżdżam w ten weekend. Sama. Tak. Tak... klik

Mosze, gra w zielone i artystyczny nieład

    U mnie ostatnio jest trochę tak, jak w tym kawale, co to Mosze miał za mało miejsca w domu i poszedł do rabina po radę. Rabin kazał mu wstawić do mieszkania wielką szafę, wielki, okrągły stół, kanapę i zaprosić rodzinę z drugiego miasta z piątką dzieci. Mosze się posłuchał. Po pewnym czasie rabi mówi do Mosze, aby ten wyprosił rodzinę, sprzedał kanapę, stół i szafę. Mosze wyprosił, sprzedał i zaraz po tym przychodzi do rabiego uradowany wielce, mówiąc: rabi!! jakie wielkie mam mieszkanie!!
Rabiego o radę nie prosiłam, szafy nowej nie nabyłam od dawna, a i rodzina mi się na głowę nie zwaliła. Co prawda, jak to stwierdził podłota, mogłabym sobie jeszcze dobrać etaty na uczelni i w dwóch szkołach, a i tak bym podołała, bo chyba mam za mało, skoro wzięłam już tyle. Fakt... wzięłam tyle, że dopiero teraz widzę, ile to ja miałam czasu wolnego w zeszłym semestrze. Nawet praktykantkę wzięłam... Co prawda moi uczniowie tym faktem ucieszeni nie są, bo dziewczę im do gustu nie przypadło, ale wyjścia nie mają. Ja za to mam wyjścia dodatkowe często, bo mam lekcje muzealne i w galerii, a poza tym doszkalam się. Ustawicznie i z premedytacją. No i tak właśnie przy okazji tych szkoleń, mówię do ślubnego, że mam zaproszenie na dwudniową konferencję na tematy mnie pasjonujące. A ślubny niewiele myśląc mówi: jedź!! No to patrzę na niego i się zastanawiam, czemu to tak spontanicznie i bez zastanowienia, a on dodaje, że odpocznę sobie i wyśpię się w nocy. No... teoretycznie w nocy to ja tak w ogóle to śpię, więc nie wiem, czemu to miałabym się tam akurat wyspać, bo ślubny mi aż tak w nocy nie przeszkadza, ale jadę...
    Poza tym porządek, będący nieładem artystycznym trwa u mnie nadal. No bo jak ład mam za długo, to mnie głowa boli. Jedną nogą jesteśmy zatem w drugim mieszkaniu, ale sprawa utknęła w punkcie martwym i chyba będzie trzeba ją cofnąć do obecnego. No tak... jakoś nie mam czasu na głupoty, więc i sprawy dopilnować nie mam kiedy teraz, więc póki co mieszkania zmieniać nie będziemy. Zmieniłam natomiast niechcący kolor włosów. ... niby fryzjerka mówiła mi, abym mojej odżywki nie używała na razie, bo bardzo silna i specyficzna i z woskiem. No to nie używałam. Na razie... Ale "na razie" też ma jakąś długość, nie? No więc jak wczoraj minęły trzy tygodnie od bytności u owej, stwierdziłam, że "na razie" się kończyć powinno i po umyciu włosów, odżywkę naciapałam, głowę folią owinęłam i pół godziny odczekałam. Folię zdjęłam, włosy spłukałam, spojrzałam w lustro i w zasadzie to się ubawiłam. Tam bowiem, gdzie był ciemny brąz, są rudawe refleksy, a tam, gdzie był fiolet, pojawiły się zielone nitki. Hm... jest ryzyko, jest zabawa... W szkole kolor się spodobał, plastyczka stwierdziła, że mam duszę artystyczną, uczniowie gapili się, jak sroki w gnat, a ja postanowiłam kupić zielonkawy cień do powiek. Ślubny bał się komentować, ale kochać mnie musi, bo przysięga go obowiązuje. No tak...
Dranisko dzisiaj pognało do przedszkola po kilkudniowym wirusie, jutro ma pasowanie na przedszkolaka, więc jutro pogna za nim ślubny z kamerą i najszczęśliwsza z rodzicem moim płci męskiej, bo jutro maluchy mają również dzień babci i dziadka.

Taaak... no to kończę kawę, pisanie i gnam na lekcje klik

środa, 4 lutego 2009

taki sobie zwykły dzień

     Lekcję prowadzę. Tak normalnie prowadzę. Burza mózgów, mapa pojęciowa, problem do rozważenia i dyskusja. Pomiędzy tym wszystkim jakieś uwagi do zanotowania. W ławce na końcu jednego z rzędów siedzi sobie dwóch odważnych, co to gadają i gadają. Zerkam raz i drugi. Nic. Uwagę zwracam. Nic.
     Pod koniec lekcji biorę do ręki długopis z czerwonym wkładem i zmierzam w stronę śmiałków. Klasa zaczyna szemrać. Szmer coraz głośniejszy. O wszystkim. Stukam głośniej niż zwykle obcasami, ale śmiałkowie nie słyszą... Toż zagadani są, więc słyszeć mnie nie mogą.
Proszę o zeszyty, pochylam się i zaczynam pisać...
                                       
     ... "ej no!! cicho!! bo sorka gały wstawia za free!!" słyszę za sobą głos Bartka i właśnie wtedy, kiedy ledwo udaje mi się nie parsknąć śmiechem z owego, oddaję zeszyty z wpisanymi uwagami.

                                         ***

Ot! taki sobie zwykły dzień z życia nauczycielki...

wtorek, 3 lutego 2009

odwaga i ja, czyli jestem potworem

    - Ale pani ładnieeeee wyglądaaaaa - obstąpiła mnie pierwsza klasa podczas dyżuru. - A ja to pani nie poznałam - dodała Kasia z trzeciej i wtedy dowiedziałam się, że nie odbiega ona od reszty uczniów, którzy się do faktu owego przyznali chóralnie. Zaś wszyscy oni wcale nie odbiegli również od ochrony, której to musiałam się wczoraj tłumaczyć, dlaczego chcę wejść do szkoły oraz tak nazwanego kiedyś ciała pedagogicznego, które w większości zastanawiało się, kto to nowy w pokoju jest i się porusza wcale nie nieśmiało.
- Ale odważna to pani jest!! - perorowała Beata z drugiej, obcinając mnie z tyłu i całkowicie nie zwracając uwagi na to, że rozmawiają niejako przy mnie, a w zasadzie to tak jakby "wokółmnie", no i przede wszystkim ze mną było nie było.
- No jasne, że pani jest odważna!! - podsumował stanowczo Adam - A kto inny by się odważył wbiec na salę gimnastyczną w takich obcasach podczas meczu z pretensjami do trenera????? - zakończył dobitnie i rozmowa ucichła, bo każdy zgodnie pokiwał głową.

                                  ***
    Jestem znaczy się odważna. Taka bardzo odważna znaczy się. Czuję się wręcz jak krótkowłosy potwór biegający na obcasach po sali gimnastycznej z owym parkietem sławetnym. No tak... niezłą znaczy mam opinię. I gdybym nie obcięła włosów, to nawet bym nie wiedziała, że do moich przymiotów odkrytych przez młodzież doszła tak brawurowa odwaga. Hm... człowiek uczy się całe życie jednak.
No właśnie... a' propos tak tej nauki... wróciła znaczy od tego tygodnia już i dawne klimaty i obcasy też. Ale jeszcze potworem nie bywałam... No tak... toż to drugi dzień dzisiaj był dopiero...

żaba

    Późnym wieczorem wczoraj zadzwonił do mnie rodzic płci męskiej. Ha! ręce mi zadrżały i jakoś tak mi nogi podcinać coś zaczęło. No bo jak rodzic płci męskiej dzwoni po 22 to znak, że musiało stać się coś. Nie żebym kontaktu z rodzicem nie miała, ale ponieważ w ciągu dnia w sumie to ze trzy godziny trajkoczemy z najszczęśliwszą przez telefon, rodzic płci męskiej mój wie o wszystkim czy tego chce, czy też nie chce - najszczęśliwsza bowiem jak radio wolna europa w domu nadaje i gada, czy jest wysłuchana, czy też nie. Jakiś czas temu nawet rodzic mój płci męskiej stwierdził, że już nauczył się opanowywać mimikę twarzy i udawać wyraz skupienia przy równoczesnej pełnej odporności na jej głos. No tak szczerze, to potem miał ciepło... więc nie wiem, czy nadal jest uodporniony, czy już woli słuchać. Ale wrócę do tematu: zadzwonił. No i co mógł powiedzieć? Dałam mu bowiem szansę na odezwanie się, bo ja już miałam wizję szpitala a w nim kogoś bliskiego (najszczęśliwszej znaczy, albo babci-prababci drania, tudzież coś równie tragicznego, jak na przykład brak apetytu ich utuczonej kotki, która ledwie na komodę wskoczyć może i jeszcze zaraz po tym karkołomnym wyczynie domaga się pochwał za to, że sprawna taka).
Tak więc dałam rodzicowi palmę pierwszeństwa, a ten się pyta! Zamiast mówić, to się pyta. I o co się pyta? No jak ten głupi pyta się o to, czy drań już śpi. No jasne, że śpi i to od godzin czterech. No a ten mi znowu pytanie zadaje, czy u nas wszystko dobrze. A jak ma niby być? Chociaż po tych czułościach i zainteresowaniu się rodzica nami już sama nie wiedziałam, czy aby z nami wszystko dobrze i u nas też. I kiedy już miałam zarzucić go pytaniami o zdrowie tych i tamtych i dopytywać się, czy aby na pewno nie kłamie, rodzic mój płci męskiej jak gdyby nigdy nic mówi mi, że dzwoni, bo musi nam opowiedzieć, jaką miał dzisiaj przygodę, kiedy wracał do domu - idzie, patrzy, a tu żaba kica. Popatrzył na nią, wziął na rękę, przeniósł przez ulicę, żeby jej nic nie rozjechało, zostawił na trawie, wszedł do domu i zadzwonił do nas. No i po tym jak mnie urzekła jego historia, się rozczarowałam, że to tylko o żabę chodzi, potem natomiast się zdziwiłam, że nie wziął jej do domu, a potem do mnie dotarło, że w lutym to żaba raczej nie przeżyje i mnie nawet wściekłość ogarnęła. Tym większa, że ślubny trzymając mój telefon przy uchu swoim razem z teściem własnym naśmiewał się z absurdu sytuacji. No i nikt mnie nie słuchał, że ta żaba marznie gdzieś tam i rodzic jest potworem zostawiając ją na pastwę losu, kiedy to mogłaby kumkać w domu najszczęśliwszej. Ale i ślubny i rodzic prosili, aby najszczęśliwszej incydentu lepiej nie opowiadać. No nie opowiedziałam również draniowi, bo pewnie byśmy dzisiaj od szóstej rano żaby szukali, a i najszczęśliwsza wtedy dowiedziałaby się.
Żaba... w sumie absurd taka żaba w lutym... klik

sobota, 31 stycznia 2009

czy można kochać czyjeś dziecko?

    Już mnie wcale nie zdziwił, ani nie wzruszył dzisiejszy buziak dziewczynki na dzień dobry i pełna torba ze spakowanymi przez nią w ukryciu różnymi różnościami, która wylądowała na moich butach z automatycznym pytaniem "prawda, że mogę iść do was?" Prawda, prawda...
I tak sobie teraz patrzę na te dwa łepki małe i zastanawiam się nad wszystkim. Nie jest prawdą, że dziewczynka wypełnia jakieś moje instynkty macierzyńskie, bo te realizują się przy draniu bardzo intensywnie. Nie jest prawdą również, że podświadomie chcę córeczkę, bo mogę ją przecież mieć. A nawet jeśli będę miała kolejnych pięciu synów, nie zmieni to mojego podejścia do sprawy dziecka konkretnej płci, ponieważ dziecko kocha się za to, że w ogóle jest, a nie za to, że jest chłopcem czy dziewczynką. I może jestem masochistką, ale chętnie przeżyję kolejną ciążę, poród, karmienie, pieluchy, niedospane noce, więc... dziewczynka jest...? No właśnie. Czy można kochać czyjeś dziecko? Można. Czy każde wobec tego nieswoje kocha się tak samo? Chyba nie. Co zatem wypełnia we mnie dziewczynka, a co ja wypełniam w jej życiu, bo chyba i to pytanie powinnam sobie już zadawać? A przecież dopiero rok temu poznałam Luizę i dziewczynkę, kiedy to po powrocie do powiatowego wracały powoli dawne znajomości. Po pięciu miesiącach odgrzanej znajomości On sobie pozwolił na zawał pierwszy i ostatni, rozległy jak jasna cholera, zostawiając swoje dziewczyny same. Matoł i dureń. Sam tego pewnie żałuje bardzo. Może to wtedy coś we mnie pękło? Bliski kolega ślubnego, z takim samym poczuciem humoru i podejściem do życia co ślubny, w tym samym wieku, tak po prostu z dnia na dzień przestał być, zostawiając dziewczyny z obowiązkami i kłopotami ponad ich siły. Może to wtedy, kiedy ślubny w kościele przestał być w moich oczach chłopakiem, a stał się mężczyzną z charakterystycznymi tylko dla facetów bólem i powagą wypisanymi na twarzy i kiedy to doszłam do dziewczyn, biorąc je za ręce i w myślach prowadziłam swój dialog - monolog z...? No właśnie, z kim? Z nim? Może i z nim. Zapewniałam wtedy przecież i jego i siebie, że zawsze będę blisko nich. Jestem blisko.
"Musimy kupić drugi fotelik do samochodu" - zasugerowałam ślubnemu, kiedy sprzątaliśmy po kolacji. "Mhm" - odpowiedział ślubny całując mnie w czoło. A jaki on ma do tego wszystkiego stosunek? Jest naturalny i wszystko przyjmuje jako rzecz oczywistą - nie dziwi się i chyba nie zastanawia. Czy chciałby mieć córkę? Mówi, że zdrowie dziecka jest ważniejsze, niż płeć. Cały ślubny... Racjonalne podejście do życia. Póki co wiem, że najodpowiedniejszy moment na dziecko przegapiliśmy jakieś dwa lata temu. Teraz będzie, kiedy będzie. Każda chwila jest równie dobra, co równie duży zamęt wprowadzająca. No tak... więc jednak myślę o tym. Myślę. Jasne, że myślę, ale nie jest to myśl nachalna - mam wszystko, czego chciałam od życia. Brzmi może patetycznie, ale jednak - jesteśmy zdrowi, mamy siebie i jesteśmy szczęśliwi. Jeśli dane nam drugie dziecko, to we właściwym dla siebie momencie się pojawi. Reszta to rzecz nabyta.
Ale co z dziewczynką? Jaką pustkę wypełnia? Jaką my wypełniamy w jej świecie? Najszczęśliwsza i rodzic mój płci męskiej też nie mogą się nadziwić, że dziewczynka aż tak do nas lgnie. Brakuje jej wyraźnie dziadków, bo i ich została pozbawiona przez życie. Najszczęśliwsza przygarnia ją delikatnie, a ona chętnie się temu poddaje - cieszy się, że ma wspólną z draniem babcię Anię. Rodzic płci męskiej jest natomiast w jej oczkach obrazem dziadka, który dużo opowiada, siedząc w fotelu mięciuchu z wysokim oparciem.
"Wiedziałam, że z dziewczynką dzisiaj wrócicie" - powiedziała przed chwilą przez telefon najszcześliwsza. "Okryj maluchy pierzynkami, bo noc będzie mroźna " - dodała.
Idę zatem po pierzynki...

czwartek, 29 stycznia 2009

damsko-męskie, czyli małżeńskie o polityce i wszystkim

1. O polityce

... oglądamy program publicystyczny polityczny... Najpierw jedna pani rozmawia z panią ważną jakąś, potem druga z panem, co to nie wiem, czy ważny. Ślubny słucha śmiertelnie poważny.
ja: o zobacz!! ta druga ma takie same kolczyki jak ta pierwsza!!
ślubny (milczy, dłuuugo milczy i patrzy na mnie dziwnie tak): ... kochane znaczy ekonomią się zainteresowało i kryzysem...?

                            ***
ja: Pozajmywuj się mną, a nie będziesz jakiegoś faceta słuchał. On i tak już swoją propozycję przedstawiał.
ślubny: Przedstawiał??? Kiedy????
ja: no ona mówiła, że już kilka razy gościł gdzieś, czy był zapraszany...
ślubny: ... (cisza - zaczął się patrzeć jak w poprzedniej rozmowie)

                            ***

2. O wszystkim

ja: daj Dudusiowi jedzonko
ślubny: już mu dałem wszystko, a nawet więcej
ja: to czemu patrzył się na mnie z nienawiścią i nadzieją?

                            ***

ślubny: czy ja ci czymś podpadłem?
ja: ???
ślubny: stoję przy warzywnym po sałatę, a przede mną guzdra się jakaś baba i prosi o to i o tamo i wreszcie słyszę, jak ona mówi, że poprosi trzy inteligentne marchewki!!
ja: i o co jeszcze poprosiła?
ślubny: nie wiem, poszedłem do kasy i stanąłbym przy tej kasie nawet wtedy, gdyby przede mną stało czterech bezdomnych i każdy kupowałby po butelczynie wina i każdy prosiłby mnie o 20 groszy... I nawet dałbym im po te 20 groszy...

klik

środa, 28 stycznia 2009

o!

     Kiedy dzisiaj rano ślubny zasugerował, że może bym się tak z domu ewakuowała i zrujnowała go finansowo w sklepach, uznałam jego myśl za całkiem niegłupią. Podstępną, ale całkiem mi do gustu przypadającą, chociaż miałam duże wątpliwości, czy ewakuację zarządził aby nie ze względu na siebie, czy też tak ze względów humanitarnych na mnie i mój dziki humor oraz pogłębiającą się moją irytację. No bo ileż tych kubków można znieść? No cztery to dla mnie już kuriozum, zwłaszcza jeśli stoją jeden obok drugiego z tym samym, czyli kawą smolistą wypitą do połowy. No niech mu będzie, okazałam się łaskawą i poszłam sobie. O! Coś tam jeszcze mówił, abym miała na względzie ilość naszyjników i książek zalegających w domu, ale niech sobie gada. Co mu gadać zabraniać będę? Niech gada. Czasem.   
    No i proszę Was... naszyjnik jest. Jeden. Ale jest. Nie zdzierżyłabym przecież brak nowego. Ma co prawda coś, co dopiero ślubny zauważył, robiąc wielkie oczy i pytając, po co w zestawieniu wszystkiego jest i pomponik. No dziwny on jakiś... Toż jeśli to zestawienie wszystkiego, to i pomponik być musi. Przecież to logiczne jest. Obcasy nowe też mam i jak widzę pogoda sprawia, że mogę je niedługo wdziać na nogi. A takie wysokie są, jakich dawno nie kupowałam, bo mi coś tam organoleptyczna o obcasach wytłumaczyć próbowała i postanowiłam swoje o pięć centymetrów zmniejszyć. No... mogę jej teraz z pięć par tych zmniejszonych oddać, bo mi źle w nich. Mam w nich normalną świadomość braku. Mam też wszystko takie, czego bym do tej pory nie tknęła. Uhm... Mam spodnie w kratę i mam pomarańczową bluzeczkę. Seledynową, po oczach bijącą, też mam. No i mam spódnicę krótką i szeroką i w kratę taką, na widok której kiedyś bym z krzykiem uciekła. Co jeszcze mam? No dużo mam, ale nic czarnego. Tzn. naszyjnik ma czarnych elementów kilka. Pompon na ten przykład i na tamten przykład to owe obcasy. Czarne wzięłam, bo bordowych nie wyprodukowali takich... Nie wiem, jak mogli. No i mam świadomość, że jednak jak cię widzą, tak cię piszą. Nigdy takich eksperymentalnych ubrań panie mi nie proponowały. No bo myślały pewnie, że ja taka klasyczna jestem. No... klasyczna to ja jestem, ale chyba nie teraz. Bo teraz to mam nawet spodnie z kiczowatym diamencikiem w guziku. I co jeszcze mam? Mam właśnie herbatę czerwoną i maseczkę z glinki jakiejśtam na twarzy i zapisaną na jutro kawę z koleżanką gdzieśtam - sama nie wiem jeszcze gdzie, bo to dopiero jutro, więc po co dzisiaj do kalendarza zaglądać mam? No właśnie. I jeszcze mam "Szpetnych czterdziestoletnich" Osieckiej. Mam też zamiar zaraz umościć się pod pierzynką i czytać. O! I ma ślubny, czego chciał i niech sobie gada teraz, a ja do kompletu to mam jeszcze klik.

wtorek, 27 stycznia 2009

nouvelle

    Mam przy sobie ulubione... I klik. I jest mi dobrze. I luźno tak.
I przekornie mi. Może przez koszulkę? Tę niepokorną, letnią, która jakoś tak mi się wzięła po kąpieli w olejku z jaśminu? Na przekór temu, co za oknem. Luźno mi tak i jakoś jeszcze tak... Trudno to właściwymi słowami nazwać. Dobrze tak. Na granicy. Nie na zakręcie. Jak bungee, ale bez tej całej adrenaliny. Nie potrzebna ona mi. Zbędna. Ją akurat usypiam. Może się uda? Spokój. Zmiany, zmiany, zmiany... Cierpkie to ulubione. Ślubny australijskie kupił dla mnie. Lubię je. Jest inne takie. Takie jak ja dziś. A może nie tylko dziś? I winogrono pachnie przepięknie. Jest słodkie. Soczyste. Sok zbyt nachalnie ścieka między palcami. Nie smakuje mi. Ulubione wystarczy...
Chyba emocje puszczają. Rozchodzą się delikatnie po mięśniach wszystkich. Po sercu też. I po przeponie. Czy mówiłam już kiedyś, że lubię jaśmin? Lubię. I wcale nie brakuje mi moich włosów podczas kąpieli... Woda jest tylko i ja i plecy. Taaak... Zmiany, zmiany, zmiany... A ulubione smakuje, jak powinno.