czwartek, 24 czerwca 2010

No i się popłakałam...

    ... Publicznie. I sama nie wiem, czy z radości, szczęścia, czy żalu. Na koniec. Przy różach żółtych.
Udało się wszystko. Taaak... Udało. Chociaż rano sprzęt nagłaśniający nie działał i panowie specjaliści powiedzieli, że raczej nie zadziała. Chociaż w związku z tym próbę generalną robiłam bez chóru i muzyki. Chociaż nowe zmiany do scenariusza doszły, gdy już się zaczęło. Chociaż dekoracja wymagała zbyt wielu wykończeń jak na jeden dzień i jedną osobę. Chociaż w ostatniej chwili musiałam wysyłać delegację na mszę w parafii, chociaż tym sposobem straciłam konferansjerów i miałam nadzieję, że zdążą na czas. Chociaż zaplątałam obcas w spodnie i klasycznie wywaliłam się na jednym schodku. A mogłam wcześniej na jakiś dwudziestu, więc też się udało.
Udało się. Chociaż miękkie miałam kolana, kiedy poczet szedł bez muzyki marszowej i słychać było jedynie odgłos ich obcasów taki surowy i smutny, kiedy chorąży z żalem rozstawał się z szarfą, a asystentki poprawiały na przejmujących sztandar niewidoczne fałdki, kiedy panie woźne przy ostatniej niedzieli włączyły dzwonek robiąc mi tym niespodziankę przemiłą.
Udało się, chociaż tak trudno rozstać się z klasą trzecią i nigdy nie wiem, co im powiedzieć na koniec i to tak, aby zapamiętali.
Udało się pożegnać i z moim uczniami z klas drugich, którzy w akademię byli zamieszani czynnie i twórczo. Udało się nie zdradzić, że mnie już od września z nimi nie będzie, chociaż oni mają plany ogromne, bo zdecydowałam już, bo idę nieco dalej, nieco wyżej.
Udało się.

sobota, 19 czerwca 2010

w truskawkach cały sęk

    Jestem spokojna i opanowana. Jak nie ja. Ślubny nie dowierza, a mnie całkiem dobrze z tym spokojem. Nawet jeśli teściowie zapomnieli o moich urodzinach, drań wykasował papierologię moją z ostatnich dwóch dni, a ślubny oświadczył, że jechał za szybko, bo spieszył się do domu, ale to tylko rysa i załatwi do wyjazdu. Nie wyprowadziła mnie z równowagi rada klasyfikacyjna, ani zmiana w ostatniej chwili w scenariuszu uroczystości na czwartek. Ani zmienione arkusze ocen i świadectwa. Nie obeszło mnie nawet to, iż historyczka nazwała mnie cudem pedagogicznym, któremu wszystko się udaje, a mama Moniki z trzeciej płakała pod pokojem, żeby godzinę przed klasyfikacyjną wyżebrać ocenę dla niej. Nie denerwuje mnie nic. Ani brak snu, ani kilometry po schodach w szkole, ani fakt, że jeszcze nie zamówiłam kwiatów, a przecież zawsze na długo przed miałam wszystko zapięte na ostatni guz. Hm... wprost przeciwnie, teraz guziki to ja odpinam raczej. Właściwie to i jakby pora na to już...
    A poza tym to fajnie, że jest czerwiec. Bo go lubię. Mogę bezkarnie żywić się tylko truskawkami i spać przy otwartym balkonie. klik

niedziela, 13 czerwca 2010

z pokorą w tle, czyli koniec roku szkolnego

    Nic tak nie uczy pokory jak wychowawstwo w szkole. Nic tak również nie uczy wyciągania wniosków idących daleko, albo i jeszcze dalej oraz przekleństw szpetnych. Ha! a muszę je w dodatku przeżuwać bezgłośnie, co przypieczętowały draniowe "pieprzone sandały", które zakładał przed wyjściem do przedszkola i jakoś tak mu się nie dawały zapiąć. Chociaż w sumie... no ja też rano niecierpliwa bywam, więc dziecko własne rozumiem doskonale. Ale jeszcze tylko dwa tygodnie i będą wakacje. I mają być upalne. Bardzo upalne. I suche. I upalne. I w związku z tym ślubny zrobił rezerwację w Ustce mojej ulubionej i ja już chcę ten lipiec mieć. I chyba podstępnie z wiadomością o wyjeździe do  maksymalnego stężenia mojej irytacji czekał, żeby mi najgorętszy czas jakoś złagodzić i dać motywację. A potrzebna była bardzo. Zwłaszcza po wczorajszym spektaklu, na rzecz którego musiałam zrezygnować z koncertu Antoniny Krzysztoń i monodramu Aliny Czyżewskiej. A który okazał się tak absurdalny i nonsensowny jak i jego tytuł. Ale mus to mus. Mus miałam jednak i z mózgu dzięki zadającemu mi fizyczny ból "po pierwsze primo, po drugie secundo", a na domiar złego pogryzły mnie meszki. Koszmar jakiś. Ale przeżyłam... jakoś. No i jeszcze tylko dwa tygodnie. Dam radę. Co mam nie dać? Dam... klik

środa, 9 czerwca 2010

jak się nabrało obowiązków, to i kawę w usta nabieram

    Pani kupiła wczoraj sukienkę lnianą. I to jest normalne. Czerwoną - i to jest już zadziwiające. Przede wszystkim ślubnego. A i samą mnie w chwili obecnej. Przy czym raczej normalne wydawało mi się to wczoraj. Od dzisiaj upały. To dobrze. Nie męczą mnie. Wreszcie nie jest nijako. Od dzisiaj znowu mam maraton do niedzieli włącznie. A potem to już tylko zwyczajny maraton dwa. Czy czerwona lniana starczy na cały dzień? Bo musi, a jeszcze jesteśmy sobie całkiem obce i nie wiem, czy mogę na nią liczyć. I problem w tym, że o ile do szkoły idę na godziną wcześniejszą, o tyle teatr mam w godzinach wieczornych, a nieistniejący, chociaż jednak panoszący się międzyczas, wypełni mi tyle spraw i zajęć, że przed etiudami to ja jedynie szminką będę się miała czas maznąć. Ha! ale za to włosów nie muszę nawet przeczesywać, bo włosy to ja rano rozgarniam ręką ruchem okrężnym wokół głowy po kąpieli i już. A tak... tak się zrobiłam, że stały się elementem absolutnie niekłopotliwym. Już rozumiem facetów. Chociaż to straszne.
- Ojej, ale pani się króciutko obcięła - zapiszczała Klaudia, która głos ma prawdziwie piszczący i nic sobie z tego nie robi. I dobrze.
- A ja to pamiętam panią w blondzie - odpowiedział w sposób retoryczny Patryk. I jakoś nikomu nie przeszkodziło, że ja jestem w sali. Mnie też to nie przeszkodziło. Bynajmniej. Toż to normalne, że jestem. Przypomniało mi się tylko jak w sennym koszmarze, ile to trzeba było z tymi cudami się wtedy napracować.
No dobra... mleczna kawa dopita. Ale głupi wyraz... jak rodem z "Potopu", gdzie do Upity rysią jadą i wszyscy uczniowie zawsze się śmieją zanim sens złapią. A potem śmieją się z samych siebie. A ja już się nie śmieję.
Ładna ta czerwona. Pasuje mi do koloru paznokci u stóp. No proszę... Się mi dopasowało. Bo ja taka akuratna niby żem. I śpiąca mimo tej kawy. klik

niedziela, 6 czerwca 2010

w zasadzie to o pogodzie

    Od czwartku piwonie panoszą się w wazonach. Pachną mocno. Purpurowe. Sama nie wiem, który ich kolor lubię najbardziej. Czytam, spaceruję z draniem i opycham się truskawkami. Uwielbiam truskawki. Kapsuła spa co prawda rozleniwiła mnie wczoraj, ale za to spałam w nocy jak zabita i dzisiaj dopiero wielki kubek kawy z mlekiem zmotywował mnie do podniesienia się z chłodnego prześcieradła i pościeli, której kolor graniczy z czernią i czekoladowym brązem. Jeszcze kilka dni temu prawdopodobnie byłabym na dodatek i potargana, a drań zaśmiewałby się razem ze ślubnym, ale w piątek obcięłam włosy. Dzisiaj wskoczyłam w japonki i szorty. Pelargonie kwitną jak dzikie, róże zmarzły jednak, a przysiadające na nich sikorki najbardziej lubią zajadać w karmniku okruszki ciasta drożdżowego. Wychowały mnie już sobie. Mam nawet wyrzuty sumienia, jak muszę dać ptaszydłom coś innego. Mój świat znieruchomiał i zmienił czasoprzestrzeń od środowego popołudnia. Odpoczęłam. Dom staje się powoli magiczny, chociaż nadal wspominam fakturę ścian w starym mieszkaniu i kolor światła. Drań odkrywa każdego dnia jakąś tajemnicę przedbloku albo zabloku i ekscytuje się wszystkim, a ja cieszę. Czekam na wakacje. Łapię już na nie oddech. Boję się planować. Dzisiaj mieliśmy wrócić z wyprawy. Powódź plany zmieniła. Przeraża mnie ona i niepokoi coraz bardziej. Kraj nad Wisłą męczy mnie coraz bardziej i przydusza. Hm... no właśnie. Właśnie próbuję wytrawne mołdawskie i staram się nie zatapiać w myślach o tym, co postanowione.

czwartek, 27 maja 2010

o ziemniakach i róży, czyli pogranicze groteski prywatnej

   Jadę dziś rano przykładnie do szkoły, wcale nie śpiąca, wręcz przeciwnie, bo po dwóch kawach. Ludzi w autobusie tak średnio na jeża. Na wprost mnie siedzi starsza pani. Jedziemy. Na jednym z przystanków wsiadają kolejni pasażerowie. Pan w średnim wieku siada obok niej i nagle ni z tego ni z owego stwierdza:
- Ale drogie w tym roku ziemniaki!
- O tak. A jakie niedobre - odpowiada pani.
Myślałam, że może to znajomi. Nie. Za to o ziemniakach w powiatowym od dziś wiem dużo, a nawet więcej. Ba! wiem, że te holenderskie to są najgorsze, ponieważ mają dwa razy więcej pestycydów niż nasze. W życiu nie kupię holenderskich. Pan nawet pokazał te swoje ziemniaki. Nie holenderskie co prawda, egipskie bowiem drogą kupna nabył. No ładne... jak to ziemniaki. Wspomniał też, że kupił i pomidory, ale ich już nie wyjął z siatki, więc nie wiem, czy ładne. Wiem jednak za to, że wczoraj pani do obiadu ugotowała ziemniaki argentyńskie, ale kupiła małe, bo duże są szkliste.
Starałam się udawać, że nie słyszę ich wywodu i miałam nadzieję wielką, że nigdzie ukrytej kamery nie ma. Nie udało mi się natomiast ukryć zdumienia jeszcze większego w szkole, kiedy dopadła mnie klasa (od wczoraj moja, jeszcze bardziej osobista, ponieważ wychowawstwo w niej dostałam ze względu na wzgląd, a prawdopodobnie dlatego, że było mi za dobrze bez, a ktoś musiał) i chciała wielu informacji naraz. No jak można aż tyle chcieć za jednym zamachem? Toż ja przecież części komunikatów do tej pory nie rejestrowałam, ponieważ nie musiałam, a oni teraz chcą i to i owo i tamto też. I ja się doinformować musiałam w trybie natychmiastowym, a te informacje są w większości równe tym o ziemniakach... Boooossszzzeee... jak ja miałam do wczoraj sielsko i anielsko i w zasadzie to beztrosko. I sobie na domiar złego sprawy z tego nie zdawałam. Ale gdy ktoś się groteską zajmuje, groteska go dopada, a ja mam na tapecie i Mrożka i Gombrowicza i właśnie dzisiaj jeszcze transem w "Trans-Atlantyku" się zajmowałam i akademią na zakończenie roku, która w stanie obecnym niczym od "Kosmosu" się nie różni.
   - Chciałem ci mamusiu przynieść dzisiaj różę - szarmancko i dystyngowanie napomknął podczas kolacji drań. - Leżała na ziemi. Ale była za bardzo pognieciona.
klik

sobota, 22 maja 2010

pawie

   Jestem. Jestem zbyt długo w kilku miejscach naraz. Jestem lekko rozkojarzona jeszcze. Jestem szczęśliwa. Jestem powoli jak młody bóg. Jestem też i lekko zmęczona. Jestem w domowych godzinach zupełnie niepraktyczna. Wróciły obcasy. Na zieleń jasną i oliwkową ostatnio mnie nastroiło. A dzisiaj wróciło i ulubione, które małymi łyczkami smakuję. Teorie względności picia według Osieckiej są mi znane. Zgadzam się z nią. Życie trzeba smakować. Inaczej umyka podwójnie.
Nasz czwartkowy pobyt w stolicy ograniczyłam praktycznie do Łazienek. "Z tymi pawiami nie da się porozmawiać" stwierdził dobitnie drań. Ano nie da się. Dziewczynka też to zauważyła.  I chyba nie tłumaczy ich fakt, że są piękne. klik

zapędziłam się...

     ... w kozi róg. A przecież lubię kozy. Są takie pozornie głupie i śmieszne. Mam nawet zdjęcia z nimi. Mają wielkie oczy i miłe są w dotyku. Dają się głaskać. Szkoda, że w moim rogu kozim kóz nie ma. Róg tylko jest. I to wcale nie ten Almatei, tylko taki zwykły, w którym chwilami robi się duszno, a czasem nic nie widać. Bywa i tak. Biegam. Przeraża mnie powódź. Cieszy wyprawa do Nadrenii w wakacje. W tym roku na nie zasłużyłam bardziej niż zwykle. Drań rośnie i jest coraz poważniejszym chłopcem, a ja uprawiam papierologię stosowaną, doskonalę umiejętności i wyłapuję jednostki niepokorne, które wygrywają w kolejnych konkursach, a w wolnych chwilach siedzę w teatrze czy muzeum. A potem okrywam kołderką śpiącego drania, mijam ślubnego, który nie komentuje moich decyzji i dopiero przy porannej kawie wysłuchuję szczebiotu własnego dziecka, które opowiada mi swój świat. A wolne dnie wypełniamy wyprawami we troje, we czworo, czasem również z psem. Z czego zrezygnować? Cieszę się z tych wakacji, które ino mig...
Ostatnio zapatrzyłam się na umorusanego malucha w wózeczku, który mymłał bułkę i wcale ładnie nie wyglądał, a mnie zrobiło się jakoś tak... hm... szkoda? Tylko czego i czemu. klik

poniedziałek, 10 maja 2010

gdzie jestem, gdy mnie nie ma?

    ... od dwóch tygodni przeważnie w sypialni. O ile w domu. I wtedy to z kompresami, syropami, laptopem i jakimś filmem, który ma mi urozmaicić życie w gorączce. A jeśli nie w sypialni to już zwyczajnie: w tysiącu różnych miejsc. Życie w trójwymiarze ma jednak swój urok. Kroki zagłuszam kaszlem, mówię normalnie, słyszę jednak nieco mniej. Co bywa zabawne. I wygodne. Wirus mnie dopadł i odpuścić nie chce. Poszłam nawet do lekarza. Nawet na zwolnieniu byłam. Dwa dni. Co bowiem poradzić na to, że sama myśl o przychodni ozdrowiła mnie nagle i ani gorączki, ani gigantycznych migdałów, ani bólu mięśni nie wykazywałam? A jeżeli nie wykazywałam, to na rzekome osłabienie dwa tylko dni dostałam i właśnie tego drugiego dnia ponownie umierać na gorączkę i resztę całą zaczęłam. Ktoś tam w szkole nawet zapytał, czy w wolnych chwilach się biczuję dla rozrywki, ale obecnie dla rozrywki to ja nawet nie czytam, bo mnie oczy bolą i marzę jedynie o tym, żeby się tak po prostu po powrocie do domu położyć. Z pozycji horyzontalnej natomiast zarządzam domem i dyryguję. Fajne to nawet. Hm... tylko syropy się kończą, jak tylko smak polubię, tabletki się skończyły, kaszel nadal trwa. I w sumie to ile można? Można, co prawda, co drugi dzień do lekarza, ale tam stadnie dziadki i babcie usadowieni i panowie, którzy zwolnienie dostać muszą, a to jest mocno ponad moje siły. Więc chodzę. I kaszlę. Nawet sprawdziany robię. I lekcję otwartą mam w tym tygodniu i konkurs. A w weekend bawić będę na konferencji. I planuję dwie wyprawy. I ogólnie to nie jest źle. Tylko mięśnie brzucha mnie już bolą okrutnie i dupska. A myślałam, że kaszel jedynie na gardło wpływać może...

poniedziałek, 3 maja 2010

dialogi i damskie i męskie, całkiem niemałżeńskie

- Bo ja mam sześć lat a ty pięć - zawiązała dziewczynka rozmowę z draniem. Drań jednak zbyt mocno był zainteresowany tym, co za oknem.
- A jak ty będziesz mieć sześć, to ja będę mieć siedem. A potem ja osiem, a ty siedem. Ja dziewięć, a ty osiem. Ja dziesięć, a ty dziewięć. A jak będę mieć jedenaście, to ty dziesięć, dwanaście to ty jedenaście.
- A potem ty będziesz mieć dziewięćdziesiąt dziewięć a on dziewięćdziesiąt osiem - wtrącił ślubny w momencie, kiedy zastanawiałam się, kiedy ta różnica dziewczynce zacznie przeszkadzać i czy w ogóle.
- Super!!! - ożywił się drań.

                                            *****

- No sam nie wiem, dlaczego ten Igor nie lubi ogórków - zagaił drań podczas kolacji nawiązując do spraw przedszkolnych.
- Dzieci powinny jeść dużo warzyw - wylazła ze mnie jędza.
- Ja jem warzywa. Nawet ser jem biały - zapewnił mądrala.

środa, 21 kwietnia 2010

niedługo zamieszkam w teatrze (chyba) (jak tak dalej pójdzie)

    To, że pani płacze, stało się hitem dzisiejszego spektaklu. Ze śmiechu oczywiście. Nie wytrzymałam. Ale jak tu wytrzymać, kiedy ogląda się spektakl według Gombrowicza, a jego samego darzy się tyle miłością absolutną, co rezerwą potwornie denerwującą. No ale śmieszy, bo jak ma nie śmieszyć? A skoro śmieszy i się rozumie, to emocje puszczają. Puściła bowiem dzisiaj dyrekcja moje drugie klasy do teatru. Tak ad hoc co prawda i według mojego założenia, że tabula rasa zapełniona będzie najpierw wrażeniami pierwszymi i drugimi pierwszych, a dopiero rzucę ich na życiorys, dzienniki i tekst. I jak to zwykle bywa u mnie w takich wypadkach, pokierowałam ich swoimi emocjami. Kochają Gombrowicza niektórzy już, a pozostali cytują. Nawet stwierdzenie Grzesia, że facet był jeszcze bardziej zwalony niż on, czyli Grześ, było na miejscu, a i fascynacja lękiem przed upupieniem, którego praktycznie uniknąć się nie da, tudzież koniecznością dupy tak po prostu, przed którą w efekcie się ucieka.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

paź, czyli nożyczki i ja

    "Super!" - krzyknął zachwycony drań, podczas gdy ślubny stał się bardzo wyznaniowy i uzewnętrznił to w "O Boże!", ja zaś zadowolona z siebie stałam z nożyczkami w ręku, a obok mnie i drania na łazienkowej podłodze leżały kosmyki włosów. Draniowych. Tak samo to wyszło jakoś. Nie żebym się na tym znała, ale czemu by od czasu do czasu nie improwizować? Nie chciał bowiem drań iść do fryzjera... No ja to go nawet rozumiem. Ślubny też go rozumie i to bardzo. Tylko że dziecko nasze zaczęło już buszmena przypominać, więc coś z tym faktem zrobić trzeba było. A fakt był zauważalny z dużej odległości. I jakoś tak wyszło wczoraj wieczorem niechcący, że ja wzięłam sprzęt do cięcia, a drań uznał to za niezłą zabawę. Hm... zabawa niezła istotnie - trzeba przyznać. Miałam co prawda obciąć samą grzywkę, ale wyszło tak, że pojechałam jak po fajerce i wyszło co wyszło. Nazwijmy to paziem.
Panie w przedszkolu drania poznały dzisiaj, najszczęśliwsza wie jedynie, że drań obciachany i się cieszy, drań się faktycznie cieszy i główką podrzuca przed lustrem, ja też się cieszę i tylko nie wiem, czemu ślubny po powrocie dzisiaj do domu stwierdził, że jednak trzeba pójść do fryzjera. Stwierdził to rzekomo z perspektywy niewidzenia drania przez godzin kilka. Prawdopodobnie albo ma złą perspektywę, albo chce mnie obrazić. Tak czy owak nie wie, co robi i się pogrąża.
TU i TU

sobota, 10 kwietnia 2010

Światopoglądowo, czyli pewnie się pogrążam...

    ... co prawdopodobnie wyjdzie z wora dopiero za tydzień.
    Kiedy do wczoraj ktoś odkrywał, że ślubny i ja popieramy partię dla ponoć niepoważnych, najpierw patrzył ze zdumieniem, a potem próbował nawracać nas na rzekomo właściwy światopogląd. Hm... a mnie przecież z moim światopoglądem jest tak po prostu dobrze i spokojnie na sumieniu.
    Cieszę się jednak poprzez smutek niezmiernie, że dzisiaj po raz pierwszy w telewizji zobaczyłam normalne i ładne zdjęcia Prezydenta i Jego Żony. Nie ma się czemu dziwić - do tej pory były wybierane te inne, a mnie skręcało, że wszyscy dobrzy fotografowie i fotoreporterzy wyjechali widocznie za chlebem. Ucieszyłam się również, ponieważ usłyszałam dzisiaj w końcu, że był On osobą wykształconą, inteligentną i faktycznie kochającą Polskę, do tej pory bowiem bywało różnie z tą oceną. Przeżyłam co prawda i chwilę grozy, kiedy to tvn24 do studia zaprosiła wicemarszałka Sejmu Stefana Niesiołowskiego, ponieważ od kilku lat nie słyszałam z ust tego pana słów innych niż zjadliwe. Okazało się jednak ku mojemu zaskoczeniu, że potrafi On wypowiadać i zdania pozbawione żółci. Dobrze to rokuje. Ano właśnie... rokuje?
Czy w naszym pięknym kraju nad Wisłą jedynie tragedie narodowe mogą nas jednoczyć? Chwilowo oczywiście - za dużo już bowiem widziałam, aby mieć złudzenia, że owo trwałym być może.
   Cynizm? Cynizm. Po niedowierzaniu i smutku do głosu dochodzi bowiem również i złość i złośliwość. Na portalach i blogach czytam, aby spieszyć się kochać ludzi. To prawda wielka i piękna. Jednak zmienię ją dodając: spieszmy się też ich oceniać sprawiedliwie, bo potem możemy wyjść na ignorantów a kochajmy ich przede wszystkim po zakończeniu się żałoby narodowej, kiedy emocje się już zrównoważą i nie trzeba będzie ich pokazywać publicznie.

piątek, 9 kwietnia 2010

prawo Murphy'ego...

    ... czasami daje o sobie znać. Właściwie to daje o sobie znać zawsze, kiedy o nim pomyślimy. Bo właściwie po to chyba myślimy o nim, żeby się przekonać, że istnieje. Działa bez zarzutu. Przekonałam się o tym rano, kiedy jedną nogą byłam już za drzwiami, a drugą jeszcze w kuchni i dopijałam kawę z mlekiem podczas dopinania guzików białej koszuli. Ano właśnie... białej koszuli. Zdążyłam pomyśleć, że kawa zostawia plamy zwłaszcza na białym, kiedy na białej się plama pojawiła. Ostatni łyk jakoś tak sam z siebie bowiem zamiast do pyszczydła trafił na dekolt. Ten niestety był już zakryty.
    Zdążyłam się przebrać. Panowanie nad czasem jest miłe. Doba stała się dłuższa. Drań opowiada przeróżne historie, a ja po prostu słucham. Sterta prac klasowych i rozprawek poprawiła się w nieistniejącym międzyczasie. Za kilka dni jedziemy do Lublina. Dziewczynka jedzie z nami. W niedzielę przed nami teatr, obiad u najszczęśliwszej i rodzica płci męskiej, a potem muzeum i "Msza wędrującego".
    Patrzę na Klimta. Przede mną  lekcja otwarta z oprawą muzyczną i prezentacją poświęconą Szymborskiej. Lubię Klimta. Adela jednak już mnie znudziła, chociaż nadal doceniam jej piękno. Drań się przytula bardziej. Bardziej wsłuchuję się nocą w jego oddech. Ulubione piję z wodą mineralną. Portugalskie. W głowie mam mętlik i pustkę. klik

 

środa, 7 kwietnia 2010

tańcowały dwa Michały, czyli pani wkracza w wiek, kiedy faceci widzą ja inaczej...?

    Kiedy na ostatniej imprezie w byłej firmie towarzystwo zaczęło się powolutku przetasowywać, obok mnie zmaterializowali się dwaj panowie. Jeden mniej więcej w moim wieku, drugi jakieś piętnaście lat ode mnie starszy. Pierwszy wysportowany luzaczek, drugi stateczny, elegancki, pachnący moimi ulubionymi perfumami męskimi, z obrączką wżynającą się w palec wskazujący prawej ręki. Dla pierwszego stanowiłam obiekt dojrzały. Dla drugiego pełnoletni i świadomy. A dla obu jak najbardziej seksualny.
Ani jeden, ani drugi jednak nie wiedział (bo i skąd niby by?), że żonaci i współpracownicy stanowią dla mnie obiekt jedynie konwersacyjny.
A tu nawet do podstawowej konwersacji dojść nie mogło, ponieważ mogłabym opowiadać zarówno o prawie Gaussa, jak i dowodzić, że Ziemia jest płaska, oparta na różowych krokodylach - tyle samo z jednego i drugiego by zakodowali, czyli kompletnie nic.
Jednak sytuacja mocno mnie rozbawiła. Chociaż... przede wszystkim zadziwiła.

    Tańcowały dwa Michały, jeden duży, drugi mały... Wybawiłam się do północy i zamówiłam taksówkę ignorując ich kompletnie.

    Nawet nie przypuszczałam, że wiek może być wartością aż tak bardzo względną. klik

wtorek, 6 kwietnia 2010

dupa, czyli rak

    Kiedy pani uporządkowała wszystko w swoim nowym mieszkaniu i poniekąd nowym życiu, wymiotła wszystkie śmieci z balkonu, pomalowała barierkę i ustawiła ładnie przycięte róże, okazało się, że dłonie mam boleśnie poranione kolcami, a Wielki Tydzień może zakończyć się w sobotę. Święta minęły mi na niemyśleniu. Płakać nie potrafiłam, ale pierwszy raz w życiu poczułam, w jaki supeł potrafi związać się żołądek. Rodzic mój płci męskiej nie wytrzymał bowiem i wygadał się wreszcie.
I dobrze. Przynajmniej wiemy już o i o cholernie inwazyjnych przerzutach i o roku czasu na i jego decyzji rezygnacji z chemii. Dziwne uczucie. Coś na pograniczu strachu i niedowierzania. I nadziei.
"No to dupa" stwierdził ślubny. Ja jeszcze stwierdzić niczego nie potrafię. Dobrze, że jutro wracam do rytmu. Zacznę być w kilku miejscach naraz, myśleć o wszystkim, biegać i odczuwać zmęczenie. klik

czwartek, 1 kwietnia 2010

obciach, czyli poznajemy sąsiadów

    Wyjazd do Warszawy zakończył się przemiłą kolacją w firmie ślubnego i kosmicznym bólem głowy w drodze powrotnej. Nic nie piłam. Kawę znaczy się i sok z czarnej porzeczki. I wcale nie jednocześnie. I jadłam. O! awokado z sosem czosnkowym i pomidorem. Najpierw myślałam, że zestaw jest niejadalny, ale ponieważ lubię awokado, pomyślałam, że raz kozie śmierć i pożarłam i żyję i było bardzo dobre. No ale nie od tego przecież ta głowa. Coś tam najszczęśliwsza mówiła, że halny szaleje i pewnie dlatego, bo ja halny odczuwam zawsze w źrenicy oka i w łuku brwiowym i w ogóle w każdym milimetrze lewej połowy głowy. Dranisko obłowiło się w Bionicle w ilości nieprzyzwoitej i inne potwory, które według niego są wspaniałe. Cztery siaty tego towaru, czyli prezentów, zostało rozpakowane po powrocie do domu i składaliśmy paskudztwa. Ale tu muszę przyznać: składanie ich jest faktycznie dobrą zabawą. Strach pomyśleć, że draniowi przyjdzie do głowy któregoś z nich rozebrać na części pierwsze... Ale póki co przyszło mu do głowy obudzić się o piątej rano, przybiec do nas i zażądać światła w dużym pokoju. Postanowił bowiem, że będzie się bawił nimi. Żaden argument z naszej strony dostatecznie dobrym argumentem nie był, a drań dodatkowo wytoczył kaliber ciężki oświadczając, że jest głodny i prosi o śniadanie, więc ślubny wstał, podczas gdy ja próbowałam się swoim cierpieniem zasłaniać. Nic to nie dało. Za to dzień jaki długi miałam!! Okna wszystkie pomyłam (lepiej późno niż wcale) i balkon wysprzątałam, a przy okazji sąsiadów poznałam. No i wcale nie tak standardowo. Okno balkonowe bowiem umyłam, balkon doprowadziłam do sterylnej czystości i zorientowałam się, że nie ma na nim kotki. No nie było jej, co nie przeszkadzało mi w patrzeniu i twierdzeniu, że pewnie gdzieś jest, ale ja jej nie widzę po prostu. Nie było. Zawołałam zatem ślubnego, żeby zobaczył, że jej nie ma. Drań niestety też to stwierdził i właśnie zaczynał wpadać w panikę, kiedy z przylegającego do nas balkonu wychylił się miły staruszek i oświadczył, że nasz kot jest właśnie u nich, mięsa jeść nie chce, ale bawi się kłębkiem i może przychodzić, kiedy chce, tylko żebyśmy zrobili bezpieczne przejście. Ślubny coś tam szepnął, że drugiego kota też mamy i psa, ale pan już nie usłyszał, bo podreptał do domu bawić się z kotem, który "jest taki śliczny i miły", a my zostaliśmy z co najmniej głupimi minami na swoim terytorium. To ostatecznie z bólu głowy mnie wyleczyło - obciach jak tralala. A piękna wróciła łaskawie godzinę później. No tak... klik
PS. podlewamy i podlewamy.

wtorek, 30 marca 2010

Brygada Kryzys, czyli z ferii świątecznych cieszą się nie tylko dzieci...

    ... ja cieszę się również. Nawet bardzo. A może nawet bardziej niż bardzo? Nawet zrobiłam plany. Będę spać i czytać i chodzić na spacery i spać. Tak. To postanowione. Dzisiaj tak postanowiłam, kiedy to piętnaście minut przed końcem lekcji do sali wszedł jeden z uczniów, powiedział ładnie "dzień dobry, przepraszam za spóźnienie" i usadowił się w swojej ławce, a ja się zaczęłam śmiać. Wszak śmiać się nie powinnam. Krzyczeć powinnam. Powinnam? Ano właśnie... Powinnam zatem się wyspać. No i pewnie dlatego jutro jedziemy do stolicy. Że niby ślubny musi do firmy, a my z nim. Że niby zakupy sobie zrobię... Phi...!! Ale skoro tak, to tak. A skoro tak, to organoleptyczną odwiedzimy przy okazji. Nie mam zatem pojęcia, czy jutro wieczór spędzę w cichości sumienia, że plan doskonały realizuję w pełni. Ale zawsze można na ślubnego zrzucić winę całą, a z organoleptyczną posączyć ulubione z pełną świadomością, że zostanie jeszcze całych sześć dni. Nie, no nie żebym z organoleptyczną tyle sączyła! Nie... z organoleptyczną tak się nie da, a i ja padnięta zbyt mocno. Tak w ogóle i po prostu sześć dni zostaje. Na spanie, na czytanie, na spacerowanie i na spanie...
Jak dobrze, że święta otoczone są feriami.
- Czy drań w czwartek, piątek oraz wtorek do przedszkola będzie przychodził? - zapytała pani Edytka, kiedy go dzisiaj odbierałam z placówki oświatowej przedszkolem nazwanej.
- Nieeee.
- Jest pani pewna?
- Taaak. Mam ferie.
- I dlatego pytam...
I dlatego ciała pedagogiczne muszą czasem odpoczywać! klik

poniedziałek, 29 marca 2010

nic , czyli jeśli coś to i tak nie pamiętam

    Pani wbiegła do sali z naręczem książek lekko spóźniona, bo i do spóźnienia się powody miała niebagatelne. A obcasy, które wróciły prawie całodobowo, wymuszają najwyżej trucht, więc pani po czasie, ale pełna entuzjazmu zawitała w sali nr 106, sprawdziła listę, przekazała nowe wieści ze świata sztuki, w których udział wziąć możemy i z rozpędu przeszła do tematu, który podyktowała. Brak książek na ławkach jakoś mnie nie zdziwił, bo i temat był raczej wykładowy, a wierzę w inteligencję moich uczniów. Zdziwiło mnie za to ich pytanie, na jaki dzień przełożyłam pracę klasową. Hm... no rzecz w tym, że ja jej wcale nie przełożyłam, tylko zwyczajnie o niej zapomniałam. Kalendarza też nie otworzyłam z tego samego powodu... Ale ponieważ po lekcjach biegłam na obcięcie włosów, wszystko było możliwe. Długość, a raczej krótkość i kolor również. Ostatecznie zawitał kolor kakaowy ciemny, a długość krótsza niż ostatnio, chociaż miało się krócej już nie dać. Ponoć. Ponoć zapomniałam chłopaków uprzedzić, bo zdziwili się, kiedy wróciłam. I nie zdziwili się bynajmniej samym faktem mojego powrotu. Do domu bowiem trafiam. Zawsze. Bez względu na roztrzepanie i zapominalstwo, które nasiliło się nieco. Nie z wiekiem. Z wiosną. Nie pamiętam na przykład ten czy tamten, że piłam już  trzy kawy, ale nie jadłam obiadu. Nie pamiętam, jak przeszłam przez ulicę i że książki musiałam oddać do biblioteki trzy tygodnie temu. Ba! ja nawet nie pamiętam, w którym pudle one są spakowane jeszcze... Nie pamiętam również, kiedy tak dobrze się wysypiałam i kiedy miałam tyle czasu dla siebie i drania.
- I co ci powiedziała pani logopeda, kiedy skończyła słuchać jak mówisz? - Grupa przedszkolna miała bowiem badania logopedyczne. Się nie dziwię.
- To samo co Leonowi.
- A co pani powiedziała Leonowi?
- Nic.
klik

środa, 24 marca 2010

z monty pythonem

   No i co z tego, że dziś dopiero środa? Wszak to pierwsza środa tygodnia, więc można było ją uczcić nawet w jego środku. Chrupiącymi goframi z bitą śmietaną i marmoladą o smaku truskawkowym. I posypką, polewą i owocami. No i co, że jeden taki cudak był, delikatnie mówiąc, słodki jak sama słodycz i że razem z draniem całą kuchnię upacialiśmy? Z tego to w zasadzie nic. Przecież wiosna już przyszła, a ja mam okna do mycia znowu gotowe. I pranie pralka zrobiła, a potem wrzuciłam do niej łazienkowe chodniczki i też się uprały. Ale wyjąć ich jeszcze się nie odważyłam. Najwyżej kupi się drugie. Nie przywiązałam się do nich przecież nic a nic. Co jest poniekąd ciekawe, ponieważ ja do rzeczy przywiązuję się bardzo. No ale to tylko chodniczki. A poza tym to ja już leżę w przepastnym i mam wszystko w... hm... no tak: wszystko mam, bo Klimta trzy reprodukcje wiszą, akt wisi również, szafa stoi, a obok przepastnego stoi wielki kubek z czerwoną herbatą. I tak po prostu dobrze mi... klik