List dzisiaj dostałam. Piękny... Nie e-mail, list, chociaż nie listonosz go przyniósł.
List z zachowaną formą listową w całości i pięknem.
Długi ogromnie. Przemyślany, chociaż gładki i płynny. Wysublimowany bardzo i słów pełen delikatnych...
List wyraźnie męską dłonią na klawiaturze wystukany. Ze składnią męską typowo.
I wrażliwością. Kobiety piszą i czują nieco inaczej...
List taki, co tylko na wieczór i przy jazzie...
Taki co pachnie. Pachnie emocją i zapachem... Zapachem papierosa przyćmionego wonią wody po goleniu nutę Kenzo zawierającej przepojony...
Taki, że gęsia skórka w całości mnie otuliła, a policzki zapłonęły od środka...
List taki, że poczułam się piękna i kobieca ogromnie.
Taki dorosły i dojrzały.
List podpisany...
List, który mężowi muszę pokazać, by problemów potencjalnych uniknąć wielu...
piątek, 16 listopada 2007
teściowej oswajanie
Teściów się raczej nie wybiera. Chociaż trafią się i tacy, co to małżonków pod kątem ich rodziców znajdują. Jednak i w tym wypadku zapewne nie o charaktery owych idzie.
Tak więc dostajemy szczęście z całym dobrodziejstwem inwentarza. No i rób sobie z tym człowieku, co chcesz...
Trzeba się docierać, jak to zwykle w relacjach międzyludzkich bywa. Trzeba, ponieważ nawet jeśli przez lata przedmałżeńskie niby się i z nimi dotarło, to związku legalizacja dziwną u nich zmianę w rysie charakterologicznym wprowadza.
Czasem jest lepiej, czasem gorzej. Z reguły jednak płaszczyznę porozumienia znaleźć można.
W sumie to i ja to rozumiem poniekąd - no przyjdzie mi dziewczę do domu, syna uprowadzi, myśli przewrotnych do głowy nawkłada, on niby w transie i jedynie dziewczęcia słucha, a ja tracę prawo głosu decydującego... Ups... rzecz straszliwa faktycznie. No utraty prawa głosu decydującego w istocie nie zniosę...!
Czasem jednak nie o docieranie się tylko idzie, ale o oswajanie z przyzwyczajeniami swoimi i stylami życia. Mogą to być drobiazgi w stylu kawy w filiżankach. A czasem mówienie wszystkiego z dziecięcą szczerością.
Wielokrotnie już miałam wrażenie, że Droga moja ma mnie za nierównoważoną werbalnie i słuchać mnie rady nie daje. A jak milknęłam, to znowu jakby obrażona wychodziła... No co ja poradzę, że słowa tak jakoś same mi się na usta pchają. A i czemu mam nie mówić o tym i o tamtym i czuć się skrępowaną skoro toż rodzina ponoć?
Ostatnio jednak wpada do mnie znienacka Droga i od progu o różności wypytuje. No prowokuje mnie normalnie, myślę sobie. A ona nic tylko siada, o koniaczek prosi (bo zimno okrutnie) i mówi: mam niusy!! nawet nie uwierzysz jakie! No bo tak się jakoś w te nasze ploteczki wciągnęłam - dodaje.
Ha! niech mi teraz teść mój drogi powie, kto w tej rodzinie lubi dużo i o wszystkim mówić :)
Tak więc dostajemy szczęście z całym dobrodziejstwem inwentarza. No i rób sobie z tym człowieku, co chcesz...
Trzeba się docierać, jak to zwykle w relacjach międzyludzkich bywa. Trzeba, ponieważ nawet jeśli przez lata przedmałżeńskie niby się i z nimi dotarło, to związku legalizacja dziwną u nich zmianę w rysie charakterologicznym wprowadza.
Czasem jest lepiej, czasem gorzej. Z reguły jednak płaszczyznę porozumienia znaleźć można.
W sumie to i ja to rozumiem poniekąd - no przyjdzie mi dziewczę do domu, syna uprowadzi, myśli przewrotnych do głowy nawkłada, on niby w transie i jedynie dziewczęcia słucha, a ja tracę prawo głosu decydującego... Ups... rzecz straszliwa faktycznie. No utraty prawa głosu decydującego w istocie nie zniosę...!
Czasem jednak nie o docieranie się tylko idzie, ale o oswajanie z przyzwyczajeniami swoimi i stylami życia. Mogą to być drobiazgi w stylu kawy w filiżankach. A czasem mówienie wszystkiego z dziecięcą szczerością.
Wielokrotnie już miałam wrażenie, że Droga moja ma mnie za nierównoważoną werbalnie i słuchać mnie rady nie daje. A jak milknęłam, to znowu jakby obrażona wychodziła... No co ja poradzę, że słowa tak jakoś same mi się na usta pchają. A i czemu mam nie mówić o tym i o tamtym i czuć się skrępowaną skoro toż rodzina ponoć?
Ostatnio jednak wpada do mnie znienacka Droga i od progu o różności wypytuje. No prowokuje mnie normalnie, myślę sobie. A ona nic tylko siada, o koniaczek prosi (bo zimno okrutnie) i mówi: mam niusy!! nawet nie uwierzysz jakie! No bo tak się jakoś w te nasze ploteczki wciągnęłam - dodaje.
Ha! niech mi teraz teść mój drogi powie, kto w tej rodzinie lubi dużo i o wszystkim mówić :)
czwartek, 15 listopada 2007
znowu...
... pani dzisiaj sensację na swojej ulicy wzbudziła... Pani co prawda nie we włoskich szpilkach tylko półbutach. No i nie w kostiumie, a spodniach - dzwonach. Pani nawet bez słonecznych okularów była... Choć to ostatnie to zrozumiale akurat, wszak deszcz nie pada dzisiaj w powiatowym...
Pani sobie dzisiaj mianowicie w kiosku gazetę zażyczyła. Taką dla czarownic udomowionych gazetę. Taką co to od dwóch tygodni o nią pani pyta... A tej nadal nie ma i nie ma...
No i dzisiaj to już wszyscy na panią się jak na nienormalną patrzyli, pani bowiem zapytała, czy numery świeże są w drugiej świeżości sprzedawane... No to bezczelność po prostu i skandal... w listopadzie żądać numeru listopadowego...
Pani sobie dzisiaj mianowicie w kiosku gazetę zażyczyła. Taką dla czarownic udomowionych gazetę. Taką co to od dwóch tygodni o nią pani pyta... A tej nadal nie ma i nie ma...
No i dzisiaj to już wszyscy na panią się jak na nienormalną patrzyli, pani bowiem zapytała, czy numery świeże są w drugiej świeżości sprzedawane... No to bezczelność po prostu i skandal... w listopadzie żądać numeru listopadowego...
środa, 14 listopada 2007
Ups...
Czy ktoś zna sposób na mięśni rozluźnienie i się zrelaksowanie?...
A czy ktoś ma sposób, aby po tym rozluźnieniu i zrelaksowaniu kobieca przypadłość comiesięczna się trafiła?...
No ja niby taki sposób mam. Nawet dwa. Jednym jest impreza rodzinna, drugim długi, długi prysznic, a po nim owinięcie się w biały ręcznik. Hm... sposoby właściwie niezawodne. Właściwie...
Impreza rodzinna była... Kąpiel gorącą i długą co dzień od dni wielu biorę. Ręczników białych jeszcze dużo mi zostało.
No i dziwnie radosnego z tego powodu męża własnego i osobistego też mam...
Taaak... toż mąż mój własny i osobisty planował i planował... Ja też planowałam i planowałam...
Agata ostatnio mnie spytała, czy bliźniaki to moje pragnienie...
A o test nie pytajcie lepiej, bo u mnie zawsze jedna kreska, nawet w ciąży... Ups...
A czy ktoś ma sposób, aby po tym rozluźnieniu i zrelaksowaniu kobieca przypadłość comiesięczna się trafiła?...
No ja niby taki sposób mam. Nawet dwa. Jednym jest impreza rodzinna, drugim długi, długi prysznic, a po nim owinięcie się w biały ręcznik. Hm... sposoby właściwie niezawodne. Właściwie...
Impreza rodzinna była... Kąpiel gorącą i długą co dzień od dni wielu biorę. Ręczników białych jeszcze dużo mi zostało.
No i dziwnie radosnego z tego powodu męża własnego i osobistego też mam...
Taaak... toż mąż mój własny i osobisty planował i planował... Ja też planowałam i planowałam...
Agata ostatnio mnie spytała, czy bliźniaki to moje pragnienie...
A o test nie pytajcie lepiej, bo u mnie zawsze jedna kreska, nawet w ciąży... Ups...
panienka roztropna
Wczoraj byłam znowu na wykładzie. Wykład dotyczył dramatu"Wyzwolenie" Stanisława Wyspiańskiego. Profesor próbował odpowiedzieć na zadane samemu pytanie, czy "Wyzwolenie" jest kontynuacją "Wesela","Dziadów" czy może "Hamleta".
Było jak zawsze - rzeczowo i bardzo interesująco.
Wychodzę z gmachu, przechodzę obok młodzieży szkolnej i za swoimi plecami słyszę rozemocjonowaną panienkę, która krzyczy w telefon komórkowy:
"Już wiem Misiaczku, co chcę w życiu robić!!! Chcę studiować filologię polską!!!! Nic innego! To kierunek dla mnie. Tam się zrealizuję!!!Wykład był wspaniały, no rewelacyjny po prostu. Jakiś profesor go prowadził... A o czym?... No tak dokładnie to nie wiem... chyba o wyzwoleniu Polski..."
Pogratulowałam w myślach dziewczęciu. Na pewno się na filologii polskiej zrealizuje...
Było jak zawsze - rzeczowo i bardzo interesująco.
Wychodzę z gmachu, przechodzę obok młodzieży szkolnej i za swoimi plecami słyszę rozemocjonowaną panienkę, która krzyczy w telefon komórkowy:
"Już wiem Misiaczku, co chcę w życiu robić!!! Chcę studiować filologię polską!!!! Nic innego! To kierunek dla mnie. Tam się zrealizuję!!!Wykład był wspaniały, no rewelacyjny po prostu. Jakiś profesor go prowadził... A o czym?... No tak dokładnie to nie wiem... chyba o wyzwoleniu Polski..."
Pogratulowałam w myślach dziewczęciu. Na pewno się na filologii polskiej zrealizuje...
wtorek, 13 listopada 2007
gdy za ścianą krzyczy ktoś...
... to robimy wtedy co? No właśnie...
Mam szczęście mieć sąsiadów, że tak powiem, ciut głośniejszych niż się zazwyczaj człowiekowi trafia.
Przeżyliśmy już ich tygodniowe opijanie narodzin dziecka, trzydniowe chrzciny i Wigilię, która w formie bardzo hucznej ciągnie się do pierwszych dni stycznia, bo o Sylwestra i Nowy Rok zahacza... Niejednokrotnie mieliśmy okazję słyszeć wymianę światopoglądu między panią sąsiadką, a panem sąsiadem. Czasem nawet mieliśmy pana sąsiada w gościnie, który przybiegał do nas z piwem, żeby sobie w spokoju wypić i uspokoić się przed powrotem do domu, aby czegoś głupiego nie zrobić...
Przeżyliśmy zmianę zastawy - najwyraźniej nową kupili, bo starą tłukli przez godzin kilka... Wysłuchaliśmy zmianę szyb w oknach. Mieliśmy także odgłosy ich uciech cielesnych.
Tak... A to ciągle mowa o tylko jednych sąsiadach...
Co zrobić jednak, gdy nagle w środku nocy rozlega się głuchy dźwięk rzucania... kimś... o ścianę? Co zrobić, gdy nie jest to dźwięk jednorazowy i zaraz po nim słychać ciąg bluźnierstw wykrzyczanych głośno i wyraźnie? Co zrobić, gdy w tle słychać przeraźliwy płacz dziecka?...
Co należy w takiej sytuacji zrobić i jak zareagować, by większej szkody nie zrobić, a tragedii zapobiec...? Czy wzywając policję szkodzimy, czy pomagamy? Czy policja potrafi rozwiązać problemy małżeńskie i rozumu do głów nalać? A może policja sprawę rozjątrzy jedynie... Jak pomóc takiej kobiecie, która odejść sama nie chce i próba pomocy drażni ją ogromnie... Jak pomóc dziecku, które tym nasiąka i jedynie taki wzorzec dostaje...
Mam szczęście mieć sąsiadów, że tak powiem, ciut głośniejszych niż się zazwyczaj człowiekowi trafia.
Przeżyliśmy już ich tygodniowe opijanie narodzin dziecka, trzydniowe chrzciny i Wigilię, która w formie bardzo hucznej ciągnie się do pierwszych dni stycznia, bo o Sylwestra i Nowy Rok zahacza... Niejednokrotnie mieliśmy okazję słyszeć wymianę światopoglądu między panią sąsiadką, a panem sąsiadem. Czasem nawet mieliśmy pana sąsiada w gościnie, który przybiegał do nas z piwem, żeby sobie w spokoju wypić i uspokoić się przed powrotem do domu, aby czegoś głupiego nie zrobić...
Przeżyliśmy zmianę zastawy - najwyraźniej nową kupili, bo starą tłukli przez godzin kilka... Wysłuchaliśmy zmianę szyb w oknach. Mieliśmy także odgłosy ich uciech cielesnych.
Tak... A to ciągle mowa o tylko jednych sąsiadach...
Co zrobić jednak, gdy nagle w środku nocy rozlega się głuchy dźwięk rzucania... kimś... o ścianę? Co zrobić, gdy nie jest to dźwięk jednorazowy i zaraz po nim słychać ciąg bluźnierstw wykrzyczanych głośno i wyraźnie? Co zrobić, gdy w tle słychać przeraźliwy płacz dziecka?...
Co należy w takiej sytuacji zrobić i jak zareagować, by większej szkody nie zrobić, a tragedii zapobiec...? Czy wzywając policję szkodzimy, czy pomagamy? Czy policja potrafi rozwiązać problemy małżeńskie i rozumu do głów nalać? A może policja sprawę rozjątrzy jedynie... Jak pomóc takiej kobiecie, która odejść sama nie chce i próba pomocy drażni ją ogromnie... Jak pomóc dziecku, które tym nasiąka i jedynie taki wzorzec dostaje...
poniedziałek, 12 listopada 2007
odkrycia
A u mnie śnieg. Biała pierzynka na balkonie tyle mnie zadziwiła, co ucieszyła z samego ranka. Lubię pierwszy śnieg. Zawsze przypomina mi się dzieciństwo i oczekiwanie na tą pierwszą biel, która miała w sobie coś czarodziejskiego.
Dwulatek jeszcze smacznie śpi, a ja białą herbatę popijam i czuję, jak powolutku przeszłość wraca. Taka trochę niechciana, ale taka dziwnie spontaniczna i serdeczna... Tak... właśnie ją w skrzynce e-mailowej odkryłam...
Dwulatek jeszcze smacznie śpi, a ja białą herbatę popijam i czuję, jak powolutku przeszłość wraca. Taka trochę niechciana, ale taka dziwnie spontaniczna i serdeczna... Tak... właśnie ją w skrzynce e-mailowej odkryłam...
niedziela, 11 listopada 2007
starszy człowiek i rodzina
Będąc z najszczęśliwszą w szpitalu miałam okazję przyjrzeć się szpitalowi i scenom sytuacyjnym. Tak zupełnie z boku. Z boku, bo już wydarzenia czerwcowe zahartowały mnie do tego stopnia, że nie przeraził mnie ogrom bólu, ignorancji i wstydu. Nie przeraził mnie nawet zgon kobiety leżącej dwa łóżka dalej niż najszczęśliwsza... Nie zdenerwowały mnie pielęgniarki, które na każdym kroku podważały zalecenia lekarza, gdy ten zdążył tylko oddział ratunkowy opuścić.
Nie mogłam jednak przejść obojętnie obok jednej kobiety... Babci takiej na oko dziewięćdziesięcioletniej. Wyraźnie przez życie doświadczonej. Takiej, która nie raz musi wybierać, czy zrobić obiad, czy opłaty...
Nie o biedę jednak idzie mi. Nie tą materialną bynajmniej. O uczuciową...
Kobieta mogła być przed północą do domu wypisana... Mogła, bo jej nadciśnienie się unormowało. Mogła... Lekarz zapytał czy mieszka sama i czy ma rodzinę... Długo nie odpowiadała. A potem szepnęła, że ma. Ma córkę i zięcia.
Lekarz zostawił ja na noc w szpitalu, bo babci nikt odebrać w nocy nie chciał... Zostawił, bo babcia była bez kluczy do mieszkania, bez okrycia wierzchniego i pieniędzy.
Została na łóżku szpitalnym do rana, bo jak powiedział lekarz drugiemu: przecież wiesz, że rodziny starszych często nie odbierają...
Nie mogłam jednak przejść obojętnie obok jednej kobiety... Babci takiej na oko dziewięćdziesięcioletniej. Wyraźnie przez życie doświadczonej. Takiej, która nie raz musi wybierać, czy zrobić obiad, czy opłaty...
Nie o biedę jednak idzie mi. Nie tą materialną bynajmniej. O uczuciową...
Kobieta mogła być przed północą do domu wypisana... Mogła, bo jej nadciśnienie się unormowało. Mogła... Lekarz zapytał czy mieszka sama i czy ma rodzinę... Długo nie odpowiadała. A potem szepnęła, że ma. Ma córkę i zięcia.
Lekarz zostawił ja na noc w szpitalu, bo babci nikt odebrać w nocy nie chciał... Zostawił, bo babcia była bez kluczy do mieszkania, bez okrycia wierzchniego i pieniędzy.
Została na łóżku szpitalnym do rana, bo jak powiedział lekarz drugiemu: przecież wiesz, że rodziny starszych często nie odbierają...
sobota, 10 listopada 2007
Upojną noc...
... spędziłam dzisiaj...
Na twardym, plastikowym krześle na oddziale ratunkowym... Przy łóżku najszczęśliwszej, która znowu nam gdzieś uciekać w inne wymiary próbowała.
Jest już dużo lepiej. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że dobrze.
Dopiero weszliśmy do domku. Teraz chlupnę kawę i idę pod prysznic. Oj... długi i obrzydliwie gorący.
PS. Jeśli pozytywy magiczna odczytała z tarota równie dokładnie, co negatywy, to czeka nas iście świetlana przyszłość.
Na twardym, plastikowym krześle na oddziale ratunkowym... Przy łóżku najszczęśliwszej, która znowu nam gdzieś uciekać w inne wymiary próbowała.
Jest już dużo lepiej. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że dobrze.
Dopiero weszliśmy do domku. Teraz chlupnę kawę i idę pod prysznic. Oj... długi i obrzydliwie gorący.
PS. Jeśli pozytywy magiczna odczytała z tarota równie dokładnie, co negatywy, to czeka nas iście świetlana przyszłość.
piątek, 9 listopada 2007
pewniaki
Ponoć nie należy chwalić dnia przed słońca zachodem... Ponoć. Pochwaliłam... Nie pochwalę już nigdy...
Lokal miałyśmy z magiczną pewnik, chociaż nie zaklepany jeszcze. Lokal obok i taki, jaki być powinien. Poszłam wreszcie go zobaczyć... Poszłam właściwie od tak sobie, bo i tak wiedziałam, że jaka by to ruina nie była, będzie nasz. Ruina w sam raz, ale właścicielka trochę bez rozumu i porozumieć się nijak było... Ja swoje, ona swoje. Ja pytam, ona odpowiada co prawda, ale na pytanie, którego wcale nie zadałam...
Nic to, myślę, nie ma takiej opcji, żebym w centrum powiatowego lokalu na pracownię artystyczną nie znalazła! Siadłam do gazet i internetu. Znalazłam!!!
No i się zaczęło... Kamienica w centrum, ale przez cywilizację ominięta, nawet mieszkańcy tacy, co to od lat 40 nie trzeźwieją... Ale jest ok... myślę sobie. Dobrze będzie. Folklor jest, o resztę zadbam... dzwonię pewna, że to pewniak. I co słyszę?... Słyszę szczęśliwego właściciela, że ktoś zadzwonił. Słyszę również, że mieszkanie jest po remoncie i na styl apartamentowy zrobione... No pan długo nie mógł pojąć, że ja czegoś lej po bombie przypominającego szukam...
Znalazłam kilka kolejnych pewniaków... Znalazłam nawet jeden dom... I jedną suterynę... Jutro mężuś będzie obdzwaniał...
Lokal miałyśmy z magiczną pewnik, chociaż nie zaklepany jeszcze. Lokal obok i taki, jaki być powinien. Poszłam wreszcie go zobaczyć... Poszłam właściwie od tak sobie, bo i tak wiedziałam, że jaka by to ruina nie była, będzie nasz. Ruina w sam raz, ale właścicielka trochę bez rozumu i porozumieć się nijak było... Ja swoje, ona swoje. Ja pytam, ona odpowiada co prawda, ale na pytanie, którego wcale nie zadałam...
Nic to, myślę, nie ma takiej opcji, żebym w centrum powiatowego lokalu na pracownię artystyczną nie znalazła! Siadłam do gazet i internetu. Znalazłam!!!
No i się zaczęło... Kamienica w centrum, ale przez cywilizację ominięta, nawet mieszkańcy tacy, co to od lat 40 nie trzeźwieją... Ale jest ok... myślę sobie. Dobrze będzie. Folklor jest, o resztę zadbam... dzwonię pewna, że to pewniak. I co słyszę?... Słyszę szczęśliwego właściciela, że ktoś zadzwonił. Słyszę również, że mieszkanie jest po remoncie i na styl apartamentowy zrobione... No pan długo nie mógł pojąć, że ja czegoś lej po bombie przypominającego szukam...
Znalazłam kilka kolejnych pewniaków... Znalazłam nawet jeden dom... I jedną suterynę... Jutro mężuś będzie obdzwaniał...
co czuje facet?
Kobiety są impulsywne, popędliwe, wygarniają wszystko i każdemu. Potokiem słów emocje uzewnętrzniają. I na emocjach jadą, emocjami rozpędu nabierają. Emocjami się kierują, chociaż nie zawsze swoimi...
Czasem coś stłuką. Czasem coś podrą. Czasem nawet jakieś stare sprawy na światło dzienne wywloką. I mówią, i krzyczą i... lżej tak jakoś na duszy się robi.
A mężczyzna? Myśli. Myśli i milczy. I czasem słówkiem rzuci. Jednym. I tylko czasem...
Czasem coś stłuką. Czasem coś podrą. Czasem nawet jakieś stare sprawy na światło dzienne wywloką. I mówią, i krzyczą i... lżej tak jakoś na duszy się robi.
A mężczyzna? Myśli. Myśli i milczy. I czasem słówkiem rzuci. Jednym. I tylko czasem...
czwartek, 8 listopada 2007
będzie link
A jeśli ktoś chce posprzątać, proszę: flamenco diablo:
http://unnice.wrzuta.pl/audio/4Zl9vHQ1Md/yngwie_malmsteen_-_flamenco_diablo
Buziaki.
http://unnice.wrzuta.pl/audio/4Zl9vHQ1Md/yngwie_malmsteen_-_flamenco_diablo
Buziaki.
czwartek w rytmie flamenco
Obudziłam się dzisiaj z ranka samego. Tak skoro świt, rzec by można...
I w dodatku jakoś taka roztańczona. No aż mnie nosiło! I to wcale nie jazzowo mnie biodra kołysały... Nie, nie... toż upału nie ma, ani śnieżycy... Nie bluesowo, bo i dzień, i rano...
Ha! na flamenco mnie dziś wzięło totalnie...
No i mnie poniosło to flamenco!!! Do deski i żelazka, do pralki, do odkurzacza, do sprzątania wszędzie i na każdym milimetrze kwadratowym z precyzyjną dokładnością...
Kurz zduszony w zarodku, za obrazami brak czegokolwiek, plafony wymyte, książki przetarte, zasłony zmienione... Jakoś tak tylko okna się ostały, bo deszcz padał, a w deszcz jak ta głupia myć nie będę... Nawet pranie wykładzin i tapicerki na za tydzień umówione i wymierzona ściana do zakupu tapety...
Dwulatek zadziwiony, roześmiany pląsał obok ze ściereczką. Mężuś już w drodze do domu, bo nie wierzy, że ze mną wszystko ok...
A ja właśnie usiadłam i sobie popijam herbatkę zieloną.
Ha! kawy dzisiaj nie tknęłam... A wszystko przez to flamenco...
I w dodatku jakoś taka roztańczona. No aż mnie nosiło! I to wcale nie jazzowo mnie biodra kołysały... Nie, nie... toż upału nie ma, ani śnieżycy... Nie bluesowo, bo i dzień, i rano...
Ha! na flamenco mnie dziś wzięło totalnie...
No i mnie poniosło to flamenco!!! Do deski i żelazka, do pralki, do odkurzacza, do sprzątania wszędzie i na każdym milimetrze kwadratowym z precyzyjną dokładnością...
Kurz zduszony w zarodku, za obrazami brak czegokolwiek, plafony wymyte, książki przetarte, zasłony zmienione... Jakoś tak tylko okna się ostały, bo deszcz padał, a w deszcz jak ta głupia myć nie będę... Nawet pranie wykładzin i tapicerki na za tydzień umówione i wymierzona ściana do zakupu tapety...
Dwulatek zadziwiony, roześmiany pląsał obok ze ściereczką. Mężuś już w drodze do domu, bo nie wierzy, że ze mną wszystko ok...
A ja właśnie usiadłam i sobie popijam herbatkę zieloną.
Ha! kawy dzisiaj nie tknęłam... A wszystko przez to flamenco...
środa, 7 listopada 2007
gdy... (29.07.2007 r.)
Gdy świat mnie opływa
leniwie
a myśli swym pięknem
kołyszą...
i cisza ogarnia tak wielka...
Kobietą się czuję
piękną,
co światy stwarzać
delikatnie
potrafi.
leniwie
a myśli swym pięknem
kołyszą...
i cisza ogarnia tak wielka...
Kobietą się czuję
piękną,
co światy stwarzać
delikatnie
potrafi.
Chestertona sentencja na dziś
Pogoda paskudna. Miałam nadzieję na śnieg, a tu deszcz leje, siąpi, mży, pada... A ja muszę wyjść na to obrzydlistwo...
W dodatku kalendarz zachęca mnie sentencją na dziś: "Wszyscy ludzie, którzy naprawdę wierzą w siebie, znajdują się w domach wariatów."
No tak... Miły dzień :)
W dodatku kalendarz zachęca mnie sentencją na dziś: "Wszyscy ludzie, którzy naprawdę wierzą w siebie, znajdują się w domach wariatów."
No tak... Miły dzień :)
wtorek, 6 listopada 2007
Z magiczną...
... się dzisiaj widziałam... Niektórzy już wiedzą, że z magiczną łączy mnie wiele. Przede wszystkim przyjaźń, która niedługo ćwierć wieku świętować będzie i mimo, że próbom odległości i czasu poddawana była przez lat zbyt wiele, przetrwała na dojrzałości zyskując. Z magiczną łączy mnie również mentalność i świata odbieranie, celebrowanie uczuć i szczerość.
No łączy nas również firma, która otwieramy, ale głównie łączy nas nić porozumienia, co linie czasem podobna.
Niektórzy wiedzą o magicznej również i to, że tarocistką jest uznaną i umiejętności nadprzyrodzonych posiada ciut wiele...
Wbrew pozorom nie stawia mi Arkanów dnia każdego. W zasadzie to cztery razy do tej pory... Raz pierwszy wtedy, gdy dopiero wiedzę zgłębiała i stanowczo oświadczyła, że weterynarzem nie jest mi być pisane... Dwa lata temu horoskop astralny dokładnie potwierdziła co do słowa, a potem przy zdrowiu mamy na duchu podtrzymała.
Dzisiaj na mój widok karty sama wyjęła ze skrzyneczki i świecę zapaliła i... rozedrgała mnie słowami...
Tarocistom złych wróżb mówić nie wolno... Ale i ja te karty już dzięki niej kojarzę... I Agatę znam zbyt długo, żeby wyrazu oczu jej nie zauważyć...
Nie były karty łaskawe dziś dla mnie... I chociaż świetlaną przyszłość i duże bogactwo i firmy powodzenie wskazują i córeczkę w przyszłości trzyletniej i szczęście... to zdrowia najszczęśliwszej nie widzą i pokazać niczego dobrego dla niej nie chciały...
I nie zamydli mi oczu magiczna, że karty to karty jedynie... a prośbę by mama na zdrowie uważała bardziej nie jako pogodne "do zobaczenia" odebrałam...
No łączy nas również firma, która otwieramy, ale głównie łączy nas nić porozumienia, co linie czasem podobna.
Niektórzy wiedzą o magicznej również i to, że tarocistką jest uznaną i umiejętności nadprzyrodzonych posiada ciut wiele...
Wbrew pozorom nie stawia mi Arkanów dnia każdego. W zasadzie to cztery razy do tej pory... Raz pierwszy wtedy, gdy dopiero wiedzę zgłębiała i stanowczo oświadczyła, że weterynarzem nie jest mi być pisane... Dwa lata temu horoskop astralny dokładnie potwierdziła co do słowa, a potem przy zdrowiu mamy na duchu podtrzymała.
Dzisiaj na mój widok karty sama wyjęła ze skrzyneczki i świecę zapaliła i... rozedrgała mnie słowami...
Tarocistom złych wróżb mówić nie wolno... Ale i ja te karty już dzięki niej kojarzę... I Agatę znam zbyt długo, żeby wyrazu oczu jej nie zauważyć...
Nie były karty łaskawe dziś dla mnie... I chociaż świetlaną przyszłość i duże bogactwo i firmy powodzenie wskazują i córeczkę w przyszłości trzyletniej i szczęście... to zdrowia najszczęśliwszej nie widzą i pokazać niczego dobrego dla niej nie chciały...
I nie zamydli mi oczu magiczna, że karty to karty jedynie... a prośbę by mama na zdrowie uważała bardziej nie jako pogodne "do zobaczenia" odebrałam...
poniedziałek, 5 listopada 2007
o mnie słów więcej
Byłam dzisiaj z własną i osobistą szwagierką w kawiarni na ploteczkach. Byłam jednocześnie prawie wyrodną matką, ponieważ dwulatek przebywał w tym czasie w przybytku zwanym pokojem zabaw i zorganizowanym w Bibliotece Publicznej miasta powiatowego. W zasadzie to i ta kawiarnia w owej się mieści... Ale i tak co niektórzy patrzyli na mnie jak na potwora! Toż dziecko pod opieką pani przedszkolanki w otoczeniu mnóstwa zabawek zostawiłam! Zostawiając jednocześnie swój numer telefonu. Zgroza. Zgroza podwójna, ponieważ dwulatek sam wyjmował sobie z kieszonki chusteczkę higieniczną i nosek wycierał, gdy taka potrzeba zaistniała. A największa zgrozą jest fakt, iż dziecko się bawiło świetnie i było grzeczne.
Świetnie bawiłam się i ja. Tym bardziej, że pierwszy teraz udało nam się wyjść na pogaduszki do kawiarni.
A teraz przeglądam repertuar teatru w powiatowym i coś mi się zdaje, że ze trzech teatrów to tutaj brakuje... Gdyby tak więcej ich było, można by coś wybrać... A tak, to repertuar z listopada i grudnia widziałam już... albo w zeszłym roku, albo w innym mieście...
Oj... dobrze chociaż, że taki przybytek dla maluchów zrobili.
Świetnie bawiłam się i ja. Tym bardziej, że pierwszy teraz udało nam się wyjść na pogaduszki do kawiarni.
A teraz przeglądam repertuar teatru w powiatowym i coś mi się zdaje, że ze trzech teatrów to tutaj brakuje... Gdyby tak więcej ich było, można by coś wybrać... A tak, to repertuar z listopada i grudnia widziałam już... albo w zeszłym roku, albo w innym mieście...
Oj... dobrze chociaż, że taki przybytek dla maluchów zrobili.
niedziela, 4 listopada 2007
czytelnicza pasja dwulatka
Zapisałam dwa miesiące temu dwulatka do biblioteki. Toż niedługo dwulatek trzylatkiem będzie, a wiek przecież do pewnych przywilejów zobowiązuje...
A tak poważnie, od jakiegoś czasu dwulatek nie chce już książek z obrazkami. Czasem tylko sam je sobie bierze i ogląda. Chce natomiast zdecydowanie, aby mu czytać opowiadania, czy baśnie.
Czytamy zatem codziennie przed snem wieczorem i przed spaniem w dzień. Czytam mu często rano, jak się obudzi i czasem jeszcze w ciągu dnia, gdy przerywa zabawę, a prosi o książkę.
Niestety nie sposób je wszystkie nabyć...
No i tak co tydzień wypożyczamy coś, co starannie sam sobie wybiera. Pani go pyta czy chce o tym, czy o owym, a dwulatek podejmuje decyzję.
Ostatnio bibliotekarka poleciła mu książkę Katarzyny Kotowskiej "Jeż".
Rzecz przepiękna i bardzo mądra. Bardziej jednak dla dorosłych niż dla dzieci...
Autorka opisuje małżeństwo, które stara się adoptować dziecko. Opisuje również, jak ci ludzie przygotowują się emocjonalnie. A gdy już chłopczyk zostaje adoptowany, jak oswajają siebie nawzajem, natomiast swoje uczucia i myśli wyważają odpowiednio.
Mnie książka zachwyciła!
Dwulatek słuchał jej w wielkim skupieniu. Potem poprosił o ponowne przeczytanie. Następnego dnia chciał posłuchać jej znowu. I tak jeszcze razy kilka... Za każdym razem tekst na bieżąco komentował. Zwracał uwagę na to, że on ma dom tu, że ma mamę i tatę. Zauważył, że chłopczyk w książeczce płacze, a on nie. Cały czas identyfikował się z chłopczykiem z książki. Co i trudne zapewne nie było, bo obaj mają tyle samo lat i takie samo imię...
Po kilku czytelniczych sesjach przy "Jeżu" dwulatek zaczął wszystkim opowiadać, że jest taki chłopczyk w bajce, który jest smutny, nie ma mamy i płacze.
... od kilku dni natomiast dwulatek płacze przez sen i cały czas upewnia się, że on ma mamę...
A ja mam nauczkę, aby książki, których nie znam, samej sobie przeczytać najpierw... Chociaż "Jeża" akurat polecam każdemu rodzicowi.
A tak poważnie, od jakiegoś czasu dwulatek nie chce już książek z obrazkami. Czasem tylko sam je sobie bierze i ogląda. Chce natomiast zdecydowanie, aby mu czytać opowiadania, czy baśnie.
Czytamy zatem codziennie przed snem wieczorem i przed spaniem w dzień. Czytam mu często rano, jak się obudzi i czasem jeszcze w ciągu dnia, gdy przerywa zabawę, a prosi o książkę.
Niestety nie sposób je wszystkie nabyć...
No i tak co tydzień wypożyczamy coś, co starannie sam sobie wybiera. Pani go pyta czy chce o tym, czy o owym, a dwulatek podejmuje decyzję.
Ostatnio bibliotekarka poleciła mu książkę Katarzyny Kotowskiej "Jeż".
Rzecz przepiękna i bardzo mądra. Bardziej jednak dla dorosłych niż dla dzieci...
Autorka opisuje małżeństwo, które stara się adoptować dziecko. Opisuje również, jak ci ludzie przygotowują się emocjonalnie. A gdy już chłopczyk zostaje adoptowany, jak oswajają siebie nawzajem, natomiast swoje uczucia i myśli wyważają odpowiednio.
Mnie książka zachwyciła!
Dwulatek słuchał jej w wielkim skupieniu. Potem poprosił o ponowne przeczytanie. Następnego dnia chciał posłuchać jej znowu. I tak jeszcze razy kilka... Za każdym razem tekst na bieżąco komentował. Zwracał uwagę na to, że on ma dom tu, że ma mamę i tatę. Zauważył, że chłopczyk w książeczce płacze, a on nie. Cały czas identyfikował się z chłopczykiem z książki. Co i trudne zapewne nie było, bo obaj mają tyle samo lat i takie samo imię...
Po kilku czytelniczych sesjach przy "Jeżu" dwulatek zaczął wszystkim opowiadać, że jest taki chłopczyk w bajce, który jest smutny, nie ma mamy i płacze.
... od kilku dni natomiast dwulatek płacze przez sen i cały czas upewnia się, że on ma mamę...
A ja mam nauczkę, aby książki, których nie znam, samej sobie przeczytać najpierw... Chociaż "Jeża" akurat polecam każdemu rodzicowi.
przed porannie...
Nie ma to jak się obudzić o 4 rano... I to tak drugi dzień z rzędu... Zupełnie bez powodu. W dodatku z absolutnym brakiem możliwości ponownego zaśnięcia. A jaki dzień wtedy długi! Długi, że hej! bym powiedziała nawet...
Dzisiaj w ciągu dwóch godzin obmyśliłam kształt drabinki na ścianie balkonowej do dzikiego wina. Obmyśliłam też kształt drabinki do róży pnącej. Znalazłam potrzebę dokupienia jeszcze jednej sadzonki róży i zmianę bylin w skrzynkach. Ha! wiem nawet ile ziemi dokupić muszę... Rozważyłam również kwestię owych zakupów teraz i na wiosnę. Nie podjęłam decyzji... może jutro w godzinach przed porannych takową powezmę ;)
Teraz siedzę, popijam herbatkę, jem kiszone ogórki, ponieważ poczułam bardzo wzmożona potrzebę zjedzenia owych i czuję się jak nienormalna...
I to drugi dzień z rzędu...
Dzisiaj w ciągu dwóch godzin obmyśliłam kształt drabinki na ścianie balkonowej do dzikiego wina. Obmyśliłam też kształt drabinki do róży pnącej. Znalazłam potrzebę dokupienia jeszcze jednej sadzonki róży i zmianę bylin w skrzynkach. Ha! wiem nawet ile ziemi dokupić muszę... Rozważyłam również kwestię owych zakupów teraz i na wiosnę. Nie podjęłam decyzji... może jutro w godzinach przed porannych takową powezmę ;)
Teraz siedzę, popijam herbatkę, jem kiszone ogórki, ponieważ poczułam bardzo wzmożona potrzebę zjedzenia owych i czuję się jak nienormalna...
I to drugi dzień z rzędu...
czwartek, 1 listopada 2007
kulinarnie
Mężuś i dwulatek budują zamek z klocków drewnianych. Świnka morska biega po pokoju. Koty wyrwane dźwiękami świńska z drzemki, przyglądają się gryzoniowi z niesmakiem. Małe, głośnie i nad wyraz śmiałe, bezkarnie biegające po ich podłodze... Patrzą, patrzą, zaczynają się czaić...
Mężuś bierze jedną z nich na ręce i tłumaczy: to jest Duduś! domowników się nie je...
********************************
- Zrobić ci coś do picia - pyta mężuś zaparzając sobie herbatę.
- Tak. Szkocką...
- Herbatę?!!?
- Nie... whisky...
- Ale nie mamy pepsi ani nic...
- Lód mamy...
- ??? acha...
Mężuś bierze jedną z nich na ręce i tłumaczy: to jest Duduś! domowników się nie je...
********************************
- Zrobić ci coś do picia - pyta mężuś zaparzając sobie herbatę.
- Tak. Szkocką...
- Herbatę?!!?
- Nie... whisky...
- Ale nie mamy pepsi ani nic...
- Lód mamy...
- ??? acha...
Subskrybuj:
Posty (Atom)