Dlaczego właściwie dziewczynka nie ma u nas swojej piżamki? No dlaczego? Nie wiem. Ślubny też nie wie. A powinien wiedzieć on, skoro ja nie wiem. To jest nie do przyjęcia, aby o czymś ani jedno, ani drugie nie wiedziało. Przecież musi być jakaś równowaga w przyrodzie, nie? Skoro ja nie wiem, to wiedzieć powinien on. No bo jak on czegoś nie wie, to ja to wiem na pewno. Na pewno... Taaak... No ale to prowadzi tylko do jednego wniosku: na najbliższych zakupach muszę takową nabyć. A dlaczego? A dlatego, że humanitarnie dla siebie ewakuowałam się dzisiaj z draniem z domu, kiedy to ślubny rano z kubkiem kawy w ręku oświadczył, że dzisiaj w domu pracować zamierza. I jak tylko wyobraziłam sobie ten serwer gryzący się z ruterem i te sterty przewodów i te jęki ślubnego i sprzysiężenie się wszystkiego przeciw programowi i serwerowi i jeszcze czemu tam, co ślubnemu do szczęścia potrzebne, ubrałam drania poprosiłam o kartę albo kasiorę i czmychnęłam na zakupy. No w sumie to daleko nie pognałam, bo już koło domu część wydałam na lampę, która stoi na stole, świeci od góry i od dołu i wygląda bardzo ładnie i jak tylko ją zobaczyłam, to musiałam ją po prostu mieć. Właściwie to nie wiem, jak do tej pory mogliśmy nie mieć takiej lampy... To po prostu pozostanie dla mnie sprawą nieodgadnioną... Normalnie wpisuje się we wnętrze i uzupełnia je, a ja patrzę na nią i upewniam się, że ślubny nie ma mi za złe kolejnej lampy, bo ja oprócz butów zaczęłam ostatnio mieć manię lamp. Lustra za to mi w tym roku minęły. I to same jakoś tak wzięły i po prostu minęły, chociaż w zasadzie to i tak nie byłoby już ich gdzie wieszać. C'est la vie... i tak ślubny mnie kochać musi, a tak to przynajmniej ciemność mu nie grozi.
Nabyłam zatem lampę. Ale przecież nie będę z lampiskiem żarówkowym odgórnym i oddolnym biegać po mieście, więc zadzwoniłam po męża własnego i osobistego i nakłoniłam go do porzucenia serwera i zejścia na dół, dałam zakup i pognaliśmy dalej. No ale ile można kupować? Nudne to dosyć i w sumie to wszystko mamy, a niech mi lampa kolejna, albo buty pod rękę wpadną... No to już by nawet i mnie zastanowiło, ale za to przy okazji dranisko ma nową kurtałkę i spodnie i rękawiczki pięciopalczaste, co jest dla niego hitem nieziemskim i lekko obładowani (a wszystko nabyte tuż pod domem) wsiedliśmy do autobusu, aby się do Luizy udać. Co będę dawała jej spokój po świętach? Ponoć mnie lubi, to czemu tego nie wykorzystać, a kawa w miłym towarzystwie jej nie zaszkodzi przecież... Miło było, długo gadałyśmy i plotkowałyśmy i paplałyśmy bez sensu też troszkę, ale było nie było do domu wracać trzeba, więc drania ubierać zaczęłam, na co dziewczynka z różowymi policzkami osaczyła mnie rączkami i całusem i pytaniem, czy mogę ją do nas zabrać na jeden dzień. No ja mogę dużo, a w zasadzie to wszystko mogę, bo czemu niby nie, więc powiedziałam, aby szczoteczkę do zębów i piżamkę ciepłą mi do torby załadowała i szybciorem wdziewała coś ciepłego, bo musimy wracać do domu i ratować komputery i ruter i dwa koty i puszkę z kawą. Luzia trochę, jak to zwykle podczas ewakuacji się z domu jej dziecka rodzonego, zdziwiona była. Nie wiem czemu ona się tak dziwi? Ja już przywykłam, że dziewczynka często ze mną wraca, albo od nas wyjść już nie chce, a ona ciągle przywyknąć nie może... No cóż matka zawsze tajemnicą pozostaje. Ale czemu ślubny jeszcze nie przywyknął to ja już zupełnie nie wiem? Tajemnicą przecież mąż mój własny i osobisty dla mnie nie jest, nie jest również ani skomplikowany, ani trudny, a jednak kiedy zadzwoniłam, żeby po nas wyszedł (nas - a nas może być dwoje, troje, czworo... przecież), bo idę z torbiszczami i jest mi ciężko i niewygodnie, a chcę jeszcze do warzywniaka wejść, to jak nas zobaczył, to nas nie poznał w pierwszej chwili. Ale w drugiej chwili już załapał, o co chodzi i jakoś tak nad tym do porządku dziennego przeszedł, a potem przeszedł z pracą do kuchni ku mojej radości niezmiernej, bo z pokoju sterta kubków z kawą zniknęła, a ślubny się przekonał, że nasza kuchnia zimnym pomieszczeniem jest.
No tak... czyli jednym słowem zakupy mnie znowu czekają. I obawiam się, że piżamkę muszę nabyć różową, bo dziewczynka innego koloru na siebie nie nakłada. Ale to nie jutro... Jutro mam zamiar siedzieć z domu i się nigdzie nie ruszać, bo jakoś dobrze mi idzie nabywanie dóbr materialnym i dzieci, a jeszcze mam kilkoro znajomych kawoszy, którzy mają maluszki własne...
poniedziałek, 29 grudnia 2008
niedziela, 28 grudnia 2008
wstępem do czego jest lolitka?s
Ponoć prostytutka to nazwa zawodu, ale k...wa (przepraszam) to już nazwa cechy charakteru. Podobno. Chociaż rozróżnienie wydaje się tyle rozsądne, co i zasadne. Ale w takim razie, kim jest lolitka? Wstępem do profesji, czy zbyt intensywną cechą? A może jeszcze jakieś inne miano czy wytłumaczenie należałoby tutaj znaleźć?
Skąd jednak te myśli u mnie? Jak w większości z obserwacji...
... wyszliśmy na krótki spacer świąteczny. Celem był park, a przed nim szopka w katedrze. Idziemy. Mijają nas tłumy zmierzające w tę i w przeciwną stronę. Pora zbliżającego się obiadu. Dzień przedłużający święta. Mija nas w pewnym momencie rodzina. Rodzice z córką. Rodzice ubrani cieplutko i elegancko. Dziewczyna w wieku moich uczennic. Idą miarowo, ale milcząco. Panna nadaje tempo marszu wysuwając się o krok przed rodziców. Niby normalka spotykana na ulicach niejednokrotnie, ale... Dziewczyna ma na sobie kusą kurteczkę wyszywaną srebrnymi dżetami i wysokie, czarne, błyszczące kozaki na wąskim metalowym obcasie, które doskonale harmonizują z wzorzystymi, cieniutkimi rajstopami i króciuteńką, błyszczącą, imitującą skórę różową spódniczką. Skojarzenie nasunęło się samo. Nie tylko nam. Trudno orzec, czy strój był ładny, czy brzydki, bo był po prostu wulgarny. Ale dziewczę nie szło samo... Nie szła również z grupą rówieśników, a i pora nie wskazywała na potencjalną szampańską zabawę do rana.
Nie widziałam buzi dziewczyny, nie spojrzałam na jej fryzurę. Mogę zatem ocenić sam strój. Właśnie... ocenić. Czy taki ubiór może być czystym przypadkiem, albo efektem nieświadomości w doborze poszczególnych jego elementów? Zastanawiam się również nad rolą rodziców tej panny. Czy oni są już niemymi obserwatorami starającymi się nie widzieć, czy jeszcze naiwnymi świadkami zabawy strojem. Tak czy owak nie potrafię sobie równocześnie odpowiedzieć, czy lolitka to cecha, czy wstęp do stylu życia i co ważniejsze: wstęp albo cecha do cechy, czy do profesji?
Skąd jednak te myśli u mnie? Jak w większości z obserwacji...
... wyszliśmy na krótki spacer świąteczny. Celem był park, a przed nim szopka w katedrze. Idziemy. Mijają nas tłumy zmierzające w tę i w przeciwną stronę. Pora zbliżającego się obiadu. Dzień przedłużający święta. Mija nas w pewnym momencie rodzina. Rodzice z córką. Rodzice ubrani cieplutko i elegancko. Dziewczyna w wieku moich uczennic. Idą miarowo, ale milcząco. Panna nadaje tempo marszu wysuwając się o krok przed rodziców. Niby normalka spotykana na ulicach niejednokrotnie, ale... Dziewczyna ma na sobie kusą kurteczkę wyszywaną srebrnymi dżetami i wysokie, czarne, błyszczące kozaki na wąskim metalowym obcasie, które doskonale harmonizują z wzorzystymi, cieniutkimi rajstopami i króciuteńką, błyszczącą, imitującą skórę różową spódniczką. Skojarzenie nasunęło się samo. Nie tylko nam. Trudno orzec, czy strój był ładny, czy brzydki, bo był po prostu wulgarny. Ale dziewczę nie szło samo... Nie szła również z grupą rówieśników, a i pora nie wskazywała na potencjalną szampańską zabawę do rana.
Nie widziałam buzi dziewczyny, nie spojrzałam na jej fryzurę. Mogę zatem ocenić sam strój. Właśnie... ocenić. Czy taki ubiór może być czystym przypadkiem, albo efektem nieświadomości w doborze poszczególnych jego elementów? Zastanawiam się również nad rolą rodziców tej panny. Czy oni są już niemymi obserwatorami starającymi się nie widzieć, czy jeszcze naiwnymi świadkami zabawy strojem. Tak czy owak nie potrafię sobie równocześnie odpowiedzieć, czy lolitka to cecha, czy wstęp do stylu życia i co ważniejsze: wstęp albo cecha do cechy, czy do profesji?
są...
Są takie chwile,
gdy świat koncentruje się w źrenicy oka,
w źrenicy serca
w ziarnku dotyku.
Kiedy chłodny dotyk
mrozu
zaznacza na nas swoją linię niebycia.
Są takie chwile,
gdy wyraźniej czujemy czucie
i dokładniej słyszymy myśli.
Gdy czarne jest czarne,
a biel sama się wybiela,
kiedy spór rozsądku z emocją
milknie...
gdy świat koncentruje się w źrenicy oka,
w źrenicy serca
w ziarnku dotyku.
Kiedy chłodny dotyk
mrozu
zaznacza na nas swoją linię niebycia.
Są takie chwile,
gdy wyraźniej czujemy czucie
i dokładniej słyszymy myśli.
Gdy czarne jest czarne,
a biel sama się wybiela,
kiedy spór rozsądku z emocją
milknie...
są..
Są takie chwile,
gdy świat koncentruje się w źrenicy oka,
w źrenicy serca
w ziarnku dotyku.
Kiedy chłodny dotyk
mrozu
zaznacza na nas swoją linię niebycia.
Są takie chwile,
gdy wyraźniej czujemy czucie
i dokładniej słyszymy myśli.
Gdy czarne jest czarne,
a biel sama się wybiela,
kiedy spór rozsądku z emocją
milknie...
gdy świat koncentruje się w źrenicy oka,
w źrenicy serca
w ziarnku dotyku.
Kiedy chłodny dotyk
mrozu
zaznacza na nas swoją linię niebycia.
Są takie chwile,
gdy wyraźniej czujemy czucie
i dokładniej słyszymy myśli.
Gdy czarne jest czarne,
a biel sama się wybiela,
kiedy spór rozsądku z emocją
milknie...
piątek, 26 grudnia 2008
ciąg przyczynowo-skutkowy
Kiedy pani się już uporała z wigiliami szkolnymi i rózgami oraz kiedy pani zdążyła zgubić pierścionek i parasolkę, i kiedy to przez to zmokła pani okrutnie dzięki jakiemuś paskudnemu śniegowi z deszczem, i kiedy jasnym się stało, że pani to może sobie odpoczywać przy sprzątaniu i przygotowywaniu świąt, okazało się, że pani co najwyżej może udać się do lekarza i poprosić o jakiś mega skuteczny antybiotyk szybkostawiającynanogi. Ale zanim pani do lekarza poszła, musiała pani wybić ślubnemu z głowy wzywanie w środku nocy karetki pogotowia i najszczęśliwszej. Że niby czterdziestostopniowa gorączka i silne dreszcze to powód wystarczający do takich wezwań... No... nie dość, że człowiekowi zimno i człowieka telepie i ma człowiek jakieś majaki, to mi ślubny własny i osobisty lekarzy w nocy wzywać chce i jeszcze rodzicielkę własną na mnie nasyła. No ludzie!! Toż normalne, że jak dojdę do siebie, to do lekarza pójdę, bo przecież wiadomo również, że do lekarza idąc, trzeba być dostatecznie zdrowym...
Ale jak już do lekarza poszłam, to lek faktycznie skuteczny dostałam, bo na nogach mocno stanęłam. Za to jak tylko stanęłam, to osłabłam, kiedy to zobaczyłam kalendarz i ogrom pracy, a kiedy jeszcze droga powiedziała: leż i odpoczywaj, a ja ci posprzątam, to nie dość, że ciśnienie mi się podniosło ideał swój osiągając, to i praca w rękach mi się palić zaczęła. No w sumie to i prawie dosłownie...
O! A teraz odpoczywam... Jestem świadoma tego, co wokół, jesteśmy wreszcie we własnym mieszkaniu, a lodówkę zakluczyłam i zabroniłam otwierać. Taaak... i wcale spać nie zamierzam. Zamierzam się delektować ciszą i spokojem i tym, że mam przed sobą jeszcze kilka wolnych dni. Zastanawiam się też przy okazji, jak tu namówić ślubnego na zabarykadowanie drzwi wejściowych i wyrzucenie telefonów na najbliższy tydzień...
Ale jak już do lekarza poszłam, to lek faktycznie skuteczny dostałam, bo na nogach mocno stanęłam. Za to jak tylko stanęłam, to osłabłam, kiedy to zobaczyłam kalendarz i ogrom pracy, a kiedy jeszcze droga powiedziała: leż i odpoczywaj, a ja ci posprzątam, to nie dość, że ciśnienie mi się podniosło ideał swój osiągając, to i praca w rękach mi się palić zaczęła. No w sumie to i prawie dosłownie...
O! A teraz odpoczywam... Jestem świadoma tego, co wokół, jesteśmy wreszcie we własnym mieszkaniu, a lodówkę zakluczyłam i zabroniłam otwierać. Taaak... i wcale spać nie zamierzam. Zamierzam się delektować ciszą i spokojem i tym, że mam przed sobą jeszcze kilka wolnych dni. Zastanawiam się też przy okazji, jak tu namówić ślubnego na zabarykadowanie drzwi wejściowych i wyrzucenie telefonów na najbliższy tydzień...
sobota, 20 grudnia 2008
misz-masz przy ulubionym
Gdzie się podziała magia świąt, którą powinnam już czuć? Jeśli ktoś ją znajdzie, proszę o podesłanie zbuntowanej i do mnie. Zgłaszam protest! Nie ma śniegu, nie ma mrozu, wczoraj padało jakieś świństwo i zmokłam, bo zgubiłam parasolkę. Pierścionek zresztą też zgubiłam. Mówi się ech... i wierci ślubnemu dziurę w brzuchu o drugi identyczny, ale po niego trzeba do Sukiennic się udać. Jak pech to pech, bo Sukiennice wcale nie są blisko mnie. No daleko są. Nawet bardzo daleko.
Czyli wracając do tematu: świąt nie czuję mimo sprzątania i zakupów. Właśnie sączę cabernet i biegam po kabarecie - w dniu dzisiejszym wersja klik bardziej mi się podoba niż ta z Lizą. Czyli mam gusta i guściki w obrębie gustu własnego. A i ulubione jakoś tak wyszło, że nie francuskie, tylko hiszpańskie. Ale sączy się dobrze i całkiem nieźle smakuje po dzisiejszej migrenie. Ba... sączy się nawet lepiej niż myślałam. Ale to jakby zaleta ulubionego. A sącząc się, sączy myśli najróżniejsze. Takiego przy okazji wypełniania nowego, zakupionego dzisiaj kalendarza nowego, dużego i osobistego bardzo też.
Czyli wracając do tematu: świąt nie czuję mimo sprzątania i zakupów. Właśnie sączę cabernet i biegam po kabarecie - w dniu dzisiejszym wersja klik bardziej mi się podoba niż ta z Lizą. Czyli mam gusta i guściki w obrębie gustu własnego. A i ulubione jakoś tak wyszło, że nie francuskie, tylko hiszpańskie. Ale sączy się dobrze i całkiem nieźle smakuje po dzisiejszej migrenie. Ba... sączy się nawet lepiej niż myślałam. Ale to jakby zaleta ulubionego. A sącząc się, sączy myśli najróżniejsze. Takiego przy okazji wypełniania nowego, zakupionego dzisiaj kalendarza nowego, dużego i osobistego bardzo też.
czwartek, 18 grudnia 2008
bumtararabum
Pani jest właśnie po wigilii dla rady pedagogicznej, a jutro czekają mnie cztery następne. Wigilie, nie rady oczywiście. Każda klasa bowiem szczęśliwie / pechowo (niepotrzebne skreślić) ma swoją o innej godzinie, a od każdej klasy dostałam zaproszenie i od każdej to zaproszenie wypadało przyjąć. A ponieważ z pustymi rękoma iść nie wypada, to dzisiaj pani kupiła rózgi. Babina na rynku się ucieszyła, że jakaś wariatka wór rózeg od niej nabyła, a ja to się dopiero jutro będę cieszyć, jak w tych obcasikach i kostiumiku będę ten wór taszczyć. Ale co zrobić, jeśli w tym konkretnym wypadku moje działanie było szybsze niż moje myślenie... No cóż... nikt nie jest doskonały, więc i ja mogę miewać czasem jakąś wadę.
Drań śpi, ślubnego jeszcze nie ma w domku i jeszcze długo, długo nie będzie. Idę po ulubione, bo jakoś tak po tych śledziach i przed tymi kolejnymi to tylko coś na trawienie strawić mogę.
No i jeszcze klik... lalalallaaaalaala... A czemu tak? Nie wiem i ja tego... Pewnie dlatego, że mam już ferie i pewnie dlatego, że dzisiaj zapisałam się na kolejną setkę szkoleń i nie mam jeszcze kalendarza, więc sobie one oscylują z datami w mojej głowie i na małych karteczkach w obecnym kalendarzu.
Taaak... no a poza tym, to wszystko dobrze.
Drań śpi, ślubnego jeszcze nie ma w domku i jeszcze długo, długo nie będzie. Idę po ulubione, bo jakoś tak po tych śledziach i przed tymi kolejnymi to tylko coś na trawienie strawić mogę.
No i jeszcze klik... lalalallaaaalaala... A czemu tak? Nie wiem i ja tego... Pewnie dlatego, że mam już ferie i pewnie dlatego, że dzisiaj zapisałam się na kolejną setkę szkoleń i nie mam jeszcze kalendarza, więc sobie one oscylują z datami w mojej głowie i na małych karteczkach w obecnym kalendarzu.
Taaak... no a poza tym, to wszystko dobrze.
wtorek, 16 grudnia 2008
ja smoczyca
A ja nadal w konwencji klik. Tylko w nastroju już absolutnie przysiadalnym. Tak przysiadalnym, że tylko kawę nalewać sobie do kubka i siadać obok mnie i słuchać, bo do głosu nie dopuszczam. I w dodatku uszy mnie pieką. Obydwa dwa. A w zasadzie to jakby obydwa pięć, bo aż niemożliwe, że dwie sztuki mogą być do takiej purpury doprowadzone. Ale są i nawet mam policzki przaśne od nich. Tak zdrowo znaczy się wyglądam. Taaa... Jutro znowu mam lekcję muzealną, to sama będę jak eksponat, jeśli mi nie minie. No ale nie ma tego złego - było mi zimno, to teraz ciepło mi aż nadto. A jak jeszcze pomyślę o sobotnich planach mycia okien, pieców i drzwi, to do takiego wrzenia dochodzę, że w smoka mogę się bawić.
niedziela, 14 grudnia 2008
o mrozie i naszyjniku i już w sumie to o niczym
W nastroju jestem nieprzysiadalnym i wcale nie jest mi z tym dobrze. Jestem zła. Nawet mi się nie chce szukać czegoś innego niż Waits i Świetlicki. Chcę mróz! Dlaczego jeszcze nie ma mrozu trzaskającego? Normalnie nienormalne to. Człowiek tak czeka na mróz, a tu jego totalny brak. I ani widu, ani słychu. Pogoda ze mną sobie pogrywa. No i nie tylko pogoda. Taki czas na przykład też sobie pogrywa. A ja w sumie to go ostatnio tak trochę lekceważę, a trochę nie zauważam. Szkoda, że on zauważa mnie. Ale to już jego sprawa. Niech się martwi. A ja się pomartwię czymś innym. No bo w końcu czymś trzeba. Tylko czym...? A właśnie... naszyjnik mi się popsuł w piątek. Nie! on się nie popsuł. On się totalnie... popsuł... Pani sobie w nim szła i było dobrze i dziecko pani odebrała z przedszkola i dziecko chciało na zapiekankę wejść. No to ja dziecku swojemu tłumaczę, czym taka zapiekanka się skończyć może, ale ono miało to gdzieś, więc weszliśmy i jak już dziecko pochłonęło ową i jak pani dziecko i się odziewała w kurtki, to się mi naszyjnik zaczepił i się wszystko mi po podłodze rozsypało i pani musiała wszystkich sterroryzować, żeby wszystkie elementy znaleźć... O! I wszystkie znalazłam. No właśnie... i chyba czas ślubnego o rekonstrukcję naszyjnika poprosić. No właśnie... klik
środa, 10 grudnia 2008
rozrabiam nadal i już do tego przywykłam...
Pani obudziła się dzisiaj rankiem rankiem skoro świt, kiedy to do hymnu z Wieży Mariackiej nadawanego w programie pierwszym polskiego radia brakowało godzin siedem. Pani wstała i nacisnęła włącznik światła. Ciemność jednak pozostała ciemnością, a głuchy dźwięk oznajmił, że żarówki właśnie straciły swoją żywotność. Myśląc o uciesze ślubnego, który będzie musiał się z plafonem na suficie pokoju dziennego mocować, skierowałam się w stronę przedpokoju. Mamy tam ciepłe światło boczne, które dzięki przyciemnieniu w nocy ładnie oświetla mieszkanie, a z rana mami jeszcze półsnem, ale ono niestety nie omamiło mnie dzisiaj, ponieważ gdy tylko dotknęłam włącznika, aby światło uregulować, usłyszałam kolejny głuchy dźwięk. W duchu podziękowałam sobie, że po plafonie nie uparłam się, aby włączyć komputer i jednocześnie zaklinając, żeby oświetlenie w łazience nie wysiadło. Nie wysiadło. W kuchni też nie, więc uzbrojona w kawę oraz wystrojona turbanem na mokrych włosach postanowiłam zaryzykować i włączyłam komputer. Nie spaliłam, kawy nie wylałam - kawę w całości wypiłam. Wylałam za to make-up z buteleczki. No jakoś tak mi wziął i upadł i wpadł do brodzika i tam mażąc ściany wylał się. Nawet nie wiedziałam, że tak trudno go zmyć z glazury - z twarzy schodzi bez problemu. I kiedy myślałam, że tak w stylu naturell mi pójść przyjdzie, okazało się, że w sumie to się malować nie muszę, bo te hektolitry skrzypu i witaminy A robią jednak swoje i aż poczułam się dziwnie odkrywając swoją prawdziwą twarz. Czego to nałóg nie robi z czlowieka. Ale jak to powiedział ślubny... ponoć i tak zawsze po dwóch godzinach mojego make-up'u widać już nie było, ale bał się mi sugerować, że to wydatek zbędny. No niech mu będzie. Jednak poniósł go raz jeszcze, bo dla zasady kupić cudaka musiałam. Potem niczego już nie uszkadzając zaprowadziłam drania do przedszkola mocno zestresowana, czy aby będzie on chciał tam dzisiaj zostać, czy też może wyskoczy (jak wczoraj) z nagłym protestem i twierdzeniem, że on dzisiaj chce mieć wolne. Wczoraj wsadziłam go do taksówki i do dziadków-pradziadków zawiozłam, dzisiaj postanowiłam być twarda. Nie było takiej potrzeby, więc w skowronkach pognałam w stronę szkoły. A potem to już luzik... kontrola z kuratorium, tłum rodziców na każdej przewie i wypełnianie kart wycieczki na lekcję muzealną.
I tylko nie mogłam pojąć, dlaczego uczniowie się na mnie tak dziwnie patrzyli, kiedy zagnałam ich do sali, sprawdziłam listę, podyktowałam temat i zaczęłam prowadzić lekcję. Ostatnią moją w tym dniu. Twierdzili nawet uparcie, że dzisiaj nie jest czwartek, a oni powinni już iść do domu. Faktycznie... właśnie zauważyłam, że dzisiaj nie jest czwartek... Pracowałam wobec tego dzisiaj godzinę dłużej, a oni mają wiedzę o tekst Barańczaka poszerzoną. I to wcale śmieszne nie jest. Nic a nic, bo to znaczy, że do piątku jeszcze dwa dni, a nie jeden... klik
I tylko nie mogłam pojąć, dlaczego uczniowie się na mnie tak dziwnie patrzyli, kiedy zagnałam ich do sali, sprawdziłam listę, podyktowałam temat i zaczęłam prowadzić lekcję. Ostatnią moją w tym dniu. Twierdzili nawet uparcie, że dzisiaj nie jest czwartek, a oni powinni już iść do domu. Faktycznie... właśnie zauważyłam, że dzisiaj nie jest czwartek... Pracowałam wobec tego dzisiaj godzinę dłużej, a oni mają wiedzę o tekst Barańczaka poszerzoną. I to wcale śmieszne nie jest. Nic a nic, bo to znaczy, że do piątku jeszcze dwa dni, a nie jeden... klik
sobota, 6 grudnia 2008
przypadek
Właśnie zamknęłam drugi tydzień ciężkiej pracy. Są efekty. Najlepsze z możliwych. I powiem szczerze, że da się drugi etat w ciągu trzech dni zrobić. Uff... A teraz właśnie zasiadłam z tomem Harrego Pottera, ponieważ na nic innego nie mam ochoty. Potrzebuję wyciszyć wszystko, co jest związane z realnością. Ślubny poszedł do kuchni po moje ulubione ulubione, a ja postanowiłam jeszcze tylko poszperać w muzyczce.
Jestem zmęczona. Nie myślałam, że to napiszę jeszcze w tym roku. Jestem. Wzięłam na siebie dużo, a nie chcę, żeby drań ucierpiał, więc cierpi blog. Podłota ostatnio stwierdził, że się skryłam i tak wzięłam za pracę, że wsiąkłam całkiem. Wsiąkłam. Nie skryłam się. Ale faktycznie... wsiąkłam. W te papierzyska i w te tomiszcza. Dłonie moje dzięki kredzie błagają o litość, ale uczniowie swoim zapałem rekompensują mi niedospanie i piekące oczy. Ślubny patrzy i tylko się uśmiecha. A właśnie... ślubny. Długa historia, albo jeszcze dłuższa, ale postanowiliśmy do jej początków sięgnąć. Chyba dobry to był pomysł.
Ale dzisiaj to już tylko klik, bo właśnie mam naszykowane ulubione i kocyk i Harrego i ślubny pewnie tylko przypadkiem ramieniem całe oparcie sofy otoczył. Jasne...
Jestem zmęczona. Nie myślałam, że to napiszę jeszcze w tym roku. Jestem. Wzięłam na siebie dużo, a nie chcę, żeby drań ucierpiał, więc cierpi blog. Podłota ostatnio stwierdził, że się skryłam i tak wzięłam za pracę, że wsiąkłam całkiem. Wsiąkłam. Nie skryłam się. Ale faktycznie... wsiąkłam. W te papierzyska i w te tomiszcza. Dłonie moje dzięki kredzie błagają o litość, ale uczniowie swoim zapałem rekompensują mi niedospanie i piekące oczy. Ślubny patrzy i tylko się uśmiecha. A właśnie... ślubny. Długa historia, albo jeszcze dłuższa, ale postanowiliśmy do jej początków sięgnąć. Chyba dobry to był pomysł.
Ale dzisiaj to już tylko klik, bo właśnie mam naszykowane ulubione i kocyk i Harrego i ślubny pewnie tylko przypadkiem ramieniem całe oparcie sofy otoczył. Jasne...
poniedziałek, 1 grudnia 2008
ciepło - zimno, czyli zabawa w odkrywanie siebie
Od jakiegoś czasu obserwuję w sobie pewną tendencję. Albo bezwstydnie odkrywam emocje i czuję potrzebę ogromnej i szczerej spowiedzi myśli własnych, albo chowam się w sobie, otulam uśmiechem z miną mówiącą, że nic się nie stało, jest wszystko jak należy i zamykam słowa w samym ich zarodku. Nie pokazuję nic, nic nie mówię. Potem znowu przychodzi fala zwierzeń, a potem znowu trafiam na mur mój prywatny. Nie zależy to ani od ludzi, ani od kwadr księżyca. Bierze się jakoś tak po prostu, z potrzeby własnej, chwili. Od lat ekstrawertyzm we mnie walczy z wielką siłą obronną własnej intymności. Odkąd pamiętam najbliższe są mi skrajności. We wszystkim. Nigdy nie zadowalały mnie półśrodki, albo coś, co nie dawało pełni.
Nie żałuję tego, co mówię. Nie żałuję tego, co ukrywam. Męczy mnie jednak już ta zabawa w ciepło-zimno, piekło-niebo. Czy nie można mieć tylko piekła, albo tylko nieba? Czy nie można żyć tylko w cieple, albo tylko w zimnie? Czy mój własny prywatny złoty środek to ta właśnie huśtawka uczuć, emocji, odczuć, pragnień, myśli, zdarzeń, planów, zwierzeń...?
Nie żałuję tego, co mówię. Nie żałuję tego, co ukrywam. Męczy mnie jednak już ta zabawa w ciepło-zimno, piekło-niebo. Czy nie można mieć tylko piekła, albo tylko nieba? Czy nie można żyć tylko w cieple, albo tylko w zimnie? Czy mój własny prywatny złoty środek to ta właśnie huśtawka uczuć, emocji, odczuć, pragnień, myśli, zdarzeń, planów, zwierzeń...?
sobota, 29 listopada 2008
"Nie podglądaj pani od spodu...
... bo to nie ładnie!" - krzyknął dzisiaj na Kubę Grzegorz, kiedy ten zanurkował pod ławkę przewracając ją, aby podnieść mój ołówek, chociaż sama podniosłam go zaraz, jak tylko zdążył znaleźć się na podłodze.
No i tym sposobem dzięki klasie wiem, że mam spód swój. Człowiek ponoć uczy się całe życie, a ja do dzisiaj np. istnienia swojego spodu nie byłam świadoma. Chociaż w tym tygodniu to nawet istnienia mojej głowy już świadoma nie byłam, a przyszły tydzień będzie jeszcze ciekawszy.
W pokoju nauczycielskim królował wczoraj dowcip o dwóch nauczycielach, starym i młodym: idą sobie razem, młody taszczy tomiszcza najróżniejszych książek, stary idzie z samym dziennikiem - młodszy patrzy na niego z podziwem i mówi "kolega to ma pewnie już wszystko w głowie", a stary odpowiada "nie, w d...." Ja jeszcze biegam z tomiszczami i jestem najczęstszym gościem biblioteki, ale przyznam, że od tego tygodnia zaczynam powoli mieć całą resztę dokładnie w tym miejscu, gdzie plecy tracą swoją nazwę szlachetną. Pewnych zachowań i pewnych absurdów bowiem nie zrozumiem nigdy. A skoro ich nie zrozumiem i są mi zbędne, pozostaje mi je umieścić w miejscu dla nich właściwym. Szkoda tylko, że to one właśnie ograniczają mój czas, a pozostają faktem jedynie na papierze. Trudno. Bywa. Będę miała na czym siedzieć.
Taaak... a teraz właśnie mój spód oklapł na piętach w siadzie po japońsku, włączyłam muzyczkę, sączę ulubione i relaksuję się rozmową ze ślubnym. To znaczy ślubny słucha, a ja mówię. Ponoć dziwi go, że ja mogę jeszcze mówić i mi się to nie nudzi. A czemu niby miałoby mi się to nudzić? Nie kumam... Nie mam takiego najgorszego głosu. Dobre to ulubione. Bardzo. Dawno nie piłam. Tak dawno, że aż wstyd się przed samą sobą przyznać. Cierpkie i w ogóle takie, jakie być powinno, odpowiednio schłodzone, a jako dodatek do niego dostałam właśnie przed chwilą paluszki krabowe i winogrono i ser. Jak nic ślubny coś knuje. Znam go. Nie trudno go rozgryźć. Mnie najwyraźniej też nie trudno, skoro w ramach przeprosinach klasa pierwsza sportowa zagrała mi na lekcji klik. No i tak jakoś wtedy mi się ten mój licealny zapał przypomniał i ten czas, kiedy to człowiek taki bardzo dorosły chciał być i tymi dobrymi chęciami własne piekło brukował.
No dobra... idę po dolewkę ulubionego, bo się zaraz opiszę nadto, a jeszcze muszę przygotować życzenia na karteczce ładnej i pod poduszką w zestawie ze szpilką umieścić. No bo jakby nie było dzisiaj wigilia andrzejkowa, a ja jej nie odpuszczam od czasów liceum właśnie.
No i tym sposobem dzięki klasie wiem, że mam spód swój. Człowiek ponoć uczy się całe życie, a ja do dzisiaj np. istnienia swojego spodu nie byłam świadoma. Chociaż w tym tygodniu to nawet istnienia mojej głowy już świadoma nie byłam, a przyszły tydzień będzie jeszcze ciekawszy.
W pokoju nauczycielskim królował wczoraj dowcip o dwóch nauczycielach, starym i młodym: idą sobie razem, młody taszczy tomiszcza najróżniejszych książek, stary idzie z samym dziennikiem - młodszy patrzy na niego z podziwem i mówi "kolega to ma pewnie już wszystko w głowie", a stary odpowiada "nie, w d...." Ja jeszcze biegam z tomiszczami i jestem najczęstszym gościem biblioteki, ale przyznam, że od tego tygodnia zaczynam powoli mieć całą resztę dokładnie w tym miejscu, gdzie plecy tracą swoją nazwę szlachetną. Pewnych zachowań i pewnych absurdów bowiem nie zrozumiem nigdy. A skoro ich nie zrozumiem i są mi zbędne, pozostaje mi je umieścić w miejscu dla nich właściwym. Szkoda tylko, że to one właśnie ograniczają mój czas, a pozostają faktem jedynie na papierze. Trudno. Bywa. Będę miała na czym siedzieć.
Taaak... a teraz właśnie mój spód oklapł na piętach w siadzie po japońsku, włączyłam muzyczkę, sączę ulubione i relaksuję się rozmową ze ślubnym. To znaczy ślubny słucha, a ja mówię. Ponoć dziwi go, że ja mogę jeszcze mówić i mi się to nie nudzi. A czemu niby miałoby mi się to nudzić? Nie kumam... Nie mam takiego najgorszego głosu. Dobre to ulubione. Bardzo. Dawno nie piłam. Tak dawno, że aż wstyd się przed samą sobą przyznać. Cierpkie i w ogóle takie, jakie być powinno, odpowiednio schłodzone, a jako dodatek do niego dostałam właśnie przed chwilą paluszki krabowe i winogrono i ser. Jak nic ślubny coś knuje. Znam go. Nie trudno go rozgryźć. Mnie najwyraźniej też nie trudno, skoro w ramach przeprosinach klasa pierwsza sportowa zagrała mi na lekcji klik. No i tak jakoś wtedy mi się ten mój licealny zapał przypomniał i ten czas, kiedy to człowiek taki bardzo dorosły chciał być i tymi dobrymi chęciami własne piekło brukował.
No dobra... idę po dolewkę ulubionego, bo się zaraz opiszę nadto, a jeszcze muszę przygotować życzenia na karteczce ładnej i pod poduszką w zestawie ze szpilką umieścić. No bo jakby nie było dzisiaj wigilia andrzejkowa, a ja jej nie odpuszczam od czasów liceum właśnie.
niedziela, 23 listopada 2008
o uwarunkowaniach genetycznych i olejku migdałowym
Pozbyłam się chłopaków wysyłając ich do najszczęśliwszej pod pretekstem wzięcia sanek z piwnicy. Bo mimo, że mamy swój strych i piwnicę, to jeszcze część piwnicy najszczęśliwszej oraz rodzica mojego płci męskiej zaanektowaliśmy. To znaczy ja zaanektowałam. Jakoś tak wyszło. I wcale mi nie jest z tego powodu głupio. Najszczęśliwsza ma bowiem dar rozciągania każdej swojej przestrzeni i nawet kiedy człowiek myśli, że szpilki nie da się już wcisnąć, to ona wtaszczy do niej nie tylko szafę trzydrzwiową poniemiecką z lustrem, ale i kilka pudeł z różnymi różnościami, a na dodatek wszystko wygląda estetycznie, nie jest zakurzone i pasuje do się. Ale najszczęśliwsza tak już ma. Wszak to jej ciotka rodzona i najbliższa w garażu trzymała kwiatki w doniczkach, duże lustro i chodnik na podłodze. Co prawda wujek musiał przecierać koła samochodu zanim wjechał, ale czego się nie robi dla świętego spokoju... Taaak... mam zatem pewne uwarunkowania i staram się być ich nieświadoma, ale widzę, że z wiekiem (jakkolwiek to brzmi) wychodzą one ze mnie i stają się monstrami. I jak zwykle odbiegłam od tematu. To też rodzinne. Jak i całe gadulstwo moje i dywaganctwo i upodobanie do węzłów z włosów, kolorowych, miękkich szali i jedwabnych apaszek.
... a chciałam napisać jedynie, że drań i ślubny poszli, zostawiając mnie samą w zapachach cynamonowo-jabłkowych, pieczeniowych, kawowych i migdałowych. A czemu migdałowych? A temu, że mi buteleczka olejku migdałowego do ciasta spadła z półki i olejek wylał się na podłogę w kuchni. No i pachnie mi teraz. Niech sobie pachnie. Co mu pachnieć zabraniać będę.
A poza tym dobrze mi w tych zapachach w tej kuchni. Zwłaszcza, że laptopa do niej przytaszczyłam i siedzę przy stole. Z kubkiem kawy. Takiej bezmlecznej. Jak odstawiłam mleko, to kawa zaczęła mi smakować ponownie. Katedra ośnieżona, psiska po skwerku biegają, ludzie poowijani w szaliki tudzież inne wełniaczki, a mnie miło, ciepło, kawowo, smakowo, muzycznie i tak niedzielnie i magicznie bardzo, bo i pora roku taka baśniowa bardziej się robi. Wczoraj pierwszy raz od kilku lat cieszyłam się widokiem śniegu i zasypanych ulic. Przez kilka lat obchodził mnie on zupełnie tyle, co i nic, albo nawet nieco mniej niż mało, aż tu wczoraj nagle we mnie takie jedno wielkie buuuum! No i magicznie tak i baśniowo i mikołajowo-skrzatowo i książkowo i listowo i do tego jeszcze klik...
PS. Czy do kawy ajerkoniak pasuje bardziej, czy może irish cream? Wiem, wiem... ulubione jest najlepsze, ale ulubione to ulubione, a kawa to kawa. O i jak to łatwo zgromadzić wszystkie swoje uzależnienia (upodobania znaczy się) w jednej kuchni...
... a chciałam napisać jedynie, że drań i ślubny poszli, zostawiając mnie samą w zapachach cynamonowo-jabłkowych, pieczeniowych, kawowych i migdałowych. A czemu migdałowych? A temu, że mi buteleczka olejku migdałowego do ciasta spadła z półki i olejek wylał się na podłogę w kuchni. No i pachnie mi teraz. Niech sobie pachnie. Co mu pachnieć zabraniać będę.
A poza tym dobrze mi w tych zapachach w tej kuchni. Zwłaszcza, że laptopa do niej przytaszczyłam i siedzę przy stole. Z kubkiem kawy. Takiej bezmlecznej. Jak odstawiłam mleko, to kawa zaczęła mi smakować ponownie. Katedra ośnieżona, psiska po skwerku biegają, ludzie poowijani w szaliki tudzież inne wełniaczki, a mnie miło, ciepło, kawowo, smakowo, muzycznie i tak niedzielnie i magicznie bardzo, bo i pora roku taka baśniowa bardziej się robi. Wczoraj pierwszy raz od kilku lat cieszyłam się widokiem śniegu i zasypanych ulic. Przez kilka lat obchodził mnie on zupełnie tyle, co i nic, albo nawet nieco mniej niż mało, aż tu wczoraj nagle we mnie takie jedno wielkie buuuum! No i magicznie tak i baśniowo i mikołajowo-skrzatowo i książkowo i listowo i do tego jeszcze klik...
PS. Czy do kawy ajerkoniak pasuje bardziej, czy może irish cream? Wiem, wiem... ulubione jest najlepsze, ale ulubione to ulubione, a kawa to kawa. O i jak to łatwo zgromadzić wszystkie swoje uzależnienia (upodobania znaczy się) w jednej kuchni...
środa, 19 listopada 2008
fantastyka dnia dzisiejszego, czyli jak wiadomości wpływają na moją percepcję
Obudziłam się dzisiaj obok ślubnego, a to już rzecz niezwykła ogromnie. Na tygodniu znaczy się niezwykła. No więc obudziłam się. Wyspana i zdziwiona, bo niezwyczajna taka. No i taka jakby dzika wręcz zerwałam się z okrzykiem, że mąż mój własny i osobisty zaspał i w dodatku nic sobie z tego nie robi. Równolegle do mojego zdziwienia przytupał do naszej sypialni drań, który stanowczo zażądał, aby dzisiaj zaprowadzić go do przedszkola. W sumie antybiotyk wybrał do końca, od trzech dni jest na specyfiku uodparniającym, ślubny w kilka minut się wyszukuje, to czemu by nie? Ubrałam malucha i wycałowałam na drogę wbrew jego okrzykom, że bez czułości ma się wszystko obyć, bo on tylko do przedszkola idzie i na to wkroczył do nas na poranną kawę dziadek-pradziadek, który o wpół do ósmej rano postanowił nas odwiedzić i przywieźć draniowi rogala. No i oczywiście wypić kubeł kawy, sugerując, żeby babci o tym nie wspominać, bo się ona może trochę zdenerwować na nas, że mu kawę robimy. Oczywiście. Kiedy dziadek-pradziadek wypił substancję smolistą, fusiastą, niesłodzoną i o dwóch szwedkach pognał jak skowronek w kierunku domu, ja w podskokach niemalże wskoczyłam pod prysznic. Długi taki i gorący. Co na tygodniu też jest rzeczą niebywałą. Że długi, nie że w ogóle znaczy się. Potem natomiast usłyszałam w porannej audycji radiowej o piratach grasujących w Zatoce Adeńskiej i zerknęłam do puszki z kawą, aby się przekonać, czy nie ma w niej żadnej domieszki. Nie było. Świadoma już zatem zawartości jedynie kawy w kawie (którą rano jednak chlupnąć muszę) przeczytałam wiadomości w gazecie wczorajszej - dzisiejszą bowiem przeczytam jutro - o bajkach gejowskich dla dzieci. Starałam się ani nie dziwić, ani nie gorszyć, ani nie zastanawiać. Nie zdziwiło mnie już natomiast potem pytanie uczniów, co sądzę o związkach homoseksualnych. Na ich miejscu też bym się bała, że nauczyciele zaczną literaturę dodatkową, czyli pięknie "inną" nazwaną wprowadzać. Zdziwiłam się natomiast, kiedy mąż mój własny i osobisty, który ochoczo do pracy zasiadł, zaczął przestawiać fotel, komputer, biegać z laptopem, wybebeszył stertę przewodów i syczał coś na pół głośno. No i przyznam, że wtedy to jednak wolałam, kiedy on rano wyszedł, wieczorem wrócił i w domu był porządek. Nawet zasugerowałam, że może by tak jednak z tym fotelem to na miejsce, a te kable to jednak schować, ale usłyszałam, że tak się nie da, bo ruter gryzie się z serwerem. Cokolwiek to znaczy. Ale jak się gryzą, to się gryzą. Ślubny jakby nie patrzeć wie lepiej. Mnie jednak nie gryzły się nigdy, wiec ta ich agresja jakoś taka podejrzana mi się wydała i chyba miałam rację, bo najbardziej wścieknięty to był ślubny, natomiast ruter grzecznie leżał na wykładzinie, a serwera to wcale w tym bałaganie nie było. Był za to ślubny rozciągnięty na podłodze i majstrujący zawzięcie. No to wyszłam do szkoły. Wolałam nie patrzeć na to dzieło zniszczenia, w którym biorą udział komputer i internet, który wziął i znikł ot tak. Coś tam co prawda jeszcze ślubny na pożegnanie o seksie powiedział ze śmiechem, że teraz to możemy rano mieć go wtedy, go on jest już w pracy a ja jeszcze w domu, ale ja już byłam po wiadomościach o piratach, o bajkach gejowskich i ataku serwera na ruter czy też odwrotnie.
W szkole natomiast czekała mnie nowa niespodzianka, a mianowicie ewakuacja szkoły. Po usłyszeniu komunikatu wzięłam dziennik i klucz do sali i wydając polecenia zarzuciłam torbę na ramię. Chyba minę miałam niezłą, bo klasę wyprowadziłam kompletną, w idealnym szeregu, pilnującą się mnie idealnie jako pierwsza z korytarza. Nie muszę Wam pisać mojej radości, kiedy okazało się, że to jedynie tak dla dowcipu było.
Wypiłam właśnie kubek mleka. Jestem w cieplutkim szlafroczku. Ślubny znika na dwie godziny, bo coś tam jeszcze nie gra, a grać musi, chociaż na mój gust komputer to nie radio tylko. Biorę książkę pt. "Krzyżacy" i zmykam pod kołderkę z postanowieniem nie tykania żadnej pracy klasowej, bo jak rzuciłam w przelocie na nie okiem, to dowiedziałam się, że mit jest opowieścią o starożytnym Rzymie, a ja na dzisiaj mam dość fantastyki...
klik
W szkole natomiast czekała mnie nowa niespodzianka, a mianowicie ewakuacja szkoły. Po usłyszeniu komunikatu wzięłam dziennik i klucz do sali i wydając polecenia zarzuciłam torbę na ramię. Chyba minę miałam niezłą, bo klasę wyprowadziłam kompletną, w idealnym szeregu, pilnującą się mnie idealnie jako pierwsza z korytarza. Nie muszę Wam pisać mojej radości, kiedy okazało się, że to jedynie tak dla dowcipu było.
Wypiłam właśnie kubek mleka. Jestem w cieplutkim szlafroczku. Ślubny znika na dwie godziny, bo coś tam jeszcze nie gra, a grać musi, chociaż na mój gust komputer to nie radio tylko. Biorę książkę pt. "Krzyżacy" i zmykam pod kołderkę z postanowieniem nie tykania żadnej pracy klasowej, bo jak rzuciłam w przelocie na nie okiem, to dowiedziałam się, że mit jest opowieścią o starożytnym Rzymie, a ja na dzisiaj mam dość fantastyki...
klik
wtorek, 18 listopada 2008
smaki zamrożone
Szron, mróz i słońce dzisiaj u mnie za oknem, czyli to, co lubię najbardziej, a i piece jakoś takie gorętsze się nagle same z siebie zrobiły. Drań płacze, że chce już wracać do przedszkola, koty zlizują kropelki potu na szybach okna kuchennego. Sikorki siadły na poręczy balkonowej. Zaraz zawieszę słoninkę.
Właśnie maluję paznokcie, wygładzam linię brwi i czytam Szymborską. W sumie to bardziej Poświatowska do scenerii pasuje, ale i Szymborska nie jest zła. Dla Oli jest. Ola zaczyna zatapiać się w poezji. A ja mam wielką radość w sobie, kiedy obserwuję z boku jej zaczerwienione policzki. Napisała ostatnio doskonałą rozprawkę. Wiem, że już czeka niecierpliwie i pogania czas. Ja natomiast jeszcze ten czas zwalniam. Teraz mam go tylko dla drania i dla siebie. Jeszcze dwie godziny takie absolutnie prywatne i domowe. Dopiero po nich zacznę wyścig z zegarkiem w ręku i pracą strun głosowych.
Czy pisałam już, że ostatnio kawa mi nie smakuje? To niemożliwe co prawda, ale jednak. Piękny ten dzień dzisiaj. Idę po zieloną herbatę. Wieczorem mam jogę. Ślubny od jutra będzie w domu. klik
Właśnie maluję paznokcie, wygładzam linię brwi i czytam Szymborską. W sumie to bardziej Poświatowska do scenerii pasuje, ale i Szymborska nie jest zła. Dla Oli jest. Ola zaczyna zatapiać się w poezji. A ja mam wielką radość w sobie, kiedy obserwuję z boku jej zaczerwienione policzki. Napisała ostatnio doskonałą rozprawkę. Wiem, że już czeka niecierpliwie i pogania czas. Ja natomiast jeszcze ten czas zwalniam. Teraz mam go tylko dla drania i dla siebie. Jeszcze dwie godziny takie absolutnie prywatne i domowe. Dopiero po nich zacznę wyścig z zegarkiem w ręku i pracą strun głosowych.
Czy pisałam już, że ostatnio kawa mi nie smakuje? To niemożliwe co prawda, ale jednak. Piękny ten dzień dzisiaj. Idę po zieloną herbatę. Wieczorem mam jogę. Ślubny od jutra będzie w domu. klik
niedziela, 16 listopada 2008
złe sny drania i Dziadek Sen
Kilkanaście dni temu w środku nocy przybiegł stukając głośno stópkami do nas drań, wtulił się z całej siły i trzymając mnie kurczowo za szyję zapytał, czy to był tylko sen. Z doświadczenia wiem, że z lepiej z nim w środku nocy nie wdawać się w dyskusje, więc przytaknęłam. Kolejnej nocy sytuacja się powtórzyła. Następnej również. I kolejnej... Zmieniały się jedynie pytania. Raz było pytanie, czy to tylko sen, innym razem, czy tego tu na pewno nie ma. Po kilku nocach zaczęłam się poważnie martwić, a kiedy któregoś wieczoru drań bał się usnąć i twierdził, że to coś to z okna wchodzi do jego pokoju przestraszyłam się wręcz panicznie. Lęk drania narastał i rady na to nie było. Tak, jak i nie było rady na złe sny. Nie ważne, że bajki, które on ogląda są mocno ocenzurowane, nie ważne, że posprawdzaliśmy wszystkie cienie i odblaski, że zasłoniliśmy dokładnie okno i że zmieniliśmy klosz jego lampki nocnej. Nic nie pomogło. Każdej nocy przybiegał i każdej nocy zadawał jedno ze znanych nam już pytań. Kiedy natomiast któregoś wieczoru sytuacja sięgnęła apogeum i drań płakał ze strachu przed uśnięciem, a ja razem z nim płakałam z bezsiły przyszedł mi do głowy pomysł z Dziadkiem Snem - mając w pamięci nakaz magicznej, że wszystko trzeba wypierać i dystansować się najbardziej jak to tylko możliwe. Powstał zatem Dziadek Sen, który właściwie to jest do Mikołaja bardzo podobny. Opowiada on dzieciom piękne bajki i śpiewa kołysanki, a jak dzieci już śpią, to czuwa, żeby miały piękne sny. Jest jednak jeden warunek: przed snem nie wolno myśleć o żadnych potworach i złych snach. Drań usnął uspokojony. Spał spokojnie. Nawet zaczął się znowu przez sen uśmiechać. Po kilku godzinach obudził się, wybiegł na przedpokój i zaczął mnie wołać... po to, żeby mi powiedzieć, że ma ładne sny. Ma ładne sny nadal. No ale jak ma ich nie mieć, skoro Dziadek Sen porzysłał mu ostatnio e-kartkę z Kubusiem Puchatkiem i pozdrowieniami? W sumie to tak dwa razy w tygodniu przysyła mu jakieś obrazki bajkowe. Zostawia mu też czasami jakieś słodkie drobiazgi na stoliczku.
W sumie to sama prawie w tego Dziadka Sna wierzyć zaczęłam...
Zastanawiam się jednak skąd się u dzieci biorą takie koszmary i lęki nocne? Wiem doskonale, że tłumaczenia racjonalne nie mają sensu. Wiem również, że świat dziecka jest pełen postaci fantastycznych. I tak myślę sobie, czy aby dzieci nie mają zdolności stawania na granicy irracjonalizmu...
W sumie to sama prawie w tego Dziadka Sna wierzyć zaczęłam...
Zastanawiam się jednak skąd się u dzieci biorą takie koszmary i lęki nocne? Wiem doskonale, że tłumaczenia racjonalne nie mają sensu. Wiem również, że świat dziecka jest pełen postaci fantastycznych. I tak myślę sobie, czy aby dzieci nie mają zdolności stawania na granicy irracjonalizmu...
dysonans pozorny
Pani siedzi przy laptopie i myśli. Pani się próbuje skoncentrować i rozbiegane myśli pozbierać do jednego kociołka, w którym mogłabym zamieszać tworząc coś wybuchowego.
A wczoraj pomalowałam paznokcie u rąk kolorem karminowym. Rzadko dłonie barwię kolorem jakimkolwiek. Wczoraj mnie naszło. Wczoraj naszło mnie nawet więcej, niż chciałabym sama z siebie. Jakoś tak... Jakoś tak zmieniłam linię brwi, jakoś tak inaczej ułożyłam włosy, jakoś tak odsunęłam na bok stertę prac pisemnych, z których połowa nie na temat, a druga połowa ledwo czytelna i siadłam na sofie. Sama. Z kocem jedynie i ulubionym. Włączyłam jazz swój ukochany i zaczęłam delektować się każdą jedną sekundą pozornego dysonansu.
Są takie chwile, kiedy chciałoby się coś powiedzieć, ale się milczy. Nauczyłam się milknąć ostatnio. Tak wbrew własnej naturze i emocjom. Nie chce mi się już czasem mówić, bo ta mowa w finale o prośbę, albo groźbę zaczyna się opierać. I to moje zmilczanie spraw jakimś losu zrządzeniem szybsze rozwiązania sprawom przynosi, chociaż myślałam na początku, że za oznakę kapitulacji poczytane zostanie. Nie zostało. Dużo muszę w sobie widać przerobić, a jeszcze więcej na żywioł puścić. Przerabiam więc popijając ulubione.
Pani myśli... Pani ma w myślach nieład prawie artystyczny.
A wczoraj pomalowałam paznokcie u rąk kolorem karminowym. Rzadko dłonie barwię kolorem jakimkolwiek. Wczoraj mnie naszło. Wczoraj naszło mnie nawet więcej, niż chciałabym sama z siebie. Jakoś tak... Jakoś tak zmieniłam linię brwi, jakoś tak inaczej ułożyłam włosy, jakoś tak odsunęłam na bok stertę prac pisemnych, z których połowa nie na temat, a druga połowa ledwo czytelna i siadłam na sofie. Sama. Z kocem jedynie i ulubionym. Włączyłam jazz swój ukochany i zaczęłam delektować się każdą jedną sekundą pozornego dysonansu.
Są takie chwile, kiedy chciałoby się coś powiedzieć, ale się milczy. Nauczyłam się milknąć ostatnio. Tak wbrew własnej naturze i emocjom. Nie chce mi się już czasem mówić, bo ta mowa w finale o prośbę, albo groźbę zaczyna się opierać. I to moje zmilczanie spraw jakimś losu zrządzeniem szybsze rozwiązania sprawom przynosi, chociaż myślałam na początku, że za oznakę kapitulacji poczytane zostanie. Nie zostało. Dużo muszę w sobie widać przerobić, a jeszcze więcej na żywioł puścić. Przerabiam więc popijając ulubione.
Pani myśli... Pani ma w myślach nieład prawie artystyczny.
piątek, 14 listopada 2008
wszyscy są równi, ale niektórzy równiejsi, czyli o kontroli biletów w autobusie
Jadę dzisiaj rano autobusem do szkoły. Nawet nie jest źle: nie ma tłoku, ogrzewanie włączone na rozsądną temperaturę, nie pachnie żadnymi płynami i temu podobnymi, jest całkiem miło, bo akurat nie jedzie nikt pijany czy nieumyty. Nagle wsiadają trzy osoby, po jednej każdymi drzwiami. Nie da się nie zauważyć, że to kontrolerzy. Środkowymi wsiada gorliwa kobietka, która jeszcze przed wejściem wyjmuje legitymację i kontroluje osoby wysiadające, po wejściu zaś z marszu sprawdza bilety tym, którzy są na jej drodze. Ci, którzy dopiero wsiedli nie mogą jednak skasować biletu, bo kierowca widząc wsiadających kontrolerów zbyt szybko zablokował kasowniki. Super, że działają sprawnie i kierowca kasowniki zablokował - szkoda, że pani nie przyjmuje tłumaczeń do wiadomości. Robi się małe zamieszanie. Po kilku minutach sytuacja zostaje wyjaśniona z mniejszym i większym kompromisem, któremu towarzyszy wcale niedelikatna wymiana uwag na ten temat.
Po zajściu kobieta sprawdza bilety reszcie pasażerów. Kieruje się do dwóch wyluzowanych chłopaków. Prosi ich o bilety. Nie mają. Pani wyciąga bloczek i prosi o nazwiska. Jeden z nich lekceważąco wskazuje na jednego z jej towarzyszy, który pilnie sprawdza bilety na tyle autobusu i sugeruje, aby to jego spytała o nazwisko. Facet macha do niej ręką, kobieta chowa bloczek i promiennie uśmiecha się do chłopców.
Autobus nie był na tyle długi, aby czyjejś uwadze owa akcja umknęła. Chłopcy dojechali na miejsce. Kontrolerzy wysiedli na najbliższym przystanku. Wszyscy są - jak widać na przykładzie tej historii - równi. Wspaniale. Szkoda tylko, że od zawsze niektórzy są i zapewne zawsze będą tymi równiejszymi. A ja po całej tej scenie mam bardzo złośliwą nadzieję, że ktoś z tych osób, które nie miały szansy skasowania biletu, złoży skargę w wydziale komunikacji.
Po zajściu kobieta sprawdza bilety reszcie pasażerów. Kieruje się do dwóch wyluzowanych chłopaków. Prosi ich o bilety. Nie mają. Pani wyciąga bloczek i prosi o nazwiska. Jeden z nich lekceważąco wskazuje na jednego z jej towarzyszy, który pilnie sprawdza bilety na tyle autobusu i sugeruje, aby to jego spytała o nazwisko. Facet macha do niej ręką, kobieta chowa bloczek i promiennie uśmiecha się do chłopców.
Autobus nie był na tyle długi, aby czyjejś uwadze owa akcja umknęła. Chłopcy dojechali na miejsce. Kontrolerzy wysiedli na najbliższym przystanku. Wszyscy są - jak widać na przykładzie tej historii - równi. Wspaniale. Szkoda tylko, że od zawsze niektórzy są i zapewne zawsze będą tymi równiejszymi. A ja po całej tej scenie mam bardzo złośliwą nadzieję, że ktoś z tych osób, które nie miały szansy skasowania biletu, złoży skargę w wydziale komunikacji.
wtorek, 11 listopada 2008
przemeblowanie siebie
Nie gubię się jeszcze. Nawet zbyt dużo się nie zastanawiam. W sumie to wszystko idealnie poukładałam sobie na odpowiednich półkach swojego życia. Jeszcze nigdy nie byłam tak usystematyzowana. Wspaniałe uczucie. Poniekąd. Wystarczy sięgnąć i proszę - odpowiednia emocja, odpowiednia odpowiedź, odpowiednia reakcja. Uczucia dałam na tę najwyższą. Nie pomyślałam, że do niej z czasem trzeba będzie wziąć stołek, bo opasłe tomiszcza zapisane uczuciami naszymi obszernie i szczegółowo i ciężkie i delikatne i lepiej nie upuścić. A tak starannie i na początku samym systematyzowałam je właśnie dając im zaszczytne miejsce na samym szczycie wszystkiego. Kurz co prawda jednakowo osiada na każdej wysokości, ale najwyższa półka jednak najmniejsze zniszczenia za sobą pociąga. Szkoda tylko, że z niej zazwyczaj najrzadziej się korzysta, bo zbyt wysoka. Niedostępna. Przemeblowanie zatem mnie czeka i to niebawem. Tylko co ja dam na górę, jeśli zabiorę stamtąd uczucia...? Może codzienność. To jej chyba chciałabym obecnie używać najmniej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)