piątek, 30 lipca 2010

o czarnym humorze i słodkościach

- Z tą swoją miną i naiwnością czasami to po prostu jesteś... słodka - stwierdził ślubny z rozczulonym uśmieszkiem na pyszczydle, a ja poczułam się jakbym była swoją wersją blond ubraną w róż totalny i stała nad rozgotowaną wodą na kawę. A ja po prostu wypełniłam komuś stertę papierzysk i ani dziękuję, ani pocałuj mnie w... nie usłyszałam. Nie żeby pieszczoty były u nie na pierwszym planie... po prostu zawsze pomagam, gdy mnie ktoś o to poprosi i jedynie "dziękuję" mi wystarcza. No... i jeśli to może być główny powód (a niech będzie), to dlatego właśnie, jak typowa pink, wybrałam się z portfelem ślubnego na zakupy. Że niby odreagowywałam. Sam ślubny na zakupach jest zbędny. Stara się kontrolować sytuację i czas, a tak to tylko musi mnie odebrać. Zazwyczaj od Ewy, bo jakoś do niej zawsze po drodze na kawę. Ewa jest bowiem jak Rzym. I nie żeby taka stara była... I tym sposobem mam nowe tuniki.
A teraz zasiadam ze stertką płyt i zamierzam się dobrze bawić przy filmach Kusturicy. A potem to też znikam, bo "Dzienniki" Marii Dąbrowskiej wypożyczyłam. Nie kupiłam. Ślubny też się zdziwił. Nie kupiłam. Kupiłam przecież tuniki, bluzeczkę etc. etc. No tak... klik (dla tych z czarnym poczuciem humoru).

niedziela, 25 lipca 2010

o pisaniu pamiętnika

   Wieczór. Drań śpi i wcale nie słychać jego cichutkiego teraz oddechu. Mąż mój własny i osobisty siedzi zatopiony w książce i nie zwraca uwagi na moje pytania. A może ja wcale ich nie zadaję głośno? Pani czasem tak ma. Czasem jednak nawet domaga się odpowiedzi na nie. I to już czyni używając dźwięków. Dziwna jest pani czasem, ale jakoś ją rozumiem. Nawet lepiej niż dobrze. Niestety.
Drobnymi łyczkami smakuję afrykańskie. Dobre. Cierpkie. Szkoda, że nie palę. Nigdy nie paliłam czynnie. Biernie tysiące razy. A dzisiaj jest taki właśnie wieczór zupełnie jazzowy, w którym brakuje dymu w przyćmionym świetle. Spowolniony, klimatyczny. Lubię takie wieczory, kiedy wszystko jest w bezruchu. Jak i ja obecnie. Chociaż ten właśnie bezruch mnie już męczy. I schematy, które wokół się same utarły i zastały. Zazwyczaj łamałam wszystkie. Teraz nie wypada. Wszystkich. Takie mówienie, żeby nie powiedzieć, pisanie, żeby nie napisać. Jak w pamiętniku, pisanym tylko po to, aby ktoś go przeczytał, chociaż chowało się go w szufladzie biurka pod stosem pozornie niepotrzebnych i banalnych rzeczy.
Hm... nie mam już biurka. Nie mam również sterty niepotrzebnych rzeczy, bo wszystkie wyrzucam. Wszystkie, poza tymi sprzed wielu lat, które mają swoje miejsce w masywnych pudełkach zatopionych w szafie. Szafę mam. Czyli nie jest tak źle. Chociaż kiedyś nie miałam, ku zgrozie wszystkich i zachwycie ślubnego. Pyszne to afrykańskie... Nie mogę znaleźć odpowiedzi na pytanie, aby odzyskać hasło. Niby zbędne, niby niepotrzebne, a jednak nie lubię gubić. Myśli również to dotyczy. Trudno. Lubię naszą sofę i takie wieczory i afrykańskie. Nie muszę wtedy być odpowiedzialna i mądra, mogę bezkarnie patrzeć w światło lampki, która ma lat więcej niż ja i historię, jakiej można tylko pozazdrościć, aż oczy mnie zabolą i po zamknięciu powiek będę widziała pomarańczowe obwódki, a ślubny wie, że odpływam w swoje myśli gdzieś bardzo daleko i uśmiecha się.
Nie piszę już pamiętnika. Nie chce mi się go chować. I popsułam swój charakter. Pisma. klik

sobota, 24 lipca 2010

sennie

    Jest dobrze. Jest sennie i spokojnie. Jakbym w innej czasoprzestrzeni się znalazła nagle. Drań wraca do zdrowia powoli, ale skutecznie. Ślubny pracuje i jedynie na krótkie chwile daje się w ciągu dnia odciągnąć od wszystkich ważnych i bardzo ważnych spraw. A ja czytam Chwina i eksperymentuję w kuchni, którą tak naprawdę dopiero teraz zaczęłam oswajać. Łączę smaki i plączę kolory. Zapachami wabię chłopaków do siebie. Koty wylegują się na balkonie, psiunio zaanektował posadzkę w łazience. Odpoczywam i zaczęłam to czuć. Upał omijam myślą. W sumie go lubię, nie chcę zatem narzekać. Znajomi wyjeżdżają na wakacje na Syberię. Najpierw mnie tym rozbawili, potem przyznałam im dużo racjonalizmu. Nie mogę usnąć w nocy, rano śpi mi się lepiej niż dobrze. Nie smakuje mi kawa z mlekiem. Piję zatem bez mleka. Mój świat jakby stanął na głowie. Ale chyba dobrze mu tak. Tylko trochę sennie. klik

niedziela, 18 lipca 2010

już po morzu i szpitalu, więc po domu...

    ... chodzę i zastanawiam się nad słowami Mirona Biłoszewskiego, który w jednym ze swoich wierszy stawia się w roli stróża podobnego temu z książki Salingera i pisze "ja stróż latarnik nadaję z mrówkowca". Trochę tak się czuję i ja. Ten rok miał być lepszy. A nie jest. Taka ironia. W zasadzie nawet mnie nie dziwi. Nie przeraża. Jest jak jest. Rodzic mój płci męskiej jest dzielny, dziadek pradziadek również. Dorównuje im dzielnością drań, a może nawet przewyższa. Ja nie jestem dzielna. Już nie daję rady powoli. Pobyt nad morzem był intensywny i upalny. Pobyt u Asi domowy i przemiły. Pobyt w szpitalu nagły, pełen złych myśli. A miało być normalnie. Byliśmy na konsultacji, mieliśmy po powrocie ustalić termin operacji, ale ona sama się wymusiła zbyt nagle. Może za sprawą jodu w Ustce lub jego braku w powiatowym. Może za sprawą upału. Może za sprawą jeszcze jakąś inną. Nie wiem. Nie wiem również, czemu musieliśmy widzieć, jak nasze dziecko się dusi. Nie wiem, czemu musieliśmy czekać pod drzwiami bloku operacyjnego tak długo i bez informacji. Nie wiem, dlaczego był w pełnej narkozie ponad czterdzieści minut, chociaż normalnie zabieg trwa około piętnastu. Nie wiem, dlaczego ma grupę krwi z dwoma podgrupami, jedną jako dawca, drugą jako biorca i jako biorca jest w mniejszości. Wiem natomiast, że mogę znieść dużo w pełnej gotowości do działania, a ślubny jest obrzydliwie opanowany i rzeczowy zawsze. Wiem także, że coś, ktoś, może Ona nad nami czuwa.
    Za tydzień jedziemy do puszczy. Teraz drań dochodzi do siebie w warunkach sterylnych i domowych. Cieszę się, że nie zdążyliśmy zostawić go w ramionach dziadków, aby wyjechać z okazji kolejnej rocznicy ślubu. Nie mam siły myśleć, nie chcę gdybać. Nie chcę wyjeżdżać bez niego nigdy. Odpoczniemy w puszczy. A rocznic jeszcze wiele przed nami. O tej teściowie zapomnieli podobnie jak i o urodzinach. Ironia. No tak...  Ale na wszystko mamy jeszcze sto lat. Co najmniej. Przecież. klik

środa, 7 lipca 2010

głównie o bagażach

    - Nie masz się w co ubrać? - ślubny przystanął przy naszykowanych ubraniach zdziwiony ogromnie, że spakuję nas troje w jedną torbę. Hm... jednak naiwny ten mój mąż własny i udomowiony. Jasne, że nas nie spakuję w jedną torbę, reszta potrzebnych rzeczy będzie w torbie dziewczynki. A oprócz tychże będą jeszcze kosmetyki, żelazko i różne różności. Ale bagażnik się zamknie bez problemu. Tego jestem pewna. Nie lubię bowiem mieć za siedzeniami czegokolwiek poza dziećmi i psiunią.
    No tak... czyli jesteśmy gotowi. Mieszkanie wysprzątane z detalami, okna umyte, firanki zmienione, pościel również. Właściwie to nie wiem, po jaką cholerę zmęczyłam się jak bury osioł i kompletnie nie mogę pojąć, czemu uprałam sofę i chodniczki, ale nad sensem swojego działania zastanowiłam się dopiero teraz. Piękne, które łaszą się i przytulają niesamowicie, mają zapewnione jedzenie na jakiś rok i dwie opiekunki, czyli po naszym powrocie trzeba będzie je odchudzać. Kwiaty może przeżyją. Przeżyje może i Margarytka, która z otwartymi ramionami przyjęła nas w drodze powrotnej. Ja twierdzę, że ona niekoniecznie wie, co robi. Ona jest pełna optymizmu, co pozwala myśleć, że ktoś nas jednak lubi, chociaż ta myśl jest według ślubnego tak niedorzeczna, jak i to, że nad morzem trafimy tylko na upały, a dzieci będą spały przez całą noc, czyli drogę. Boosszzzeee... Zobaczymy. klik

niedziela, 4 lipca 2010

wiedzieć trza

   Pobyt w puszczy, chociaż  krótki, przyniósł liczne ukąszenia komarzyc. W tym roku szczególnie upodobały sobie moje stopy. I kolano drania. Dziwne jakieś one. Ale co się dziwić? Skoro krwiożercze, to mądre być już nie muszą. A puszcza jak to puszcza: szumi. No tak... lato znaczy w pełni. I upały, z których cieszę się niezmiernie. Upodobanie do nich mam chyba po dziadku, który niepokorny i przekorny nadal siedzi na ławeczce w samo południe i z lubością pali papierosy będąc jednocześnie pod stałą opieką pulmonologa. W czwartek natomiast ponoć zaszkodziły mu truskawki, bo nic innego przecież i dlatego babcia pogotowie wzywać musiała, bo oddychać nie mógł, ale najpierw postanowiła sprzątnąć po obiedzie i przewietrzyć mieszkanie, bo tak to nie wypada, a dziadek bez ogródek zapytał wchodzącego do pokoju lekarza o poglądy polityczne. "Z kim się ma do czynienia, wiedzieć trza" - podsumował dziadek ku furii babci i uciesze całej reszty. My zaś kręciliśmy się między puszczą a nimi, aż wreszcie stwierdziliśmy, że są niereformowalni i lepiej im nie pomagać, bo zaszkodzimy.
   A teraz czeka na mnie sterta prania, chociaż teoretycznie większość powinna być czysta i robienie specyfiku z goździków i spirytusu, który według babci komary odstrasza skutecznie, jak się tym człowiek spryska. Podejrzewam, że odstraszę nie tylko komary, ale mniejsza z tym - wszak w Kazimierzu rok temu nasmarowana cebulą chodziłam.

   Jeszcze nie wyhamowałam na tyle, żeby zacząć odpoczywać. Ślubny naczytał się o jakiś blokadach i się wymądrza, a ja słucham. Niech mu będzie. Jak mnie słońce opiecze, to i łatwiejsza będę w kontaktach międzyludzkich, chociaż dziadka swojego nie po kądzieli mam, a jego geny są silne. klik

czwartek, 24 czerwca 2010

No i się popłakałam...

    ... Publicznie. I sama nie wiem, czy z radości, szczęścia, czy żalu. Na koniec. Przy różach żółtych.
Udało się wszystko. Taaak... Udało. Chociaż rano sprzęt nagłaśniający nie działał i panowie specjaliści powiedzieli, że raczej nie zadziała. Chociaż w związku z tym próbę generalną robiłam bez chóru i muzyki. Chociaż nowe zmiany do scenariusza doszły, gdy już się zaczęło. Chociaż dekoracja wymagała zbyt wielu wykończeń jak na jeden dzień i jedną osobę. Chociaż w ostatniej chwili musiałam wysyłać delegację na mszę w parafii, chociaż tym sposobem straciłam konferansjerów i miałam nadzieję, że zdążą na czas. Chociaż zaplątałam obcas w spodnie i klasycznie wywaliłam się na jednym schodku. A mogłam wcześniej na jakiś dwudziestu, więc też się udało.
Udało się. Chociaż miękkie miałam kolana, kiedy poczet szedł bez muzyki marszowej i słychać było jedynie odgłos ich obcasów taki surowy i smutny, kiedy chorąży z żalem rozstawał się z szarfą, a asystentki poprawiały na przejmujących sztandar niewidoczne fałdki, kiedy panie woźne przy ostatniej niedzieli włączyły dzwonek robiąc mi tym niespodziankę przemiłą.
Udało się, chociaż tak trudno rozstać się z klasą trzecią i nigdy nie wiem, co im powiedzieć na koniec i to tak, aby zapamiętali.
Udało się pożegnać i z moim uczniami z klas drugich, którzy w akademię byli zamieszani czynnie i twórczo. Udało się nie zdradzić, że mnie już od września z nimi nie będzie, chociaż oni mają plany ogromne, bo zdecydowałam już, bo idę nieco dalej, nieco wyżej.
Udało się.

sobota, 19 czerwca 2010

w truskawkach cały sęk

    Jestem spokojna i opanowana. Jak nie ja. Ślubny nie dowierza, a mnie całkiem dobrze z tym spokojem. Nawet jeśli teściowie zapomnieli o moich urodzinach, drań wykasował papierologię moją z ostatnich dwóch dni, a ślubny oświadczył, że jechał za szybko, bo spieszył się do domu, ale to tylko rysa i załatwi do wyjazdu. Nie wyprowadziła mnie z równowagi rada klasyfikacyjna, ani zmiana w ostatniej chwili w scenariuszu uroczystości na czwartek. Ani zmienione arkusze ocen i świadectwa. Nie obeszło mnie nawet to, iż historyczka nazwała mnie cudem pedagogicznym, któremu wszystko się udaje, a mama Moniki z trzeciej płakała pod pokojem, żeby godzinę przed klasyfikacyjną wyżebrać ocenę dla niej. Nie denerwuje mnie nic. Ani brak snu, ani kilometry po schodach w szkole, ani fakt, że jeszcze nie zamówiłam kwiatów, a przecież zawsze na długo przed miałam wszystko zapięte na ostatni guz. Hm... wprost przeciwnie, teraz guziki to ja odpinam raczej. Właściwie to i jakby pora na to już...
    A poza tym to fajnie, że jest czerwiec. Bo go lubię. Mogę bezkarnie żywić się tylko truskawkami i spać przy otwartym balkonie. klik

niedziela, 13 czerwca 2010

z pokorą w tle, czyli koniec roku szkolnego

    Nic tak nie uczy pokory jak wychowawstwo w szkole. Nic tak również nie uczy wyciągania wniosków idących daleko, albo i jeszcze dalej oraz przekleństw szpetnych. Ha! a muszę je w dodatku przeżuwać bezgłośnie, co przypieczętowały draniowe "pieprzone sandały", które zakładał przed wyjściem do przedszkola i jakoś tak mu się nie dawały zapiąć. Chociaż w sumie... no ja też rano niecierpliwa bywam, więc dziecko własne rozumiem doskonale. Ale jeszcze tylko dwa tygodnie i będą wakacje. I mają być upalne. Bardzo upalne. I suche. I upalne. I w związku z tym ślubny zrobił rezerwację w Ustce mojej ulubionej i ja już chcę ten lipiec mieć. I chyba podstępnie z wiadomością o wyjeździe do  maksymalnego stężenia mojej irytacji czekał, żeby mi najgorętszy czas jakoś złagodzić i dać motywację. A potrzebna była bardzo. Zwłaszcza po wczorajszym spektaklu, na rzecz którego musiałam zrezygnować z koncertu Antoniny Krzysztoń i monodramu Aliny Czyżewskiej. A który okazał się tak absurdalny i nonsensowny jak i jego tytuł. Ale mus to mus. Mus miałam jednak i z mózgu dzięki zadającemu mi fizyczny ból "po pierwsze primo, po drugie secundo", a na domiar złego pogryzły mnie meszki. Koszmar jakiś. Ale przeżyłam... jakoś. No i jeszcze tylko dwa tygodnie. Dam radę. Co mam nie dać? Dam... klik

środa, 9 czerwca 2010

jak się nabrało obowiązków, to i kawę w usta nabieram

    Pani kupiła wczoraj sukienkę lnianą. I to jest normalne. Czerwoną - i to jest już zadziwiające. Przede wszystkim ślubnego. A i samą mnie w chwili obecnej. Przy czym raczej normalne wydawało mi się to wczoraj. Od dzisiaj upały. To dobrze. Nie męczą mnie. Wreszcie nie jest nijako. Od dzisiaj znowu mam maraton do niedzieli włącznie. A potem to już tylko zwyczajny maraton dwa. Czy czerwona lniana starczy na cały dzień? Bo musi, a jeszcze jesteśmy sobie całkiem obce i nie wiem, czy mogę na nią liczyć. I problem w tym, że o ile do szkoły idę na godziną wcześniejszą, o tyle teatr mam w godzinach wieczornych, a nieistniejący, chociaż jednak panoszący się międzyczas, wypełni mi tyle spraw i zajęć, że przed etiudami to ja jedynie szminką będę się miała czas maznąć. Ha! ale za to włosów nie muszę nawet przeczesywać, bo włosy to ja rano rozgarniam ręką ruchem okrężnym wokół głowy po kąpieli i już. A tak... tak się zrobiłam, że stały się elementem absolutnie niekłopotliwym. Już rozumiem facetów. Chociaż to straszne.
- Ojej, ale pani się króciutko obcięła - zapiszczała Klaudia, która głos ma prawdziwie piszczący i nic sobie z tego nie robi. I dobrze.
- A ja to pamiętam panią w blondzie - odpowiedział w sposób retoryczny Patryk. I jakoś nikomu nie przeszkodziło, że ja jestem w sali. Mnie też to nie przeszkodziło. Bynajmniej. Toż to normalne, że jestem. Przypomniało mi się tylko jak w sennym koszmarze, ile to trzeba było z tymi cudami się wtedy napracować.
No dobra... mleczna kawa dopita. Ale głupi wyraz... jak rodem z "Potopu", gdzie do Upity rysią jadą i wszyscy uczniowie zawsze się śmieją zanim sens złapią. A potem śmieją się z samych siebie. A ja już się nie śmieję.
Ładna ta czerwona. Pasuje mi do koloru paznokci u stóp. No proszę... Się mi dopasowało. Bo ja taka akuratna niby żem. I śpiąca mimo tej kawy. klik

niedziela, 6 czerwca 2010

w zasadzie to o pogodzie

    Od czwartku piwonie panoszą się w wazonach. Pachną mocno. Purpurowe. Sama nie wiem, który ich kolor lubię najbardziej. Czytam, spaceruję z draniem i opycham się truskawkami. Uwielbiam truskawki. Kapsuła spa co prawda rozleniwiła mnie wczoraj, ale za to spałam w nocy jak zabita i dzisiaj dopiero wielki kubek kawy z mlekiem zmotywował mnie do podniesienia się z chłodnego prześcieradła i pościeli, której kolor graniczy z czernią i czekoladowym brązem. Jeszcze kilka dni temu prawdopodobnie byłabym na dodatek i potargana, a drań zaśmiewałby się razem ze ślubnym, ale w piątek obcięłam włosy. Dzisiaj wskoczyłam w japonki i szorty. Pelargonie kwitną jak dzikie, róże zmarzły jednak, a przysiadające na nich sikorki najbardziej lubią zajadać w karmniku okruszki ciasta drożdżowego. Wychowały mnie już sobie. Mam nawet wyrzuty sumienia, jak muszę dać ptaszydłom coś innego. Mój świat znieruchomiał i zmienił czasoprzestrzeń od środowego popołudnia. Odpoczęłam. Dom staje się powoli magiczny, chociaż nadal wspominam fakturę ścian w starym mieszkaniu i kolor światła. Drań odkrywa każdego dnia jakąś tajemnicę przedbloku albo zabloku i ekscytuje się wszystkim, a ja cieszę. Czekam na wakacje. Łapię już na nie oddech. Boję się planować. Dzisiaj mieliśmy wrócić z wyprawy. Powódź plany zmieniła. Przeraża mnie ona i niepokoi coraz bardziej. Kraj nad Wisłą męczy mnie coraz bardziej i przydusza. Hm... no właśnie. Właśnie próbuję wytrawne mołdawskie i staram się nie zatapiać w myślach o tym, co postanowione.

czwartek, 27 maja 2010

o ziemniakach i róży, czyli pogranicze groteski prywatnej

   Jadę dziś rano przykładnie do szkoły, wcale nie śpiąca, wręcz przeciwnie, bo po dwóch kawach. Ludzi w autobusie tak średnio na jeża. Na wprost mnie siedzi starsza pani. Jedziemy. Na jednym z przystanków wsiadają kolejni pasażerowie. Pan w średnim wieku siada obok niej i nagle ni z tego ni z owego stwierdza:
- Ale drogie w tym roku ziemniaki!
- O tak. A jakie niedobre - odpowiada pani.
Myślałam, że może to znajomi. Nie. Za to o ziemniakach w powiatowym od dziś wiem dużo, a nawet więcej. Ba! wiem, że te holenderskie to są najgorsze, ponieważ mają dwa razy więcej pestycydów niż nasze. W życiu nie kupię holenderskich. Pan nawet pokazał te swoje ziemniaki. Nie holenderskie co prawda, egipskie bowiem drogą kupna nabył. No ładne... jak to ziemniaki. Wspomniał też, że kupił i pomidory, ale ich już nie wyjął z siatki, więc nie wiem, czy ładne. Wiem jednak za to, że wczoraj pani do obiadu ugotowała ziemniaki argentyńskie, ale kupiła małe, bo duże są szkliste.
Starałam się udawać, że nie słyszę ich wywodu i miałam nadzieję wielką, że nigdzie ukrytej kamery nie ma. Nie udało mi się natomiast ukryć zdumienia jeszcze większego w szkole, kiedy dopadła mnie klasa (od wczoraj moja, jeszcze bardziej osobista, ponieważ wychowawstwo w niej dostałam ze względu na wzgląd, a prawdopodobnie dlatego, że było mi za dobrze bez, a ktoś musiał) i chciała wielu informacji naraz. No jak można aż tyle chcieć za jednym zamachem? Toż ja przecież części komunikatów do tej pory nie rejestrowałam, ponieważ nie musiałam, a oni teraz chcą i to i owo i tamto też. I ja się doinformować musiałam w trybie natychmiastowym, a te informacje są w większości równe tym o ziemniakach... Boooossszzzeee... jak ja miałam do wczoraj sielsko i anielsko i w zasadzie to beztrosko. I sobie na domiar złego sprawy z tego nie zdawałam. Ale gdy ktoś się groteską zajmuje, groteska go dopada, a ja mam na tapecie i Mrożka i Gombrowicza i właśnie dzisiaj jeszcze transem w "Trans-Atlantyku" się zajmowałam i akademią na zakończenie roku, która w stanie obecnym niczym od "Kosmosu" się nie różni.
   - Chciałem ci mamusiu przynieść dzisiaj różę - szarmancko i dystyngowanie napomknął podczas kolacji drań. - Leżała na ziemi. Ale była za bardzo pognieciona.
klik

sobota, 22 maja 2010

pawie

   Jestem. Jestem zbyt długo w kilku miejscach naraz. Jestem lekko rozkojarzona jeszcze. Jestem szczęśliwa. Jestem powoli jak młody bóg. Jestem też i lekko zmęczona. Jestem w domowych godzinach zupełnie niepraktyczna. Wróciły obcasy. Na zieleń jasną i oliwkową ostatnio mnie nastroiło. A dzisiaj wróciło i ulubione, które małymi łyczkami smakuję. Teorie względności picia według Osieckiej są mi znane. Zgadzam się z nią. Życie trzeba smakować. Inaczej umyka podwójnie.
Nasz czwartkowy pobyt w stolicy ograniczyłam praktycznie do Łazienek. "Z tymi pawiami nie da się porozmawiać" stwierdził dobitnie drań. Ano nie da się. Dziewczynka też to zauważyła.  I chyba nie tłumaczy ich fakt, że są piękne. klik

zapędziłam się...

     ... w kozi róg. A przecież lubię kozy. Są takie pozornie głupie i śmieszne. Mam nawet zdjęcia z nimi. Mają wielkie oczy i miłe są w dotyku. Dają się głaskać. Szkoda, że w moim rogu kozim kóz nie ma. Róg tylko jest. I to wcale nie ten Almatei, tylko taki zwykły, w którym chwilami robi się duszno, a czasem nic nie widać. Bywa i tak. Biegam. Przeraża mnie powódź. Cieszy wyprawa do Nadrenii w wakacje. W tym roku na nie zasłużyłam bardziej niż zwykle. Drań rośnie i jest coraz poważniejszym chłopcem, a ja uprawiam papierologię stosowaną, doskonalę umiejętności i wyłapuję jednostki niepokorne, które wygrywają w kolejnych konkursach, a w wolnych chwilach siedzę w teatrze czy muzeum. A potem okrywam kołderką śpiącego drania, mijam ślubnego, który nie komentuje moich decyzji i dopiero przy porannej kawie wysłuchuję szczebiotu własnego dziecka, które opowiada mi swój świat. A wolne dnie wypełniamy wyprawami we troje, we czworo, czasem również z psem. Z czego zrezygnować? Cieszę się z tych wakacji, które ino mig...
Ostatnio zapatrzyłam się na umorusanego malucha w wózeczku, który mymłał bułkę i wcale ładnie nie wyglądał, a mnie zrobiło się jakoś tak... hm... szkoda? Tylko czego i czemu. klik

poniedziałek, 10 maja 2010

gdzie jestem, gdy mnie nie ma?

    ... od dwóch tygodni przeważnie w sypialni. O ile w domu. I wtedy to z kompresami, syropami, laptopem i jakimś filmem, który ma mi urozmaicić życie w gorączce. A jeśli nie w sypialni to już zwyczajnie: w tysiącu różnych miejsc. Życie w trójwymiarze ma jednak swój urok. Kroki zagłuszam kaszlem, mówię normalnie, słyszę jednak nieco mniej. Co bywa zabawne. I wygodne. Wirus mnie dopadł i odpuścić nie chce. Poszłam nawet do lekarza. Nawet na zwolnieniu byłam. Dwa dni. Co bowiem poradzić na to, że sama myśl o przychodni ozdrowiła mnie nagle i ani gorączki, ani gigantycznych migdałów, ani bólu mięśni nie wykazywałam? A jeżeli nie wykazywałam, to na rzekome osłabienie dwa tylko dni dostałam i właśnie tego drugiego dnia ponownie umierać na gorączkę i resztę całą zaczęłam. Ktoś tam w szkole nawet zapytał, czy w wolnych chwilach się biczuję dla rozrywki, ale obecnie dla rozrywki to ja nawet nie czytam, bo mnie oczy bolą i marzę jedynie o tym, żeby się tak po prostu po powrocie do domu położyć. Z pozycji horyzontalnej natomiast zarządzam domem i dyryguję. Fajne to nawet. Hm... tylko syropy się kończą, jak tylko smak polubię, tabletki się skończyły, kaszel nadal trwa. I w sumie to ile można? Można, co prawda, co drugi dzień do lekarza, ale tam stadnie dziadki i babcie usadowieni i panowie, którzy zwolnienie dostać muszą, a to jest mocno ponad moje siły. Więc chodzę. I kaszlę. Nawet sprawdziany robię. I lekcję otwartą mam w tym tygodniu i konkurs. A w weekend bawić będę na konferencji. I planuję dwie wyprawy. I ogólnie to nie jest źle. Tylko mięśnie brzucha mnie już bolą okrutnie i dupska. A myślałam, że kaszel jedynie na gardło wpływać może...

poniedziałek, 3 maja 2010

dialogi i damskie i męskie, całkiem niemałżeńskie

- Bo ja mam sześć lat a ty pięć - zawiązała dziewczynka rozmowę z draniem. Drań jednak zbyt mocno był zainteresowany tym, co za oknem.
- A jak ty będziesz mieć sześć, to ja będę mieć siedem. A potem ja osiem, a ty siedem. Ja dziewięć, a ty osiem. Ja dziesięć, a ty dziewięć. A jak będę mieć jedenaście, to ty dziesięć, dwanaście to ty jedenaście.
- A potem ty będziesz mieć dziewięćdziesiąt dziewięć a on dziewięćdziesiąt osiem - wtrącił ślubny w momencie, kiedy zastanawiałam się, kiedy ta różnica dziewczynce zacznie przeszkadzać i czy w ogóle.
- Super!!! - ożywił się drań.

                                            *****

- No sam nie wiem, dlaczego ten Igor nie lubi ogórków - zagaił drań podczas kolacji nawiązując do spraw przedszkolnych.
- Dzieci powinny jeść dużo warzyw - wylazła ze mnie jędza.
- Ja jem warzywa. Nawet ser jem biały - zapewnił mądrala.

środa, 21 kwietnia 2010

niedługo zamieszkam w teatrze (chyba) (jak tak dalej pójdzie)

    To, że pani płacze, stało się hitem dzisiejszego spektaklu. Ze śmiechu oczywiście. Nie wytrzymałam. Ale jak tu wytrzymać, kiedy ogląda się spektakl według Gombrowicza, a jego samego darzy się tyle miłością absolutną, co rezerwą potwornie denerwującą. No ale śmieszy, bo jak ma nie śmieszyć? A skoro śmieszy i się rozumie, to emocje puszczają. Puściła bowiem dzisiaj dyrekcja moje drugie klasy do teatru. Tak ad hoc co prawda i według mojego założenia, że tabula rasa zapełniona będzie najpierw wrażeniami pierwszymi i drugimi pierwszych, a dopiero rzucę ich na życiorys, dzienniki i tekst. I jak to zwykle bywa u mnie w takich wypadkach, pokierowałam ich swoimi emocjami. Kochają Gombrowicza niektórzy już, a pozostali cytują. Nawet stwierdzenie Grzesia, że facet był jeszcze bardziej zwalony niż on, czyli Grześ, było na miejscu, a i fascynacja lękiem przed upupieniem, którego praktycznie uniknąć się nie da, tudzież koniecznością dupy tak po prostu, przed którą w efekcie się ucieka.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

paź, czyli nożyczki i ja

    "Super!" - krzyknął zachwycony drań, podczas gdy ślubny stał się bardzo wyznaniowy i uzewnętrznił to w "O Boże!", ja zaś zadowolona z siebie stałam z nożyczkami w ręku, a obok mnie i drania na łazienkowej podłodze leżały kosmyki włosów. Draniowych. Tak samo to wyszło jakoś. Nie żebym się na tym znała, ale czemu by od czasu do czasu nie improwizować? Nie chciał bowiem drań iść do fryzjera... No ja to go nawet rozumiem. Ślubny też go rozumie i to bardzo. Tylko że dziecko nasze zaczęło już buszmena przypominać, więc coś z tym faktem zrobić trzeba było. A fakt był zauważalny z dużej odległości. I jakoś tak wyszło wczoraj wieczorem niechcący, że ja wzięłam sprzęt do cięcia, a drań uznał to za niezłą zabawę. Hm... zabawa niezła istotnie - trzeba przyznać. Miałam co prawda obciąć samą grzywkę, ale wyszło tak, że pojechałam jak po fajerce i wyszło co wyszło. Nazwijmy to paziem.
Panie w przedszkolu drania poznały dzisiaj, najszczęśliwsza wie jedynie, że drań obciachany i się cieszy, drań się faktycznie cieszy i główką podrzuca przed lustrem, ja też się cieszę i tylko nie wiem, czemu ślubny po powrocie dzisiaj do domu stwierdził, że jednak trzeba pójść do fryzjera. Stwierdził to rzekomo z perspektywy niewidzenia drania przez godzin kilka. Prawdopodobnie albo ma złą perspektywę, albo chce mnie obrazić. Tak czy owak nie wie, co robi i się pogrąża.
TU i TU

sobota, 10 kwietnia 2010

Światopoglądowo, czyli pewnie się pogrążam...

    ... co prawdopodobnie wyjdzie z wora dopiero za tydzień.
    Kiedy do wczoraj ktoś odkrywał, że ślubny i ja popieramy partię dla ponoć niepoważnych, najpierw patrzył ze zdumieniem, a potem próbował nawracać nas na rzekomo właściwy światopogląd. Hm... a mnie przecież z moim światopoglądem jest tak po prostu dobrze i spokojnie na sumieniu.
    Cieszę się jednak poprzez smutek niezmiernie, że dzisiaj po raz pierwszy w telewizji zobaczyłam normalne i ładne zdjęcia Prezydenta i Jego Żony. Nie ma się czemu dziwić - do tej pory były wybierane te inne, a mnie skręcało, że wszyscy dobrzy fotografowie i fotoreporterzy wyjechali widocznie za chlebem. Ucieszyłam się również, ponieważ usłyszałam dzisiaj w końcu, że był On osobą wykształconą, inteligentną i faktycznie kochającą Polskę, do tej pory bowiem bywało różnie z tą oceną. Przeżyłam co prawda i chwilę grozy, kiedy to tvn24 do studia zaprosiła wicemarszałka Sejmu Stefana Niesiołowskiego, ponieważ od kilku lat nie słyszałam z ust tego pana słów innych niż zjadliwe. Okazało się jednak ku mojemu zaskoczeniu, że potrafi On wypowiadać i zdania pozbawione żółci. Dobrze to rokuje. Ano właśnie... rokuje?
Czy w naszym pięknym kraju nad Wisłą jedynie tragedie narodowe mogą nas jednoczyć? Chwilowo oczywiście - za dużo już bowiem widziałam, aby mieć złudzenia, że owo trwałym być może.
   Cynizm? Cynizm. Po niedowierzaniu i smutku do głosu dochodzi bowiem również i złość i złośliwość. Na portalach i blogach czytam, aby spieszyć się kochać ludzi. To prawda wielka i piękna. Jednak zmienię ją dodając: spieszmy się też ich oceniać sprawiedliwie, bo potem możemy wyjść na ignorantów a kochajmy ich przede wszystkim po zakończeniu się żałoby narodowej, kiedy emocje się już zrównoważą i nie trzeba będzie ich pokazywać publicznie.

piątek, 9 kwietnia 2010

prawo Murphy'ego...

    ... czasami daje o sobie znać. Właściwie to daje o sobie znać zawsze, kiedy o nim pomyślimy. Bo właściwie po to chyba myślimy o nim, żeby się przekonać, że istnieje. Działa bez zarzutu. Przekonałam się o tym rano, kiedy jedną nogą byłam już za drzwiami, a drugą jeszcze w kuchni i dopijałam kawę z mlekiem podczas dopinania guzików białej koszuli. Ano właśnie... białej koszuli. Zdążyłam pomyśleć, że kawa zostawia plamy zwłaszcza na białym, kiedy na białej się plama pojawiła. Ostatni łyk jakoś tak sam z siebie bowiem zamiast do pyszczydła trafił na dekolt. Ten niestety był już zakryty.
    Zdążyłam się przebrać. Panowanie nad czasem jest miłe. Doba stała się dłuższa. Drań opowiada przeróżne historie, a ja po prostu słucham. Sterta prac klasowych i rozprawek poprawiła się w nieistniejącym międzyczasie. Za kilka dni jedziemy do Lublina. Dziewczynka jedzie z nami. W niedzielę przed nami teatr, obiad u najszczęśliwszej i rodzica płci męskiej, a potem muzeum i "Msza wędrującego".
    Patrzę na Klimta. Przede mną  lekcja otwarta z oprawą muzyczną i prezentacją poświęconą Szymborskiej. Lubię Klimta. Adela jednak już mnie znudziła, chociaż nadal doceniam jej piękno. Drań się przytula bardziej. Bardziej wsłuchuję się nocą w jego oddech. Ulubione piję z wodą mineralną. Portugalskie. W głowie mam mętlik i pustkę. klik