... dawno niczego nie zmalowała, więc już czas najwyższy, aby trochę swoich wrodzonych zdolności ujawnić...
Obudziłam się dzisiaj kilka minut przed ślubnym. Wyczyn nielada - toż on o piątej rano już z domku wychodzi.
No to się obudziłam i to z przerażeniem wielkim, że mi serce nie bije. A co sobie będę żałować! Jak się wystraszyć to na całego. No i tak sobie leżę i myślę - mówić ślubnemu i go od drzwi wyjściowych cofnąć, czy też nie? No w sumie to ubaw miałby przedni zaraz po tym, jakby się przestał bać, ze żona mu zwariowała. No to sobie tak leżę i myślę, że może jednak jego zawracać nie będę, niech jedzie do tej pracy, bo to przecież sens życia jego, a ja zadzwonię do najszczęśliwszej. Kto mnie bowiem lepiej zrozumie, jak nie matka własna? Odczekałam, aż ślubny wyjdzie, na zegarek spojrzałam i tak jakoś szkoda trochę najszczęśliwszą budzić było. Odruch serca nawet i bez niego mam wyraźnie. Myślę zatem: telewizję pooglądam. No o piątej w telewizji oglądać to nie ma co. Jak o każdej innej w sumie, ale o tej to i części stacji brakuje. Pooglądałam zatem, co w tvmarkecie oferują i przerzuciłam na mężowy ulubiony kanał informacyjny. Dumny by był. Ale ponieważ średnio mnie katastrofy skoro świt obeszły, to tylko patrzyłam bez dźwięku. No i tak leżę sobie i leżę i sobie ręką to serce wymacać próbuję, a jego nie ma. Normalnie brak. Niemożliwe, cobym czucia nie miała... Niemożliwe, cobym mięsień piersią zwany miała jakiś hiper, więc i masa mięśniowa owego aż tak by go nie przysłoniła. No to oddycham. Skoro oddycham, to znaczy, że jest ok. Koty się na mnie patrzą i patrzą i nadziwić się nie mogą. A ja leżę i kombinuję dalej: może sobie kawę zaparzyć - o nie! od dzisiaj koniec z kawą! No to jak nie kawę, to melisę, ale ona uspokajająca...
Ale ile tak leżeć można bez zajęcia? Spać w sumie to mi się i chciało, ale jak ja mam usnąć w takich warunkach, kiedy mi serce nie bije? No nie da się. Usnę i jeszcze coś się stanie! Ale od leżenia to mnie i cztery litery i bok boleć zaczęły... Wstałam zatem, pisać pracę skończyłam, kawę z mlekiem chlupnęłam, rześka jestem jak pierwiosnek i w sumie to wszystko nawet i dobrze, tyle że nadal tego stukotu nie wyczuwam. I jak to ludziom powiedzieć? Toż przecie mi nikt nie uwierzy...
poniedziałek, 31 marca 2008
niedziela, 30 marca 2008
z zegarem na bakier
Brakuje mi dzisiaj godziny. A w zasadzie to kilku godzin. Z niczym zdążyć nie mogę... Ledwo uporałam się ze śniadaniem, a już południe nastało. Jak pomyślałam o kawie po śniadaniu, zrobiła się pora na obiad.
A może to dlatego, że usnęłam dopiero o 5 rano, bo jakoś tak sen nie chciał do mnie przyjść dzisiaj...
Ale już bardzo cieszę się na wieczór, a raczej wieczory, które coraz dłuższe i dłuższe i coraz cieplejsze będą.
A może to dlatego, że usnęłam dopiero o 5 rano, bo jakoś tak sen nie chciał do mnie przyjść dzisiaj...
Ale już bardzo cieszę się na wieczór, a raczej wieczory, które coraz dłuższe i dłuższe i coraz cieplejsze będą.
sobota, 29 marca 2008
sobotnia, wieczorna wesołość ślubnego
ja: Zaparz mi melisę, albo czerwoną herbatę, albo nalej mi wina...
mężuś: No to zrobię ci czerwoną herbatę.
ja: A dlaczego akurat czerwoną herbatę?
mężuś: Melisa się kończy, a wina masz tylko butelkę...
mężuś: No to zrobię ci czerwoną herbatę.
ja: A dlaczego akurat czerwoną herbatę?
mężuś: Melisa się kończy, a wina masz tylko butelkę...
nie ma głupich pytań
- Mamoooooo... - zaczął pewnego słonecznego dnia swoją wypowiedź były dwulatek, niemożliwie przeciągając samogłoski, co dało mi pewność, że drań, który oglądał z fascynacją ogromną Kubusia Puchatka, zada mi zaraz pytanie. I miałam nieodparte wrażenie, że pytanie owo będzie z gatunku tych trudnych...
- ... a czemu Prosiaczek jest taki malutki, a Kłapouchy i Kubuś i Tygrys i Królik taki duży?... - No tak... pytanie może i naiwne, może dziwne, ale... piękne w swojej prostocie i mądrości. Zastanowiłam się przez chwilę głęboko, zanim wyjaśniłam dziecku własnemu, które robiło coraz większe oczka, wiedząc, że rozmowa banalną nie jest.
- Gdyby Prosiaczek nie był mały, nie byłby Prosiaczkiem... - zaczęłam wyjaśniać zastanawiając się jednocześnie, jak tu trzyletniemu maluchowi wyjaśnić istotę naiwności i intuicyjnej mądrości dziecka, kiedy...
- ... i ja jestem mały Piotruś... - powiedział z pełnią szczęścia w głosie drań, a ja założyłam, że jednak wyjaśnienie moje było wystarczające.
Na wszelki wypadek jednak podeszłam do jednego z regałów na książki i odnalazłam "Tao Kubusia Puchatka". Zdążyłam już zapomnieć, jak fantastyczna jest ta książka. - najwyraźniej zaczęłam wypierać z siebie dziecko bardziej, niż myślałam...
Akurat byłam przy alegorii Trzech Mędrców próbujących ocet, gdy w moje myśli wdarło się kolejne pytanie drania...
- ... a czemu Królik i Sowa i Kłapouchy nie wiedzą, co chce Puchatek mamoooooo?...
- Ważne, że Krzyś go rozumie. - Tutaj już zastanowienie się potrzebne nie było...
- Ja też wiem! - stwierdził były dwulatek z radością w głosie oraz pewnością siebie i wrócił do oglądania bajki.
Przeczytałam już "Tao Kubusia Puchatka", przeczytałam również "Te Prosiaczka". Jestem gotowa do dyskusji z naturalną mądrością dziecka, które nie zostało jeszcze przeintelektualizowane i spaczone tym-co-wypada-albo-należy. Oglądam z draniem przygody mające miejsce w Stumilowym Lesie i śmieję się z puchatkowych mruczanek. A przy okazji oglądam swoje życie z boku i gdzie tylko mogę - zwalniam i delektuję się chwilą, znajduję spokój i harmonię i tę odrobinę przedszkolaka w sobie. Wspaniałe uczucie!!
- ... a czemu Prosiaczek jest taki malutki, a Kłapouchy i Kubuś i Tygrys i Królik taki duży?... - No tak... pytanie może i naiwne, może dziwne, ale... piękne w swojej prostocie i mądrości. Zastanowiłam się przez chwilę głęboko, zanim wyjaśniłam dziecku własnemu, które robiło coraz większe oczka, wiedząc, że rozmowa banalną nie jest.
- Gdyby Prosiaczek nie był mały, nie byłby Prosiaczkiem... - zaczęłam wyjaśniać zastanawiając się jednocześnie, jak tu trzyletniemu maluchowi wyjaśnić istotę naiwności i intuicyjnej mądrości dziecka, kiedy...
- ... i ja jestem mały Piotruś... - powiedział z pełnią szczęścia w głosie drań, a ja założyłam, że jednak wyjaśnienie moje było wystarczające.
Na wszelki wypadek jednak podeszłam do jednego z regałów na książki i odnalazłam "Tao Kubusia Puchatka". Zdążyłam już zapomnieć, jak fantastyczna jest ta książka. - najwyraźniej zaczęłam wypierać z siebie dziecko bardziej, niż myślałam...
Akurat byłam przy alegorii Trzech Mędrców próbujących ocet, gdy w moje myśli wdarło się kolejne pytanie drania...
- ... a czemu Królik i Sowa i Kłapouchy nie wiedzą, co chce Puchatek mamoooooo?...
- Ważne, że Krzyś go rozumie. - Tutaj już zastanowienie się potrzebne nie było...
- Ja też wiem! - stwierdził były dwulatek z radością w głosie oraz pewnością siebie i wrócił do oglądania bajki.
Przeczytałam już "Tao Kubusia Puchatka", przeczytałam również "Te Prosiaczka". Jestem gotowa do dyskusji z naturalną mądrością dziecka, które nie zostało jeszcze przeintelektualizowane i spaczone tym-co-wypada-albo-należy. Oglądam z draniem przygody mające miejsce w Stumilowym Lesie i śmieję się z puchatkowych mruczanek. A przy okazji oglądam swoje życie z boku i gdzie tylko mogę - zwalniam i delektuję się chwilą, znajduję spokój i harmonię i tę odrobinę przedszkolaka w sobie. Wspaniałe uczucie!!
piątek, 28 marca 2008
a gdy jutro nie nadejdzie?
Jeszcze dzisiaj sobie pozwolę na trochę smutku i na kilka zdań pełnych żalu... Przepraszam Was, ale blog stał się dla mnie miejscem, gdzie mogę z siebie wyrzucić wszystko.
Dzisiejszy dzień jest dla mnie kolejnym punktem zwrotnym, kiedy zadaję sobie pytania o sens życia i o to, czy jestem gotowa stanąć w obliczu nieskończoności.
Nie jestem na to gotowa. Jeszcze nie teraz.
Ale czy ktoś w wieku lat trzydziestu jest na to gotowy? Czy ktoś mając tyle lat myśli o uregulowaniu spraw prawnych, finansowych, rodzinnych? To jest poniekąd nienaturalne... Można żyć w pełni i czerpać garściami, ile tylko się da, cieszyć się i wykrzykiwać światu, jak bardzo jest się szczęśliwym. Można... Można być tak szczęśliwym, że myśli się o sobie jak o kimś wiecznym...
Widziałam dzisiaj wielkich facetów zgiętych żalem. Widziałam dzisiaj czteroletnią dziewczynkę wskazującą rączka na trumnę i pytającą naiwnym, zdziwionym głosem, dlaczego panowie wsadzają tatę do dołu... Widziałam wszystko jak przez mgłę i z oddali.
Najlepiej jednak zapamiętałam słowa księdza, że musimy żyć tak, jakby jutra miało nie być.
Dzisiejszy dzień jest dla mnie kolejnym punktem zwrotnym, kiedy zadaję sobie pytania o sens życia i o to, czy jestem gotowa stanąć w obliczu nieskończoności.
Nie jestem na to gotowa. Jeszcze nie teraz.
Ale czy ktoś w wieku lat trzydziestu jest na to gotowy? Czy ktoś mając tyle lat myśli o uregulowaniu spraw prawnych, finansowych, rodzinnych? To jest poniekąd nienaturalne... Można żyć w pełni i czerpać garściami, ile tylko się da, cieszyć się i wykrzykiwać światu, jak bardzo jest się szczęśliwym. Można... Można być tak szczęśliwym, że myśli się o sobie jak o kimś wiecznym...
Widziałam dzisiaj wielkich facetów zgiętych żalem. Widziałam dzisiaj czteroletnią dziewczynkę wskazującą rączka na trumnę i pytającą naiwnym, zdziwionym głosem, dlaczego panowie wsadzają tatę do dołu... Widziałam wszystko jak przez mgłę i z oddali.
Najlepiej jednak zapamiętałam słowa księdza, że musimy żyć tak, jakby jutra miało nie być.
czwartek, 27 marca 2008
i się stało...
Jest taka piosenka: klik..., bez której nie była ważna żadna impreza z moich lat licealnych i studenckich. Taka, którą ślubny śpiewał głośno ze swoimi kolegami. Taka, po której zawsze pili toast i mówili, że tą właśnie chcą na swoim pogrzebie.
Zawsze śmiałam się z nich...
Dzisiaj płaczę. Jutro po raz pierwszy usłyszę, jak ją jednemu z nich śpiewają... ale nie na imprezie...
Zawsze śmiałam się z nich...
Dzisiaj płaczę. Jutro po raz pierwszy usłyszę, jak ją jednemu z nich śpiewają... ale nie na imprezie...
środa, 26 marca 2008
ludzie bez poczucia humoru...
... są dla mnie nieco dziwni.
Są zapewne mili, są z pewnością wrażliwi, ale są również trudni w kontaktach międzyludzkich...
Nie chodzi mi bynajmniej o to, aby ktoś się stale i ze wszystkiego śmiał. Tutaj, jak we wszystkim wskazana jest równowaga.
Mam na myśli takie poczucie humoru, które pozwala człowiekowi zrozumieć grę słów, dowcip, wieloznaczność. Takie, które pozwoli dostrzec ironię czy cynizm.
Nie wiem, jak można być stale znudzonym i nieszczęśliwym. Nie wiem, jak stale można brać wszystko do siebie. Nie wiem, jak można nie rozumieć dowcipu...
To musi być strasznie męczące i musi prowadzić do kompleksów...
I tak sobie myślę, że ludzie bez poczucia humoru muszą być potwornie nieszczęśliwi... Ciężko tak bowiem brać wszystko dosłownie i na własną klatkę piersiową...
Są zapewne mili, są z pewnością wrażliwi, ale są również trudni w kontaktach międzyludzkich...
Nie chodzi mi bynajmniej o to, aby ktoś się stale i ze wszystkiego śmiał. Tutaj, jak we wszystkim wskazana jest równowaga.
Mam na myśli takie poczucie humoru, które pozwala człowiekowi zrozumieć grę słów, dowcip, wieloznaczność. Takie, które pozwoli dostrzec ironię czy cynizm.
Nie wiem, jak można być stale znudzonym i nieszczęśliwym. Nie wiem, jak stale można brać wszystko do siebie. Nie wiem, jak można nie rozumieć dowcipu...
To musi być strasznie męczące i musi prowadzić do kompleksów...
I tak sobie myślę, że ludzie bez poczucia humoru muszą być potwornie nieszczęśliwi... Ciężko tak bowiem brać wszystko dosłownie i na własną klatkę piersiową...
nudy brak
Pogoda jest jaka jest. Trochę męcząca. Drań kaszle bardzo, więc mam wesoło... Na nudę jednak narzekać mi nie jest dane. Mężuś w dodatku zaserwował mi wczoraj pakiet zmian w niedalekiej przyszłości. Może będzie lepiej, niż myślę...
na wesoło
Żona wrzeszczy na męża:
- Ale ty jesteś pierdoła! Jesteś taka pierdoła, że większego na świecie nie ma! Wszystko za co byś się nie wziął, zaraz schrzanisz! Gdybyś wystartował w konkursie na największego pierdołę, zająłbyś drugie miejsce!!!
- Dlaczego drugie ?
- Bo taka jesteś pierdoła!!!
- Ale ty jesteś pierdoła! Jesteś taka pierdoła, że większego na świecie nie ma! Wszystko za co byś się nie wziął, zaraz schrzanisz! Gdybyś wystartował w konkursie na największego pierdołę, zająłbyś drugie miejsce!!!
- Dlaczego drugie ?
- Bo taka jesteś pierdoła!!!
lustro (29.07.2007 r.)
W lustro patrzeć lubię,
choć lustra unikam naiwnie...
Lustro odbija zbyt wiele.
choć lustra unikam naiwnie...
Lustro odbija zbyt wiele.
wtorek, 25 marca 2008
łańcuszek
Zielona mnie do łańcuszka klepnęła... Normalnie łobuz z Niej... W dodatku mam napisać na swój temat sześć nieistotnych i zabawnych rzeczy. No powiem szczerze, że łatwo to zadanie nie jest :)
Ale...
1. Jak to mówi mój rodzic płci męskiej: dać jej dwie kulki metalowe, to jedną zgubi, a drugą popsuje...
2. Jak to mówi teść mój drogi: ona musi mieć w abonamencie dużo minut, bo ma nadprzyrodzoną zdolność do ich wykorzystywania.
3. Jak to droga moja rzecze: bo ona musi sobie pogadać i lepiej jej na to pozwolić...
4. Jak to twierdzi mąż mój osobisty: przy tobie to człowiek ma refleks i oczy dookoła głowy.
5. Jak to magiczna kiedyś powiedziała: najpierw się uprze przy swoim potem się zastanowi.
6. Poczciwa jest absolutnie nie do przyjęcia - jak rzekł dnia któregoś podłota.
PS. Ponieważ instrukcję dostałam taką: "Wybierz 6 kolejnych ofiar. Uprzedź te osoby wcześniej, pisząc o zaszczycie, jakiego dostąpiły, na ich blogach." do zabawy wybieram:
Basię, Fabianę, Margarytkę, Przekorę, Viktorię i Zasłuchaną - o ile oczywiście będą na to ochotę miały :)
Ale...
1. Jak to mówi mój rodzic płci męskiej: dać jej dwie kulki metalowe, to jedną zgubi, a drugą popsuje...
2. Jak to mówi teść mój drogi: ona musi mieć w abonamencie dużo minut, bo ma nadprzyrodzoną zdolność do ich wykorzystywania.
3. Jak to droga moja rzecze: bo ona musi sobie pogadać i lepiej jej na to pozwolić...
4. Jak to twierdzi mąż mój osobisty: przy tobie to człowiek ma refleks i oczy dookoła głowy.
5. Jak to magiczna kiedyś powiedziała: najpierw się uprze przy swoim potem się zastanowi.
6. Poczciwa jest absolutnie nie do przyjęcia - jak rzekł dnia któregoś podłota.
PS. Ponieważ instrukcję dostałam taką: "Wybierz 6 kolejnych ofiar. Uprzedź te osoby wcześniej, pisząc o zaszczycie, jakiego dostąpiły, na ich blogach." do zabawy wybieram:
Basię, Fabianę, Margarytkę, Przekorę, Viktorię i Zasłuchaną - o ile oczywiście będą na to ochotę miały :)
opowiastka mailowa
"Śniło mi się, że przeprowadziłam wywiad z Bogiem. Zawsze chciałam to zrobić. I któregoś dnia On niespodziewanie pojawił się i zapytał:
- A więc chciałaś przeprowadzić ze Mną wywiad?
- Jeśli tylko masz czas - odparłam.
Bóg uśmiechnął się. - Mój czas jest przecież wieczny. O co chcesz Mnie zapytać?
- Co najbardziej zdumiewa Cię w ludzkości?
Bóg odpowiedział:
- To, że ludzie nudzą się dzieciństwem. Spieszą się, by dorosnąć, a gdy to osiągną, znów tęsknią za dzieciństwem. To, że tracą zdrowie, by zdobyć pieniądze, a potem tracą pieniądze, by zdobyć zdrowie. To, że troszcząc się o przyszłość, zapominają o teraźniejszości, a przez to nie żyją ani teraz, ani potem. To, że żyją, jakby mieli nigdy nie umrzeć, a umierają, jakby nigdy nie żyli.
Bóg przerwał. Poczułam delikatny uścisk Jego dłoni i tak trwaliśmy przez chwilę w milczeniu.
- Jakich życiowych lekcji udzieliłbyś jako rodzic swoim dzieciom?
Bóg odpowiedział z czułym uśmiechem:
- Chciałbym, by zrozumiały, że nie mogą zmusić ludzi, by je kochali. Ale za to mogą pozwolić innym kochać siebie. Chciałbym, by zrozumiały, że niedobrze jest porównywać się z innymi. By zrozumiały, że nie ten jest bogaty, kto ma najwięcej, ale ten, kto potrzebuje najmniej. By pamiętały, że w kilka sekund można głęboko zranić ukochaną osobę, ale jej uleczenie zabierze wiele lat. By nauczyły się przebaczać, rzeczywiście czyniąc to. By pojęły, że są osoby, które je gorąco kochają, ale po prostu nie umieją okazać swoich uczuć. By zrozumiały, że dwoje ludzi może patrzeć na tę samą rzecz i widzieć ją zupełnie inaczej. By się nauczyły, że nie zawsze wystarczy, iż ktoś im przebaczy. Trzeba jeszcze umieć przebaczać sobie samemu. I żeby wiedziały, że Ja jestem tu... Zawsze."
- A więc chciałaś przeprowadzić ze Mną wywiad?
- Jeśli tylko masz czas - odparłam.
Bóg uśmiechnął się. - Mój czas jest przecież wieczny. O co chcesz Mnie zapytać?
- Co najbardziej zdumiewa Cię w ludzkości?
Bóg odpowiedział:
- To, że ludzie nudzą się dzieciństwem. Spieszą się, by dorosnąć, a gdy to osiągną, znów tęsknią za dzieciństwem. To, że tracą zdrowie, by zdobyć pieniądze, a potem tracą pieniądze, by zdobyć zdrowie. To, że troszcząc się o przyszłość, zapominają o teraźniejszości, a przez to nie żyją ani teraz, ani potem. To, że żyją, jakby mieli nigdy nie umrzeć, a umierają, jakby nigdy nie żyli.
Bóg przerwał. Poczułam delikatny uścisk Jego dłoni i tak trwaliśmy przez chwilę w milczeniu.
- Jakich życiowych lekcji udzieliłbyś jako rodzic swoim dzieciom?
Bóg odpowiedział z czułym uśmiechem:
- Chciałbym, by zrozumiały, że nie mogą zmusić ludzi, by je kochali. Ale za to mogą pozwolić innym kochać siebie. Chciałbym, by zrozumiały, że niedobrze jest porównywać się z innymi. By zrozumiały, że nie ten jest bogaty, kto ma najwięcej, ale ten, kto potrzebuje najmniej. By pamiętały, że w kilka sekund można głęboko zranić ukochaną osobę, ale jej uleczenie zabierze wiele lat. By nauczyły się przebaczać, rzeczywiście czyniąc to. By pojęły, że są osoby, które je gorąco kochają, ale po prostu nie umieją okazać swoich uczuć. By zrozumiały, że dwoje ludzi może patrzeć na tę samą rzecz i widzieć ją zupełnie inaczej. By się nauczyły, że nie zawsze wystarczy, iż ktoś im przebaczy. Trzeba jeszcze umieć przebaczać sobie samemu. I żeby wiedziały, że Ja jestem tu... Zawsze."
sobota, 22 marca 2008
piątek, 21 marca 2008
z dziką rozkoszą...
... zostawiłam dzisiaj perfidnie ślubnego z zakupami, obiadem, domem i draniem, sprzątaniem, reklamacją dekodera i jeszcze wieloma innymi sprawami i zrobiłam sobie dzień wolności od bycia mamą - i poszłam w świat.
No w świat to co prawda nie tak całkiem, ale przy byciu mamą pełnoetatową drania, każde wyjście samej sprawia mi rozkosz, a pójściem w świat jest już każde przekroczenie progu mieszkania.
Rozkosz co prawda sprawia mi ostatnio dziwnie wiele rzeczy...
No tak... znaczy rozpustna byłam dzisiaj bardzo... Kosmetyczka, droga moja teściowa, kawka, chilijskie, paluszki krabowe... Tych ostatnich to było nawet wiele. Hm... dlaczego ja tak bardzo lubię paluszki krabowe? Sama nie wiem... One w sumie to smak mają taki dość specyficzny... A ja je po prostu uwielbiam i przy nich w bestię żarłoczną się zmieniam. Mmmmm... zwłaszcza jak do nich coś wytrawnego jest...
Taaak... a teraz wróciłam i... jest mi bardzo dobrze, ponieważ po takim dniu odpoczynku i ploteczek, drania kocham jakby bardziej, on sam jakby grzeczniejszy, a ślubny jakby bardziej świadomy mojej spokojnej, nudnawej i bez obowiązków codzienności... i pełen podziwu, że od trzech lat daję sobie z tym wszystkim radę :)
No w świat to co prawda nie tak całkiem, ale przy byciu mamą pełnoetatową drania, każde wyjście samej sprawia mi rozkosz, a pójściem w świat jest już każde przekroczenie progu mieszkania.
Rozkosz co prawda sprawia mi ostatnio dziwnie wiele rzeczy...
No tak... znaczy rozpustna byłam dzisiaj bardzo... Kosmetyczka, droga moja teściowa, kawka, chilijskie, paluszki krabowe... Tych ostatnich to było nawet wiele. Hm... dlaczego ja tak bardzo lubię paluszki krabowe? Sama nie wiem... One w sumie to smak mają taki dość specyficzny... A ja je po prostu uwielbiam i przy nich w bestię żarłoczną się zmieniam. Mmmmm... zwłaszcza jak do nich coś wytrawnego jest...
Taaak... a teraz wróciłam i... jest mi bardzo dobrze, ponieważ po takim dniu odpoczynku i ploteczek, drania kocham jakby bardziej, on sam jakby grzeczniejszy, a ślubny jakby bardziej świadomy mojej spokojnej, nudnawej i bez obowiązków codzienności... i pełen podziwu, że od trzech lat daję sobie z tym wszystkim radę :)
czwartek, 20 marca 2008
oddech
Wreszcie chwila oddechu dla mnie. Takiego absolutnego... Z kawą i ciastem - odrobina grzechu nie zawadzi. Co więcej, należy się nawet.
Drań spędza miło dzień u najszczęśliwszej, do której klasycznie się wprosił. Ja zaraz wybieram się spacerkiem po niego... Ale na razie jestem sama ze sobą i ze swoimi myślami. Spokojna, uspokojona już. Emocje rozemocjonowane jeszcze, ale jakby właściwy tor wyczuły. Werbalizacja myśli swoich pomagała mi zawsze. Pomogła i tym razem...
Jutro mąż mój własny i osobisty już będzie w domu. Mamy zatem kilka dni dla siebie. Potrzebuję ich. Bardzo. On chyba również, ponieważ dzisiaj od rana odczytuję coraz to nowe zapytania i informacje. A to o prezencie, a to o wyjściu na koncert, a to o planach, o których nic więcej powiedzieć nie chce.
Dobrze mi. I tak spokojnie...
Drań spędza miło dzień u najszczęśliwszej, do której klasycznie się wprosił. Ja zaraz wybieram się spacerkiem po niego... Ale na razie jestem sama ze sobą i ze swoimi myślami. Spokojna, uspokojona już. Emocje rozemocjonowane jeszcze, ale jakby właściwy tor wyczuły. Werbalizacja myśli swoich pomagała mi zawsze. Pomogła i tym razem...
Jutro mąż mój własny i osobisty już będzie w domu. Mamy zatem kilka dni dla siebie. Potrzebuję ich. Bardzo. On chyba również, ponieważ dzisiaj od rana odczytuję coraz to nowe zapytania i informacje. A to o prezencie, a to o wyjściu na koncert, a to o planach, o których nic więcej powiedzieć nie chce.
Dobrze mi. I tak spokojnie...
wszystko w normie, znaczy...
... nie ma to jak zostać obudzoną o szóstej rano przez własne dziecko, które ma silną potrzebę... obejrzenia bajki o dinozaurach.
Nie ma to jak usnąć ponownie i zostać obudzoną przez własną teściową drogą, która dzwoni z problemami faktycznymi i niemałymi, ale woli sprawę przez godzinę telefonicznie roztrząsać i przyjechać do siebie nie zezwala... a mimo to pomocy oczekuje...
Jakby to powiedzieć... o ile wczoraj stałam obok siebie, dzisiaj jestem w sobie. No i nawet wszystko jak moje już wygląda.
Tylko ciasno mi jakoś tak trochę w tym ciele moim, ponieważ razem ze mną wskoczyły w nie upór i... No właśnie i to coś.... co sprawia, że szybciej chodzę i myślę błyskawicznie.
Nie ma to jak usnąć ponownie i zostać obudzoną przez własną teściową drogą, która dzwoni z problemami faktycznymi i niemałymi, ale woli sprawę przez godzinę telefonicznie roztrząsać i przyjechać do siebie nie zezwala... a mimo to pomocy oczekuje...
Jakby to powiedzieć... o ile wczoraj stałam obok siebie, dzisiaj jestem w sobie. No i nawet wszystko jak moje już wygląda.
Tylko ciasno mi jakoś tak trochę w tym ciele moim, ponieważ razem ze mną wskoczyły w nie upór i... No właśnie i to coś.... co sprawia, że szybciej chodzę i myślę błyskawicznie.
środa, 19 marca 2008
nie ja
Dziwny mam dzisiaj dzień. Nic mi nie pasuje od rana - ani włosów ułożyć nie mogłam, ani nie mogłam się umalować. Nawet ubrania jakby nie moje...
Cały dzień mi dzisiejszy nie pasuje... Jakiś taki jak nie mój...
Czuję się, jakbym stała obok i obserwowała obcą sobie osobę.
I ten śnieg dzisiaj mnie... dobił...
Cały dzień mi dzisiejszy nie pasuje... Jakiś taki jak nie mój...
Czuję się, jakbym stała obok i obserwowała obcą sobie osobę.
I ten śnieg dzisiaj mnie... dobił...
poniedziałek, 17 marca 2008
nocne rozmowy kobiece o zakochaniu
Właśnie starannie okryłam kołderką drania, który już smacznie spał. Zaparzyłam sobie dzbanek herbaty jaśminowej i włączyłam komputer, podstępnie wyłączony przez ślubnego, kiedy draniowi czytałam bajkę.
Właśnie się wygodnie usadowiłam przed, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Niedziela, późny wieczór - taki na granicy nocy już prawie...
- Zakochałam się - powiedziała na mój widok rozpromieniona Ona, kiedy wyszłam do przedpokoju zastanawiając się, co się stało, że Ona tak późno, bez zapowiedzi, sama pokonując kilometrów sto... Ale to "zakochałam się" niejako wyjaśniało wszystko...
Mąż mój własny i osobisty stał równie zdziwiony jak ja, czekając cierpliwie na mokrą kurtkę, która Ona mozolnie zdejmowała. Potem wyjął z lodówki ser pleśniowy, otworzył butelkę i szeptem zapytał, dlaczego nie mam normalnych koleżanek.
No jak to nie mam? Mam. Same normalne. Chyba...
- No to zaczynamy? - zapytałam wchodząc do pokoju naszykowana na debatę nocną pełną za i przeciw, gotowa na dyskusję serca i rozumu oraz pewna, że dyskusja owa niczego nie zmieni, ani niczego nowego nie wniesie.
- W zasadzie to jeszcze nic. Nic kompletnie. To znaczy nic namacalnego. A tego nienamacalnego stało się tak dużo..., tak dużo, że... Normalnie mrowi mnie skóra i aż się boję pomyśleć, co się wydarzyło już i co się wydarzy jeszcze! No i poza tym to się zakochałam.
- Na nowo w tym, co to ma taką samą obrączkę jak ty? - Taaaak... jak ta głupia zapytałam... Aż sama się siebie przeraziłam. Przecież oczywiste, że nie w nim! Pytam jak nawiedzona i bezmyślna. Ona popatrzyła na mnie jakby mnie pierwszy raz widziała z niedowierzaniem wielkim i po kilku chwilach zapytała, skąd mi się wziął nagle taki racjonalizm. Sama nie wiem skąd. Jakoś tak się pojawił nagle i tak na przekór sytuacji chyba. Świadom jednak swojej niklej asertywności nie odzywał się już zbyt często... A Ona całą noc opowiadała mi o swoich emocjach i emocjach i o emocjach. O motylach, o arytmii, o szybszym oddechu... A ja słuchałam i nie wierzyłam i emocje sobie przypominałam własne i tym palcem serdecznym po tym kieliszku wodziłam i wodziłam...
- Wiedziałam, że mnie zrozumiesz i nie zapytasz "a po co ci to" - powiedziała Ona przy porannej kawie. Bardzo wczesnej i bardzo mocnej. Takiej, co to niemal gęsta i w małej filiżance. - Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym mieć to twoje opanowanie i pewność... - dodała Ona stając po szóstej rano w drzwiach wyjściowych.
"Nawet nie wiesz, jak bardzo ci zazdroszczę..." pomyślałam zamykając je za nią.
***
Wzięłam się dzisiaj za przesadzanie kwiatów, przestawianie mebli, przebrałam zawartość szaf, skręciłam dużą półkę stojącą do kuchni, poprzestawiałam całe szkło i trzy serwisy obiadowe, poprasowałam, wysprzątałam kuchnię, przetarłam parapety, dwa razy wyszłam po zakupy...
Ledwo mogę się ruszyć, boli mnie wszystko, jestem padnięta i niestety nadal mam to męczące mnie poczucie, że po raz pierwszy z przyjaciółką szczera do końca nie byłam. Ale i to poczucie blednie przy paskudnej świadomości... że ja jej zazdroszczę prawdziwie...
Właśnie się wygodnie usadowiłam przed, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Niedziela, późny wieczór - taki na granicy nocy już prawie...
- Zakochałam się - powiedziała na mój widok rozpromieniona Ona, kiedy wyszłam do przedpokoju zastanawiając się, co się stało, że Ona tak późno, bez zapowiedzi, sama pokonując kilometrów sto... Ale to "zakochałam się" niejako wyjaśniało wszystko...
Mąż mój własny i osobisty stał równie zdziwiony jak ja, czekając cierpliwie na mokrą kurtkę, która Ona mozolnie zdejmowała. Potem wyjął z lodówki ser pleśniowy, otworzył butelkę i szeptem zapytał, dlaczego nie mam normalnych koleżanek.
No jak to nie mam? Mam. Same normalne. Chyba...
- No to zaczynamy? - zapytałam wchodząc do pokoju naszykowana na debatę nocną pełną za i przeciw, gotowa na dyskusję serca i rozumu oraz pewna, że dyskusja owa niczego nie zmieni, ani niczego nowego nie wniesie.
- W zasadzie to jeszcze nic. Nic kompletnie. To znaczy nic namacalnego. A tego nienamacalnego stało się tak dużo..., tak dużo, że... Normalnie mrowi mnie skóra i aż się boję pomyśleć, co się wydarzyło już i co się wydarzy jeszcze! No i poza tym to się zakochałam.
- Na nowo w tym, co to ma taką samą obrączkę jak ty? - Taaaak... jak ta głupia zapytałam... Aż sama się siebie przeraziłam. Przecież oczywiste, że nie w nim! Pytam jak nawiedzona i bezmyślna. Ona popatrzyła na mnie jakby mnie pierwszy raz widziała z niedowierzaniem wielkim i po kilku chwilach zapytała, skąd mi się wziął nagle taki racjonalizm. Sama nie wiem skąd. Jakoś tak się pojawił nagle i tak na przekór sytuacji chyba. Świadom jednak swojej niklej asertywności nie odzywał się już zbyt często... A Ona całą noc opowiadała mi o swoich emocjach i emocjach i o emocjach. O motylach, o arytmii, o szybszym oddechu... A ja słuchałam i nie wierzyłam i emocje sobie przypominałam własne i tym palcem serdecznym po tym kieliszku wodziłam i wodziłam...
- Wiedziałam, że mnie zrozumiesz i nie zapytasz "a po co ci to" - powiedziała Ona przy porannej kawie. Bardzo wczesnej i bardzo mocnej. Takiej, co to niemal gęsta i w małej filiżance. - Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym mieć to twoje opanowanie i pewność... - dodała Ona stając po szóstej rano w drzwiach wyjściowych.
"Nawet nie wiesz, jak bardzo ci zazdroszczę..." pomyślałam zamykając je za nią.
***
Wzięłam się dzisiaj za przesadzanie kwiatów, przestawianie mebli, przebrałam zawartość szaf, skręciłam dużą półkę stojącą do kuchni, poprzestawiałam całe szkło i trzy serwisy obiadowe, poprasowałam, wysprzątałam kuchnię, przetarłam parapety, dwa razy wyszłam po zakupy...
Ledwo mogę się ruszyć, boli mnie wszystko, jestem padnięta i niestety nadal mam to męczące mnie poczucie, że po raz pierwszy z przyjaciółką szczera do końca nie byłam. Ale i to poczucie blednie przy paskudnej świadomości... że ja jej zazdroszczę prawdziwie...
niedziela, 16 marca 2008
mężusia dylematy
mężuś: A co ty tak ostatnio cała na czarno się ubierasz?
Ja: A bo mnie tak jakoś naszło.
mężuś: No to faktycznie zmęczona jesteś, bo normalnie bym usłyszał, że nie masz się w co ubrać i dlatego...
***
mężuś: No to kiedy mi wreszcie pokażesz to, co ostatnio kupiłaś? Bo tak mówisz i mówisz, ale nie pokazujesz.
ja: Zaraz wam pokaże.
mężuś: A to dziecko też widzieć może? A to szkoda...
Ja: A bo mnie tak jakoś naszło.
mężuś: No to faktycznie zmęczona jesteś, bo normalnie bym usłyszał, że nie masz się w co ubrać i dlatego...
***
mężuś: No to kiedy mi wreszcie pokażesz to, co ostatnio kupiłaś? Bo tak mówisz i mówisz, ale nie pokazujesz.
ja: Zaraz wam pokaże.
mężuś: A to dziecko też widzieć może? A to szkoda...
piątek, 14 marca 2008
rozluźnione myśli
Wykąpana, pachnąca, zrelaksowana, w szlafroczku... Taaak: w szlafroczku - nie szlafroku... Podchodzę do lodówki, otwieram, wyjmuję oszronioną butelkę z cabernet sauvinion, nalewam do pękatego kieliszka, który momentalnie robi się spocony na zewnątrz... Mmmm... takie lubię najbardziej... Idę do pokoju, siadam obok męża, który akurat nabywa różne różności przez internet. Osobisty odwraca się, przytula mnie, zerka na wino, na mnie, z uśmiechem i lekkim zdziwieniem stwierdza: " mam nadzieję, że to dla przyjemności..."
A tak... Tak właśnie - dla przyjemności. Jestem po dniu relaksu pełnego i odpoczynku i niejakiej wolności od codziennych obowiązków. Myśli mam rozluźnione i poluzowane. I jest mi dobrze...
Chociaż... byłoby mi nieco lepiej, gdyby osobisty jutro do pracy nie jechał (po dniu urlopu w dniu dzisiejszym). Ale jakoś mi się dzisiaj nie chce zgłębiać natury męskiej... Nie teraz... Mam zbyt rozluźnione myśli. I one luzują się dziwnie bardzo i dziwnie chętnie. I powiem szczerze, że jest mi z tym... zadziwiająco dobrze!...
A tak... Tak właśnie - dla przyjemności. Jestem po dniu relaksu pełnego i odpoczynku i niejakiej wolności od codziennych obowiązków. Myśli mam rozluźnione i poluzowane. I jest mi dobrze...
Chociaż... byłoby mi nieco lepiej, gdyby osobisty jutro do pracy nie jechał (po dniu urlopu w dniu dzisiejszym). Ale jakoś mi się dzisiaj nie chce zgłębiać natury męskiej... Nie teraz... Mam zbyt rozluźnione myśli. I one luzują się dziwnie bardzo i dziwnie chętnie. I powiem szczerze, że jest mi z tym... zadziwiająco dobrze!...
Subskrybuj:
Posty (Atom)