czwartek, 28 maja 2009

pomiędzy tym co było, a tym co będzie

    Wakacje za progiem już... Tak tuż, tuż. Prawie je widać. I czuć. Pachnie wokół truskawkami, a te dla mnie zapowiedzią wakacji były zawsze. I czerwca. Właśnie... czerwiec za progiem. Od tygodnia widzę w ogródkach piwonie. Już są i one. Za tydzień dostanę właśnie je. Śmieszna ta nasza prywatna tradycja, którą rodzice podtrzymują i ślubny, ale miła.
Dzisiaj popatrzyłam zdziwiona na dzienniki. Zniszczone. Zatarte leciutko, ale zauważalnie, napisy. Popękane gdzieniegdzie grzbiety. Pozaginane kartki. Wystawione czarno na białym oceny proponowane... Posadzka nadal jeszcze odbija stukot obcasów, ale już lżej i jakby z oddali, bo i lżejsze buty i cieńsze obcasy. W pokoju nauczycielskim barwniej. Więcej czerwieni i pomarańczu. Nie czuć tak intensywnie zapachu kawy. Jeszcze tylko rozstrzygnięcie dwóch konkursów. Jeszcze tylko papierologia i trzy rady. Jeszcze tylko...
Hm... pyszne te truskawki. Zaczęłam zwalniać powoli. Wieczory znowu poświęcam w całości draniowi. Spaceruję częściej z psiakiem. Piję więcej zielonej herbaty i białej. Wróciły białe filiżanki do łask i te z makami.
    Za trzy tygodnie będę popijać ulubione i przestawiać się na inny wymiar. I pewnie będzie mi brakować tego pędu i tego kurzu i drapania w krtani od kredy. I tego specyficznego hałasu też mi będzie brakować.
... już mi brakuje. Chyba. Ale cieszę się... klik

niedziela, 17 maja 2009

damsko-męskie, czyli małżeńskie

ja (wołając z kuchni): Czy jest tu jakiś mąż? Może być mój.
ślubny: jak może być i twój to ok

                             ***

ja: umówiłam się z fryzjerką...
ślubny: wiedziałem, że coś kombinujesz
ja: ... i zmienię kolor na platynowy
ślubny: ten już masz

                            ***

ślubny: jesz kochanie, czy od razu mogę wszystko wyrzucić?

przy niedzieli o sobocie

     Idź w sobotę na zakupy z najszczęśliwszą, żeby pobuszować w sukienkach i butach, to spotkasz podłotę w centrum handlowym. (A niech się cieszy, że o nim piszę, chociaż i tak narzekać będzie pewnie, bo to podłota.) Co więcej - najpierw skrytykuje, że mam więcej siwych włosów, niż miałam, a potem rzuci miły komplement, że widać po mnie zmęczenie. No tak... Znaczy wczoraj byłam na zakupach. Nie kupiłam koturn, bo te, które mi się podobały, były tylko w wersji żółtej, a aż tak źle ze mną nie jest jeszcze. Nie kupiłam też żadnej sukienusi, bo albo zbyt krótkie, albo z falbanką. A ja chciałam klasyczne takie, albo z fałdami. Czy jak im tam tym takim szerszym plisom... Hm... z najszczęśliwszą się bardzo dobrze plotkuje, a i kawa smakuje dobrze. Co więcej, przy niej wiele spraw schodzi poza margines tego, co istotne. Odpoczęłam. Tak.
Za to wieczorem byliśmy w teatrze po odstawieniu drania do najszczęśliwszej i rodzica mojego płci męskiej. Drań się cieszył, że śpi u dziadków. My też się cieszyliśmy, że drań śpi u dziadków. A i oni cieszyli się, że drania mają. Ślubny co prawda od czwartku wspominał, że w garniturze nie idzie, ale wczoraj się jakoś tak za koszulę garniturową złapał i krawat, więc co mu będę przypominać, że jeszcze niedawno głupoty jakieś wygadywał? Dlaczego lubię facetów w garniturach? Nie wiem. Ale lubię. I lubię, jak za dużo wody po goleniu wyleją na siebie. No tak. A najzabawniejsze jest to, że do tej wody to ja jednodniowy zarost zawsze chcę. Ale kto powiedział, że ja nieskomplikowana jestem? 
Ale przede wszystkim lubię teatr. Lubię spektakle, które kończą się późno, ponieważ po wyjściu ze spektaklu można wejść w noc i czuje się jeszcze tę specyficzną atmosferę. Jedyną w swoim rodzaju. Można iść wtedy spacerkiem i być w absolutnie innym wymiarze. Inny smak ma wtedy też ulubione i jakiś inny wydźwięk mają rozmowy. A ze ślubnym cudownie się rozmawia o wszystkim. Mogę bezkarnie paplać bzdury i mogę całkiem poważnie i emocjonalnie się podniecać czymś dla mnie ważnym i tym zupełnie obojętnym też. To obojętne jest z reguły najdokładniej rozstrząsane. No i można założyć te najwyższe obcasy. Taaaak... klik

poniedziałek, 11 maja 2009

zaplecze i cała reszta, czyli jak pani powoli zaczyna podążać we właściwym kierunku myślowym

    O tym, że znowu nie położę maseczki z glinkami na twarz, bo jest już zbyt późny wieczór, myślałam przez kolejne dwa tygodnie przy zmywaniu makijażu przed kąpielą. Glinki potrzebują przecież swoich skrupulatnie odmierzonych minut i nie lubią pośpiechu. Prawdopodobnie padnięcia na twarz wymazaną nimi też nie lubią. Dlatego właśnie wolałam nie eksperymentować. O tym, że bardzo odrosły i jeszcze bardziej posiwiały mi włosy, poinformował mnie drań, kiedy pewnego ranka w jednej ręce trzymałam suszarkę, w drugiej kubek z kawą, a wzrok skupiałam na jego samodzielnym myciu ząbków. Ale już o tym, że drań wyhodował w sobie mononukleozę dowiedzieliśmy się od lekarza, jak i o tym, że na szczęście skontaktowaliśmy się z nim pierwszego dnia gorączki, więc będzie wszystko dobrze, ale leki musiały póki co dostać stałe miejsce w kuchni na półce, a morfologię trzeba będzie powtarzać jeszcze wielokrotnie, żeby kontrolować krwinki. Przewrotne te krwinki są. Natomiast o tym, że dostaję dodatkowe pół etatu i muszę je wziąć, zostałam zawiadomiona dzień wcześniej przez dyrekcję.
Może to dlatego od jakiegoś czasu poranną kawę piję o siódmej rano na zapleczu przy komputerze i słownikach, albo stertach reprodukcji, a po zakończeniu lekcji siadam tam właśnie w fotelu z twardymi poręczami i gapię się na różowe zasłonki, które do tej pory wydawały mi się obrzydliwe, a teraz stały się całkiem obojętne? Może również i dlatego drzwi wejściowe do domu otwieram uparcie kluczem od pracowni, bo jakby częściej go od tego domowego używam. Nie wiem już sama, ile w tym wszystkim maja i roztargnienia, a ile zmęczenia.
Może to również dlatego przez dwa kolejne dni razem ze ślubnym i draniem pławiłam się w mikroklimacie, tudzież ciepłej wodzie. Sauna swoje zrobiła. Lubię parową. Bardzo. Wilgotność jest tym, co czyni cuda z moim ciałem i płucami i myślami. Taaak... Tylko bolą mnie ramiona. Dawno nie pływałam. Człowiek zdziczał jakby trochę jednak. Ale po lesie chodzę bez problemu i asany mogłam składać bez większego wysiłku. I może też to wszystko razem wzięte zaważyło na tym, że chodziłam boso i mokłam podczas burzy i wcale mnie to nie drażniło, ani nie ziębiło. Ba! nawet było mi zupełnie obojętne, czy włosy ułożą się tak, czy inaczej i czy na twarz będzie kapał deszcz, bo włosy od piątku układały się same, a makijaż był mi obcy przez dwa dni ostatnie. Być może na to wszystko wywarła swój niepowtarzalny wpływ pogoda i aura? A może to choroba rodzica płci męskiej goni mnie do pracy, żeby nie myśleć, bo myślenie o tym przeraża? Może to i przez jego kolejne złe wyniki i wieści o stanie zdrowia ślubny każdą wolną chwilę wypełnia mi kolejnym pomysłem i myśli za mnie? Nie wiem. Sama już nie wiem. Jest mi dobrze i ciężko jednocześnie. Dzisiaj usłyszałam od najszczęśliwszej o kolejnych wynikach. Złe. Gorsze, niż przewidywaliśmy. Zaraz siadam do sprawdzania sprawdzianów i zajmę się przygotowaniem lekcji otwartej. W sobotę idziemy do teatru. "Pani profesor, ale my mamy lekcję w siódemce, a pani otwiera szóstkę, a to zaplecze jest." No tak... dobrze mieć zaplecze.
Siostra ślubnego radziła mi ostatnio nagiąć się trochę do pewnych spraw. A co wtedy, gdy pewne sprawy w obliczu innych zaczynają być obojętne? Czy obojętność wyrasta samoistnie? Czy aby nie potrzeba zawsze dwóch stron i obustronnych relacji? Nie chce mi się. Co inne jest ważne. Priorytety zmieniają się, emocje również, z czasem i walka śmieszy, a nadgorliwość i animozje denerwują. Mam najszczęśliwszą, ślubnego, drania i zaplecze. I chyba powoli zaczynam rozumieć, co jest dla mnie najważniejsze. klik

wtorek, 28 kwietnia 2009

coś Leśmiana

    "A słowa się po niebie włóczą i łajdaczą -
I udają, że znaczą coś więcej niż znaczą!"

piątek, 24 kwietnia 2009

ze smaczkiem i posmaczkiem

    O tym, że lubię piątki napisałam już razy sto? Bardzo prawdopodobne... Lubię. Są takie typowo piątkowe. Kiedyś miały miły inny posmak, ale i teraz ich smaczek nie jest zły. Hm... może nawet lepszy? A dzisiaj to nawet taki z nutą vermouthu... A tak właśnie. Wieki nie piłam. No to mam. Ha! No i majem pachnie. Niekoniecznie trunek. Trunek, to tak szczerze mówiąc, nie ma z majem nic wspólnego. Powietrze ma. Dużo. Kwitną drzewa owocowe i wszystko ma inny wymiar. Nie chce mi się siedzieć w domu. Skrzydła znowu mi wyrastają. Wolno, bo wolno, ale jednak. Znowu planuję. Planujemy.
Wczoraj byli u nas Margarytka i Sąsiad mój z powiatowego. Ulubione było zatem też. Hm... trunki się leją? Nie... raczej sączą. Mile sączą. Powoli tak, na smaczek... klik
    A czy pisałam już, że zaczynają się moje ulubione miesiące? Pisałam? Niemożliwe, żebym pisała... Przecież ja tutaj tajemnic nie zdradzam za często. Taaaaak... czuję się powoli dopieszczona pogodą i jeśli tak dalej pójdzie, to kto to wie, co to będzie? Sama nie wiem... Już mnie wystawy kuszą i perfumy nowe zakupione i buty dzisiaj przymierzałam. Koturny. Chyba oszalałabym przy moim wzroście, ale są takie... No takie, że po prostu grzechem było nie przymierzyć... Taaak... zdecydowanie byłby to grzech. Ale i one grzechu warte, więc...

czwartek, 23 kwietnia 2009

jak pani do fryzjera poszła i jak pani od fryzjera wróciła

    "A wiesz, dzieci z mojej grupy to takie normalne mamusie mają..." powiedział dzisiaj drań przytulając się mocno. Co prawda, to prawda. Normalne wszystkie. Uczesane, wygładzone, uładzone, sztywne. To musi być straszne. Chociaż kiedy wczoraj usłyszałam od fryzjerki, żebym się nie wystraszyła, bo widok może być szokujący, a ona przecież doskonale wie, że ja tak łatwo w szok na fotelu fryzjerskim nie wpadam i kiedy zobaczyłam siebie z włosami żółtymi o wściekle pomarańczowych pasmach, tej nudnej i monotonnej normalności zapragnęłam. Po kolejnej godzinie patrzenia na siebie, śmiać mi się zachciało, bo nie miałam parasola, za oknem salonu lał deszcz, a ja nadal miałam dwa wściekłe kolory, z których jeden przypominał odcień tycjański, o którym co prawda zawsze marzyłam. Hm... wczoraj marzenia się najwyraźniej zaczęły mi spełniać, ale jak na złość w tym momencie przestały mi one odpowiadać. Tym bardziej, że zamierzałam być platynową blondynką, byliśmy umówieni na wieczór, a ślubny myślał, że ja sobie robię platynowe, ale tylko pasemka. No bywa... Poważnie zaniepokoiłam się jednak dopiero wtedy, kiedy fryzjerka zadzwoniła do swojego męża i poprosiła, aby jej przywiózł rzeczy, bo na 21 chodzi na fitness. No do 21 co prawda brakowało jeszcze godzin trzech, ale ja miałam kolejną mieszankę wybuchową na włosach i już w zasadzie byłam przekonana o tym, że platyny to ja nie chcę i albo tniemy tak, jak poprzednio i kładziemy ten sam kolor, albo na obecną długość kładziemy kolor orzecha włoskiego, ale bałam się jeszcze to powiedzieć głośno, a kiedy na odwagę zebrałam się, bo kość ogonowa wchodziła mi już we wszystko, w co mogła, okazało się, że wyszła platyna. Tak po prostu niemalże wyszła. Ile to się człowiek nacierpieć musi...
No a blondynką być łatwo może i nie jest, ale jak lekko... A ślubnemu przeszło, bo wprawiony. Z resztą... klik

piątek, 17 kwietnia 2009

Imponujący ślad po obrączce...

    ... - zagadnęłam na powitanie prawieznajomego, z którym prawie przypadkowo spotkałam się dzisiaj.
Poza tym śladem, który był zaskakujący jako ślad i jako ślad, który w ogóle się pojawił, bo mam i miałam już dawniej dziwny talent do zawierania znajomości z facetami, którzy akurat tego kawałka metalu unikali dość zdecydowanie, wcale się nie zmienił. A kawa w jego towarzystwie smakowała tak, jak smakowała wtedy, kiedy piliśmy ją ostatnio... dawno temu. I tak, jak smakować powinna. Kawa. Ulubione nie ze wszystkimi znajomymi smakuje tak, jak powinno i nie ze wszystkimi lubię je pić. Kawa z niektórymi jest czasem nawet wygodniejsza... Ten sam cynizm, to samo poczucie humoru i nastroju. Ten sam uśmiech i ta sama gestykulacja, której pozornie nie ma. Chyba faktycznie każdy z nas ma w sobie zakodowany profil ludzi, których wybieramy na znajomych, znajomych bliższych i znajomych bardziej.
- Zdjąłeś ją przed chwilą, czy przed kilkoma chwilami? - Jestem dociekliwa? Nie... Raczej zainteresowana. Lubię wiedzieć tak zwyczajnie i po prostu, ale jeśli ktoś nie chce odpowiedzieć, szanuję to. A w pamięci już wieki temu dziwnie wyraźnie utkwił mi obraz kolegi ślubnego z roku, który bawił się z nami w Proximie na koncercie Tiltu. Ten akurat nie miał nic przeciwko obrączce na własnym palcu w bardzo młodym wieku, ale równie ochoczo ją zdjął zaraz po przekroczeniu progu klubu. "Po co wszystko odkrywać?" No ale właśnie w tym rzecz, że ona sama w sobie wygląda ładnie - ślad po niej już wygląda brzydko.
- Imponujący? Wy zawsze zostawiacie ślady. Niektóre są imponujące. Niektóre pozornie nie. - Taaak... i w tym względzie się nie zmienił. Podział na biel i czerń i niezliczone odcienie szarości. Szarość ma swoje zalety, to prawda. Wielokrotnie się o tym przekonałam na własnej skórze. Nie wszystko da się do bieli zaklasyfikować, nie wszystko od razu jest czarne... Ale biel i czerń jest wygodniejsza. Bezpieczniejsza. O tym też się przekonałam.
- A twoja nie zostawia śladu?

    ... zostawia. Wyraźny. Gładki. Biały. Szeroki. Lubię ten ślad.

                                  ***
    A teraz sączę ulubione i rozmawiam ze ślubnym. "Jak spotkanie?" na wstępie zabrzmiało co prawda patetycznie, zazdrośnie i pozornie bez zaciekawienia. A przecież on ma taki sam ślad. Nawet wyraźniejszy niż ja. Kiedy trzymam go za rękę, lubię czasem podważać ten rzekomy tylko kawałek metalu i patrzeć na wygładzony, biały kawałek skóry, który jest tylko mój. Może dlatego lubimy zostawiać ślady? Może faktycznie tylko niektóre są widoczne? Wiemy o tym oboje. Ale i oboje wiemy, że odrobina zazdrości dozowana od czasu do czasu ma swój urok.

    ... pyszne to ulubione dzisiaj... I sączy się leciutko, leciuteńko, niepostrzeżenie... Śladowo niemalże tak... I nie wisi już w powietrzu burza, a ono samo pozostało parne. Lubię takie wieczory klik

czwartek, 16 kwietnia 2009

w zwolnionym tempie

    Byłam dzisiaj z draniem na długim spacerze. W parku. Na drzewach są liście w całej okazałości! I kwiaty też są. Na tych owocowych. Są też kwiatki w trawie. Na trawę bowiem również zwracam ostatnio uwagę - zazwyczaj szukam w niej czarnego, skaczącego i szczekającego naszego cudaka. 
Odpoczywam. Jednak zwolnienie było potrzebne i draniowi i mnie... Wczoraj miałam odruch zerkania na zegar i myślenia, co robiłabym w tym momencie. Dzisiaj za to byłam poza zasięgiem zegara i poza zasięgiem telefonu. I było mi z tym bardzo dobrze.

niedziela, 12 kwietnia 2009

o szpitalu, coli, kąpieli i myśleniu wytężonym

    - Chyba pora zwolnić proszę panią - powiedziała pani doktor na pogotowiu ratunkowym, na które pognaliśmy z draniem.
"Dlaczego ludzie boją się używać Dopełniacza i tym Biernikiem tak szastają na prawo i lewo" - pomyślałam w pierwszej chwili. W drugiej zastanowiłam się, dlaczego mówi to do mnie, skoro to dranisko chore jest...

... a potem to już miałam kilka dni na zastanawianie się o tym i o owym i o tamtym też. Drań leżał bowiem półprzytomny pod kroplówkami, bo rotawirus zagnieździł się zbyt potężnie w jego organizmie, zbyt nagle i zbyt silnie go osłabił.
Zwłaszcza nocą miałam o czym myśleć, bo w nocy światło było gaszone i czytać nie mogłam, a spać mi się nie chciało. Jeść z resztą też nie. No i doszłam do wniosku, że jednak kawa mi do życia potrzebna nie jest. Z braku laku ponoć i kit dobry, więc bezkolizyjnie dała się ona zastąpić colą, którą to przemycać się dało - kawa była zakazana. Dziwne, że do tej pory nie lubiłam coli... Odgazowana trzymała mnie na nogach długo. Gazowanej nie piłam. Jakieś zboczenie mieć trzeba. Doszłam też do wniosku, że na krzesełku plastikowym da się bezboleśnie siedzieć przez dni kilka. Lepsze to nawet niż spanie na łóżku szpitalnym obok drania, bo od metalowej ramy bardzo bolało to miejsce, co już szlachetną nazwą pleców nie jest. A jakoś nie miałam tyle asertywności, aby drania przepchać dalej.

                                  ***
Jesteśmy już w domu. Drań wzmocniony bardzo i skowronka przypominający, ponieważ lekarze wczuli się bardzo w jego leczenie, a pielęgniarki "kochanie" do niego mówiły. "Kochanie" za to oglądał bajki na laptopie, jak już skupić się miał siłę, układał puzzle, słuchał "Chatki Puchatka" i robił miny. Kroplówka mu się spodobała, bo był dzięki niej ważny. Taaak... ponad 20 razy ważny był. A welfron to motylek. Taaaak... Ja za to przeczytałam ponownie sagę i opowiadania Sapkowskiego.
Zrobiliśmy sobie znaczy kilka dni dla siebie tylko... I wcale nie byłoby tak najgorzej. W zasadzie to nawet lepiej by było, gdyby naszego samnasam zgony w izolatkach obok nie zakłócały...

                                  ***

    Kąpiel z olejkiem jaśminowym już była. Ślubny obiecuje zaraz wymasować mi wszystko. Ciekawe... No i czytam właśnie, że wino czerwone sprzyja myśleniu. Hm... to jednak ulubionego teraz nie posączę. Nie chcę myśleć do rana...

... a jednak silna psychicznie to jestem. I stwierdzam z całą stanowczością, że koleżanka mówiąca, że jelitówka fajną chorobą jest, bo " masz problemy przez trzy dni, zwolnienie na tydzień i chudniesz 5 kg" myliła się bardzo... klik

niedziela, 5 kwietnia 2009

dźwięk

     W uśpioną i rozleniwioną ciszę mojego domu wdarł się dźwięk. Dźwięk i ruch. I rytm. Właśnie wtedy, kiedy obiecywałam sobie, że już nigdy więcej, ślubny przyniósł do domu sznaucera. Maleńkiego. Spisek z najszczęśliwszą uknuł. Drań pocieszył się szybciutko, bo i maluch przemiły. Mnie było trudniej się przemóc, ale tego chyba było mi trzeba. Spacery z rana są wspaniałe. Świat z innej perspektywy, niż okienna i bez kubka gorącej kawy wygląda nieco inaczej. No i ta kawa i ten kubek lepiej potem smakują. Przydały się również cichobiegi.
Pogoda dodała mi sił. Wreszcie. Chociaż wczoraj mogłam zbyt wyraźnie poczuć skurcz i rozkurcz serca. Wcześniej nie zauważałam tej funkcji owego. Śmieszne uczucie.
Pogoda cudna. Świat wygląda inaczej. Ludzie wyraźniej mówią. Chłód nie ziębi. No i znowu mogę gonić króliczka, a nie łapać go... :) klik

poniedziałek, 30 marca 2009

Popieprzone to wszystko i...

    ... niesprawiedliwe.
I ja i ślubny jakimiś ideałami się kierowaliśmy zawsze. Nie niszczyć, nie zabijać, nie szkodzić, nie zawadzać, uczciwie, samodzielnie, często pod prąd, czasami po bandzie. Wzięliśmy psiaka ze schroniska, bo to uratowanie jednego życia. Wzięliśmy najmniejszego i najbardziej zaniedbanego. Odżył. Cieszył się, przytulał, łasił, biegał, jadł. Był przesłodki. Był... bo był zbyt odwodniony. "Kupcie państwo mleko Nan w proszku i proszę mu podawać co trzy godziny tak, jak dostawał tu." Uwierzyliśmy. Jasne. Skóra i kości. Między biodrami a żebrami nie było nic. A jednak jadł co trzy godziny i lizał mnie po nosie i wtulał się, bo szukał ciepła. Najszczęśliwsza wczoraj rozcierała mu łapki, żeby poprawić krążenie i serduszko. Rodzic mój płci męskiej dmuchał na pyszczek, ja wstrzykiwałam glukozę, po którą ślubny jeździł. A jednak... Boli to bardzo. Półtorej doby mieliśmy psa, a jednak był to nasz psiak. Dlaczego mu nie było dane? A może jednak było mu dane, że ponad dobę był dla kogoś ważny i przez kogoś przytulany i zadbany.

Nie potrafię sobie ze sobą poradzić.

***

 - Znalazłem małe terierki. - ślubny próbuje... - Mają siedem tygodni i można je już zabrać od matki. Umówiłem nas na wieczór. Pani powiedziała, że są śliczne, zadbane i wypieszczone.

... no właśnie śliczne, zadbane, wypieszczone... Nie chcę.

sobota, 28 marca 2009

Mamy psa!

    Od dzisiaj. Tak wyszło ogromnym zbiegiem okoliczności, który nas w okolice schroniska zagnał. Psiak ma pięć tygodni i postawił na głowie nasz świat. Biega za draniem, merda śmiesznie ogonem i przytula się do ślubnego, a mnie rozczula. Koty ostentacyjnie pogniewały się na nas, Duduś nie wychodzi z klatki i broni co jego, a psiak zaanektował koszyk kotów i nie ogarnia jeszcze całego mieszkania, chociaż drogę do naszego łózka znalazł bezbłędnie i nawet sprawdził miękkość pierzynki. Oczywiście wszyscy uznali, że  zwariowaliśmy. My natomiast mamy dylemat - Bas czy Keks. A może Melon? Drań chce Lulusia. Ślubny się na Lulusia nie zgadza - właściwie to nawet wiem, dlaczego.
- Prawda, że go uratowaliśmy? - zapytał Drań usypiając...

wtorek, 24 marca 2009

złote rady glazurnika

    - Ojej... ale się pani przykurzyła - powiedział macher wskazując na mój czarny flauszowy kubraczek, kiedy wychodziłam z domu pokonując osiadający nadal pył i złorzecząc na zabrudzoną wykładzinę w przedpokoju. Prawdopodobnie musiałam rzucić przez ramię coś na temat tego, że wykładziny to ja do ładu już nie doprowadzę, ponieważ właśnie wtedy, kiedy to już na klatce schodowej chusteczką higieniczną wycierałam pył z rączki parasola, usłyszałam, jak macher sugeruje, że ma kogoś profesjonalnego do cyklinowania podłóg i zapytał zażenowany, wyłażąc za mną na tę klatkę, po co to właściwie parkiet wykładzinami przykrywam. Ręce mi opadły równocześnie z chęcią dywagowania, tym bardziej, że godzina motywowała mnie do szybszego udania się w kierunku placówki oświatowej szkołą nazwanej.
Ponoć wszyscy specjaliści czmychnęli za granicę, a mnie sami perfekcyjni się trafiają! Normalnie niewiarygodne... Szczęściara ze mnie. Ślubny też się cieszy... Taaak... właśnie z tej radości sobie piwo otworzył... klik

poniedziałek, 23 marca 2009

remont łazienki...

    ... czyli pani wraca do normy. No bo jakby nie było dawno pani nie narozrabiała. No to teraz to mamy wesoło. Oj tak. Zwłaszcza ślubny się cieszy. Aż widzę radość na jego twarzy. Normalnie uśmiecha się do mnie całym sobą, żeby przypadkiem nie dopuścić do dywagacji moich spowodowanych mimiką jego. No bo przyszedł sąsiad i mówi, że go zalewamy. Pomyślałam sobie, co sobie pomyślałam i sprawę zostawiłam ślubnemu. On siłą swojego spokoju pokona nawet stoika, więc w trudnych sprawach mediacyjnych jest moją prawą ręką. Potem zaś przyszedł teść mój drogi i razem ze ślubnym skuli część ściany i spiłowali kilka desek w tejże. Taaaak... pani ma w ścianie i deski i trzcinę i trochę cementu z piachem też pani ma. Jak to się ponad sto lat trzymało, to ja już nie wiem, ale jakoś musiało, a potem my się wprowadziliśmy... No i jak już mi popsuli ścianę, to coś porobili, a potem załatali i okazało się, że ja to siłą spokoju nie jestem, zwłaszcza wtedy, kiedy silikon leży źle i nieładnie, a ślubny twierdzi, że teść mój drogi uważa, że tak jest dobrze. No tego to ja znieść nie zniesę. Mąż mój własny i osobisty ma się wszak słuchać mnie i jak ja mówię, że jest brzydko, to on jedynie wtórować może. Ale co ja się będę kłócić i dywagować... Toż wystarczy do najszczęśliwszej zadzwonić i powiedzieć, że silikon spartolony, a na drugi dzień pojawia się macher. Ba! macher opłacony i pełen zapału do pracy. Pogrzebał w ścianie, walnął młotkiem w glazurę na oślep i stwierdził, że kupić trzeba to i to i tamto też i jeszcze owo. Ślubny nabył, wtaszczył i czekaliśmy... od czwartku. Wczoraj wszystko pochowałam, westchnęłam i przełknęłam kilka inwektyw. Ale! no jaka to ja sprawcza, albo niesprawiedliwa... dzisiaj bowiem przed siódmą przyszedł macher. Przyszedł, rozwalił wszystko, co się dało, wydobył dechy na wierzch, kazał kupić płyty karton-gips i zostawił pobojowisko. No i łazienkę mam, proszę ja Was, z nazwy i w chęci posiadania. Jestem nawet przy nadziei, że macher jutro przyjdzie... Nie wiem tylko, co winna mu była podłoga... Ślubny coś tam w prawdzie przebąkuje, że dobrze, że futrynę i drzwi zostawił, ale ja się aż tak nie cieszę, wychodząc bowiem do szkoły w tumanie kurzu siwego, rzuciłam nieopatrznie w przestrzeń, że widzę teraz możliwości manewru z drzwiami i resztą. Pan powymierzał i stwierdził, że to jest myśl. Kreatywny taki znaczy jest. Przedpokój według niego też można zmniejszyć. Ale jakby co, to ja o niczym nie wiem. A poza tym przy okazji to już wiem, co mi pachniało nie tak, jak należy: pachniały deski! A teraz pachnieć już nie będą. O! są i dobre strony tego, co u nas obecnie jest, a raczej czego nie ma. No i jak to ślubny powiedział: mam nadzieję, że tym razem silikon będzie położony dobrze, cobym się nie wkurzyła po raz wtóry... klik

niedziela, 22 marca 2009

myśli

     Nie potrafię ostatnio zebrać myśli. Niby mam ich tysiące, niby potrafię mówić o wielu rzeczach, prowadzę lekcje na poziomie zadowalającym mnie samą, dywaguję na tematy trudne i abstrakcyjne, piszę, czytam, a przestaję umieć mówić o emocjach własnych. Jakie one są? Pokręcone jak i ja sama. Nie potrafię zebrać ich i posegregować.Przestaję umieć je odróżniać. Ktoś mi poradził, abym nie unikała kontaktu z nimi, ale szukała sposobów ich realizacji. Realizować emocje? To przecież karkołomne. A jednak wydaje się miłe. Wiem, że takie uzewnętrznione wydają się zupełnie innymi niż wtedy, kiedy gryzą od środka. Co mnie gryzie? Nie wiem. Chyba ten pewien rodzaj stagnacji osadzony w artystycznym nieładzie...

czwartek, 19 marca 2009

o IQ i o znaczku z blondem w tle...

    Panią coś inteligencja ściga i nie odpuszcza. Wczoraj błysnęłam na radzie, dzisiaj natomiast miałam szkolenie na temat inteligencji nabytej i wykonawczej. Ciekawe szkolenie. Poważnie. Nie nudziłam się. Nawet robiłam notatki i zadawałam pytania. Taaaak... pytań to ja właściwie nadwyraz dużo zadaję, odkąd mówić się nauczyłam. Chociaż znacząco mniej ich niż słowotoków i zwykłych wypowiedzi, tudzież dywagacji, monologów, rozważań etc., więc wszyscy muszą przywyknąć, chcą czy nie chcą. Aśka - na przykład - wczoraj przyjechała, spotkałyśmy się i ona tak nieopatrznie spytała, co słychać u mnie. No skoro pyta, to usłyszała o szkole, o książkach, o wydawnictwie, o katarze z zeszłego tygodnia i o kolorach ścian i terakoty i jeszcze kilku mniejszych czy większych sprawach, intymniach i innych, bo przecież nie powiem zwykłego "w porządku". Bo co to "w porządku" oznacza, albo takie bezduszne "ok"? No właśnie... ale ona mnie zna lat wiele, więc chyba przywykła... Rada pedagogiczna jeszcze przywyka... Ale czemu mam nie pytać, skoro szkolić się mam? No i właśnie: o tej i o tamtej inteligencji było, wracam do domu, włączam komputer, a tu mi wyskakuje informacja na stronie głównej, jaki to ma IQ Doda. No ja tam nie wiem, czy emocjonalną inteligencję jej do średniej wzięli (tu nie wnikam, chociaż wątpię), ale mówię: nie! skoro ona ma, to ja też. Dawaj klik na to IQ i jadę po pytaniach, zerkając na czas, który ucieka. Klikam, pykam, ślubnego odganiam, który zerka, bo mówię, że to szczerze ma być i niech mnie nie rozprasza, do trzech chciałam wrócić potem, a czas leci, pykam, bach się wzięło i podsumowało po osiemnastym pytaniu i zostałam jak ta głupia z miną ciekawą, bo myślałam, że jeszcze ze trzydzieści dwa pytania siepnę. A tu nie. Osiemnaście i wynik. No to mówię do ślubnego patrz ty, bo ja się stresuję. On patrzy i czyta - no jak nic dużo powyżej przeciętnej, wręcz wysoką nawet nazwana została, chociaż do tej dodowej to mi trochę brakło i może nie jest to wiadomość taka bardzo zła.
Tak więc inteligentna i zadowolona myślę sobie, że przy okazji to i pocztę sprawdzę. Sprawdzam, trzecia nominacja do kreativ bloggera. Hm... lubią mnie czy co? Toż to dzień dobroci dla mnie jak nic, ale i znak, że migać się od znaczka dłużej nie można, jak już z trzech stron osaczonam jest. Gapię się zatem na obrazek ów i klikam "kopiuj" i jak nic nie wiem, co dalej. Wiem za to, gdzie ślubny, to wołam męża własnego i osobistego i bez żenady najmniejszej mówię, że zrobić się tego nie da, więc niech on to zrobi... Popatrzył, pocałował i pyta, czy na teście to ja aby nie ściągałam... No tak... proste jak drut i oczywiste. Brąz mi się zmywa chyba, ponieważ blondynka nabyta ostatnio intensywnie i na każdym kroku wyłazi ze mnie... Mówię jej czasem, żeby cicho siedziała, a ta gada i gada i to takie rzeczy czasem, że aż mi wstyd... klik

A zatem...

1. Znaczek wygląda tak:

 

2. Sugerujące, że na niego zasłużyłam to: Genevieve, Nuta i Zielona (której rss nadal nie mogę znaleźć)

3. Nominowane przeze mnie to hm...
I tu się problem pojawi, ponieważ liczba ofiar musi być ograniczona. No to ja tak nie chcę i proponuję według linków moich...

środa, 18 marca 2009

Mark Twain i ja

    Rada pedagogiczna. Siedzimy. Nastroje kawy mocnej żądające. Każdy z miną marsową, jak na poważnych belfrów przystało. Za oknami zbiegające się chmury niemalże burzowe i wichura. Do scenerii wilków jedynie brakuje... W pokoju również. Siedzimy. Czwartą godzinę siedzimy. Ustalamy. Udajemy, że jeszcze myślimy. Nagle zaczyna komuś dzwonić telefon. Dzwoni. Jak dzwoni, niech dzwoni - co mnie to? Ale dzwoni i dzwoni. Wszyscy zamilkli. Dzwoni. Obok mnie w dodatku dzwoni... Nikt się nie przyznaje. Co za matoł - myślę sobie zirytowana nietaktem ciała pedagogicznego któregoś - nie dość, że dźwięków nie wyłączy, to nie odbiera jeszcze - i wtedy uświadamiam sobie, że to z mojej torby przepastnej dzwoni.
Wzięłam zatem wyjęłam, wyłączyłam i jak ta głupia mówię, że przepraszam, ale to nie mój telefon jest, więc nie reagowałam...

Taaak... jak to Twain powiedział: lepiej milczeć i sprawiać wrażenie idioty, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości, ale przecież ponoć śmiech to zdrowie...

A ślubny tak zapewniał, że ten telefon jest nie do zdarcia. Tłumaczył, że klapki na pewno nie urwę i że dzwonić będę z niego równie często, jak z poprzedniego. Twierdził nawet, że o ile tamten był wstrząsoodporny i kurzoodporny i makeupoodporny i w ogóle na mnie odporny, to ten też będzie odporny. No? No to czemu nie powiedział, że on dzwoni inaczej, ha...? klik

niedziela, 15 marca 2009

kraina chichów i rzut okiem na rzeczywistość wokół

   Odpoczywam. Tak trochę beztrosko, a trochę absurdalnie. Wdepnęłam kilka dni temu w "Krainę chichów" i pozwoliłam autorowi tejże bawić się bezkarnie moją intuicją i poczuciem estetyki. Wdepnęłam i wyjść jeszcze nie potrafię, bo w sumie to niezłe wyjście awaryjne i dobrze mi z nim, kiedy patrzę na świat wokół. A jeszcze równolegle do lektury, dałam się klasie wyciągnąć na "Pamiętnik narkomanki". Monodram. Rewelacyjny. Ja byłam zadowolona, że poszliśmy, oni jednak połowy nie pojęli. O ile spraw trzeba się otrzeć, żeby je zrozumieć? Czy nie można kogoś nauczyć, nie poruszając kwestii doświadczenia? Stałam się (absurdalnie - nomen omen) w jednej minucie starsza o całe stulecia i doświadczeniem napiętnowana, a ja po prostu (niekoniecznie z autopsji) wiem, co to szpitalny oddział neurologii, co to widok osoby uzależnionej i jak trudno wniknąć w psychikę własną. Absurd. Wolałabym tego nie wiedzieć. Czy wtedy byłabym tym samym człowiekiem? Czy tylko te traumatyczne przeżycia świadczą o naszej wrażliwości i estetyce? Piesek jest ładny, dopóki nie przejedzie go samochód. Potem jest brzydki? Wiem, że okropne porównanie, ale akurat takie mi do głowy przyszło. W ogóle to wiele dziwnych rzeczy mi do głowy ostatnio przychodzi. Chociażby próba odpowiedzi na stwierdzenie pani z biblioteki, że jedyną czytającą polonistką w szkole jestem. Zastanawiam się również jak można własne dziecko siekierą zabić, ewentualnie zadusić zaraz po urodzeniu. Taaak... w sumie kraina chichów wiadomościom bieżącym do pięt nie dorasta, a jednak ruszyła mnie. Może dlatego, że język pisany to i niejako bardziej poprawny i bez wulgaryzmów. No tak... Ale już na pewno nie trzeba być humanistką, czytającą, świeżo po lekturze książki dziwnej, aby się zastanawiać, dlaczego spod drzwi sąsiadów od rana wypływa woda, a oni na to nie reagują. Nie reagują i już. Remontują. Ponoć to normalne u nich. No nieźle. Mam tylko nadzieję, że ogrzewają używając pieca. Kończę, bo się zakręcam i rozkręcam... Wyłączam telewizor, idę po zieloną herbatę i wrzucam na ruszt "Dziecko Noego" Emmanuela Schmitta. Może po niej świat będzie normalniejszy. Albo moja estetyka wróci na dawne tory, które może niekoniecznie normalnymi były.

sobota, 14 marca 2009

o spodniach, emocjach, ulubionym i ślubnym co się zdziwił

    Pani postanowiła dzisiaj uprać swoje czarne spodnie, których od jesieni nie nosiła, żeby je odświeżyć zanim cztery litery obcisną. Włożyłam je do pralki (spodnie oczywiście) i wtedy to właśnie okazało się, że niezmiernie marnie w niej wyglądają. Jedyną radą było zatem coś dorzucić. Drań, skarbnicą rzeczy do prania będący, czarnych ubrań nie nosi, więc jedyna nadzieja w ślubnym pozostała. Idę zatem do męża własnego i osobistego i mówię mu: zdejmuj spodnie, bo coś do pralki potrzebuję. Ślubny się popatrzył ubawiony, ale ponieważ ton mojego głosu był nad wyraz kategoryczny, zaczął pas do spodni rozpinać. No i wtedy pani pomyślała, że na sobie bluzkę czarną ma. A skoro czarna, to dwie pieczenie na jednym ogniu i ją również dorzucić można, chociaż wagi zbytnio to nie zwiększy, bo już dzięki spodniom ślubnego pralka helikoptera przypominać nie ma prawa. No ale bluzkę zdjąć najpierw trzeba. Ile w tym roboty? Ano nic. Wziąć i zdjąć. Biorę zatem brzeg bluzki i przez głowę ją. Patrzę na ślubnego, a ten gapi się tak jakoś i pyta w dodatku, czy mi aby na pewno o pranie chodzi. Normalnie dziwny on. No jak nie o pranie, jak mówiłam, że o pranie? A poza tym, czemu niby o innego coś, jak Gladiator w telewizji? No ja rozumiem, gladiator gladiatorowi może i nierówny, ale tego to akurat lubię, więc poszłam pranie wstawić, ślubnego zostawiłam jak słup soli z domysłami i jeszcze kolację zrobiłam.

Pranie skończone, film również, ser pleśniowy smakuje wybornie z ulubionym. Lubię, kiedy książka albo film wywołują we mnie emocje. Hm... ano właśnie. Tych ci u mnie nie brak ostatnio.