sobota, 5 grudnia 2009

prawie, czyli moje pobliże

   Obcasy moje stukają głośno po nieośnieżonych chodnikach, chociaż już grudzień jest. Ale obcasy stukają również i po śliskiej posadzce muzeum i miękkiej wykładzinie atelier teatru. Głośno i miarowo. Znowu zbiegam schodami i wychodzę i w mglisty poranek i ciemny, ciepły wieczór. Trochę zawieszona pomiędzy jesienią i wiosną a początkiem zimy. Zimy? Ulubione wróciło z wyraźną goryczką. Właściwy rytm dnia wrócił również. Wrócił i nadmiar zajęć poza obowiązkowych, a jednak bardziej jakby ważnych i miłych. Wróciła migrena prawie nad ranem pod zmęczonymi powiekami. Wróciła czekolada i Julki. Wróciłam jakby ja sprzed wieku. A może dwóch?
Wszystko stało się jakby bardziej namacalne, a na pewno prawie możliwe. Ślubny przytula mnie mocno i kreśli plany na kolejnym arkuszu w programie. Ja słucham pozornie. Wolę patrzeć. Na niego. Kiedy kawa mocna rozpływa się we mnie i trzyma w pobliżu realności. Pobliża są wspaniałe, bo jednak nieco nierealne. klik

sobota, 21 listopada 2009

pół na pół

   - Dlaczego chłopczyku zrobiłeś kupę w majtki? - zapytał ku naszemu zdziwieniu drań absolutnie nic nieprzejętego równolatka z drugiej grupy, a w jego głosie było tyle ciekawości, co empatii.
- Niechcący - odpowiedział stojący tuż przy szatni na baczność chłopczyk, czekający, aż panie postanowią coś w jego sprawie.
A sprawa istotnie... gówniana była. Ale i takie wszak bywają.
Nie zwolniłam, ale uważam bardziej. Głowę już zadzieram do góry, dzisiaj włożyłam obcasy. Świat z chusteczką i strachem ma jednak też swój urok. Zwłaszcza kiedy i jedno, i drugie można schować do kieszeni, a resztę potraktować mniej poważnie. Mogę nawet stanowczo orzec, że w powiatowym lekarzy jest dużo, a nawet więcej, a ja prawdopodobnie mam więcej szczęścia niż rozumu. Ale co ja dywagować będę...? Toż się cieszyć trzeba i tyle. Ślubny się cieszy. Ja jednak o tym rozumie myślę trochę... Wieczorami piję wytrawne ulubione i odpoczywam. Piece huczą i buczą. Odkopałam spod sterty płyt Ewę Demarczyk. Czytam. Rano co prawda obrok z lekami na pyszczydło muszę zarzucić, ale nikt mi nie zarzuca już, że nie dbam o to i owo. Hm... Jakie to proste... No ale... 
" - Popatrz - mówi w parku jeden staruszek do drugiego - jak ta młodzież ma  ciężko w tym kryzysie... Jednego papierosa na pięciu muszą palić...
- No, ale dzielne chłopaki! - odpowiada drugi - Mimo wszystko się śmieją". klik

środa, 11 listopada 2009

takie nic

    "Kobieta twarda musi być. Jak kamień. Nawet jeśli płacze..." - mówiła moja chrzestna - "I zawsze jak dama, nawet jeśli to tylko pozory..."
Płaczę. Jestem twarda jak kamień. Łzy łykam szybko, żeby nikt ich nie zdążył zobaczyć. Krwi równie szybko połknąć nie potrafię. Znaczy mi nos, usta, brodę. Spływa czasem na piersi i czerwieni wzorkiem ubrania. Wyznacza moje kroki każdego dnia.
Tik-tak, tik-tak- tik-kap... Jakie to proste.
Ręce opadły mi razem ze skrzydłami. klik

...

    Świat mam na wyciągnięcie ręki. Mąż mój własny i osobisty tę rękę bierze, ilekroć ją wyciągnę. I nawet jeśli asany musiałam razem z matą zamknąć w szafie, dobrze mi. Wieczorami świat wiruje pod powiekami. Czasem kanty łagodnieją. Odpoczywam. Dużo śpię. Jeszcze więcej czytam. Rano zaczynam bieg ponad siły, wieczorami zapadam w twardość materaca i zapach drzewa herbacianego. Świat stanął na głowie, głowa natomiast musi być w górze. Patrzenie w dół kosztuje.

niedziela, 1 listopada 2009

Mi dance makabre

    Mi przeciągnęła się stanowczo i wciąż nie otwierając oczu naciągnęła ciepłą pierzynkę pod sam nos a twarz wtuliła w poduszkę. Było ciepło i miło. Oknem nie wpływały jeszcze promienie słońca, ale wpływać nie mogły, ponieważ tego dnia słońce schowało się za gęstą warstwą chmur i chmurzysk. Miło było Mi wrócić do tego, co przed chwilą jeszcze działo się w jej podświadomości i nieświadomości. Zwłaszcza ta nieświadomość niosła pozytywne i optymistyczne wizje...
- Posuń się, bo mi niewygodnie - powiedziała panna Ś z obrzydliwie niewyraźnym makijażem na bladej, ale pełnej i gładkiej twarzy.
Mi otworzyła oczy i zdziwiona przyjrzała się gościowi.
- No?? I jak ci się spało? - z jednym z chytrych uśmieszków na umalowanych jarzębinowego koloru szminką ustach panna Ś bardziej stwierdzała  niż pytała - Dziwne... ten dzień, a ty spałaś spokojnie, nie mówiłaś przez sen, nie miałaś szybszego tętna i na dodatek uśmiechałaś się beztrosko.
- Uhm... - zamruczała Mi - spało mi się dobrze. DOBRZE! I jazda z mojego łóżka, bo mdli mnie od twoich perfum. Mówił ci już ktoś, że są tak potwornie słodkie, że aż chce się od nich rzy...
- Spokojnie i bez brzydkich słów Mi... - znowu paskudnie uśmiechnęła się Ś - tak ich przecież nie lubisz... No i widzisz kategoryzujesz tak bardzo, że mnie też mdli. Twoje łóżko, twoje życie, twój świat, twoje, twoje, wszystko twoje!
- Uhm... tu się muszę z tobą zgodzić: moje - Mi podciągnęła pierzynkę i poprawiła sobie poduszkę - Po co przylazłaś? Masz jakiś szczególny powód, czy tylko chciałaś mi zakomunikować, że mój sen cię rozczarował?
- A ciebie nie? Zawsze wszyscy tłumnie ci się śnili, zawsze płakałaś, zawsze przeżywałaś, zawsze była wokół ciebie pustka i bałaś się zimna, a nie mogłaś się obudzić i poprosić, aby Troskliwy do rana nie gasił lampki i obejmował ciebie mocno. Ale zawsze czekałaś na ten sen. Nie dziwi cię to? - Ś poprawiła fałdę spódnicy, założyła nogę na nogę i zaciągnęła się papierosem.
- No nie! tego to już za wiele! Przychodzisz z rana, dywagujesz i palisz bez pozwolenia - Mi zaczęła dym odganiać od siebie szybkimi machnięciami dłoni.
- Taaa... bez pozwolenia, co? to jeszcze bardziej ciebie wkurza niż sam dym. Dym jest miły moja miła. Dym zasłania, dym oczyszcza, dym ma smak i zapach. Dym nie jest taki bezsensowny, jak większość uważa.
- Dym może i tak... ale palenie jest obrzydliwe.
Panna Ś zaśmiała się i wydmuchała kolejny kłąb dymu w nos Mi. Oblizała dolną wargę i długimi, bardzo delikatnymi palcami najpiękniejszej kobiecej dłoni, na której lśniły pierścionki z ogromnymi oczkami o żywych odcieniach, poprawiła pukiel włosów, który spadał jej niesfornie na policzek.
- Obrzydliwe, obrzydliwe - Ś zaczęła śmiejąc się przestrzegać Mi - a kto twierdzi, że wiedzie żywot hedonisty? No ale moja droga, tu muszę ci złożyć ukłon: trudno było znaleźć hak na ciebie, bo w tym uwielbieniu tego, co twoje, uważasz bardzo i najpierw próbujesz, a potem podejmujesz decyzję. Zwykle rozsądną... - Ś skrzywiła się z niesmakiem i lekką irytacją. Mi się zaśmiała.
- Takie wielkie słowa? No proszę... Ś też można zirytować. Kto by pomyślał? Ostoja cierpliwości...
- Mylisz się bardziej niż bardzo - Ś przybliżyła ogromne oczy do twarzy Mi i skandując słowa powiedziała - jestem spokojna i opanowana, jestem też szybka i nierozważna, ale zawsze jestem.
- Jesteś, jesteś, temu nie zaprzeczam. Panoszysz się i zbierasz pochwały. Piszą o tobie wszyscy i popełniają kolejne błędy, a ty je bierzesz za uwielbienia. Powiedz jeszcze, że dobra jesteś. - Mi ziewnęła i zniecierpliwiona zaczęła śledzić wzorek na kołdrze.
- A może nie jestem dobra? Jestem nawet czasem najlepszym wyjściem. - Ś zaczęła obracać w palcach drugi papieros, ale przyjrzała mu się krytycznie i schowała do papierośnicy. - Czas na mnie.
- Na mnie nie. Chcę dzisiaj odpocząć.
Ś zaśmiała się perliście i zaczęła poprawiać długie czarne kozaki.
- Taaak... ty wiesz wszystko. Jaka ty byłaś oczytana i świadoma: odchodzenie od wiatru i chłodnego dotyku prześcieradła, tak lekko ubyć z zapachu, z barwy i wcale nie patetycznie. Wiesz jak mnie wtedy drażniłaś mądralo? Tym brakiem uczuć i emocji? - W głosie Ś zaczęły pojawiać się nuty jeszcze większego zniecierpliwienia, Mi patrzyła na nią bez strachu i z lekką już odrazą, podobną do tej, z jaką patrzy się na gościa, który pojawił się bez zapowiedzi i znacząco przeciąga moment wyjścia, chociaż stoi przy samych drzwiach. - Ale mylisz się, moja ty opanowana - Ś uśmiechnęła się serdecznie i Mi pomyślała, że w gruncie rzeczy jest to piękna kobieta, tylko tak jakoś nienaturalnie blada - mylisz się i to bardzo, jestem cierpliwa, ale nie podła, nie szukałam haka, sama go stworzyłaś: można ubyć lekko i z barwy, odejść nawet od uważnych jego oczu, ale wtedy, gdy są to uważne oczy dziecka, lekkość staje się ciężarem... - Mi przełknęła ślinę i poczuła, że okolica serca drętwieje i drga, a prawa pacha i pierś bolą jeszcze bardziej. Ś przyjrzała się jej uważnie i wychodząc przesłała pocałunek na dłoni - Trzymaj się cieplutko zatem i pamiętaj, że na mnie zawsze możesz liczyć.
- Wiem - Mi opanowała brzmienie głosu - ale dzisiaj daj mi do cholery odpocząć. I pamiętaj, że ja wiem, a to zmienia perspektywę. - Mi położyła się, zamknęła oczy i próbowała zebrać myśli, ale słyszała wyraźnie perlisty śmiech rozbawionej Ś dochodzący już z klatki schodowej. Nagle śmiech na chwilę przycichł.
- Jak nic zapala papierosa - pomyślała Mi - nie dba o siebie dziewczyna i nie chce tego przyjąć do wiadomości. A ostatnio też I trochę schudła... 

    Mi postanowiła wstać. Chłodny dotyk podłogi w kuchni i odgłos bosych stóp na parkiecie przedpokoju urealniał ją tu i teraz. Zaparzyła kawę w ogromnej filiżance. Włączyła radio. Upewniła się, że Ono śpi spokojnie w swoim pokoiku, a Troskliwy nie obudził się jeszcze. Na powrót ułożyła się wygodnie w łóżku, wzięła do ręki książkę o spadających aniołach i wszystko wróciło do normy. Pozostał tylko ten dziwny lęk w sercu Mi i świadomość, że Ś nie myliła się w swojej ocenie sytuacji.

sobota, 24 października 2009

łamiąc konwencje nawet w kliku

   Tygodnie mijają szybciej, niż jestem w stanie je myślami ogarnąć. Zaczynam poniedziałek szybkim prysznicem gorącym i gorącą kawą prawie pod strumieniem wody, a potem to już tylko szybki bieg. Zatrzymuję się jedynie przy draniu. Nie obchodzą mnie wtedy gablotka, koło, złamany obcas. Co znaczy bowiem jeden obcas? Wielkie nic. Nawet jeśli był jednym z ulubionych. Na usta wróciła szminka. Karminowa. A miała nigdy nie wrócić. Hm... Powroty, powroty, powroty. Toruń jest przepiękny. Ślubny jest wkurzony. Drań był chory. Ja jestem... nie, nie jestem zmęczona. Raczej mam świadomość, że nie potrafię odpocząć. Nie potrafię i już. I nie chcę. Wrócił i teatr. Późno kończy się niestety to czytanie stolikowe, które śledzić uwielbiam, a które dzieciaki uwielbiły również. A ja chłonę wszystko jak jamochłon i do życia wystarcza mi gwar i kawa. Hektolitry kawy. Czasem tylko zastanawiam się, jak to jest, że kiedy wydaje mi się, że już więcej z siebie dać nie mogę, okazuje się w momencie, że jestem w stanie się jeszcze bardziej rozmienić, wymienić, zamienić, zmienić? Okazuje się wtedy również, że z migreną da się żyć. Ba! da się ją zepchnąć w nieświadomość, jeśli trzeba. Ale ta moja jest akurat diagnozowana. Jakoś tak wyszło... Dzisiaj nabyłam spodnie. Czarne. Powroty? Z haftowanym paskiem. Włosy odrosły już i wyznaczają jaśniejszymi paskami upływ czasu. Upływ czasu... Ano właśnie. Kombinuję, co z nimi zrobić. Pierwsza decyzja zapadła - ogród jest piękny, ale za daleki. Moje centrum jest więc póki co moje i wieczorem mogę patrzeć na wszystkie jego barwy, które po zmroku przykrywają cały nieład i brak logiki. Zapach węgla, czerwone hydranty i dźwięk obcasów odbijających się od zmarzniętych kostek koją moje zmęczenie jeszcze zanim wejdę do domu. Łamię konwencje. Ślubny zaciska zęby. Za to go kocham. On to wie. klik

sobota, 10 października 2009

w gorsecie, ale chwilowym

    Już wszystko dopięłam, zapięłam i zasznurowałam tak na wszelki wypadek. Dziś. Niech się dzieje, co się dziać ma... A ja właśnie oddycham. Tydzień temu widziałam babie lato. A może to było już dwa tygodnie temu? Czas minął mi w sposób niekontrolowany zupełnie. Zrobiliśmy kolejne plany. Oglądaliśmy nawet to, co zaplanowaliśmy. Kolorowe. Ładne. Zbyt małe. I dalekie potwornie. A może to ja za bardzo lubię mój środek powiatowego? Nawet jeśli pada deszcz i znowu na skrzyżowaniu obok był wypadek? Ogród jest ogromny. I niepokorny taki. Daleko... A kule latarni ocieplają niebo swoją barwą i pięknie odbijają się w platanach pod moim balkonem.
A poza tym lubię jesień. Zbieram z draniem kasztany. Będziemy robić ludziki, malinówki smakują jesiennie i słodko, a orzechy są jeszcze soczyste i makabrycznie brudzą mi dłonie.
    Wpadłam w zbyt ostry zakręt. Chyba nie wyrabiam. Oczy zamykają mi się same wieczorami właśnie wtedy, gdy ból głowy przechodzi w ćmienie. Decyzje... To tu, czy tamto tam? Co wolę? Nic. Nie wiem. Chyba. Szkoda, że babie lato pojawiło mi się w myślach już jako tylko odległy kadr. Po co ja tyle wzięłam na siebie? Łatwiej iść z prądem... Ale to nie daje satysfakcji. Poza tym... poza tym piec mile zaczyna pachnąć i ocieplać powietrze. Pająk ucieka na chybotliwych nogach na mój widok, rodzic płci męskiej pisze do mnie maile, świat stanął na głowie... a ja piszę, żeby pisać, ale zawile na tyle, żeby nie powiedzieć zbyt wiele.  Ale tak to jest, kiedy się światy stwarza, a przy okazji tworzy jesień nie mając czasu na tę za oknem.
Ulubione czerwieni się obok opowiadań Poego. Od wczoraj miałam być w Toruniu. Dopiero dzisiaj rozpakowałam torbę, ponieważ wczoraj drań nie wypuszczał mnie z objęć małych ramionek. Miałam się doszkolić, złapać oddech i odpocząć. Odpoczywam zatem przy cieplutkim oddechu dziecka i jego tysiącu opowiadań. Dobry wybór. W sumie znam Toruń... A drania poznaję każdego dnia. Czas mi płynie zdecydowanie zbyt szybko... klik

piątek, 18 września 2009

nowa perspektywa

    Obcięłam włosy. Są znowu idealnie krótkie. Nigdy nie myślałam, że na taką długość się odważę, a jednak po pierwszym cięciu każde następne jest bardziej... Kolor zmienił się na intensywnie kasztanowy połączony z fioletem. Podoba mi się. Znowu mam i cień na powiekach. Mocny. Brązowy. Długość wymusza. Brwi zostały delikatne. Jest tak, jak być powinno. Bawię się intensywnymi kolorami. Łączę i plączę. Kolory. Lubię to od niedawna. Zbyt długo  byłam czarna. Ulubione smakuje goryczką. Odpoczywam. Skóra drga mi leciutko i znowu mogę światy stwarzać. Stwarzam. Bardzo intensywnie. A jeśli się czegoś chce tak bardzo, bardzo i aż do bólu prawdziwie i to ma się okazję spełnić i chce się tego jeszcze bardziej i przestaje to być tylko marzeniem? Ja tak bardzo chcę... Sączę i myślę. Ślubny się uśmiecha tylko i przytulając mnie mówi, abym czarowała myślami, to się uda. Może... Boję się pomyśleć, że nie... Bardziej się boję, że tak... Czaruję. Sączę. Zdecydowanym ruchem dłoni mierzwię włosy, które poddają się pozornie i delikatnie wyślizgują się spod kciuka. Dobrze mi. Stwarzam światy... Buduję kolejne... Trzymam kciuki, żeby się udało światu mnie zaskoczyć pozytywnie... "Ładnie ci w tych kolorach i tak się zmieniłaś się" powiedziała dzisiaj droga, kiedy już zbiegałam po schodach. Chyba tak... Taka mała szczerość za szczerość. I te zmiany. Ona już wie, że i ja się nie cofam. To dobrze... Zaczęłyśmy nawiązywać do sedna. Od czegoś trzeba zacząć. To dobrze... Zaczynam... zaczynamy... marzę... marzymy... planuję... czaruję... boję się... chcę. I nawet wiem, jak bardzo. A to stwarza perspektywę... klik

niedziela, 13 września 2009

sporty ekstremalne z pozycji machacza

- Czy wszyscy znają zabawę w berka? - zawołał trener.
- Taaaaaaaaaak - odkrzyknęły maluchy, które zebrały się po raz pierwszy na murawie chcąc grać w piłkę nożną, a kiedy na ich gromkie potwierdzenie zabrzmiał gwizdek, berek z pomarańczową pałeczką zaczął biec, ile sił w czteroletnich nogach, a za nim reszta maluchów znająca przecież zasady gry. Myślałam, że to już wtedy trener zacznie walić głową w mur, ale chłopak okazał się być dzielnym. A może to tylko dlatego, że nie było muru w pobliżu?
- Widzę, że nie macie w przedszkolu gier i zabaw ruchowych - nie poddawał się usilnie.
- Nie, ale ja mam gry na komputerze - odkrzyknął Marcel z końca rocznika 2005, którego trener uparcie Marcinem nazywa, bo nie może z jego seplenienia wyłapać właściwych głosek, a reszta drużyny zapatrzona w trenera potwierdziła skwapliwie, że i oni mają komputery, a na nich gry. A potem było jeszcze ciekawiej. Taaak...
    ... drań od tego roku polubił sporty ekstremalne dla trenerów. Dwa razy w  tygodniu zatem macha rakietą na korcie, a dwa razy w tygodniu drań macha nogą na murawie. A ja mam popołudniami zapewnione czytanie na świeżym powietrzu. Chociaż nie... macham i ja. Ale w godzinach dopołudniowych.Głównie scenariuszami akademii, którą przygotowuję oraz zaproszeniami i listą zaproszonych, których nikt machnąć się nie kwapi. Macham też ręką na kolejne mijające mi zajęcia jogi i chyba na dniach machnę nowy grafik domowy, bo mój nie zmieści już ani jednego nowego wpisu.
- Coś ty tak nerwowa mamusiu? Pan od tenisa mówi, że trzeba ze spokojem wszystko robić i jeść dużo witamin.
No tak... klik

czwartek, 3 września 2009

o bladych facetach, czyli pani zastanawia się nad kwestią tomów

    Odpłynęłam. Irracjonalnie absolutnie. W cztery tomy o wampirach i wilkołakach. No ja wiem... ja wiem, że w moim wieku to nie wypada tak po prostu i w dodatku jeszcze się tak przyznać publicznie do tego, chociaż wiem, że lepsze rzeczy czytałam i to nawet równocześnie. No ale co ja na to poradzę? " Pani profesor! prawda, że Meyerową ruszymy na kole, prawda??" Wiedziałam! Toż normalnie wiedziałam, jak czytałam. Teraz damska połowa koła będzie się kochać w głównym bohaterze i - co gorsze - wypatrywać bladych facetów z nadzieją zdwojoną. Taaak... A jeśli o mnie chodzi, to opowieść na drugim tomie skończyłabym. I jak ja mam tym rozhormonalnionym wytłumaczyć to? Lepiej może jednak nie... bo i po co? Hm... a może to ja wszystko kończę na drugim tomie, zamiast poczekać, co tam dalej być może jeszcze? Albo może raczej po prostu zgadzam się z Sapkowskim, że książę na białym koniu, jeśli musi istnieć, to zbyt zrównoważony nie jest, skoro ratuje pannę z wieży. A przecież Sapkowskiemu to akurat wierzyć można, bo u niego krasnoludy klną przeokropnie, a czarodziejki wcale nie mniej i jakąś skazę mają. Wszystkie. To takie normalne, prawda? Chociaż... do samego Geralta to też bym się przyczepiła. Ale pewnie zaraz powiecie, że się facetów czepiam. Tych bladych zwłaszcza. A tak wcale nie jest. Otóż... tych nie bladych czepiam się równie często. Ale to tajemnica.
    A tak poza tym, Emilka zaśpiewała na koniec akademii, a skoro zaśpiewała na koniec, to znaczy, że akademia przebiegła bez zarzutu i rozpoczęła nowy wyścig z czasem, a pani zatupała obcasami. Hm... no tak... klik

sobota, 22 sierpnia 2009

bezkarnie

   Chłód sierpniowy powoduje, że nad ranem chętniej stopy owijam w pierzynkę i leniwie przeciągam się po przebudzeniu, szukając chłodu prześcieradła, zamiast wstać i ścigając się z czasem, smażyć powidła, których smak pozwolę smakować dopiero późną jesienią. Ze stóp moich nie zniknęła karmazynowa czerwień lakieru do paznokci, ale na ciele pojawił się miękki szlafrok, w którym rano, stojąc z kubkiem kawy przy oknie kuchennym, obserwuję skwer i katedrę. Zieleń ewidentnie dojrzała przesłonięta jest już mgiełką gęstą i orzeźwiającą. Trochę tajemniczą, trochę zagadkową. W takiej zieleni może zdarzyć się wiele.
Lubię ten stan, kiedy to chłód zmierza się z rozgrzaniem i kiedy ocierając pot z czoła, czuję gorąc karku oraz zimno stóp własnych i przedramion. Przeciwieństwa przecież się przyciągają. I dlatego mieszam to co żółte z tym, co czerwone, słodząc paprykę, a octem traktując gruszki.
Ulubione wieczorem na balkonie przy marznących lekko różach jest co prawda karkołomne, a na pewno perwersyjne, ale miłe. A róże lubią marznąć. Ja też. Trochę. Dla samego posmaku zimna. klik

piątek, 14 sierpnia 2009

o janiołach

    Znowu mamy dwoje dzieci, bo "prawda ciociu, że mogę?" No tak... ciociu zawsze się zgadza. Zatem... w związku z powyższym mam więcej zajęć, a ślubny ma mniej spokoju w pracy, ponieważ dzieciaki wytrwale szturmują drzwi do niego, bo "kiedy wreszcie skończysz pracę i czy na pewno musisz pracować zamiast iść na rowery?" Nie udało mi się jeszcze usłyszeć jego odpowiedzi, a sama jestem jej bardzo ciekawa. Psiak natomiast szczeka przy każdym galopie drania i dziewczynki przez mieszkanie i uczy się śpiewać przy ich intensywnej i wytrwałej grze na flecie oraz trąbce. Dzieciom nie przeszkadza, że na razie jego śpiew to po prostu wycie. Ponoć początki zawsze są trudne...
Sąsiedzi co prawda jeszcze nie stukają do nas, albo tego zwyczajnie nie słyszymy. Z resztą... i tak nas mają za pomylonych. Ja sama mam nas chwilami za pomylonych, więc co się sąsiadom dziwić będę?

    ...ale za to wieczory jakie są przyjemne, kiedy dzieciaki utłamszone śpią i wyglądają jak janiołki (bo drań się upiera, że anioł to janioł i wymowy uczy mnie, dopóki kapitulacji nie obwieszczę), a my możemy złapać oddech... Taaak... a ja myślałam, że to pobyt w puszczy i pobyt na wsi był dla nas przeżyciem ekstremalnym... klik

środa, 5 sierpnia 2009

daleko stąd

   Chociaż przez ostatnie trzy dni z domu wychodziłam jedynie na plac zabaw, to i tak czuję się, jakbym wróciła z bardzo daleka, ponieważ przez ten czas nieomal stale pani podpatrywała Białego pośród Dzikich, a potem poznała szamana plemienia Carapana. I to ostatniego. Było miło. Ciekawie też było. W nocy to nawet i momenty były z duszą na ramieniu, jak w książkach momenty były, a ślubny spał i obudzić się nie dawał, tylko mamrotał pod nosem coś, co brzmiało "dobrze, dobrze".
A teraz delektuję się tym momentem, kiedy zamykam książkę po przeczytaniu nawet noty od wydawcy, w której to mam nadzieję znaleźć jeszcze posmak tekstu i staram się rozgraniczyć światy równoległe, przyległe, podległe. Na antropologiczne poszukiwania mnie bowiem wzięło tego lata ponownie i odbieganie od cywilizacji. A raczej szukanie jej w formie czystszej, bardziej zrozumiałej dla mnie. Nawet ubrania nieświadomie tylko z metką "ethno" mi w ręce wpadały, którą dopiero w domu zauważałam ku uciesze męża mojego własnego i osobistego, że jestem nieświadoma własnych czynów. Drań się teraz dziwi, że ja biała, albo seledynowa, albo brązowa. Bo brązowa to ja nigdy nie byłam. Taak... i tylko niezmiennie tak zbyt ciężko patrzeć na to, co wokół i przyjmować do wiadomości, że żyjemy w świecie, w którym rządzi człowiek, który jest istotą rozumną i jako ta rozumna istota wyrzuca na moich oczach z samochodu psa i odjeżdża... a pies biegnie za nim środkiem ulicy, ale nie ma szans, bo człowiek przyspiesza. A pies biegnie i biegnie dalej taki zdziwiony.
Zwolniłam. Bardzo. Nawet ciśnienie moje leży na podłodze. Kawa pachnie intensywniej. Sierpień wokół. Taki graniczny, pełen oczekiwania na coś, co się wydarzy co prawda za miesiąc, ale już pobudza myśli. "Zatańczysz ze mną?" zapytał drań. Tańczymy... lubię tańczyć z draniem, w tańcu drań siedzi mi na biodrze, jak od początku, kalendarz jest o setki kilometrów ode mnie... świat codzienny również. klik

wtorek, 28 lipca 2009

ilinx i burza, czyli lubię ślubnego

    Pani stoi na balkonie i pije ulubione. Miło tak wrócić na swój balkon i wychylając się przez barierkę widzieć chodnik. Taki zwyczajny, szary chodniczysko i platany, które są coraz większe. Mieszkanie pachnie swoim zapachem, koty łaszą się bardziej niż przypszczałam i miauczą, jakby chciały nas porządnie okrzyczeć za długą nieobecność. Jak było? Bujało. Taaak... głównie bujało. I spać nie mogłam, bo bujania nie lubię. Huśtawki wcale w ilinx mnie nie muszą wprowadzać. Nawet młyn diabelski raczej drażni niż rozdrażnia. Mam zmysły nastawione nieco inaczej. Chociaż nie sądziłam, że zniosą one burzę i konieczność stanięcia do pomocy chłopakom przy składaniu żagli. Nie sądziłam, że jakoś ani o kapok się troszczyć nie będę, bo jednak mi ruchy krępował, ani o bujanie, ani o deszcz, co to lał się po twarzy i moczył nawet bieliznę w dżinsach, ani o to, ile minut zajmie ślubnemu wyłowienie mnie z wody w razie gdyby. Burza tamta była fantastyczna. A niedawno i nad powiatowym jakaś przeszła. Spokojnie tak przemknęła. Nawet jej na tym balkonie nie zauważyłam. Pelargonie zmarniały nieco. I nie ma komarów. Zimno znaczy wieczorem już. No właśnie... powiatowe jakby zmysły usypia. A może to i lepiej? W końcu to o ilinx idzie, nie o mimicry. Nawet jeśli wezmę pod uwagę, że włosy ścięłam na króciuteńko i nie jestem już blondynką. Wygodniej. Lubię wygodę. W życiu zwłaszcza. Równowagę żywiołów, jakiś skrawek własnej podłogi i tylko kilka razy dziennie ekstrema. Bez nich zbyt nudno. Patrzę na matę. Pies z głową w dół kusi, ale nie mam siły rozciągnąć mięśni. Dzisiaj wystarczy balkon i klik.

sobota, 18 lipca 2009

o tym, kto się boi czego...

    ... czyli Kazimierz jest nasz. Co prawda komary gryzą mnie okropnie, ale dobrzy ludzie chyba już tak po prostu mają, że cierpieć muszą. I dzielnie to znosić też muszą. A natrętne komarzyce bronią wytrwale dostępu do każdej jednej kępki krzaków, a tu krzaczory prowadzą do każdego celu. Trochę to utrudnia... No taka baszta na przykład ten i tamten staje się niedostępna. W sumie to dostępna była tyle razy już, ale czemu to niby teraz chmara komarów czyha na mnie tu i tam i to w biały dzień, ha? Ludzie trochę się dziwią, kiedy co jakiś czas wyciągam z torebki woreczek z pokrojoną cebulą i zaczynam się nacierać. A niech im... Jadę tą cebulą na kilometr pewnie, ale ukąszenia nie pieką. Z dwojga złego wolę cebulę... A ludziów jak mrówków, więc się i dziwić ma kto. Ale na statku to dziwiliśmy się my... No bo jak tu się nie dziwić, kiedy odbijamy od brzegu i słyszę za plecami z lewa:
- No cześć, dzwonię, bo w Kazimierzu jestem. No ładnie tuuuu. Bardzo ładnie tu. Pięknie jest. No ładnie. Wszystko ładne. A teraz to statkiem jadę. No mówię ci: statkiem. No coś ty. Nie bój się. Nie sama. Taaak... dużo ludzi tu jest. No coś ty - nie dostawaj zawału. No ładne widoki są na tym statku. Tak. No a ile tych ogórków zerwałaś dzisiaj? - I kiedy nie wiedziałam, czy mam się dusić śmiechem, czy dławić płaczem, panie z prawa dołożyły:
- Jak już wyjdziemy ze statku to zjemy coś. Głodna jestem. Może na ogórki małosolne pójdziemy?
- Jak byłam w Wiśle, to były małosolne dobre. Po cztery pięćdziesiąt były. Tam to było ładnie...
- Tutaj też pewnie dobre są, bo tyle ludzi, to się starać muszą.
- A jak byłam w Wiśle to zdjęcia robiłam i akurat wtedy nasza kadra ćwiczyła. Ale chude to jest, mówię ci! No i raz to zdjęcie zrobiłam i potem patrzę, a na tym zdjęciu z tyłu to taki czorny idzie i taki podobny do kogoś. Stary patrzy i mówi: ty to ten T. jest.
- No co ty??? - Nooooo to tam faktycznie pięknie było... - Rozmowę pań przerwał niestety kapitan, który ogłosił, że zaraz z prawej strony za wiatrakiem to dom Olbrychskiego. Wszyscy zawołali łaaaaaaa i zgodnie na lewo pobiegli, tudzież głowy w stronę lewą obrócili. Gapią się wszyscy i gapią i zdjęcia robią wiatrakowi, a kapitan mówi, że teraz to w prawo patrzeć mają, bo zamek w Janowcu będzie widać, to wszyscy w prawo głowy bach! Aż dziw, że łajba się nie rozkołysała. Chociaż w sumie, to dobrze, bo wtedy ja bym musiała zwis klasyczny przez burtę zrobić... No i panie z tyłu do rozmowy wróciły:
- Zaraz aparat mi padnie.
- A to nie wzięłaś baterii? Ja to miałam wziąć, ale pomyślałam, że pewnie weźmiesz, to ja dźwigać nie będę...
- A no jakoś nie pomyślałam, ale coś skołuje się.
Nawet miałam ochotę się odwrócić i ten aparat zobaczyć, co to takie ciężkie baterie ma, ale normalnie strach mnie ogarnął i wolałam patrzeć przed się i wtedy słyszę:
- Ty zostaw ten wiatrak. Janowiec zrób. Jak padnie to Janowiec będzie, a  wiatrak to i tak stary.
Stary to stary. Janowiec nowiutki przecie, więc sprawa zrozumiała dla wszystkich jest. I wtedy pani od jeżdżącego statku dojrzała, że mija nas statek Viking:
- O popatrz tam to zadaszenie mają i okienka takie na dole. Dwa pokłady tam są? A tu tak gorąco. A dlaczego tam mają dach, a tu nie ma nic? No... Vikingowy to lepszy od piratowego.
Jestem pewna, że Piwowarski chociaż raz musiał płynąć statkiem z Kazimierza do Janowca i trafić na taką ekipę. Ja rozumiem, że upał... Ja rozumiem też, że i emocje jakieś tam i może... Ja rozumiem, że wakacje... Normalnie wszystko rozumiem. Ale bać się powoli zaczynam już. Tych jeżdżących statków chyba najbardziej. I tych komarów to też już się boję.
No i zapomniałabym! Ślubny też się boi... że ta moja morska choroba to nie taki kit wcale. Dziwny on jest. Toż sam widział, że z żaglówki to mnie jak zwłoki, albo zewłok trzeba było i biegusiem przez pomost na brzeg prowadzić. No ja rozumiem, że żaglówka i jacht to sprawy dwie zupełnie. Ale niech mi ślubny zagwarantuje, że spać to będziemy przy motorze pracującym. Nie zagwarantuje mi przecież. No nie, bo ja to go znam i takie rzeczy wiem. No to jak ja mam mu obiecać, że ja dam radę? No jak ja się już bać zaczynam panicznie i jakoś już nawet słuchać nie mogę, że to takie hop siup i wielkie nic, bo mi się spodoba. Booosszzeeeee jaki mi się uparty ten ślubny trafił. No i pływający taki. Jak on taki pływający, to czemu on nie marynarz jest? Tego to ja już kompletnie nie wiem, ale pytać się nie będę, bo jeszcze się obrazi, albo zastanowi. To ja już wolę go na miejscu nawet z tymi dzikimi pomysłami. I że niby to ja pomysły dzikie mam. No bo taką lampę dzisiaj dojrzałam. Lampa jak to lampa - stojąca, duża, z abażurem. No w sumie to ja wiem, że lamp mamy dużo, ale i ta gdzieś by się dała ustawić, a on mówi mi, że jak dzikus się zachowuję na widok staroci. Ale w Kazimierzu możliwe jest wszystko, więc niech sobie gada. A ja znowu anioła szukam. Teraz musi być taki, żeby do tego ostatniego pasował. Jeszcze nie znalazłam... A właściwie to piszę, bo czasu na pisanie teraz nie mam... klik

piątek, 17 lipca 2009

w zwierciadle nie(co)krzywym

    Dzisiaj ten dzień, kiedy ślubny budzi mnie bukietem i zapachem kawy. Drań nie wierzy, że ja pobrudziłam sukienkę na wstępie wiązanką od Madzi, a samochód się popsuł i nie było czasu, żeby rodzic mój płci męskiej go naprawił. Więc jechaliśmy popsutym. Drań w ogóle w mało rzeczy nam wierzy. Taki racjonalista mały, a ja nabieram pewności, że jednak mamy wesoło i w nieco krzywym zwierciadle. Ale nie jest monotonnie.
Upał. Jedną nogą jestem w powiatowym, drugą w stolicy. Od jutra Kazimierz jako miasteczko moje magiczne będzie nas mamić, a potem... potem pani będzie walczyć w falami i jak znam ślubnego to mi pewnie każe z wiadrem iść po kilwater. klik

piątek, 10 lipca 2009

"ech mała" czyli o wiśniach i planach

    Jak określić smak wiśni... Że niby gorzka jest... i kwaśna...? A co z sokiem, który taki słodki jest i lepki bardzo, kiedy się go z dłoni zlizuje? Lubię wiśnie. Moje najsłodsze lato w owocu i nawet poplamione dłonie mi nie przeszkadzają, kiedy wysysam pestkę ze środka tego niby gorzkiego konfucjonizmu w pigułce. Smakuję lato. Rozsmakowuję się ponownie w Osieckiej i jej wspomnieniach o sobie samej. "Wino piją ludzie szczęśliwi. W każdym razie mniej nieszczęśliwi niż ci, którzy piją wódkę. Wino pije się po to, żeby rozjaśnić życie. Wpiąć kolorowe pióra we włosy. Rozkręcić karuzelę psychiczną (...) wino piją ci, którzy lubią żyć."* Lubię żyć. Nikt za mnie go nie przeżyje, a nie chcę potem żałować, że je jedynie oglądałam i krzyczałam, że jest piękne. Taki mój egoizm prywatny... Czy jest piękne? Pytanie zbliżone do tego o wiśni... Przyjedź - powiedziała wczoraj ciocia Jasia. - Bo skorzystam ciociu - odszeptałam... A w sumie czemu nie? Lubię Grochów, chociaż pozornie nie ma w nim nic do lubienia. A jednak ja mam swoje zdanie na ten temat. Lepiej mi się tam mieszkało, prościej, niż na Sulkiewicza. Taaak... prostota i szczerość mają jednak swoje plusy dodatnie. Plusów ujemnych w nich jest bowiem tylko kilka. klik
*Agnieszka Osiecka, Rozmowy w tańcu, Warszawa 1993

niedziela, 5 lipca 2009

Gdzie diabeł mówi dobranoc...

    ... a zaczęło się od tego, że znajoma nas spontanicznie zaprosiła. Nie do siebie w dodatku, a do swojego ojca. My zaś bez zastanowienia i gdybania, czy wypada, pojechaliśmy. Na wieś. No... pani wieś to zna tak w ogóle i wie z grubsza, jak ona wygląda, ale takiej to pani jeszcze nie widziała. Diabła co prawda też nie widziałam, ale wieczorem jak ta głupia cieszyłam się, że jest elektryczność, bo mogłam dzięki niej naładować akumulatorki do aparatu, którym dokumentowałam wszystko. Nawet babcie siadające na ławeczce przy ścianie domu nie swojego. Bo na tej wsi to ogrodzeń nie było takich tradycyjnych i ściany domu były przy ulicy, wejścia do nich od podwórka. I malwy wszędzie. No i ławeczki takie staroświeckie, a ściany bielone i nierówne. Bielone! A zabudowania gospodarskie z kamienia łączonego z cegłą bardzo jasną i okiennice wszędzie. Drań umorusany ganiał, kociaki tulił, psy dokarmiał, pięty miał czarne, a policzki różowiutkie. Ponoć dzieci dzielą się na te czyste i te szczęśliwe... Drań był zatem baaaaardzo szczęśliwy.
No i jak tak posiedziałam tam, boso ganiałam, ale w koralach i drugiego dnia wypiłam nie kawę, a mleko od krowy i włosów nie ułożyłam i w ogóle to jak z samego rana w koszuli na podwórko wyleciałam, to tak się w tej koszuli z tym mlekiem na te cuda zapatrzyłam, że wiercić ślubnemu w brzuchu dziurę zaczęłam o takie jedno zabudowanie i taki ogródek. No ja bez gazu mogę i z wodą ze studni, byle by te kamienie takie były i okiennice...

Normalnie fajnie tak, jak diabeł mówi dobranoc, babcie wiedzą wszystko i drań taki umorusany, a ja mogę boso i w samej koszuli... A do rzeki się chodzi "prosto za te stodołe"... klik

czwartek, 2 lipca 2009

notturno, czyli jest dobrze

   Deszcz zawisł w powietrzu... W powietrzu zawisło nawet powietrze. Wtopiły się w nie śmiechy dzieciaków pijących piwo pod parasolami, muzyka, którą ślubny wertuje i na nowo odnajduje, zapach pelargonii i bezruch róż. Chwilowo w powietrzu zawisły nawet komarzyce polujące na krew... Jak ja ich nie lubię. Hiszpańskie wino, które uparcie kupował ślubny, mając w nosie moje smaki odnośnie tego, jest aromatyczne, lekko gorzkawe i delikatne, idealnie na dzisiaj. Zmieniają się i smaki? Hm... Opaliłam się już i czuję jakby od środka miała drugie słońce, które przypala każdy jeden centymetr mojego ciała. Ślubny się rozkosznie rozanielony zrobił. Zawsze lipiec nastraja go tak, czym tylko potwierdza moją tezę, że jednak faceci są dużo wrażliwsi i bardziej romantyczni od nas. Maleńczuk zmysłowo śpiewa tango notturno. Głos ma jak bóg młody. Właśnie zapaliłam latarenki na balkonie. Płomienie prawie nie drgają. No i po co mi deszcz? Jest dobrze... klik

środa, 1 lipca 2009

zabawa w arbuza

   Nie wiem, ile człowiek może zjeść arbuzów, ale ja dużo. Lubię. Słodkie, soczyste, można zmrozić. Pychota! Nie jem nic poza nimi. No jeszcze mocno słone pomidory. I wino. Ulubione. Wieczorem. Z wodą mineralną. Niebo w ustach. Upał. Czuję, jak mi się na powierzchni skóry skrapla ten gorąc i w postaci potu pokazuje się w okolicy krtani. Łaskocze. Za dwie godziny będzie u mnie Aśka - jedna z naszej piątki, bo właśnie zadzwoniła, że "mam jutro wolny dzień i dawno się nie widziałyśmy, więc mogę?" Może. Zawsze. Jak jeszcze kilka innych osób. Pewnie zaraz wsiądzie do pociągu. Ulubione chłodzi się. Arbuz też. Nie mam pomysłu na kolację. Sofę odkurzyłam dokładnie. Balkon będzie odpowiednio naparowany i nagrzany po całym dniu słońca, aby na nim usiąść i tak pogadać o wszystkim i o niczym. To o niczym jest nawet ciekawsze... Ej kiczi kiczi kiczi aleale cziczi...