piątek, 29 sierpnia 2014

Djindji - rindji...

    Urlop minął i wrósł w niepamięć wyczuwany jedynie w przebłyskach nieświadomości. Ubiegły tydzień był istną karuzelą obowiązków, ustaleń, przesunięć, wybuchów, ambicji, perswazji, wagi stanowisk i pracy, pracy, pracy. Udało się. Nie, nie ustalenia... Przy nich uśmiechałam się tylko i brałam na klatę, która w tych kwestiach chyba zaczęła nieco bardziej kobiecą przypominać. Udało się wymóc precedencje i zwyczajnie ludzkie podejście do kilku kwestii, kiedy to pani siłą perswazji, o rozmiarze której sama do tej pory nie miałam pojęcia, przemówiła. Tak, po raz pierwszy tak stanowczo i dobitnie ku nawet swojemu zaskoczeniu. Albo odpoczynek urlopowy i dystans do świata polityki, albo zmęczenie ostatnich pięciu dni pracy ponad normę wyznaczającą zdolność zdrowego myślenia podały cynizm, uprzejmość i słodki uśmiech. Tak słodki, że aż do bólu wwiercający się w oczy rozmówców. Poniekąd zadziałała również duma i ambicja skupiona w jednej osobie. Tym cechom tejże utarłam jednak już podczas imprezy nos pokazując, że nie miała racji. Mądra taka się stałam nagle. Stoicyzm zaczynam wykazywać chwilami. A może po prostu doświadczenie robi swoje, jakkolwiek by to nie brzmiało? Najważniejsze jednak, że się udało i że jestem z siebie dumna. Jak to mówią sukces ma wielu ojców, ale porażka jedną macochę. Doszłam do wniosku, że jeśli mam płacić za porażkę, ewentualne konsekwencje biorę na siebie i dążę do sukcesu. Taka bardzo, bardzo dumna jestem. Tą dumą, która jest wynikiem nie tylko dobrze wykonanego obowiązku, ale i udowodnienia samej sobie, na jak wiele mnie stać i na ile mogę sobie pozwolić, aby dać radę w warunkach mocno niesprzyjających. Mąż mój własny osobisty również. Znał cały kontekst i jego kulisy. Śledził uważnie wydarzenia. Śledziły je także trzy kamery i kilkanaście aparatów. Uśmiechem do patrzących na mnie ludzi przepędziłam stres, który nie pozwalał mi spać przez dwie noce poprzedzające. Krwisty lakier na paznokciach dodał mi pewności, a krój sukienki upewnił, że jest dobrze.
    A poza tym lekko tak mi jakoś jest. Na duszy, na sercu. W myślach w sumie też mam plażę w tym tygodniu jako rekompensatę ostatnich przesileń. Czytam, piszę, rozmawiam z ludźmi tak po prostu. Oglądam z nimi zdjęcia wakacyjne - te ich i te moje. Moje są dla mnie jednak niczym z innej galaktyki. Błogostan wokół. Nawet codzienny regularny i kontrolowany przez różnego rodzaju inspekcje plac budowy obok mojej ciszy z otuliną w powiatowym powoli zaczyna przypominać początki cywilizacji. Panowie mili, których na początku przeganiałam precz i tłumaczyłam, że tak nie powinno się poczynać z ludźmi o dobrym słuchu i wysokich obcasach, z czasem zaczęli zaglądać mi przez okno, przychodzić na pogaduszki, a w efekcie wprowadzili różnorodne udogodnienia dla wysokich wspomnianych. Wczoraj zauważyłam, że ich prace drastycznie zmierzają ku końcowi końców. I jakoś tak mi się nawet smutno z tego powodu zrobiło.
Szykują się zmiany. Niby niewielkie. Niby takie tyci-tyci. A jednak czekam na nie z całym zapasem niecierpliwości hodowanej w sobie przez lata. I kibicuję sobie, kibicuję nam. Czas się znajdzie. Ważne, że będzie coś ponad. Ale to jeszcze moja słodka tajemnica.
Dranisko ma już sprzęt i osprzęt szkolny naszykowany i gotowy do działania na polu edukacyjnym. Pewnie zabrzmi to pompatycznie, ale dziecko moje niesamowite tęskni już za szkołą i nie może się doczekać powrotu do niej. Wieczne pióro, nowo zakupione, podgrzewa ową niecierpliwość. Samodzielnie wybierał kolor i kształt. Ja pozwoliłam sobie tylko na sugestię dotyczącą linii stalówki. Przyjął moją estetykę. Oby zaraził się miłością do pióra. Ślubny i ja to rasowi pióromaci. Może i on?
Z błogostanu wyrwał mnie telefon od Kasi. "Czy Piotruś chce wziąć udział w jutrzejszym turnieju" - zapytała moja przyjaciółka mając na myśli turniej dwudniowy tenisa.  A ja już zamki na piasku ciszy i spokoju dwudniowych budowałam w myślach. "Jasne, że chcę! - zakrzyknął drań - Hurrra!! Wyznaczyli mnie! Super!!" Zatem... zatem łapię błogostan. Za tydzień turniej piłkarski. Za dwa tygodnie obchody patriotyczne i dwie inne imprezy ocierające się o bardziej rustykalno - ludowe emocje. Za trzy tygodnie z rozmachem ogromnym zorganizowany festyn skupiający moje dwa powiatowe i jeszcze kilka z nimi graniczących. A potem.. potem poleci samo i w ilości olbrzymiej. Wrzesień - wszystko wraca do normy. klik

piątek, 15 sierpnia 2014

So dance your own dance...

     Trzeci tydzień urlopu mija mi pod znakiem spotkań ze znajomymi, przyjaciółmi i rodzicami przyjaciół drania. Miło. Mija również pod znakiem lekarzy. Wczoraj poszłam do przyszpitalnej przychodni z dzieckiem na konsultację, a wyszłam niemalże z mumią. Bywa. Mięczak zakaźny to wynik basenów kilku, kilku zalewów i prawdopodobnie wymiany koszulek podczas kilku meczy w ostatnim tygodniu, czyli na obozie treningowym. Ważne, że to już za nami. Mąż mój własny i osobisty oraz najszczęśliwsza babcia na świecie zostali poinformowani, jak już byliśmy w drodze na lody. Ciut poplamione krwią spodnie naprawdę nie były niczym wzbudzającym zainteresowanie przy obu zaklejonych opatrunkami rączkach. Łopatki i prawy bok skryły opatrunki pod koszulką, więc daliśmy radę iść na duże lody. Bardzo duże. Ogromne. Po raz kolejny zostało mi udowodnione, że w trudnych wypadkach myślę szybciej i logiczniej, podejmuję decyzje racjonalnie. Pani doktor była pod wrażeniem. Po co odwlekać? Rozkmienianie dodaje bólu. Żebym to ja była taka prywatnie, gdy mam więcej czasu... ha! pobożne życzenie... Zatem: lody były. Od poniedziałku odbieram wiadomości i telefony z pracy. A mieli naruszać moją urlopową autonomię jedynie w sytuacji kataklizmu. Ponoć kataklizm nastał. Z drugiej strony mam przedsmak powrotu do pracy. Taka aklimatyzacja. Może to i dobrze? Odwiedziłam fryzjerkę Agatę. Nie obcinałam włosów. Podbarwiłam je jedynie. Coraz mniej te moje własne naturalne od tych moich naturalnych farbowanych się różnią. Przyzwyczaiłam się, a i kolor jaśnieje zgodnie z prawami natury. Śmieszne to wszystko. Wakacyjne Zakopane pozwoliło mi odetchnąć. Kochałam góry miłością absolutną. I jedyną. Aż pewnego dnia przestałam tam jeździć. Bo drań, bo mały, bo trudno będzie, bo patrzeć jedynie... Już nie patrzyliśmy. Kondycję ma, zawzięty jest bardziej niż ja sama, bakcyla złapał nieziemskiego. Mąż mój własny i osobisty patrzy na dziecko swoje i rośnie w dumę. On też góry kocha. Poniekąd geny robią swoje, ale sama wiem, że oprócz genów jest jeszcze jakaś siła sprawcza i emocjonalna indywidualizacja. Kraków dopieścił mnie szybko. A właściwie przedpieścił. Najpierw Kraków, potem Tatry. Czakram był. Pogoda była. Smaki i kolory Brackiej, Floriańska i UJ. Mój Kraków. Zabawne, że moim pozostanie na zawsze. Bawię się kolorami i odcieniami. Czarny odstawiam. A jeśli sięgam po niego to bez absolutu. Żółty zagościł razem z seledynem i koralową czerwienią. Dobrze mi i lekko tak. Tak, lekko. Na duszy. Na sercu. W myślach kłębią się jakieś plany. Żale też się tam pojawiają, ale nie determinują rzeczywistości. Przełykam coraz sprawniej to, co mnie drażni. A teraz mam chwilę dla siebie. Dłuższą chwilę, bo chłopaki rajd rowerowy urządzili sobie. Chicago (musical) za mną. Teraz Duma i uprzedzenie. Obok mnie coś Kalicińskiej i Królewska krew Sullivana. Obiad na wyciągnięcie ręki. Spokój. Uwielbiam te chwile uporządkowania między wymiarami. I tę lekką dysharmonię tych wymiarów, które nie do końca dają się ujarzmić, ponieważ ma i to swój urok. Luluś patrzy wielkimi ślepkami i merda przypominającym (jak i całość) mop ogonem, bo obiecałam mu kąpiel, a on lubi spłukiwanie szamponu i szaleństwo popraniowe na podłogach, których od kilku miesięcy nie okrywam dywanami. Te ostatnie po czyszczeniu starannie zostały zwinięte i schowane. Firany również. Jedynie drań ma w oknie coś więcej niż rolety. Pachnie ciastem ze śliwkami. Wielki arbuz rozpękł przy lekkim nacięciu nożem. Lubię lato. Uwielbiam lato. Perfumy z domieszka wanilii zakupiłam i jest mi z nimi dobrze. Jest dobrze... więc tańczę swój taniec dalej... klik

piątek, 4 lipca 2014

między innymi o poziomkach właśnie

    Pogoda nastała wreszcie taka, jaką pani uwielbia. W powietrzu wyczuwam zapach poziomek. Rano jest świeżo i nieco mgliście. Kawa wypijana rankiem na balkonie przy winie i poziomkach właśnie smakuje cudownie. Natomiast w drodze między powiatami poprzez puszczę krajobraz mam jak na wakacjach. Za to w drodze do domu patrzę na kolor zboża i duże już małe bocianki. Ponoć zatrzęsienie jagód jest w puszczy. Wierzę na słowo tym, co wiedzą. Ponoć zbyt lekkie bluzki zakładam do pracy i zwiewne. Tego nie zauważam. Żakiet lub sweterek zawsze są obok. W razie gdyby. Noszę je w drodze do i z w ręku. Też leciutkie. Uwielbiam tę porę roku przy tak wysokiej temperaturze. W filiżance gości nadal pokrzywa z trawą cytrynową. Mój organizm nie może się nasycić. Szkoda, że Poznań na taką lekkość nie pozwolił. Plany, plany i po planach. Za to z zaskakująco dobrym notami dranisko i reszta wrócili. W pracy co i rusz ktoś mi donosił na biurko lub maila informacje o opisanych w powiatowym domowym sukcesach. Pierwszy w ogóle w życiu artykuł czytany o własnym dziecku zrobił wrażenie. Dziesiąty nie przyprawiał już o palpitacje. Teraz przyjmuję je z uśmiechem i dumą. Normalka. Przecież byłam i widziałam. I wiem. Przyzwyczaił mnie do sukcesów. Patrzą na mnie zdziwieni. Również zdziwieni faktem, że nie opowiadam nałogowo w pracy o tym wszystkim, co na murawie i mączce moje dziecko zdobywa. Tutaj wyszeptuję się sama z siebie i tworzę wentyl bezpieczeństwa. Tutaj wyszeptuję wiele. Czasem nawet mam wrażenie, że ten szept może zostać usłyszany i wtedy milknę.
    Wesele upłynęło w miłej atmosferze. Turniej zakończył się zdobyciem pucharu. Jak nasze dziecko ów puchar dźwigało, my byliśmy już w drodze do weselnego kościoła. Uciekają jednak i te drobne chwilki. Emocje na zdjęciu na buziaku zobaczyliśmy dopiero. Prysznic obiecany był. Decydujący mecz drania spędziłam pod chłodną wodą tegoż. Niestety. Bywa. Wesele było miłe. Muzyka w naszym stylu. Przetańczyliśmy je w całości. Zapomniałam, że mąż mój własny i osobisty tak dobrze tańczy. W ubiegłym roku nie potrafiłam kroku dopasować. Teraz dałam się prowadzić w całości. Widać to, co w pracy, kontroluję aż nadto. Było też i ulubione prosto z winnicy z Francji. Delektowałam się winem i łososiem i melonem. I mężem. Potem szybki powrót do rzeczywistości i trzydniowa chwila w Poznaniu, która jest kropeczką zaledwie wśród emocji i nawału pracy. I chwilą zastanowienia się nad tym, że nasze zwierzaki są nam bliższe, niż przypuszczamy pomimo i tak nieskrywanych emocji pozytywnych w stosunku do nich. Po powrocie okazało się bowiem, że mamy już tylko jednego kota. Najszczęśliwsza była u nas dwa razy dziennie. W niedzielę drugi raz po 18 przyszła. Kazała jej czekać. Czekała. W pokoju drania. Dranisko wylało cały żal i ból krzycząc zaraz po wejściu do domu po północy, że rezygnuje ze sportu, bo gdyby nie pojechał, gdyby nie trenował, że już nie chce wyjeżdżać z domu, że on już nigdy, że... Boli patrzenie na dziecko targane tak silnymi emocjami, zwielokrotnionymi bólem wynikającym i z tego, że kilka godzin wcześniej tryskał szczęściem i zwycięstwem praktycznie nad samym sobą i swoim organizmem.
    Ubiegły weekend spędziliśmy w stadninie na zawodach jeździeckich. Ten upłynie pod znakiem festynu, który znam dobrze od kilku lat i nawet sekrety zakulisowe mnie już nie zadziwiają. Następny weekend postanowiliśmy spędzić w Wilanowie. Poziomki... Dawno nie jadłam aż tylu poziomek. Dawno nie czułam tak intensywnie ich zapachu. klik


                                                                           Puchar...


                                                                         Poznań...


piątek, 6 czerwca 2014

radio i załatwianie prysznica, czyli sprawozdanie z całego tygodnia

    Piwonie dumnie pysznią się w wielkim wazonie. Jak co roku... Tak, wtorek był miłym dniem, pełnym pośpiechu i jednocześnie chwilą zatrzymania się między wymiarami. Inaczej nie mogło być. Znowu między trybami machiny przeskoczyłam nienaruszenie. Czyli magicznie i nostalgicznie zaczęłam, a tak nie lubię. Faceta ocenia się ponoć nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy. A kobietę? No właśnie... niebezpiecznie zatem kończyć, ale niebezpiecznie i zaczynać... Zaczęła ze mną fryzjerka, która w absolutnie dobrej wierze i przy totalnie wspaniałej rozmowie obcięła mi włosy niemalże tak, jak miałam jeszcze cztery lata temu. Znaczy prawie na zapałkę z tyłu, z przodu widać co prawda, że włosy mam, ale trzeba się przyjrzeć. W poniedziałek. To tak na dobry początek tygodnia. Fryzura ładna, ale po co przez cztery lata wyrównywałam i zapuszczałam się? A może to znak, że życie zrobiło mi psikusa i cofa o lat kilka? Prawdę mówiąc nie żałowałabym. Tak więc w poniedziałek fryzjerka, we wtorek piwonie, we środę drań z drużyną i trenerem na meczu reprezentacji z Bośnią i Hercegowiną, więc my mieliśmy kolejny maraton "Bitwy o Tron", w czwartek, czyli wczoraj... wczoraj pośpiech i jakoś tak inaczej niż zwykle, czyli znowu z podtekstem, a dzisiaj truskawki, droga nie przez puszczę i może nawet lekkie poczucie braku owej. Jutro dranisko ma turniej. Znowu ogólnopolski. My najpierw na turniej, potem na wesele. Jest galimatias, jest ryzyko. Jest ryzyko, jest zabawa. Jest galimatias, ryzyko, zabawa, są my.
- Dzeń dobry. Nazywam się takitak. Przepraszam, że Panu przeszkadzam, ale mam pytanie. I z góry przepraszam, że je zadam.
- Eeeeeeee
- Tak więc mam pytanie i przepraszam, jeszcze raz, bo Pan jest trenerem i organizatorem turnieju, zatem dzwonię do Pana, ponieważ trener mojego dziecka nie potrafił mi odpowiedzieć....
- Taaak yyyyyyy.... eeeeeee....
- Widziałam zdjęcia na stronie i widzę, że boisko jest piękne i że są budynki, ale - bardzo przepraszam - jak u Państwa z kwestią sanitarną?
- Że co proszę?
- A bo widzi Pan, dziecko ma turniej i musi się stawić na miejscu na godzinę 8:00. Z drużyną się stawi. Ale my mamy  ponad 100 km do Państwa i my razem z dzieckiem będziemy na tym turnieju, ale potem mamy ślub i wesele. Nie nasze. My już mieliśmy. Ale w rodzinie.
- A co ma turniej do wesela?
- Bo proszę Pana, ja to chcę się u Państwa na to wesele przygotować i dlatego dzwonię z pytaniem, czy są prysznice i czy będę mogła z nich skorzystać.
- Eeeeeeeeeee
- Czyli jak proszę Pana?
- To jeszcze raz niech pani tłumaczy, bo ja niewiele zrozumiałem.
- W sobotę organizujecie turniej.
- Tak.
- Dla rocznika 2005.
- Tak.
- Rodzice mogą przyjechać.
- Tak.
- Są toalety i szatnie w budynkach?
- Tak.
- Budynki z szatniami i toaletami będą udostępnione zawodnikom?
- Tak.
- Jeśli ktoś z rodziców zawodnika poprosi w drodze wyjątku o udostępnienie prysznica ze wzgledu na to, że po turnieju jedzie na wesele i musi wyglądać, to jesteście Państwo tak mili i udostępnicie ten prysznic?
- Tak.
- Zrozumiał Pan pytanie?
- Tak.
- Bo Pan dziwnie odpowiada.
- Bo mnie pani zszokowała.
- Mogę?
- Może pani. Rano termę włączymy.
- Ratuje mi Pan życie!
- Eeeeeeeeeee
- Nie żartuję.
- Proszę tylko zaraz po przyjeździe zgłosić się do nas. Udostępnimy jeden z pokojów dla sędziów i łazienkę.
- Eeeeeeeeeee
- A gdzie to wesele?
- Ślub tuitu, wesele tamatam.
- Wytłumaczę jak dojechać. Łatwo przegapić zakręt jadąc od naszej strony.
- Jest Pan bardzo pomocny.
-  Staram się, jak mogę. Rzeczy też może pani od razu zostawić w pokoju i proszę się nie martwić.
- Eeeeeeeeeee
- W sumie ma pani rację, 10 godzin przed imprezą to niemałe wyzwanie.
- Tak.
- A niech pani jeszcze raz powie, skąd przyjeżdżają chłopaki?
- Z powiatowego.
- A! Byłem dzisiaj tam. Rozmawiałem z trenerem.
- Eeeeeeeee
- To do zobaczenia.
- Podać Panu jeszcze raz nazwisko?
- Nie. Tej rozmowy nie zapomnę i głos też poznam.
- Muszę dodawać, że jestem blondyynką?
- Nawet przez chwilę nie miałem wątpliwości.
Świadkowie tej rozmowy leżeli na biurkach. Trener drania nie uwierzył, że byłam w stanie załatwić sobie łazienkę. Mąż mój własny i osobisty stwierdził, że przebierze się na stacji benzynowej i mam za bardzo nie demonstrować, że jesteśmy razem. A ja ma spokojne myśli. Taaak... na miejscu naszykuję się i bez problemu przebiorę.
Ale z wesela musimy ciut wcześniej wrócić, ponieważ drań śpiący jutro u najszczęśliwszej ma półfinały Talentiady w niedzielę. Półfinały organizuje powiatowe. Finały będą w Poznaniu.
Zakwalifikowały się wszystkie trzy grupy wystawione przez trenera tenisa. Natomiast tydzień temu podczas zawodów dranisko dało popis istny. Jestem coraz bardziej nim zachwycona. Poprawił swój czas w spranościówkach, dał sobie wspaniale radę w grach drużynowych, paratenisowe rozwalił niemalże, a w tenisie był... no był po prostu bardzo dobry. Rozbroił na koniec sędziów, kiedy to wiedząc, że już ma wygraną w kieszeni zaczął odbijać wszystko i dość ryzykownie, a przy okazji drąc się na cały regulator "jestem Janowicz".
To tak w telegraficznym skrócie.
A poza tym? A poza tym to sama nie wiem. Coś się wkradło i siedzi w głębi duszy niby niezauważenie, a jednak wyczuwalnie jedną ze słabych co prawda ale jednak emocji. Coś... I tak jakoś dzisiaj w drodze powrotnej radio natchnęło na wspominki. I mnie tak jakoś to coś lekko zaczęło uwierać.  Hm... klik


PS.
Na poważnie:

Na Janowicza:




środa, 28 maja 2014

koniugacja, mączka i coś jeszcze

    W tym tygodniu drań ma talentiadę. Nareszcie! Rok dodatkowych treningów i całe mnóstwo czasu poświęconego na to wydarzenie ponad normę rozstrzygnie się w ciągu zaledwie kilku godzin, podsumuje pracę, wysiłek i zaangażowanie. Dobę ostatnio rozszerzyliśmy jeszcze bardziej, nawet nie zdając sobie sprawy, że to takie proste i wykonalne ot tak, po prostu, bez mrugnięcia powieką. Od soboty niemalże śpimy na kortach ziemnych. Po szkole, przed treningiem (tamtym i tym), po treningu (tym i tym), po basenie, w zamian za kolację, bez zakupów, przed późnym obiadem, prawie w nocy. Trener oszalał. Drań oszalał. My dołączyliśmy do grupy szaleńców, bo nie ma innego wyjścia w tych okolicznościach, znaczy najwyraźniej również oszaleliśmy. Koniugacja w praktyce. (Koniugacja i na piłkę przełożona, bowiem trener drugi / pierwszy / trudno priorytet obecnie wyznaczyć / zęby zacisnął i nawet starał się ukryć poirytowanie, kiedy drugi raz z rzędu drania wystawić w kadrze nie mógł. Znaczy też już lekko oszalał i jakby nieco ofuczył. Ja koniuguję, ty koniugujesz, ononaono koniuguje, my koniugujemy, wy koniugujecie, oni koniugują też...) Potem kąpiel. Długa, żeby mięśnie odpoczęły. A po kąpieli drań bierze rakietę i ćwiczy odbicia przy ściance w domu. W nocy. W swoim pokoju. Nie mam już siły zareagować. Mam za to stertę ubrań uwalanych mączką - zarówno treningowych, jak i szkolnych. "Bo przecież w szatni jest duszno, a na korcie wszędzie jest mączka mamusiu." No tak... Argument jest. Mączka też jest. A jak nie mączka to gumeczki, kłaki ze sztucznej nawierzchni i plamy od trawy z nawierzchni tej jak Panbóg przykazał, która stawów nie obciąża.  W sumie mam cudowną pralkę. Chyba z tytanu. Proszki mogę testować. I balsamy do ciała ze skórą wrażliwą niezłomnych dziewięciolatków. Tak, zdecydowanie cieszę się, że już w tę sobotę sprawa się rozstrzygnie. Chociaż mam pełną świadomość, że po jednym turnieju świta perspektywa kolejnego i zaczynają się nowe szaleństwa. Właściwie żyjemy w jednym wielkim szaleństwie. Luluś wczoraj dojrzał, że na kortach są piłeczki takie same, jak jego domowe. Trochę czasu mu to zajęło. A może dopiero teraz ogarnął nadmiar dźwięków i i niezliczone bodźce. Co my robiliśmy z czasem, kiedy ja zwyczajnie uczyłam w szkole, a drań uczęszczał do przedszkola mając tenis jedynie dwa razy w tygodniu i nie mając świadomości, że istnieje piłka nożna? Coś na pewno musieliśmy robić, w innym wypadku niechybnie byśmy dostali kręćka z nudów. Nie pamiętam.
Truskawki zagościły w naszej codzienności. Zagościły również lody. Ostatnio to mój ulubiony posiłek wieczorny kumulujący w sobie obiad i kolację. Śniadania jadam w pracy w godzinach wczesnopopołudniowych. Sałatki. Mieszam. Próbuję. Bawię się smakami selera naciowego, żurawiny, mięty, kiełków, jagód goji i ziaren słonecznika. Smakują wspaniale jako dodatki. Wypijam hektolitry pokrzywy. Mój organizm sam domaga się smaków, o które nigdy bym siebie nie posądziła. Ponoć i tak nimi mniej gorszę zespół niż yerbą mate, ale ogólnie przyzwyczaili się do dziwactw w moim wykonaniu. A to ostatnie zaczyna mnie bawić. Co innego gotuję, co innego jem sama. Drań co prawda lody pochłania niczym jamochłon, ale przed nimi kolację obfitującą w białka musi zjeść. Bez zupy dzień dla niego jest dniem straconym, a mięso im mniej białe tym ostatnio lepsze. Mąż mój własny i osobisty zagląda do moich mieszanek i warzywniaków, a potem z ulgą w oczach je obiadowy obiad i kolacyjną kolację. Nad puszczą przeszła ulewa. Ptaki, ptaszki i ptaszydła zaczynają świergolić mi za oknem. Delikatny chłód z samego rana nie skłonił mnie do rezygnacji ze spaceru. Przede mną na biurku komunikaty Policji i informacja o zawodach w sporcie pożarniczym. Skoro to zauważyłam, świadomość zaczyna sygnalizować konieczność powrotu do obowiązków. Znaczy przerwa na kawę skończona... klik

czwartek, 22 maja 2014

John Wayne i rabarbar

    Pani z całej siły trzasnęła drzwiami busa. Metalowymi drzwiami. Nie żeby pani zła była, nie... Drzwi ciężko się zamykały, zatem kierowca poprosił o użycie siły. Nie powiedział jednak, że ze sprężyną też dzieje się coś i pani z tą siłą i tymi drzwiami i z tym impetem tak i nie zdążyła cofnąć dłoni. Nie wierzyłam, że z bólu palca można zemdleć. Już wierzę. Nie dałam rady powstrzymać ani mdłości, ani łez po przejściu 200 metrów do najszczęśliwszej. Od wczoraj wszyscy mogą podziwiać kolorystykę mojego kciuka, a ja przypominam Johna Wayne'a dmuchającego w spluwę. I cierpię. Cierpię okrutnie, bo jednak prawa ręka przydatną bywa, np. do zapięcia paska, buta, napierśnika. Do umalowania rzęs także się przydaje. Zauważyłam przy okazji, że nie potrafię użyć perfum lewą dłonią, ale włosy ułożę nią lepiej. Myszkę bezprzewodową opanowałam bez problemu, z telefonem radzę sobie mniej sprawnie. Siła złego na jednego obecnie mi się przytrafia, ale dobrzy ludzie tak mają. W powiatowym i w puszczy upał zagościł wreszcie i mam nadzieję, że nie odpuści, bo wreszcie można w lny i zwiewności się odziewać i tak dobrze mi z tym. Tym bardziej, że i dodatki takie lekkie i delikatne i barwne okrutnie można dobierać na przekór wszelakim pastelom królującym ponoć. Kończę "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki", "Życie erotyczne księcia Józefa" i "Striptiz neurotyka". Tematyka mocno rozbieżna, tytularyzm sugerujący, ale prawie absolutnie mylny. Przed nami Kraków i Wilanów. W poniedziałek będę mieć dzień wolny. Czyste szaleństwo. Takie wolne poniedziałki to mini urlop. Dziewczynka miała ostatnio rocznicę komunii. Uwielbiane przeze mnie truskawki już są wszechobecne, ale jeszcze mnie nie kuszą. Poziomki na balkonie czerwienieją się słodkie i pachnące. Drań codziennie idzie na zbiory i chichra się niczym maluszek, że są, że są czerwone, że są jego, że są pyszne, że jest ich tak dużo. Też się dziwię, że się tak rozpanoszyły. Ciasto rabarbarowe już zagościło razem z kompotem w menu weekendowym. Niedługo będą pachnące pomidory. Uwielbiam tę porę roku, kiedy dzień witam z kubkiem kawy na balkonie. Obecnie inki i bez mleka, ale jednak. Tak, teraz jest mój ulubiony czas. klik

czwartek, 15 maja 2014

czas bocianów

     Mój czas ostatnio to weekendy intensywne i te pozornie zwyczajne, szare z nazwy, dni wypełnione po brzegi feerią osób, zdarzeń i obowiązków sprowadzane popołudniami do draniowych treningów i wieczornego zmęczenia z książką. Co robiłam w marcu? Tak... w tym miejscu jednak musiałam zajrzeć do kalendarza... Cóż... podobnie jak i w kwietniu byłam w wielu miejscach niemalże równocześnie, drań odnosił kolejne sukcesy, a mąż mój własny i osobisty aprobował wszelkie moje dywagacje, rozterki i przemyślenia w obliczu zbliżających się świąt. One natomiast upłynęły jak zwykle zbyt szybko, nie dając oczekiwanego wypoczynku. Na początku kwietnia zmieniłam nieznacznie fryzurę. "Obetnę panią na Victorię Beckham" powiedziała fryzjerka Agata. A ja, nie mając pojęcia kto zacz, miałam tylko nadzieję, że będzie dobrze. Jest dobrze. Jest dobrze również i tak w szerszym rozumieniu, na wielu poziomach pojmowania świata wokół mnie. Teściowa moja droga przeszła rozległy zawał zaraz po świętach, ale dała radę i dzielnie wróciła do świata. Dzielnie dała radę również moja mama, która też na kardiologii musiała zostać. Generalnie kapitalnie może i nie brzmi to wszystko, ale i tak się cieszę, że końcówki są pozytywne. Dziwny stan, przypominający ten przedzawałowy, przeszłam i ja. A bo tak... I to chyba był pierwszy dzwonek, że emocje należy bardziej oswoić w sobie. Oswajam zatem i je i siebie z nimi i otoczenie. Międzynarodowy Turniej Piłkarski poszedł draniowi niezwykle zaskakująco. Poznań przywitał nas co prawda deszczem nieprzyzwoitym, a to wpłynęło na nieprzyzwoitą przyzwoitość. Zatem... nie było włóczęgi i zwiedzania miasta po nocy i spacerów we dwoje. We czworo były. Tak... dwie pary plus parasole. Ale przynajmniej towarzysko. Przed draniem kolejny turniej tenisa. Dwa ostatnie za nim. Podziwiam. Zmieniłam dietę. Lepiej się czuję. Ograniczyłam kawę do niezbędnego minimum. Ostatnie EKG wyszło dobrze. Brzmi to strasznie dziwnie. Zupełnie jakbym pisała nie o sobie. Bo cóż... przecież kupiłam we wtorek dwie torebki. Buty na szpilce zaskoczyły wszystkim jej wysokością i odkrytymi palcami przy absolutnym zabudowaniu całej stopy. Żmijkowana bransoleta ponoć do tej pory nikomu nie kojarzyła się ze mną. Wróciły dekoldy. W kiełkownicy pęcznieją kiełki, którymi zajadam się bez ograniczeń, w kuchni na moim talerzu zagościł wegetarianizm. Za oknem szaro, buro i ponuro, a ja mam gołe łydki i króciutki rękaw. Okulary słoneczne też mam. Kościół za oknem zasłaniają prawie skutecznie drzewa. Droga przez puszczę rano jest zawiła. Powrotna jest prostsza. Omijam puszczę. Jadę polami, podziwiając słupy z bocianimi gniazdami i kręte ścieżki. Odpoczywam. Wczoraj na środku ulicy stał bocian i patrzył zdziwiony, że ktoś śmie jechać akurat tą trasą - drogą powiatową co prawda, ale uczęszczaną niezmiernie rzadko na tym odcinku. Piękny ptak. Nawet nie pamiętałam już, że bociany są aż tak duże.
 W sobotę mąż mój własny i osobisty pokona trudny odcinek rajdowy na rowerze górskim. Wiem, że da radę. Ja wolę nawet nie myśleć o tej prawie 80 - kilometrowej trasie z trudnymi podjazdami i po leśnym poszyciu. Czy trenuje przed? W sumie tak. A również i gra. Dwa razy w tygodniu. Wrócił do koszykówki. W marcu. Zapomniałam, że to sprawiało mu taką radość. A ona mnie. Zmęczony może góry przenosić. Dziwna ta wiosna... zimno, a nad wyraz pięknie rozrosło mi się w tym roku wino na balkonie. Czy to tylko wiosna? Trudno powiedzieć...
klik


A do Poznania takie PS. z draniem przy mikrofonie...


niedziela, 2 marca 2014

ba!...

    Napisałam. Napisałam, że urlop się kończy, ulubione sączone przeze mnie rubinieje, bal udany, urodziny męża własnego i osobistego huczne, udane i z wieloma gośćmi. Napisałam również o butach, zakrzywianiu czasoprzestrzeni i planach wygrania co najmniej dwóch tuzinów milionów w lotto. Ta ostatnia myśl wynikała zaś z kolejnego turnieju i sugestii trenera o treningach indywidualnych dla drania dodatkowych raz a najlepiej dwa razy w tygodniu. Napisałam także o przedświcie, o Ukrainie i o tym, że jutro świat wraca do schematów. Poruszyłam również temat szkła i kuchni. Nie żeby to wszystko wzniosłe było i patetyczne. Ale totalnie infantylne to chyba raczej też nie. No cóż... się gdzieś w czarnej dziurze blogowej zaplątało było to i nie ma. Ha! a w zasadzie ba!

piątek, 14 lutego 2014

breathe

    Nakręcam się... Jeszcze tydzień i urlop. Taki dziewięciodniowy. Śnieg stopniał i temperatura dodatnia wprowadziła zaczątki wiosny. Dzięki temu pani może lżejszymi czapkami przykrywać głowę. Bardzo polubiłam w tym roku znienawidzone do tej pory przeze mnie czapki. Polubiłam i kozaki. Ale te ostatnie tylko pod warunkiem, że mają obcasy. Tak... kozakami też miło się stuka. Nabyłam również pełną gamę szali i szaliczków. Przybyło kilka par rękawiczek. Nawet nie myślałam, że te elementy garderoby także mogą sprawiać radość. Najbliższy weekend mam wolny. To miła odmiana wobec trzymiesięcznego maratonu na halach i trybunach pomiędzy wieczornymi koncertami, wystawami, obecnością na studniówkach i tym wszystkim, co się działo w moim nie-moim powiatowym. Drań zaczyna ferie od dzisiejszego popołudnia. Ferie nie zwalniają go z treningów ku jego uciesze. I naszej. Za tydzień turniej i trójmecz. Za dwa tygodnie bal. Kreacji nie mam nadal. Przymierzałam jedną z minimalnej ilości materiału, ale okazało się, że dawny rozmiar jest za duży. Mniejszego nie było. Mówi się trudno, bo opcja na wypchanie tego i owego odpada. Buty o dziwo mam. A przynajmniej tak mi się wydaje. Właśnie przed chwilą odkryłam, że moi operatorzy zarządzili sami z siebie dzisiaj sprzątanie przewodów, gąbeczek, sterty płyt, opakowań i tego wszystkiego, czego nazwać nie potrafię. Widok miły. Może i do mnie przez ścianę trochę ich nowo utworzonej energii przeniknie, bo u mnie nie ma czego sprzątać i to też złości. Jednak bałagan ma swoje zalety. Można potem posprzątać. Mój pokój jest minimalistyczny z dużą ilością obrazów i kilkoma kwiatami. Nie ma jak zrobić w nim bałaganu. Poza biurkiem. Ciekawa jestem, co chłopaki spartolili, że porządki robią wiosenne niemalże... Sprzątanie pozwala myślom krążyć swobodnie w nieświadomości i odwracając uwagę od innych kwestii ułatwia znalezienie odpowiedzi. A moje kwestie? Cóż... blond na włosach wiele ułatwia. I niech tak zostanie. klik

czwartek, 13 lutego 2014

nawet nie wiem, jaki tytuł dać i po co to piszę właściwie...

    Naga przytuptała cichutko i usiadła za moimi plecami kompletnie niezauważenie. Poczułam ją zbyt późno. A może podświadomie nie chciałam zauważyć tego, co powinnam. Od kilku miesięcy droga poprzez puszczę z rana jest okraszona obecnością postaci znanej od dawna, poznanej nagle na nowo z całą panoramiczną perspektywą indywidualnych doświadczeń. Nie zauważyłam, kiedy ta obfitująca w ostre łuki trasa stała się krótsza, nawet jeśli trzeba było jechać z prędkością minimalną podczas śnieżycy. Nie zwróciłam uwagi, że tak trafnie są wychwytywane wszystkie moje nastroje, nawet te szczelnie ukryte. Nie zastanowiło mnie, kiedy pozmieniał plany, aby towarzyszyć mi w konferencji kompletnie nie z jego bajki i jeszcze kilku innych momentach również tylko wokół moich tematów oscylujących. Ba! nawet myślałam, że może zainteresowałam pragmatyka idealizmem. Nie wzięłam pod uwagę, że aby zobaczyć budynek strony oskarżycielskiej wymiaru sprawiedliwości mocno muszę wychylić się z mojego okna, a jednak sms treści "zamknij okno, bo mróz zbyt duży na takie wietrzenie i kwiatki zmarzną" rozśmieszył mnie podczas wielce ważnych spraw służbowych.
Tak... dzisiejszy poranek zdecydowanie był hektolitrem wrzątku wylanym na moją głowę. Zawsze miło, poprawnie, przyjaźnie, wbrew pozorom na dystans. A jednak za dużo, żeby nie zauważyć. Piję trzecią kawę, nie jestem w stanie niczego odsłuchać, pomyliłam jedne dokumenty, drugie wypadły mi z rąk nagle dziwnie rozdygotanych. "Coś się stało?" zapytała stażystka mocno zdziwiona. Nie wiem. Myślałam, że nie. Myślałam? Nie? Czy myślałam? Czy w ogóle powinnam o tym myśleć? Cholera. klik

środa, 5 lutego 2014

What is this I'm feeling?

    Pani ostatnio psuje wszystko, co weźmie do ręki w myśl dawną już, ale pamiętną dla mnie, mojego rodzica płci męskiej, że dać mi dwie kulki to jedną zgubię, a drugą popsuję. Te popsute zauważam. Tych zgubionych nie. Popsute kłują w oczy oczywistością detali walających się tu i ówdzie pozornie w cieniu innych oczywistości, ale nauczyłam się ich nie dostrzegać mijając z pełnym ironii rozbawieniem. Trudno zatem bilans zysków i strat uczynić, bo i punkt odniesienia niepewny. Niepewnych jednak wokół mnie ciut wiele, a pani oszalała i sama sobie zadaje pytania dotyczące wieczności, trwałości, stabilizacji, planuje najbliższe sto lat i zdaje się nie zauważać zbyt wielu kwestii. Bywa. Bywa pani tu i tam i utwierdza się w poczuciu, samopoczuciu, przeczuciu... Wyczuciu też. Poza tym pani ma sny. Sny własne zadziwiają mnie niekiedy, niekiedy fascynują, a niekiedy każą obudzić się w konkretnej czasoprzestrzeni i zaczerpnąć tchu. Obecnie pani planuje kreację na bal. Ślubny ma zdecydowanie łatwiej. Nie żeby te sny o kreacji były... Nie. Kreacja jest jednak zmorą tej części doby nie okraszonej snem. Pozostała część doby jest miła. Bardzo miła. Za bardzo. W tym sęk. Pozostała część doby stała się początkiem jej i jej sensem. Upchnę. Dam radę. Różowe okulary pomagają w wielu momentach mojego życia. Zbyt wielu.
    Kajka urodziła bliźniaki w ubiegły poniedziałek spełniając moje wielkie marzenie. Przyznałam się w duchu przed sobą, że nuta zazdrości przemknęła mi przez mięśnie, pomimo iż to moja przyjaciółka a maluchy kocham już całym sercem. Dobrze, że jej się udało. Joaśka zapytana dzisiaj drogą telefoniczną, jak jej informatyk, stwierdziła po dłuższej chwili zamyślenia, że po nim był prawnik, dziennikarz i wojskowy. Cholera! co za rozbieżność... Kasia za to właśnie wcisnęła mi w ciocine ramiona Damianka wcale nie aniołkowatego na korepetycje z języka polskiego, gdyż ma problemy. Ona i on. Kto większe, okaże się wkrótce. To tak w telegraficznym skrócie. Magiczna i organoleptyczna milczą. Skróty muszę robić i myślowe i rzeczowe i życiowe. A przecież wiem, że skróty są dłuższą drogą zawsze... Kiedy ja zmądrzeję? To tak w ramach puenty...
PS. Drań kolejny weekend z rzędu spędzi na meczu. My na trybunach. Zaczynam nie pamiętać czasów sprzed wyjazdów i rozjazdów. Musiałam się potwornie nudzić pracując w powiatowym i mając dziecko jeszcze nieusportowione...

niedziela, 19 stycznia 2014

ulungu hafanana

    W piątek minął tydzień od dziewiątych urodzin Drania. Niesamowite... Kiedy on zmagał się z piłką i piłeczką na dwóch różnych treningach jeden po drugim pod czujnym okiem trenerów i rodzica płci męskiej, ja zasiadłam na wygodnym fotelu fryzjerki Agaty. Lubię ją za samo imię. Kolor nieco mniej platynowy, ale ponoć jest dobrze. Włosy nieco krócej, ale tak chciałam. Masaż głowy rewelacyjny. Odpoczęłam. Po powrocie czekał na nas szampan zakupiony przez męża mojego własnego i osobistego. I ulubione. To były pierwsze urodziny, do których Drań podszedł tak świadomie. Odliczał dni, asystował przy zamawianiu sali oraz tortu, ustalaniu godzin przyjęcia, projektowaniu zaproszeń etc. A w piątek odliczał godziny i minuty do swojej magicznej 20:30, zatem życzenia musieliśmy złożyć mu na parkingu przed blokiem, a szampana piliśmy jeszcze w butach, szalikach i przedpokoju. Ja też te godziny i minuty odliczałam już od samego rana. U Agaty natomiast miałam niezachwiane poczucie, że dzieje się coś wielkiego. Cieszę się, że urodziny to taka magia dla niego i ewidentnie obchodzić je będzie entuzjastycznie jak ja swoje. Potem sącząc ulubione zaczęłam pisać notkę, ale to chyba nie była odpowiednia czasoprzestrzeń. Dzisiaj słowa łatwiej brzmią. To pierwsze urodziny Drania, kiedy nie odczuwam mentalnie krok po kroku napięcia i ekscytacji z odrobiną strachu. Widać odeszły w momencie, kiedy on stał się świadomy swojego istnienia i zrozumiał, jak wielkie jest ono i niezwykłe. Taaak... w tym będę go utwierdzać.
    Dzisiaj obejrzeliśmy "Grawitację". Zdjęcia fantastyczne. I znowu zaczęłam się zastanawiać, jak bardzo czasem nie uświadamiamy sobie, że to co zwyczajne okazuje się być najbardziej wartościowe.
No właśnie i tak bardzo przy okazji wczoraj byłam na studniówce. Odczuwam ją jeszcze dzięki lekkiemu zmęczeniu i niedospaniu, bowiem tuż przed ósmą dziecko obudziło mnie całusami i informacją, która godzina.
- Mamusiu, wstań i nie budź taty, to sobie tak cichutko porozmawiamy. Zobaczysz, będzie fajnie! - powiedział Drań na tyle głośno, żeby obudzić i mnie i ślubnego i na tyle sugestywnie, że wstałam tylko ja, aby istotnie poszeptać. I faktycznie było fajnie. I absolutnie nie obchodził mnie fakt, że takie słowo nie istnieje. Te szepty poranne weszły już niejako w rytuał dni wolnych. Niezwykle rzadkich w naszym życiu zwłaszcza w weekendy. W sobotę tydzień temu o godzinie ósmej byliśmy w drodze na turniej. W niedzielę za tydzień będziemy w drodze do Lublina na mecz. Sukces za sukcesem. W maju w Poznaniu piłkarski turniej międzynarodowy odbędzie się ku naszemu zaniemówieniu. A potem drugi... tenisowy. Z trenerami przeszliśmy na "ty" zaraz po zsynchronizowaniu terminów. Swój prywatny terminarz obarczam mnóstwem dodatkowych wpisów, notatek i pozornie dziwnych informacji. Znajduje się w nim i przepis na ciasteczka z płatków owsianych. Magia normalnie i w dodatku czarna... nie wierzyłam, że płatki, mąka, masło i jajka wymieszane na totalną ciapę suchą niemiłosiernie pozwolą stworzyć coś tak smacznego. Za oknem szklanka. Łyżwy szykują się na debiut. Moje również. Ćwierć wieku odpoczywały, zatem remake podobny do debiutu. Budzę się. klik

wtorek, 17 grudnia 2013

głównie o podkładce

    Za oknem zielone choiny i absurdalnie ciemne dachy niskich domków sięgających wieku XIX. Zespół budynków Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek, który swoim ciepłym kremowym kolorem współgra ze śniedzią dachu, panoszy się wśród owych choin. Tak, to mój widok spoza lekko opuszczonych rolet. Na przepastnym biurku artystyczny nieład. Jak pracuję, nie potrafię inaczej. Gdzieś w tłumie na podkładce pod wrzosowy kubek z kawą "Trzy okresy życia kobiety", znane również jako "Matka i Dziecko" Gustava Klimta. Jego pierwszy obraz olejny. Uwielbiam Klimta. Patrzę w chwilach zadumy na tę podkładkę. W niedzielę drań doszedł do półfinału w ogólnopolskim turnieju tenisa. Dziką radość sprawiało mi patrzenie na to dziecko, ale nie mam pojęcia, ile dokładnie ubyło mnie z wagi dzięki stresowi, kiedy obserwowałam, jak on walczy. Bo on walczył. To nie była gra między zawodnikami 8 - 10 lat. To były pojedynki z uderzeniami o sile godnej osób dorosłych, a wymiany były tak zaciekłe, że aż szokowały. Przegrał. Załamał się. Nie dał rady poprzez łzy odbijać celnie w meczu o III miejsce. Prowadził w gemach 3:0. Przegrał w tie-breaker. Szkoda. Szkoda. Po raz pierwszy negatywny wpływ stresu doświadczył organoleptycznie. Wie, że tego błędu już nie powtórzy, że trzeba z chłodną głową podchodzić do walki. Nie mogę pojąć, że za tydzień Wigilia. Najszczęśliwsza babcia na świecie zaskakuje mnie kolejnymi informacjami o suszu, grzybach, piernikach, przyprawie, zalewie, bombkach, a ja ze zdumienia otwieram szeroko oczy i staram się wdychać te zapachy sugerując, że nie mogę jej w tej chwili odpowiedzieć, czy zrobimy śledzie w śmietanie w poniedziałek, czy już we wtorek rano. Zła rozłącza się i za chwilę niczym skowronek dzwoni z pytaniem, czy makowce takie czy siakie, czy schab ze śliwką czy bez. W pracy dekorują salę konferencyjną, choinka od tygodnia stoi przy schodach majestatyczna i złoto - czerwona. Szaleństwo. I to wcale nie białe. Jutro mecz piłkarski tatusiów z grupy A z tatusiami z grupy B. Mam sędziować. Dobrze, że wiem, jak bramka wygląda. Nie potrafię biernie odpoczywać. Czytam, biegam, podziwiam, słucham. Na Sylwestra ubiorę białą sukienusię z baskinką i nieprzyzwoicie wysokie szpilki. Sterta papierzysk i "Życie erotyczne Księcia Józefa" spoglądają na mnie z niedowierzaniem, że przestałam skupiać na nich swoją uwagę. Cóż... złośliwość przedmiotów martwych, które żyją swoim życiem, każe mi wrócić papierologii produkowanej na jednym z bardziej abstrakcyjnych poziomów matrixa.




niedziela, 17 listopada 2013

res source(s), czyli wieloznaczność

    Wczorajszy wieczór upłynął pod znakiem tortu, szampana, monodramu z "Kupca weneckiego" i sztuki na podstawie "Wybryku" S.I. Witkiewicza. Ogólnie był to zwariowany wieczór. Zwariowany tym bardziej, że w sztuce drań podziwiał swojego kolegę z klasy. Śmiał się, klaskał, chichrał i ekscytował. Według niego zachowanie sceniczne było wcale nie przerysowane, a rzecz normalna. Zabawne... chłopcy podziwiają się w pewnym gronie wzajemnie. A my, jako rodzice owego grona, wspieramy ten wzajemny podziw. Podziw, szacunek, pasje. Indywidualizm. Każdemu bowiem coś los przeznaczył, więc każdy potrafi coś. Ale do sedna... Igor vel mały Staś syn Witkiewicza najpierw zgodnie ze scenariuszem narozrabiał na scenie, a potem nie mógł doczekać się braw publiczności, aby po tym, co mu było należne, bez absolutnie najmniejszej refleksji, że bez pozostałych dwunastu aktorów zdziałałby nic, niczym cesarz, który dostał, co cesarskie poprowadził swoich ośmioletnich kolegów totalnie niezdziwionych sceną, sztuką, której nie zrozumieli należycie, a może przez to właściwie, publicznością, rocznicą istnienia teatru, ogromem przybyłych osób, reporterów i kamer, do sali z tortem i szampanem marki igristnoje, obok którego stało sławetne wśród nieletnich ośmioletnich piccolo. Tak... i to o to piccolo właśnie chodziło. Nieważne nawet było to, że ze ścian, a raczej umieszczonych na nich fotografii, spoglądały na przyszłość naszego kraju te majestatyczne i te nieco mniej poważne miny twórców naszej kultury, filmu, teatru. Piccolo było sensem ich jestestwa w chwili obecnej, a pączki z różą dopełniły pełni szczęścia dużo bardziej niż tort. Prawdę mówiąc upaciani wcale nie wyglądali na przyszłość dobrze rokującą, ale wszak duch Witkacego nad całością unosił się niepodzielnie ignorując Szekspira, więc kto wie? Idąc tym tropem, nasza przyszłość maluje się energicznie, absurdalnie, w totalnym rozpędzie i z kupą śmiechu. I mam nadzieję, że bez nacisku na słowo przedostatnie.
    Nie. Mylicie się. Wieczór ulubionym się nie zakończył. Ulubione na razie nietykane stoi w szafce kuchennej i czeka nie na Godota co prawda, ale na coś zapewne. Za to płaszczyk z jedwabną przydał się w stu procentach. I nawet nie zmarzłam pomimo oryginalnie do rozmiaru dopasowanych rękawów wskazujących prozaicznie na konieczność oszczędności materiału, skoro zużyto go zbyt wiele na pasek. Mąż mój własny i osobisty garnituru nie wdział, ale pasował bardziej, niż owi, nieliczni co prawda, dziwacy w białych koszulach, krawatach i garniturach właśnie. No cóż. On generalnie pasuje.
A spacerowy krok po kocich łbach powiatowego śródmieścia, odbijający głuchym echem od kamienic drastycznie proszących o renowację, dawał jednoznacznie do zrozumienia, że wokół zapanowało zimno. Takie, jakie lubię. Zimno wybielające obrzeża trylinek, kostki, krawężników z granitu. Latarnie dają wtedy bardziej przenikliwe światło, a podświetlenia budynków odbijają pozornie niewidoczną feerię, hydranty zaś tworzą od ich wpływem cienie i półcienie. Ale te półcienie to już inna bajka... klik

piątek, 15 listopada 2013

You say you love, say you love me... breathe...

    ... czyli wpadło mi w ucho. Dwa uszy. Dwoje. Mąż mój własny i osobisty, po pierwszych dźwiękach poprosił, abym uprzedziła go, zanim zaczną mi się podobać BMW. A przecież 1 i x5 już mi się podobają. On nie wierzy. A ja wiem, że jeden z nich to będzie nasz następny samochód.
    Pisałam, że nie piję kawy? No poza tą ogromną przed świtem w glinianym kubku z dużą ilością mleka.  Ochota na kofeinę odeszła gdzieś. Wyparta przez szminkę, krótsze włosy i koturny kontrastujące drastycznie z melisą i dziką różą. Obcasy dyżurują w oczekiwaniu, ale udaję, że ich nie widzę. Łamię kolory. Bawię się głosem. Nabyłam odjechaną torebkę. "Kup tę oczojebną apaszkę" doradziła mi moja współpracownica, z którą z założenia odgórnego miałyśmy się nienawidzić, a zaczęłyśmy prawie przyjaźnić. Chociaż nie szukałam przyjaźni. Otoczyłam się szczelną barierą. Wystarczają mi krewni i znajomi królika.
Lubię poranki. Długi prysznic. Uciekający czas. Szybki bieg po schodach. Zimno w stopy i coraz dźwięczniejsze odgłosy butów na zmarzniętej kostce. Drogę przez puszczę. Otwieranie drzwi pokoju. Panujący w nim półmrok i zapach. Lubię. Te kwadranse, kiedy jestem sama, a wokół kumulują się dźwięki i nagle zaczyna się pośpiech, reakcja, riposta, tekst, ustalenie. W tym chaosie nie ma miejsca na przyjaźń.
    Przede mną wolny weekend. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam taki. Drań nie ma żadnego meczu ani turnieju. Tylko zwyczajnie i po prostu w sposób oczywisty trening. Pośpię. W zwolnieniu będę funkcjonować. Będę się zmuszać do spowolnienia krwiobiegu i wyeliminowania adrenaliny. Uwielbiam weekendy zaczynające się w piątki i powrót z draniem ze szkoły spacerkiem. I obiad jedzony o godzinie obiadowej. I rozleniwienie. I to takie zwyczajne bycie ze sobą. Zaczęłam się dziwić ostatnio w takich chwilach spowolnienia. Patrzę bowiem z innej już perspektywy na oczywiste świętości rodzinne, zastanawiam się nad fenomenem zaufania, podziwiam męża własnego i osobistego, że ten ma do mnie cierpliwość i słucha z zainteresowaniem moich słów, że śmieje się z moich dowcipów. To w sumie niezwykłe. Przyglądam mu się z lekkim zainteresowaniem. Niby mój. Niby ten sam. A chyba innymi oczami go obserwuję. Zaskakuje mnie. Zaskakuję siebie. Socjopatyzm między nas jeszcze nie wniknął. W odróżnieniu od otaczających nas codzienności. klik

piątek, 8 listopada 2013

imagine, ilinx i jeszcze coś

    Przyczaił się nagle listopad i wraz uwielbianymi przeze mnie kolorowymi liśćmi z drzew zleciały te pierwsze i te drugie jego dni. Ba! nawet te trzecie i te czwarte. A co za tym się kryje, zleciał również czas do kolejnego wielkiego wydarzenia w skali powiatowej i pani wpadła w wir szykowania jednej z wielu stałych, dużych imprez. Tym razem pod znakiem patriotycznym. A poza tym... Poza tym znowu udaje mi się ukrywać lekkie drżenie rąk, kiedy myślę o oraz delikatne drgania w głosie. Pani przecież jest opanowana i pani się nie cofa w swoich decyzjach przemyślanych przez nią samą starannie uprzednio, skonsultowanych i z naddanymi scenariuszami awaryjnymi. Jak tak myślę o tej pani z boku to chwilami zastanawiam się, czy ja ją znam w ogóle. Bo w szczególe zdaje mi się być skrajnie inną osobą. Bez emocji. Stonowaną. Z uśmiechem na twarzy pomimo sytuacji, osób, reakcji organizmu. Zabawne, że są to takie chwile, które pozwalają mi się poczuć jak na studiach. Tak... w swoim pokręceniu lubiłam egzaminy ustne. I to napięcie przed. I tę radość po. I poczucie lekkości. Kilka(naście) minut i werdykt, uczucie lekkości, swobody, zadowolenia z siebie. Teraz mam podobnie, z tą różnicą, że te dwa stany rozciągają się w czasie, a emocje muszą być na wodzy bardziej. Ilinx. Tak. Do życia potrzebuję ilinx. Kupiłam wczoraj płaszcz. Z jedwabną podszewką. Płaszczyk też kupiłam. I buty. Koturny. Lakierki. Wszystko czarne. I szminkę. Krwistoczerwoną. Zakupy łagodzą stres i podwajają go równocześnie, bo zaczynam się skupiać na tym, że nie tylko będą mnie słyszeć, ale i widzieć. A kto? A wszyscy. To nie pociesza. Ilinx wtedy się ujawnia i niczym na karuzeli oglądam krajobrazy, scenariusz mam podprogowo wczytany z możliwością wprowadzenia korekty bądź improwizacji. A ta ostatnia zaczęła mi wchodzić w krew. Również w kwestiach prywatnych. Niektórych, ale jednak codziennych. Takich, na które czekam przez kolejne godziny dnia. Póki co nie walczę ze sobą. Póki co nie chcę. Karuzelę odbiera się przecież zmysłami tylko. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam szminkę na ustach. A dzisiaj mam i czarny cień na powiekach. Ilinx. klik

środa, 16 października 2013

widok z okna

- Masz niesamowity widok z okna... - podszedłeś do mnie cichutko, kiedy nalewałam kawę do filiżanek. 
Byłeś w poprawnej odległości ode mnie... A jednak zagęszczone podnieceniem powietrze iskrzyło.
Czułam twój oddech na karku, ramionach i plecach, których nie zdążyłam w porę przykryć, zasłaniając sweterkiem bluzkę na ramiączkach.
Czułam oddech, jego ciepło i... gęstość. Gęstość myślami zwielokrotnioną. Myślami, które o mój kark się obijały.
- Niesamowity... zawsze tak tu wszystko wygląda? - Stanąłeś tuż za mną. Zasłoniłeś mnie zupełnie. Ciepły prąd przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa...

Nie odwróciłam się, żeby spojrzeć ci w oczy.
Nie chciałam potwierdzenia, że patrzysz.
Bałam się, że włosami połaskoczę twoje usta.

Nie mogłeś opanować głosu. Przymykałam oczy i wsłuchiwałam się w ciepły, rozedrgany tembr, w którym brzmiał wyraźnie nieudolnie ukrywany erotyzm.

Nie mogłam opanować lekkiego drżenia rąk, gdy podnosiłam filiżankę...

                                                                   ***

 Taak... dzisiaj piłam z tobą najbardziej podniecającą mnie kawę... w najbardziej nierealnym na spotkanie z tobą miejscu.

Faktycznie... mam niesamowity widok z okna. Zwłaszcza jeśli spojrzę w nie twoimi oczami.
                                                                                               
                                                                              powiatowe, dawno temu

niedziela, 13 października 2013

Weronika postanawia umrzeć...

    ... to obecny klasyk czytany mi przez lektora, kiedy o świcie zmierzam poprzez puszczę do powiatowego. Drugiego powiatowego w moim życiu. A Weronika pozornie niecelowo zaczęła zmieniać coś w nim, odkąd słucham o jej zamiarach i okolicznościach, w jakie wpadła niczym śliwka nie do kompotu. Droga poprzez puszczę jest przecudna! Zapewne pisałam już, że uwielbiam kolory jesieni. Taaak... musiałam wywlec na światło blogowe nie raz swoją euforię obwarowaną sakramentalnym warunkiem, że moje uwielbienie jesieni wzmacnia się wraz ze światłem słonecznym.
Szybko rzuciłam oczami, patrzącymi obecnie przez szkła okularów, na poprzedni wpis i za nic nie mogę pojąć, że minął miesiąc. Minął i już go nie ma, chociaż szpilki są, zastukały jeszcze razy kilkanaście i dały kolejne sukcesy. Dwa sceniczne, a pozostałe takie po prostu i zwyczajne, choć dla niektórych nieprawdopodobne.
Pisałam, że nad wyraz lubię swoją pracę? Lubię. Tak. I wcale się tego nie wstydzę. Ostatnio byłam w stolicy na zebraniu niezwykle ważnych i poważnych akcjonariuszy. Ugarniturowani panowie starali się pokazać swoją wagę, przewagę, rozwagę i sami nie wiedzą co jeszcze. A ja i szefowa spędziłyśmy miłe godziny na rozmowach prywatnych. O życiu. O ludziach. O planach. O przeszłości. "Zyskujesz bardzo przy bliższym poznaniu" - stwierdziła. Hm... tak... to jest ten moment, kiedy przełożeni i współpracownicy zaczynają podejrzewać, że jednak niczym Poświatowska "mam ręce stopy usta i całą tę resztę balast który przez chwilę trzyma mnie w okolicy życia" i że nie wypełzam rano z formaliny, aby późnym wieczorem znowu do niej wleźć. A może to jedna z tych ostatnio coraz częstszych chwil, kiedy się odsłaniam przed tymi, co nie powinni znać mnie od strony innej niż zawodowa? Czemu to robię? Przywykłam po upływie trzech lat do ludzi i miejsc na tyle, że daję poznać prawdziwą mnie? Może... Może nie wspomnę o pochwałach za wielką imprezę, której się obawiałam w poście poprzednim, ale zaznaczę, że udała się następna jeszcze trudniejsza. Dodam opanowanie i racjonalizm, którego dotychczas nie wykazywałam w takim natężeniu i radość z przeprowadzki do nowego budynku. Mam piękny pokoik. Z oknem południowym i widokiem na kościół okolony sosnami. Cisza. Spokój. Grafiki surrealistyczne na ścianach i pegaz. Minimalizm mebli stojących na gresie dopełnił mojego chcenia. I biurko z szufladami zamykanymi na klucz. Pani dostała nowy fotel. Obrotowy we wszystkie strony. Śmigam na nim niczym nowym piórem po kartkach papieru z ramówką. Czuję każdą cząstką mnie, że jestem we właściwym miejscu i czasie, a dwudniowa konferencja zorganizowana przez Park Krajobrazowy wywołała u mnie natłok myśli pozytywnych zdążających do stwierdzenia, że ta bliskość puszczy to dar od niebios w momencie życiowym, którego w innym miejscu nie zniosłabym równie dobrze.
Spotkanie z Małgorzatą Kalicińską dopełniło moje ostatnie przemyślenia. Wspaniała i ciepła osoba, którą śmiało można zaliczyć do grona zołz z pazurrem. Skłoniła mnie do pewnych decyzji, ale o tym kiedy indziej.
Mąż mój własny i osobisty zanurza się w świecie swoich liczb i tabel. Wykresy i statystyki uzupełniają jego ciekawość o wartościach ujemnych i PKB. Pasje liczbowe przekłada również na dane podczas spotkań Rady Rodziców. I jeszcze kilku innych, o których potem. Pasja do liczb kiełkuje również w draniu. Ciekawa jestem, jaką to dziecko będzie miało duszę. W całej rodzinie ściera się bowiem pasja humanistyczna z ukochaniem matematyki. Ja zaczynałam studia równolegle na wydziale matematyki i cywilizacji śródziemnomorskiej na najstarszej uczelni w kraju mieszczącej się zaledwie dzieścia minut szybkim krokiem od Wawelu. Mąż mój pasjami ogląda liczby i układa je w wartościowe szeregi danych, z chęcią dając się porwać w wiry kulturalno - literacko - historyczne. Zobaczymy... Na razie zobaczyliśmy kolejne sukcesy na murawie. Chłopcy wyszli z grupy. Kolejne starcia ligowe wiosną. Teraz towarzyskie. A te spowodowały, że trenerka na korcie dokręciła śrubę. Przed nim dwa turnieje w stolicy.
Kolacje jedzone przy stole dają nam możliwość ponownego poznawania się. Dziecko nasze staje się osobą. Mąż mój własny i osobisty coraz bardziej mnie ciekawi. Ja nadal śmieję się z jego dowcipów. Kocham ich bardzo. Przestałam reagować nerwowo na zapytania szwagra i teściów, kiedy drugie dziecko. Kiedy? To przecież proste: kiedy ono samo zechce się zjawić. Widocznie to jeszcze nie jego moment. Naprawdę ludzie wielu spraw nie rozumieją, chociaż są śmiesznie oczywiste.
Dochodzi 17:00, a to czas dobry jak każdy inny na kawę, zatem idę, aby ją zaparzyć w filiżance z krwistoczerwonymi makami. Chłopaki śmigają na boisku. Koty śpią obok mnie. "Kotka na rozgrzanym blaszanym dachu" rozemocjonowała mnie po raz kolejny. Newmana też uwielbiam. Od co najmniej dwudziestu lat. Podobnie jak Janis. No dobra koniec, kawa, etc!


PS. "Mamusiu!! zobacz moje mięśnie na tym zdjęciu!! Widać je, prawda? No powiedz mamusiu!!" drań całym impetem oparł mi się na ramieniu, aby zawisnąć nad laptopem i ku rozpaczy swojego rodzica męskiego wodzić paluszkiem po monitorze stukając dynamicznie w matrycę.
Nooo... chyba tak. Chyba je widać. Jeśli się spojrzy bez wskazań drania. Zdjęcia dostaliśmy w tym tygodniu. Jakiś tysiąc zdjęć z obozu. Pokazują one nie tylko te owe mięśnie, ale także jak drań grał na automatach, jadał kilka lodów dziennie i wariował na przykład ten i tamten na zabawach typu tańce i karaoke. Trochę źle się czuję podpatrując go w ten sposób. Wolę skupić się na tych mięśniach. Hm... są czy ich nie ma? "Oto jest pytanie" jak to mawia dziecko moje nie chcąc wcale przyjąć do wiadomości, że dawno temu ktoś już je zadał stając się niezwykle sławnym. Ot! taka nasza prywatna metatekstowość dnia codziennego.

poniedziałek, 9 września 2013

szpilki

    Udało się. Najszczęśliwsza twierdzi co prawda, że udać się po prostu musiało i nie było innej opcji. Opcje jednak według mnie były. I ona też musiała o tym wiedzieć, skoro kilkanaście minut przed rozpoczęciem uroczystości zadzwoniła, aby mi powiedzieć, że pięknie wyglądam i że pójdzie wspaniale. Prorok. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam ubrana na biało. Nawet ślubna sukienka białą nie była. A wczorajsza tak. Z wytłaczanymi punkcikami odbijającymi światło, co sprawiało efekt od szarości po ecru. Na zdjęciach i nagraniach jest jednak śnieżnobiała. I jest ładna. Tak po prostu. Prosta. Prosta jak się okazało była część oficjalna. Artystycznej się nie bałam. I to był mój błąd. Drugi tego dnia. Pogoda dopisała. Tłum ludzi podkręcał atmosferę dobrej zabawy. Bawiłam się na koniec i ja. Po pysznym winie z ogromnej winnicy, wyluzowana po ciężkim dniu i emocjach. Stopy mam zmasakrowane przez zachwycające ponoć szpilki, które mnie jednak zachwyciły jedynie przy zakupie. Dawno nie tańczyłam ze ślubnym. Pamiętam, jak nie potrafiłam tańczyć z nikim innym przyzwyczajona do jego prowadzenia. Za to wczoraj najpierw zauważyłam, że pozwalam się prowadzić bezbłędnie i temu i temu, a potem poczułam zdziwienie, że gubię kroki przy mężu własnym, osobistym i prywatnym. Zabawne. Dranisko zmęczone śmiało się z nas i męczyło moją stażystkę opowieściami różnorakimi. Teraz ona męczy mnie ich powtarzaniem. Koszmar.
Tak. Jestem zadowolona. Dumna nie. Do dumy jeszcze brakuje. Ale zadowolona bardzo. Zbieram pochwały i gratulacje. Miło tak. Popijam yerbę, przeglądam zdjęcia i czuję zmęczenie w każdym milimetrze ciała. To jednak był udany weekend. Jednak cała przepastna reszta musi pozostać milczeniem  klik

niedziela, 1 września 2013

będzie się działo...

   ... i znowu nocy będzie mało, czyli od piątku mentalnie pasuje do mnie piosenka, która początkowo budząc we mnie olbrzymi znak zapytania dotyczący wartości muzycznych, pociągnęła mnie nutą jednak bałkańską, trąbkami i tekstem. Zwłaszcza tekstem. Otóż... otóż nocy mi ostatnio nie starcza na wszystkie czynności, wśród których obok tysiąca opowieści i przytuleń oraz snu są przemyślenia, zmęczenie i stres przed nieuchronnie zbliżającym się najbliższym weekendem. I dwoma imprezami. Taaak... skóra cierpnie mi już nie tylko na miejscu pozbawionym nazwy pleców szlachetnej, ale nawet na przedramionach. Sukienusia z baskinką koloru prawie białego, któremu do ecru brakuje wiele, buty koloru przypominającego capuccino z domieszką karmelu, olbrzymi kwiat z jedwabiu do przypięcia na ewentualnym żakiecie, tudzież piersi zerkają na mnie od kilku dni i dodają stresu. Ja wiem, że to nie pierwszy raz, że dam radę, że będę z siebie zadowolona jeszcze podczas całego zamieszania zorganizowanego co do najdrobniejszego szczegółu, że najtrudniej wypowiedzieć pierwsze dwa słowa, a potem uśmiecham się i kartki ze scenariuszem mogę odłożyć na bok i jadę niczym na miotle z dopalaczem pozwalając sobie na dygresje i wstawki niezaplanowane. Wiem... Jednak tym razem poza zabawą, będzie politycznie. Bardzo politycznie. Niby niechcący, niby z dużą dozą nieśmiałości, a jednak cały światek trzymających jeszcze w wielkim napięciu władzę będzie się z totalnym brakiem skromności i świadomości przepychać na scenie, a ja mam zarządzając tą przestrzenią i czasem, poprowadzić ich w rejony zwiększonej świadomości i zdrowego rozsądku, aby ludzie nie przyjęli zbyt dużej porcji napuszonej nieskromności i jednocześnie wizji marazmu przeciwnika partyjnego/opcjonalnego/potencjalnego. I to z uśmiechem oraz pełną uroku nieświadomością, o czym zacz, mam zrobić. Bo tak wygodniej. A mnie skręca... Tak więc wracając do pleców... Opalone jeszcze są. Włosy tydzień temu zostały dopieszczone przez fryzjerkę. Opalony jest jeszcze buziak drania, który właśnie z ogromnym uśmiechem i wystającymi dwiema wielkimi jedynkami stałymi na przedzie, co tylko uwidacznia delikatność ząbków mlecznych umieszczonych w równiutkich szeregach obok, pognał ze swoim rodzicem męskim na mecz. Ponad godzinę wcześniej, bo "tatusiuuuuu, taaaatusiuuuu, bo oni rozgrzewkę będą mieli i ja muuuuszę..." "No dobra!" skwitował ślubny pozbawiając mnie złudzeń o swojej normalności. Trener drania prowadzi dwa roczniki. Maluchy wpatrzone są w starszych o sześć lat kolegów bardziej niż w obraz starszego brata. Ba! mają wśród nich nawet swoich idoli. A starsi, zaraz po tym, jak przełknęli fakt, iż mają konkurencję i to wcale niezłą zarówno od strony ich predyspozycji jak i sympatii trenera, łaskawie pozwolili się uwielbiać. Czasem nawet pozwolą młodym pograć ze sobą i nieudolnie ukrywają wtedy zdziwienie, że maluchy radzą sobie z nimi podwójnie - taktyką i tym, że oni nie mają odwagi z użyciem siły ich popchnąć, albo podkosić. Za to rodzice jednego, jak i drugiego rocznika stanowią kółko wzajemnej adoracji. Właśnie wczoraj zauważyłam, że spotykając się trzy razy w tygodniu na około dwie godziny i wyjeżdżając wspólnie w różne rejony chwały dzieci, zaprzyjaźniliśmy się do tego stopnia, że zatraciliśmy większość tajemnic. Były już imieniny, grille, ognisko, zwyczajne pójścia do pubu, wyskoki nad wodę, spotkania z doskoku, wyskoczenie na kawę, zakupy i tak po prostu. Przyjeżdżają na to, co ja organizuję, lub/i prowadzę. Wiemy, kto lubi kawę, a kto jej nie pije. Wiemy, kto pije piwo, a kto nie bierze do ust wina. Wiemy, jaka muzyka kogo poniesie do tańca i z kim bardziej pobłażliwie, a z kim stanowczo trzeba ustalać różnorakie kwestie. Mamy prawnika, lekarza, strażaka, policjanta, kamieniarza, fotografa itd. itp. co stanowi kalejdoskop i totalny przykład różnorodności. I dlatego jest ciekawie. Trener się cieszy, bo uważa, że to scala drużynę. A my też się cieszymy, bo chłopcy faktycznie się zżyli niejako dzięki brakowi wyboru, który sami im swoimi relacjami zapewniliśmy. Tak więc drużyna, trener, mecz... I obecnie warunki hard, bowiem w powiatowym lunął deszcz iście wrześniowy, aby dzieci nastroić do namacalnej utraty wakacji. A te właśnie drań po raz pierwszy w życiu odebrał jako coś magicznego, opierającego się na wyobraźni i totalnej beztrosce. Ułatwiło mu to podwórko w stylu zapyziałego PRL, czyli duża gromada dzieci w przedziale wiekowym 14 - 5, których rodzice radykalnie odrzucili myśl o wychowywaniu swoich pociech w stylu bezstresowym. Być może miało na to wpływ ich własne wychowanie, być może delikatne i te mniej delikatne braki w wykształceniu, być może powierzenie pociech opiece dziadków, którzy swoje własne dzieci wychowali na konkretnym systemie wartości. Dzieci wchodząc do czyjegoś domu stają karnie w przedpokoju i mówią najpierw dzień dobry. Biegają po połowie osiedla, a na drugiej połowie osiedla tworzą kryjówki. Raz bawią się w rycerzy średniowiecznych, raz chronią Narnię. Dziewczynki urządzają pikniki na kocykach, więc chłopcy muszą się dostosować. Rowery, deskorolki i piłka to stałe atrybuty. Na chodnikach rozrysowane są klasy i strzałki do podchodów. Drań nauczył się dwutaktu koszykarskiego, którego ślubny nie potrafił mu wytłumaczyć. Siatkówka i pika nożna królują niepodzielnie. Dzieci robią widoczki, sekrety, miejsca skarbów. Myślałam, że skakanie w gumę, czy na skakance poszło w zapomnienie podobnie jak kręcenie hula-hop. A jednak tutaj mam pod okami dowody, że się myliłam. Głośne dowody. Tak samo głośne jak i bieganie z różdżkami, tworzenie wymyślonych krain i inne trudne do opisania w kilku słowach zabawy. I ściąga się delikwentów po 20 do domu i ocenia, czy ściągnęło się swoje własne dziecko dopiero po kąpieli wstępnej. Światy równoległe i magiczne pozwoliły na zawiązanie się przyjaźni podwórkowych, które już są widoczne. Zabawne, że życie naszej trójce umożliwiło spadanie na cztery łapy i podejmowanie decyzji, które zawsze okazują się słuszne. Chociaż ta wpływająca na obecny kształt naszego życia została podjęta kilka lat temu przez dziadków moich. A właśnie... wczoraj zasadziliśmy obok nich tuje. Zaznaczając swój teren, postanowiliśmy cieszyć się z życia w nawet tak pozornie smutnym miejscu. Tuje, wrzosy, astry. Nawet zatrwian może być trzymany w wodzie. Przełamuję się. Przełamuję konwencje. Ślubny pomaga mi w tym z aprobatą i własnymi pomysłami. Bałkanica jednak to doba myśl. Zapomniałam o Bregovicu i energii płynącej z radości zwyczajnego życia. Należy się cieszyć z rzeczy prostych. Zwłaszcza jeśli skupiają muzykę, Kazimierz, taniec, Bałkany (obiecane mi weekendowo przez ślubnego) i optymizm. klik