Taaaak... od czasu ostatniej notatki, które miały być systematyczne znowu, minął miesiąc i nawet nie potrafię zrozumieć, jak on to zrobił. Spędziliśmy go co prawda intensywnie, ale żeby aż tak?! Fantastycznie bawiliśmy się w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą, zahaczając nieznacznie o Festiwal Dwa Brzegi. To trzeba przeżyć. Tego opowiedzieć się nie da. Podobnie jak nie sposób opisać klimat Kazimierza. Tak, tego Kazimierza, w którym nie byliśmy od trzech lat. A może od czterech. Jakoś tak wyszło, że... A przecież każdą kolejną rocznicę ślubu we dwoje tam właśnie celebrowaliśmy i od tych lat ostatnich każdego roku poza tymże miejscem mówiliśmy, że za rok itd., bo przecież, ale niestety i na pewno... A potem mijał rok i znowu i znowu i pojechaliśmy i to najważniejsze. Odpoczęłam. Wąwozy co prawda tym razem nie zostały udeptane moimi stopami, ponieważ wolałam chłonąć atmosferę rynku i smakować i wsłuchiwać się w rozmowy i dźwięki. Te były nieziemskie. Zwłaszcza koncert jazzowy, do którego próby rozpoczęły się zaraz po syrenach upamiętniających godzinę W. Zgrało się wszystko fantastycznie w czasie i dźwięku i podniosłości. Bajka. Poza tym podczas urlopu jeszcze czytałam i czytałam i czytałam. I czytałam. I siedziałam długo w nocy prawie ocierając się o świt. Pojechaliśmy jeszcze i znowu nad kałuże jeziorami zwane. I tak, tego też mi było trzeba. Odpoczęłam. I nabrałam dystansu. Do świata i siebie i pracy, do której już wróciłam. I może jakoś tak dobrze się stało, że wróciłam już i że ten dystans pojawił się, ponieważ otoczyłam się nim tworząc bufor bezpieczeństwa.
Dwie imprezy już za mną, w tym jedna ogromniasta wspólnie z wojskiem przygotowywana. Kolejna, największa ponoć w kalendarzu naszych imprez i najuroczystsza, przede mną. Chyba nawet zaczynam już czuć lekki dreszczyk emocji, który wprawia mnie (o dziwo) w stan zadowolenia, bo to znaczy, że będzie dobrze. Tam, gdzie stres jest z boku absolutnie, wkracza rutyna. Rutyna gubi. Gubię za to ja godziny i chwile, których żałuję okropnie. W tym tygodniu znowu obowiązki nakazują mi wracać późno do powiatowego prywatnego. Dzisiaj będę ścigać się z czasem, krajówką i puszczą, żeby chociaż na końcówkę meczu drania zdążyć. Ważnego meczu. U najszczęśliwszej byłam ostatnio dwa tygodnie temu. W sobotę za to czasoprzestrzeni utrę nosa czubek i wytargam za uszy bezwstydnie, bo udało się przechytrzyć nawet siebie samych. Pracuję. Duża impreza sportowa, więc ją dostałam. Ale pojawiła się luka i możliwość zapisania drania, bo listy dziecięce nie były zamknięte ostatecznie, chociaż termin 10 według regulaminu upływał i... i drań weźmie udział w aquathlonie, czyli pierwszym kroku do triathlonu, którym oto ja będę się tego dnia zajmować. No to tak w skrócie telegraficznym. A poza tym zielona herbata i kawa na zmianę, wypierające hektolitry wody mineralnej, pomidory z bazylią i arbuz z miętą i miłe ciepło z osłonecznionego okna. Tylko ten dystans, który każe tęsknić za domem w ciągu tych godzin obok tego okna i tego słońca i tego budynku klasztornego, który tak lubię i tego wszystkiego, co... lubię. klik
PS. uuuuuwielbiam to zdjęcie:
środa, 19 sierpnia 2015
poniedziałek, 27 lipca 2015
bubamara
Pani od rana walczy z bólem głowy oraz alergią. Ta druga opanowała moje nogi i przedramiona. Albo zjadłam coś, czego nie mogę - choć nie pamiętam, albo zaszkodził mi ostatni pobyt na słońcu. Ha! nie daję się. Piję wapno. Smaruję się fenistilem. I na wszelki wypadek nic nie robię. Leżę. Czytam. Leżąc i czytając wypijam hektolitry kawy. Nieśmiało planuję przy okazji przyszłoroczne wakacje. I słucham opery. I jest mi dobrze. Drań po całym dniu biegania po podwórku wraz z mężem moim własnym i osobistym, który przez cały dzień nie dał się oderwać od pracy nawet na chwilę, obecnie są na treningu. A ja leżę, czytam, słucham, planuję, piję. Wczoraj wybraliśmy się na wieczorny spacer po powiatowym i zabłądziliśmy w okolice deptaku. I dostałam niemalże bólu zmysłowego od kakofonii dźwięków oraz chaosu zachowań ludzkich. Sytuacji opanować nie mógł również psiak, którego zabraliśmy ze sobą. O ile tłumy nie są dla mnie trudne do zaakceptowane, o tyle chaos i przerysowane zachowania męczą. A jak do tego dojdą bezsensownie rzucane petardy i przekleństwa w ustach i młodych i starszych jako przecinki, mam ochotę zwinąć się w kłębek i rozpłynąć. No cóż... nie odpoczęłam wieczorem. Za to odetchnęłam przy nocnym seciku filmowym zaproponowanym przez męża. klik
sobota, 25 lipca 2015
głównie to o wiśniach
Za oknem w powiatowym burza. Aż miło. Balkon otwarty na oścież. Wdycham ozon. Tysiące metrów sześciennych ozonu. Nawet nie ma wyraźnego chłodu. Czuć tylko rześkie powietrze. Towarzyszy mi Santana. I wiśnie. Uwielbiam wiśnie. Trzeci dzień z rzędu smakuję je i odkrywam jak za każdym razem od lat na nowo ich smak. Bo jakie one są tak właściwie? Słodkie? Gorzkie? Kwaśne? Cierpkie? Pyszne. I soczyste. Sokiem potrafią wszystko pobrudzić. Ale ten sok jest sam w sobie krystaliczną słodyczą. W tym soku mam już całe dłonie. I nawet mi się to podoba. W ogóle mi się podoba. Niedawno wróciliśmy znad jeziora. Wygrzałam się w słońcu. Wyleżałam się na piasku. Mąż mój własny i osobisty razem z draniem wymoczyli się w wodzie, nawet przepłynęli niemały kawałek, potem grali w piłkę ręczną. Patrzyłam na nich i leniwie mi było tak i dobrze tak. I to nawet nie o opalanie się chodzi, bo wysokimi filtrami się odgradzam, ale o to wygrzanie i ciepło na skórze właśnie. W dodatku był miły wiatr od wody i to stworzyło mieszankę idealną. Powietrze przez dłuższy czas naszego pobytu tam było przejrzyste i pozwoliło dostrzegać pofałdowania terenu świętokrzyskiego. Bajka. A teraz ulubione. I totalny brak planów na wieczór, ponieważ burza lekko zweryfikowała te, które były wcześniej. A może to dobrze? Taki brak planów to chyba całkiem dobry początek. klik
środa, 22 lipca 2015
chyba o kałuży
Do sałatowego zielska z octem balsamicznym dorzuciłam dzisiaj przed dodaniem oliwy borówki amerykańskie. Strzał w moją smakową dziesiątkę. Czuję się jak młoda bogini. Do tego zielona herbata z opuncją i nagietkiem i odleciałabym, gdybym tylko mogła. Nie żeby ktoś mi latać zabraniał, po prostu skrzydła opadły jakiś czas temu i do tej pory nie odrosły. Dzień kolejny urlopowania w pełni znaczy. A dzisiaj dodatkowo słońcem się dopieściłam zabierając drania wraz z podwórkowym kolegą nad jedno z powiatowych bajor zwanych pięknie zalewem. Hm... jakie położenie
geograficzne, taka kałuża. Cóż poradzić. Niech będzie, że jeziora
polodowcowe nam niegroźne, a w Morskim Oku i tak pływać bym nie mogła i ja jedno oraz drugie rozumiem. Ba! nawet to położenie geograficzne rozumiem również. I nawet nie
żebym pływać w tej kałuży powiatowej chciała, nie, co to to nie, pani
jest wybredna. Woda niczym kryształ być musi, żebym do niej weszła. I
bardzo głęboka. Mogę się wtedy pławić bezkarnie i jest mi dobrze. Zatem...
zatem zabrałam chłopaków nad kałużę. Synoptycy pomylili się bowiem
lekko z prognozą pogody na dziś i okazało się, że ochłodzenie nie jest
głównym naszym problemem, a mnie tak jakoś nie chciało się siedzieć w
domu. I to było to, co było mi do szczęścia wisienką na torcie. Wygrzałam się w słońcu, poczytałam do woli i nawet wszędobylski piasek nie był uciążliwy. A chłopcy? Nie, oni już od dawna nie są uciążliwi. W sumie to nawet z rozbawieniem patrzyłam na mamy uganiające się za maluchami i... i wygrzewając się czytałam dalej. Bosssko! Tym bardziej bosko, że zasypiam nad ranem i budzę się rano. Wyspana. Obudzona zapachem parzonej kawy i totalnie już nieśpiąca. klik
wtorek, 21 lipca 2015
Tylko tak mówiłam żartem...
Zajadam się sałatą. I pomidorami. Pochłaniam ogromne ilości tego zielska z oliwą z oliwek i octem balsamicznym. Bez niczego więcej. Pomidory łączę z wychodzącą poza granice rozsądku ilością bazylii oraz mięty. Zioła własne. Wyhodowane na balkonie. Podlewane skrupulatnie wieczorami. Rozrosły się tak, że o jakiejkolwiek granicy zdrowego rozsądku nie może być mowy. A dzisiaj upiekłam po raz pierwszy w te wakacje ciasto ze śliwkami. Przed południem. Pachniało cudnie. Smakuje na równi z zapachem. Nie dałam cynamonu. Jak nie ja. Smakuje również kawa mielona. Lata świetlne jej nie piłam. Na studiach chyba ostatnio. Potem okazjonalnie próbowałam i zostawiałam niedokończoną. Zapachy zatem mieszam. Mieszam i kolory. Dzisiaj zagościł lakier do paznokci, którego barwa jest do określenia trudna niezmiernie i równie bardzo intensywna - od wściekłego różu po stonowany fiolet, a jedno i drugie z poblaskiem metalicznym. Barwa zależy natomiast od ułożenia dłoni i od tła. Czyli kwintesencja ludzkiej egzystencji nagle zagościła na koniuszkach moich rąk. "Końcuszkach" powiedziałby drań. Niech będzie zatem i końcuszkach. Końcuszki wszak istotne są. I wcale nie są końcami - i to w nich najpiękniejsze. Czytam. Dla przyjemności absolutnej. Skupiam się na tekście tylko po to, żeby przeżywać. Nie kontroluję. Nie maluję ust. Nie odbieram telefonu. Z pracy. Nie oglądam programu. Piszę, piszę piszę. Dla siebie. Wróciła łatwość pisania bez zawężenia tematycznego. Wróciły opowiastki o Mi. Wróciły rymowanki i śmiesznostki. Myśli zaczęły biec swoim torem. Bogudzięki za urlop! klik
poniedziałek, 20 lipca 2015
BAJKA O BŁOCIE I ROBOCIE, KRASNOLUDKU I OGRÓDKU ORAZ O TYM, CO SIĘ Z BŁOTEM DZIAŁO POTEM...
... czyli z samego rana mi się zrymowało. Fb trochę podgrzał atmosferę, bo pewnie sam rym bym zostawiła niedokończony i bez żalu. Chłopcy moi poszli na trening i jakoś tak sobie rzecz zakończyłam właśnie przy kubku kawy z mlekiem. Zatem:
BAJKA O BŁOCIE I ROBOCIE, KRASNOLUDKU I OGRÓDKU ORAZ O TYM, CO SIĘ Z BŁOTEM DZIAŁO POTEM...
Rankiem dziarsko przez ogródek
biegnie sobie krasnoludek.
Denerwując babcię Zosię
równie dziarsko dłubie w nosie.
"Stój łobuzie! - babcia woła -
Mnóstwo błota dookoła!
Umyj buzię, włóż kalosze
błoto wszędzie, bardzo proszę!"
"Błoto wszędzie babciu miła,
boś dokładnie opieliła!
Gdyby chwasty były same,
to bym czyste miał ubranie!"
Tak powiedział krasnoludek
biegnąc śmiało przez ogródek...
I "Ha!" babcia zawołała,
i wnet cała spoważniała.
I chwyciła się pod boki
przysadziste robiąc kroki.
Biegnie babcia, krasnal śmiga,
lecz leżała tam motyka.
Upadł młody wprost do błota,
za nim babcia, choć niemłoda,
też klapnęła bęc! na pupę
rozbryzgują błota kupę.
Siedzi babcia i się śmieje
a za płotem przyjaciele
i sąsiedzi spoglądają
na aferę tutaj całą.
"Wstawaj babciu to wstyd duży
siedzieć sobie tak w kałuży."
"A ja chcę też upaprana
siedzieć w błocie dziś od rana."
- mówi babcia na poważnie
i rozgląda się odważnie.
Wtedy krasnal w płacz uderzył:
"Przecież nikt mi nie uwierzy...
Babcie siedzą sobie w domu
pieką ciasto po kryjomu,
obiad tworzą i z sąsiadką
kawę piją - i to rzadko!"
Nagle w błoto plask! z ochotą
wskoczył brytan z sierścią złotą.
Liznął babcię wprost po uchu
i podrapał się po brzuchu.
Zaczął tarzać się po błocie
nie próbując nawet dociec,
czemu pani się tak śmieje.
No i wtedy przyjaciele
co sterczeli wciąż przy płocie
pomyśleli: „chyba w błocie
jest przyjemnie i dość miło!?”
i się wszystkim udzieliło...
Już do furtki lecieć chcieli,
kiedy nagle oniemieli.
Z domku bowiem wściekły dziadek
wybiegł szybko – jak to Tadek.
I załamał dziadek ręce.
„Ja cię kręcę, ja cie kręcę!”
- zaklął dziadek aż siarczyście
i zamachnął zamaszyście
pięścią prawą, pięścią lewą
uderzając prawie w drzewo.
„O mój Boże! Boże drogi
jak domyję JA podłogi?”
Morał z tego jakiś płynie?
… babci szybko złość przeminie,
razem z dziadkiem wnuka kocha
nawet z błota jest radocha!
BAJKA O BŁOCIE I ROBOCIE, KRASNOLUDKU I OGRÓDKU ORAZ O TYM, CO SIĘ Z BŁOTEM DZIAŁO POTEM...
Rankiem dziarsko przez ogródek
biegnie sobie krasnoludek.
Denerwując babcię Zosię
równie dziarsko dłubie w nosie.
"Stój łobuzie! - babcia woła -
Mnóstwo błota dookoła!
Umyj buzię, włóż kalosze
błoto wszędzie, bardzo proszę!"
"Błoto wszędzie babciu miła,
boś dokładnie opieliła!
Gdyby chwasty były same,
to bym czyste miał ubranie!"
Tak powiedział krasnoludek
biegnąc śmiało przez ogródek...
I "Ha!" babcia zawołała,
i wnet cała spoważniała.
I chwyciła się pod boki
przysadziste robiąc kroki.
Biegnie babcia, krasnal śmiga,
lecz leżała tam motyka.
Upadł młody wprost do błota,
za nim babcia, choć niemłoda,
też klapnęła bęc! na pupę
rozbryzgują błota kupę.
Siedzi babcia i się śmieje
a za płotem przyjaciele
i sąsiedzi spoglądają
na aferę tutaj całą.
"Wstawaj babciu to wstyd duży
siedzieć sobie tak w kałuży."
"A ja chcę też upaprana
siedzieć w błocie dziś od rana."
- mówi babcia na poważnie
i rozgląda się odważnie.
Wtedy krasnal w płacz uderzył:
"Przecież nikt mi nie uwierzy...
Babcie siedzą sobie w domu
pieką ciasto po kryjomu,
obiad tworzą i z sąsiadką
kawę piją - i to rzadko!"
Nagle w błoto plask! z ochotą
wskoczył brytan z sierścią złotą.
Liznął babcię wprost po uchu
i podrapał się po brzuchu.
Zaczął tarzać się po błocie
nie próbując nawet dociec,
czemu pani się tak śmieje.
No i wtedy przyjaciele
co sterczeli wciąż przy płocie
pomyśleli: „chyba w błocie
jest przyjemnie i dość miło!?”
i się wszystkim udzieliło...
Już do furtki lecieć chcieli,
kiedy nagle oniemieli.
Z domku bowiem wściekły dziadek
wybiegł szybko – jak to Tadek.
I załamał dziadek ręce.
„Ja cię kręcę, ja cie kręcę!”
- zaklął dziadek aż siarczyście
i zamachnął zamaszyście
pięścią prawą, pięścią lewą
uderzając prawie w drzewo.
„O mój Boże! Boże drogi
jak domyję JA podłogi?”
Morał z tego jakiś płynie?
… babci szybko złość przeminie,
razem z dziadkiem wnuka kocha
nawet z błota jest radocha!
niedziela, 19 lipca 2015
gdybanie z postanowieniem zmian
W domu. Po Wrocławiu, po Karpaczu, po wielu innych miejscach, które drobne może i, ale ważne także. Upał. Ulewa po raz drugi dzisiaj przeszła towarzysząc burzy nad powiatowym. Moim prywatnym powiatowym. Podczas drugiej stałam na balkonie z ulubionym. Stałam i mokłam. I było wspaniale. Ochłodziłam się. W ogóle ochłodziłam się w ciągu ostatnich dziesięciu dni. Jednak tak długie urlopy mają tę zaletę, że człowiek nabiera dystansu. Co prawda pierwszego dnia ścięłam się z mężem moim własnym i osobistym. Poszłam po całości, czyli o podejmowanie decyzji. Ja się żołądkowałam, on nie. Wolałabym się pokłócić obustronnie. Potem jednak jakoś sama doszłam do wniosku, że nie muszę wydawać poleceń i kontrolować wszystkiego bezwzględnie, bo to dom i życie takie po prostu. I jest mi dobrze. I odpoczywam. I mąż mój własny i osobisty prowadza mnie za rękę dosłownie, co u nas normalne i w przenośni, co jak widzę nieświadomie staram się zmienić. Dzięki temu mam dużo refleksji. A wszystkie zaczynają się od po co, albo od dlaczego. No właśnie... Zaczynają nieśmiało pojawiać się również te zaczynające się od jak. Odpoczywam. Czytam. Nie piszę. Nie piszę bo jakoś formuła tego bloga stała się smętna i męczy. Siadam do niego pełna optymizmu, kończę pełna filozofizmu i negacji. Coś muszę zmienić. W piątek mieliśmy swoją prywatną pętelkę. Spędziliśmy ją na Zamku Książ. Zwyczajnie, bez zadęcia, bez telefonów i słów od bliższych i dalszych.
Dzisiaj obejrzeliśmy Smak curry. Lubię filmy pozornie o niczym, a pełne tego czegoś nieuchwytnego, które w dodatku kończą się niedomknięciem. Czytam. Zaczytuję się. Jest mi dobrze. Odpuściłam. Dlaczego tak jest, że przez większość roku podświadomie spinam mięśnie i staję się zołzą? Jaka naprawdę jestem? Kiedy jestem tą prawdziwą? Ślubny na dziś kupił mi Ulubione chilijskie. Kota stęskniona mnie nie opuszcza, co przy upale powoduje, że jestem oblepiona jej kudełkami, Luluś krok w krok chodzi za mną i za nią. I zieje. Zwariuję. Chociaż to miłe. Jak można nie wrócić choćby do swoich zwierzaków?
Dzisiaj obejrzeliśmy Smak curry. Lubię filmy pozornie o niczym, a pełne tego czegoś nieuchwytnego, które w dodatku kończą się niedomknięciem. Czytam. Zaczytuję się. Jest mi dobrze. Odpuściłam. Dlaczego tak jest, że przez większość roku podświadomie spinam mięśnie i staję się zołzą? Jaka naprawdę jestem? Kiedy jestem tą prawdziwą? Ślubny na dziś kupił mi Ulubione chilijskie. Kota stęskniona mnie nie opuszcza, co przy upale powoduje, że jestem oblepiona jej kudełkami, Luluś krok w krok chodzi za mną i za nią. I zieje. Zwariuję. Chociaż to miłe. Jak można nie wrócić choćby do swoich zwierzaków?
czwartek, 2 lipca 2015
nah x 3
Pani dopiła trzecią filiżankę kawy bez mleka, przełknęła czwartą czekoladką imieninową góry z adwokatem i ogarnęła wzrokiem biurko z idealnie rozpanoszonym nieładem. Nie potrafię pracować przy dokładnie ułożonych papierach, stertach papierów i papierach potencjalnie będących papierami. Co innego poza biurkiem... Tak, poza musi być ład. Idealny. Zatem... Zatem właśnie zauważyłam, że spod papierzysk wystają słuchawki, Jaśnie Pan, Damy Złotego Wieku i Wołynianki. Trzy kalendarze, dwa telefony, mnóstwo przyborników biurowych, których i tak nie używam, dwa słowniki, krem do rąk, scenariusz najbliższej imprezy, precedencja, plakat, drugi krem do rąk, tomik lokalnego poety, apap, kilkanaście ulotek, dwa kasztany i jedna muszelka, nie licząc tony karteczek, na których coś notuję i zapominam, że zanotowałam. I butelka wody mineralnej. Właśnie. "Woda powinna być pita małymi porcjami w ciągu całego dnia. Dbaj o swoje nawodnienie." Dbam. Druga butelka stoi obok biurka. Jak już się nafaszeruję kofeiną, zaczynam się nawadniać. Upał. Lubię. Uwielbiam. Absolutnie moja pogoda panoszy się za oknem i po raz pierwszy od dawna czuję, że są wakacje! Pani może rano wyskakiwać spod prysznica, wskakiwać coś lekkiego i w pełni widnego poranka gnać przez puszczę. Nie trzeba się opatulać, owijać, ochraniać, smarować, regenerować i odżywiać. "Co jadłaś dzisiaj?" zapytał przed chwilą jeden z operatorów. Usłyszał, że kawę i czekoladki i nie wiedział, co powiedzieć. W sumie nie świadczy o nim to najlepiej - wszak jako osoba słowo klejąca powinien być bardziej lotny myślowo, ale złośliwa nie będę i na karb troski o mnie ten brak polotu zapiszę. A zapisuję dużo. Na zapas. Uwielbiam ten przedurlopowy rozgardiasz, kiedy muszę przewidzieć wiele, a nawet więcej. Kiedy pani musi w razie gdyby i na wszelki wypadek. Za tydzień będę już zadomowiona we Wrocławiu. Nie byłam tam jeszcze nigdy. Potem Karpacz. Aż do 3 sierpnia odpoczywam. Należy mi się. Należy nam się. Koniugacja. Po raz pierwszy rocznicę ślubu spędzimy podczas wyjazdu. Dużo jest tych owych po raz pierwszy ostatnio. Jeszcze tylko to i to i to i tamto i owo i tu i tam i tam także i poza tym i... luzik. Prawdopodobnie jak zawsze zapomnę czegoś spakować, czegoś spakuje za dużó, a coś zgubię. Trudno. wakacje. Tak, czuję wakacje jak nic. klik
czwartek, 28 maja 2015
It's time to begin!
Komunia przebiegła pewnie i z niemałą porcją emocji. Biorąc pod uwagę, że w naszym kościele tylko dwoje dzieci podchodziło do tego sakramentu, było kameralnie, uroczyście i w pełni świadomie. Kapelani przygotowali tę dwójkę duchowo tak wspaniale i z takim podejściem, że nie znajduję słów, aby opisać, jak wdzięczna jestem za ich pracę. I dumna z własnego dziecka, które niosło kielich, czytało, mówiło, dziękowało i ogólnie przeżywało. Kolejny etap za nami.
A tak poza tym to cichutko i znowu przytupały do mnie w parze tai chi oraz joga. Ta druga wróciła, rozpanoszyła się i wyeliminowała połowę produktów z menu, wcisnęła pokrzywę, zieloną herbatę i hektolitry wody. Do życia potrzebuję najwyraźniej rozluźnionych mięśni własnych i zielone bądź przezroczyste płyny. Rano wstaję rześka, wieczorem padam na pyszczydło. Tyle o pani. Chociaż nie... mam jeszcze rzecz jedną. Otóż dowiedziałam się ostatnio, że pani jako księżycowa mama jest matką z Księżycem w znaku Koziorożca. Taaa... mnie też niewiele to powiedziało, ale jak poczytałam dalej, okazało się, żem pragmatyczna jest i doskonale dostosowana do surowych realiów tego świata. Praca, obowiązki i podejmowanie wysiłku są mi bliższe niż sfera uczuć. Dlatego dobrze sprawdzam się jako menadżer dziecka, który dba o jego rozwój naukowy i przygotowuje do wspinania się po szczeblach kariery. Uczę je, co to dojrzałość i dorosłość. Przede wszystkim na własnym przykładzie. Zadbać jednak muszę też o przestrzeń, w której dziecko mogłoby poczuć beztroskę i zwyczajnie się pobawić. No i muszę pilnuj, żeby nasze życie domowe nie cierpiało kosztem mojej pracy. I jak tu nie wierzyć? Zgodziło się wszystko. A jak już jestem przy tym pragmatyzmie i menadżerstwie, jesteśmy właśnie jedną nogą na północy Polski, drugą na południu. Drań zmaga się i walczy i ma radochę nieprzeciętną, bo idzie mu lepiej niż sam zakładał. Natomiast jeśli chodzi o to ciepło, to trzeci weekend czerwca spędzimy we dwoje w Krakowie. Drań będzie z drużyną zmagał się ze starszymi rocznikami na stadionie Cracovii pod opieką trenera. Nawet pójdziemy kibicować, ale dwa dni w pełni dla nas. Potrzebuję tego Krakowa. Za tydzień zamykam stare drzwi, otwieram nowe. Cieszy mnie to. klik
A tak poza tym to cichutko i znowu przytupały do mnie w parze tai chi oraz joga. Ta druga wróciła, rozpanoszyła się i wyeliminowała połowę produktów z menu, wcisnęła pokrzywę, zieloną herbatę i hektolitry wody. Do życia potrzebuję najwyraźniej rozluźnionych mięśni własnych i zielone bądź przezroczyste płyny. Rano wstaję rześka, wieczorem padam na pyszczydło. Tyle o pani. Chociaż nie... mam jeszcze rzecz jedną. Otóż dowiedziałam się ostatnio, że pani jako księżycowa mama jest matką z Księżycem w znaku Koziorożca. Taaa... mnie też niewiele to powiedziało, ale jak poczytałam dalej, okazało się, żem pragmatyczna jest i doskonale dostosowana do surowych realiów tego świata. Praca, obowiązki i podejmowanie wysiłku są mi bliższe niż sfera uczuć. Dlatego dobrze sprawdzam się jako menadżer dziecka, który dba o jego rozwój naukowy i przygotowuje do wspinania się po szczeblach kariery. Uczę je, co to dojrzałość i dorosłość. Przede wszystkim na własnym przykładzie. Zadbać jednak muszę też o przestrzeń, w której dziecko mogłoby poczuć beztroskę i zwyczajnie się pobawić. No i muszę pilnuj, żeby nasze życie domowe nie cierpiało kosztem mojej pracy. I jak tu nie wierzyć? Zgodziło się wszystko. A jak już jestem przy tym pragmatyzmie i menadżerstwie, jesteśmy właśnie jedną nogą na północy Polski, drugą na południu. Drań zmaga się i walczy i ma radochę nieprzeciętną, bo idzie mu lepiej niż sam zakładał. Natomiast jeśli chodzi o to ciepło, to trzeci weekend czerwca spędzimy we dwoje w Krakowie. Drań będzie z drużyną zmagał się ze starszymi rocznikami na stadionie Cracovii pod opieką trenera. Nawet pójdziemy kibicować, ale dwa dni w pełni dla nas. Potrzebuję tego Krakowa. Za tydzień zamykam stare drzwi, otwieram nowe. Cieszy mnie to. klik
środa, 29 kwietnia 2015
Rolling In...?
Po pierwszym tygodniu pracy, kiedy to pani nie wiedziała, w co najpierw włożyć dłonie uzbrojone w pióro, podczas gdy wszyscy wokół nie wiedzieli, w jaki sposób odzywać się do mnie, co powiedzieć, a czego nie mówić, tym bardziej, że ja nawet jednym słówkiem zaistniałej sytuacji nie wytłumaczyłam / nie spacyfikowałam / nie poruszyłam w stopniu choćby minimalnym, nastał tydzień drugi. Pierwszy był pracowity do granic możliwości. Tak chciałam. Spotkałam się chyba z setką ludzi, setkę telefonów odebrałam każdego dnia. Tak, to był dobry pomysł. "O! jest już pani, jak dobrze." słyszałam za każdym razem. Mogłam odpowiadać "Tak, jestem już". Albo nie odpowiadać nic. Niemniej pracowity był również weekend, chociaż tu to akurat drań musiał wysilić mięśnie, podczas gdy my tylko musieliśmy hamować emocje. Mecz towarzyski z Koroną Kielce w sobotę został wygrany z klasą. Już jako nowy klub. Niesamowite uczucie stworzyć coś od podstaw i patrzeć, jak się rozkręca, nakręca, nabiera tempa, żyje swoim rytmem, którego nikt nie wyznacza rygorystycznie, nikt nie ogranicza. W piątek chłopcy dostali stroje z nowym emblematem.I tu poczułam wręcz organoleptycznie, że powinniśmy jednak obserwować dzieci i uczyć się od nich odczuwać radość niezachwianą nawet jedną myślą mącącą pozytyw absolutny. Emblemat znany im był już wcześniej, a jednak w piątek stał się wreszcie ich. Każdy z chłopców karnie i niecierpliwie zarazem czekał po treningu, żeby dostać swój strój i każdy zaraz po rozłożeniu koszulki patrzył, patrzył, patrzył. Wzruszył mnie jeden z nich, gdy bez zastanowienia, ale z pełną uciechą, ów pozornie nieznaczący znaczek tak po prostu i z totalną bezinteresownością pocałował. Tak, to zdecydowanie była chwila piątkowego wieczoru, która wynagrodziła mi ostatnie tygodnie, które poświęciłam na ustalanie, pertraktowanie, załatwianie, pisanie, proszenie, chodzenie, donoszenie dokumentów, tworzenie kolejnych, dyskutowanie, ustalanie, zamykanie ust, żeby nie powiedzieć za dużo, tolerowanie faktu, że piłka to męski sport i według panów w zarządach mężczyźni być powinni, bo przecież... Jest. Stało się. Wczoraj odbył się pierwszy trening maluchów z roczników 2009 / 2008. Maluchy. Rodzice, którzy pełni rezerwy przyprowadzili dzieci, rezerwy pozbyli się po dwóch kwadransach. Chłopcy, wyglądający jak skrzaty, jeszcze bez ubrań termo i clima, dry fit itd. itp, przede wszystkim chcieli się przewracać i tarzać, ale pełną uwagę skupili na trenerze. A na koniec treningu grupie rodziców musiałam obiecać, że tak, trener będzie mówił chłopcom, że muszą ładnie jeść i dużo warzyw trzeba jeść i muszą chodzić spać wcześniej. Kolejny raz moje życie zatoczyło koło. Pamiętam, jak ja o to samo prosiłam trenera jeszcze nie tak dawno, a jednak lata świetlne temu. Rocznik 2006 pracuje już drugi tydzień na murawie nabywając umiejętności piłkarskich, właśnie tworzymy trzecią grupę rocznika 2005. Jestem cholernie dumna. Tak. Egoistycznie, egocentrycznie chwalę się. Przede mną jeszcze tylko jedno spotkanie dzisiaj. "Czy 21 to dla pani nie za późno, bo my tak treningi kończymy?" Nie, to dla mnie nie za późno. Muszę zamknąć transfer chłopaków do końca kwietnia. Zamknę przy okazji kwiecień z myślą dodatnią. A skoro jestem przy myśli dodatniej, drań i weekend zafundowali nam również i kilka godzin na korcie. Odpoczywałam tam. Emocje miałam w sobie, ale byłam spokojna, byłam widzem. U niego już w większości jestem widzem. Tego też musiałam się nauczyć w ostatnich tygodniach. Mogę mu doradzać, ale to on swoją ciężką pracą decyduje. I szczerze to trochę dławi ta świadomość połączona z dumą.
A ten tydzień? A ten tydzień biegnie. Ja raczej mniej. Już nie muszę się ścigać. Na horyzoncie widzę już komunię drania. Ostatnia przymiarka garnituru była wczoraj. Teraz wisi on u najszczęśliwszej wraz z albą. Zbliżający się wielkimi krokami weekend zapowiada odpoczynek i oddech. Może Kazimierz Dolny nad Wisłą stanie się miejscem wypadowym? A może inny pomysł wpadnie w ostatniej chwili. Chyba wróciłam do świata żywych. Praca, biurko, dokumenty w szufladzie, ziarna słonecznika i dyni, lekkie herbatki i zapiski w kalendarzu stanowiły tę część świata, do której podświadomie bałam się jednak wrócić, bo kojarzyła mi się jednoznacznie. Produkty spożywcze bezwzględnie wylądowały w koszu. Z kalendarzem musiałam się zmierzyć. Biurko jest tylko biurkiem. klik
A oto i Drań:
1. Na meczu.
2. Na treningu.
3. Na turnieju tenisa.
A ten tydzień? A ten tydzień biegnie. Ja raczej mniej. Już nie muszę się ścigać. Na horyzoncie widzę już komunię drania. Ostatnia przymiarka garnituru była wczoraj. Teraz wisi on u najszczęśliwszej wraz z albą. Zbliżający się wielkimi krokami weekend zapowiada odpoczynek i oddech. Może Kazimierz Dolny nad Wisłą stanie się miejscem wypadowym? A może inny pomysł wpadnie w ostatniej chwili. Chyba wróciłam do świata żywych. Praca, biurko, dokumenty w szufladzie, ziarna słonecznika i dyni, lekkie herbatki i zapiski w kalendarzu stanowiły tę część świata, do której podświadomie bałam się jednak wrócić, bo kojarzyła mi się jednoznacznie. Produkty spożywcze bezwzględnie wylądowały w koszu. Z kalendarzem musiałam się zmierzyć. Biurko jest tylko biurkiem. klik
A oto i Drań:
1. Na meczu.
2. Na treningu.
3. Na turnieju tenisa.
środa, 8 kwietnia 2015
Kwiecień plecień, bo przeplata...
... czyli wstęp nie zapowiada niczego niepokojącego, bo tak po prostu pani wybiegła z domu przed południem w długich kozakach i krótkim płaszczyku dzierżąc wielgachną parasolkę w jednej dłoni, a okulary przeciwsłoneczne z magicznymi filtrami UV w drugiej. Ani jedno, ani drugie się nie przydało. Za to ruchy miałam mocno ograniczone parasolem, a wspierać się na nim jakoś nie wypada jeszcze... Poza tym już w okolicach godziny tuż po samym południu płaszczyk okazał się za ciepły, chociaż jego rękawy trzy - czwarte i krótkość nie powinny ciepła nadmiernie dodawać. Kozaki za to były w porządku. Ja też nic z tego miszmaszu nie rozumiem. Ale jakoś ja ostatnio niczego nie rozumiem. Nie żebym niekumata była, aż tak to chyba nie. Po prostu nie rozumiem, bo wszystko wokół jakieś nieracjonalne jest. Nielogiczne było już dawno i nawet do tego przywykłam, ale żeby od razu nieracjonalne na dodatek?
I tu dochodzimy do sedna. Znaczy szybko tym razem. Cóż bowiem pani przez ostatnie pół roku robiła? Dużo. Zwłaszcza na polu zawodowym. Jednak patrząc na minione miesiące z perspektywy prywatnej, działo się jeszcze więcej. A nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki nie postanowiłam tego tu napisać. Pani bowiem ustaliła wszelkie kwestie związane z komunią, zmieniła fryzurę, zaszła znowu w ciążę, poroniła ją na samym finiszu trzeciego miesiąca i założyła stowarzyszenie sportowe. Tak. Atrakcji nie brakowało. Emocji również nie. Chociaż nie tak wiele, jak ostatnio. Teraz z większym spokojem podeszłam ja, z niewyobrażalnym bólem mąż mój własny i osobisty. Ja tylko jestem zła. Po prostu zła. Wściekła i totalnie wkurzona na świat. Czemu mi tak robi? Robię zatem badania na tarczycę, prolaktozę, przeciwciała antyfosfolipidowe, białka c i s i co mi kazali jeszcze, a powtórzyć tudzież odczytać nie potrafię. Coraz kolejne podpowiedzi tu i ówdzie (życzliwe co prawda) słyszę, ale ich nie słucham. Mam umowę z lekarzem - zrobię, odbiorę wyniki, pojadę do niego, on potwierdzi najprostszą diagnozę, którą wstępnie postawił i będzie dobrze. Bo będzie dobrze. Ba! jest dobrze, bo wystarczy potwierdzić te przeciwciała, brać kwas acetylosalicylowy i już. Proste.
Tak więc wracając do tego punktu, że jestem zła... Złość odreagowuję na pracy związanej ze stowarzyszeniem. Najzabawniejsze, że jestem w zarządzie. Nie. Jeszcze bardziej zabawne jest to, że stowarzyszenie to szkółka piłkarska z ogromnym potencjałem. Na piłce nożnej oczywiście nie znam się kompletnie. Ale wyszłam z założenia, że od tego są trenerzy. A ich mam obecnie trzech. Ponoć grunt to dobra zabawa. Bawię się dobrze. Mąż mój własny najpierw nie dowierzał, potem też zaczął mieć ubaw, teraz pomaga. Kolor włosów również wiele mi ułatwia. Przede mną konfrontacja z prezesami dwóch dużych klubów w powiatowym. Przy moich emocjach własnych wewnętrznych nic mnie nie wzruszy, więc podchodzę bardzo przychylnie i z dużą dozą tolerancji do ich zakłopotania, bo przecież w komfortowej sytuacji nie są - ani mi nie na wrzucają, ani się z nimi nie napiję. A i medialnie wyszkolona jestem dzięki pracy codziennej. Kwestia kształcenia zaś to moje wykształcenie. Klops. Też im współczuję. Trzeba zacząć rozmawiać. To lubię. O właśnie! To właśnie ten moment, kiedy przypomina mi się, o czym równie szybko zapominam, aluzja do wizjonerstwa Mickiewicza. Adama. I wcale nie o sławetne czterdzieści i cztery mi idzie, ale o balladę To lubię! Toż to fb ściągnął jak nic od Adasia... No właśnie a propos ściągania: ściągnęłam wreszcie dzisiaj do domu kompletnie zmęczona i zadowolona z obrotu dokumentacji i nadania właściwego kierunku sprawom, a przecież wiem z autopsji, że urzędy swoją magią się kierują. Zwłaszcza tą czarną lubią praktykować. No tak... bo jeszcze nie wspomniałam, że mogę dokumentacją i kwestiami innymi niż zawodowe zajmować się w nadmiarze, bo jestem na zwolnieniu. Taaak... Wielki Tydzień faktycznie był dla mnie wielkim tygodniem. Nie po raz pierwszy. Zaczynam nawet podejrzewać, że kwiecień mnie zwyczajnie nie lubi. Nie wiem co prawda, jak można mnie nie lubić i nie wiem, czemu kwiecień nabywa cech osobowych, ale już wcześniej napisałam, że racjonalizm poszedł precz. A na komunię nabyłam drogą kupna sukienunię koloru malinowego. Dodatki będą beżowe. Mam gdzieś, czy wypada. Generalnie wszystko mam gdzieś. Jestem zła. Tak mi łatwiej. I łatwiej mi mówić o statucie, niż o uczuciach. Nawet życzeń w tym roku nie umiałam złożyć. Zabrakło mi pozytywnego podejścia do świata. Ale pracuję nad tym. Powoli co prawda, ale jednak... Znaczy chyba lubię pracować.
I tu dochodzimy do sedna. Znaczy szybko tym razem. Cóż bowiem pani przez ostatnie pół roku robiła? Dużo. Zwłaszcza na polu zawodowym. Jednak patrząc na minione miesiące z perspektywy prywatnej, działo się jeszcze więcej. A nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki nie postanowiłam tego tu napisać. Pani bowiem ustaliła wszelkie kwestie związane z komunią, zmieniła fryzurę, zaszła znowu w ciążę, poroniła ją na samym finiszu trzeciego miesiąca i założyła stowarzyszenie sportowe. Tak. Atrakcji nie brakowało. Emocji również nie. Chociaż nie tak wiele, jak ostatnio. Teraz z większym spokojem podeszłam ja, z niewyobrażalnym bólem mąż mój własny i osobisty. Ja tylko jestem zła. Po prostu zła. Wściekła i totalnie wkurzona na świat. Czemu mi tak robi? Robię zatem badania na tarczycę, prolaktozę, przeciwciała antyfosfolipidowe, białka c i s i co mi kazali jeszcze, a powtórzyć tudzież odczytać nie potrafię. Coraz kolejne podpowiedzi tu i ówdzie (życzliwe co prawda) słyszę, ale ich nie słucham. Mam umowę z lekarzem - zrobię, odbiorę wyniki, pojadę do niego, on potwierdzi najprostszą diagnozę, którą wstępnie postawił i będzie dobrze. Bo będzie dobrze. Ba! jest dobrze, bo wystarczy potwierdzić te przeciwciała, brać kwas acetylosalicylowy i już. Proste.
Tak więc wracając do tego punktu, że jestem zła... Złość odreagowuję na pracy związanej ze stowarzyszeniem. Najzabawniejsze, że jestem w zarządzie. Nie. Jeszcze bardziej zabawne jest to, że stowarzyszenie to szkółka piłkarska z ogromnym potencjałem. Na piłce nożnej oczywiście nie znam się kompletnie. Ale wyszłam z założenia, że od tego są trenerzy. A ich mam obecnie trzech. Ponoć grunt to dobra zabawa. Bawię się dobrze. Mąż mój własny najpierw nie dowierzał, potem też zaczął mieć ubaw, teraz pomaga. Kolor włosów również wiele mi ułatwia. Przede mną konfrontacja z prezesami dwóch dużych klubów w powiatowym. Przy moich emocjach własnych wewnętrznych nic mnie nie wzruszy, więc podchodzę bardzo przychylnie i z dużą dozą tolerancji do ich zakłopotania, bo przecież w komfortowej sytuacji nie są - ani mi nie na wrzucają, ani się z nimi nie napiję. A i medialnie wyszkolona jestem dzięki pracy codziennej. Kwestia kształcenia zaś to moje wykształcenie. Klops. Też im współczuję. Trzeba zacząć rozmawiać. To lubię. O właśnie! To właśnie ten moment, kiedy przypomina mi się, o czym równie szybko zapominam, aluzja do wizjonerstwa Mickiewicza. Adama. I wcale nie o sławetne czterdzieści i cztery mi idzie, ale o balladę To lubię! Toż to fb ściągnął jak nic od Adasia... No właśnie a propos ściągania: ściągnęłam wreszcie dzisiaj do domu kompletnie zmęczona i zadowolona z obrotu dokumentacji i nadania właściwego kierunku sprawom, a przecież wiem z autopsji, że urzędy swoją magią się kierują. Zwłaszcza tą czarną lubią praktykować. No tak... bo jeszcze nie wspomniałam, że mogę dokumentacją i kwestiami innymi niż zawodowe zajmować się w nadmiarze, bo jestem na zwolnieniu. Taaak... Wielki Tydzień faktycznie był dla mnie wielkim tygodniem. Nie po raz pierwszy. Zaczynam nawet podejrzewać, że kwiecień mnie zwyczajnie nie lubi. Nie wiem co prawda, jak można mnie nie lubić i nie wiem, czemu kwiecień nabywa cech osobowych, ale już wcześniej napisałam, że racjonalizm poszedł precz. A na komunię nabyłam drogą kupna sukienunię koloru malinowego. Dodatki będą beżowe. Mam gdzieś, czy wypada. Generalnie wszystko mam gdzieś. Jestem zła. Tak mi łatwiej. I łatwiej mi mówić o statucie, niż o uczuciach. Nawet życzeń w tym roku nie umiałam złożyć. Zabrakło mi pozytywnego podejścia do świata. Ale pracuję nad tym. Powoli co prawda, ale jednak... Znaczy chyba lubię pracować.
poniedziałek, 8 grudnia 2014
I'd do anything to get you into my world...
Listopad minął szybciej, niż zorientowałam się w temacie, a grudzień już panoszy się szlagierem świątecznym, który o świętach nie mówi wcale. Znaczy współczesna pastorałka dla tych, którym się nie chce chcieć. Piszę. Piszę wywołana poniekąd do tablicy. Poza tym też piszę. I czytam. Obecnie "Ty jesteś moje imię" oraz "Oskarżona: Wiera Gran". I co za tymi tytułami idzie, włosy sterczą mi na głowie jeszcze bardziej niż normalnie. O ile one kiedykolwiek normalnie sterczały. Czytelnictwo i pisarstwo uprawiam jednak i na kilku innych poletkach w pracy, a w domu wsiąknęliśmy z mężem moim własnym osobistym w serial "House of cards". Jeden secik był w ten weekend. Secik, znaczy sezon. Drugi sezon zaczniemy dziś. Relaksuje mnie ten serial. Pozwala zobaczyć, że to, co mamy wokół, nie jest błędem w naszej percepcji, a oczywistym procederem jak świat światów.
Zajadam się szpinakiem. Mój organizm nastawił się na szpinak. I na suszone pomidory. Nie panuję nad swoim organizmem. Opuncja figowa wraz z zieloną herbatą barwi zapachem mój pokój w pracy i naszą kuchnię domową. Ładnie barwi. Drań w tym tygodniu stanie w szranki na korcie. Zobaczymy. Szału nie wróżę, bo szala wagi przesunęła się ostatnio bardziej na korzyść piłki. On sam twierdzi, że jest przygotowany. Trenerka również twierdzi, że on jest przygotowany. Ja nic nie twierdzę - ja będę stała (usiedzieć nie potrafię) w miejscu dla obserwatorów. Twierdzić niczego nie muszę. Chętnie jednak popatrzę w myśl zasady, że na korcie go uwielbiam. Na boisku też, ale inaczej.
Od tygodnia uzupełniam kalendarz na rok 2015. Styczeń już mam zaplanowany tak dalece, że do siódmego lutego skrupulatnie można mnie kontrolować. Poza tygodniem przed Bożym Narodzeniem. Taaak... obawiam się, że to będzie jednak czas niekontrolowany nawet przeze mnie.
A poza tym jest dobrze. Śnieg dzisiaj padał. Pięknie to wyglądało. I pięknie się zdematerializowało. Za godzinę zacznę podążać w kierunku powiatowego. Zaczynam czuć wewnętrzną obawę przed zwierzakami wyskakującymi z puszczy na drogę. Można wolniej jechać. Można. Ale można się też obawiać np. saren. Zaczęłam nabywać nowe lęki. Nerwy temperuję. Temperament jednak mam, zatem... Zatem nie wszystko da się tak od razu i bez emocji. Brak tych ostatnich jest wręcz absolutnie wykluczony. Za oknem mam ciemność. Wilki nie wyją. To chyba dobra oznaka? klik
Zajadam się szpinakiem. Mój organizm nastawił się na szpinak. I na suszone pomidory. Nie panuję nad swoim organizmem. Opuncja figowa wraz z zieloną herbatą barwi zapachem mój pokój w pracy i naszą kuchnię domową. Ładnie barwi. Drań w tym tygodniu stanie w szranki na korcie. Zobaczymy. Szału nie wróżę, bo szala wagi przesunęła się ostatnio bardziej na korzyść piłki. On sam twierdzi, że jest przygotowany. Trenerka również twierdzi, że on jest przygotowany. Ja nic nie twierdzę - ja będę stała (usiedzieć nie potrafię) w miejscu dla obserwatorów. Twierdzić niczego nie muszę. Chętnie jednak popatrzę w myśl zasady, że na korcie go uwielbiam. Na boisku też, ale inaczej.
Od tygodnia uzupełniam kalendarz na rok 2015. Styczeń już mam zaplanowany tak dalece, że do siódmego lutego skrupulatnie można mnie kontrolować. Poza tygodniem przed Bożym Narodzeniem. Taaak... obawiam się, że to będzie jednak czas niekontrolowany nawet przeze mnie.
A poza tym jest dobrze. Śnieg dzisiaj padał. Pięknie to wyglądało. I pięknie się zdematerializowało. Za godzinę zacznę podążać w kierunku powiatowego. Zaczynam czuć wewnętrzną obawę przed zwierzakami wyskakującymi z puszczy na drogę. Można wolniej jechać. Można. Ale można się też obawiać np. saren. Zaczęłam nabywać nowe lęki. Nerwy temperuję. Temperament jednak mam, zatem... Zatem nie wszystko da się tak od razu i bez emocji. Brak tych ostatnich jest wręcz absolutnie wykluczony. Za oknem mam ciemność. Wilki nie wyją. To chyba dobra oznaka? klik
wtorek, 21 października 2014
autyzm, czyli zimno mi
- Bo trzeba, proszę pani, mieć autyzm, żeby rozumieć Mickiewicza i Słowackiego - oświadczył mi ostatnio tata jednej z uczennic. I w ten oto sposób wyjaśniło mi się wiele, a przede wszystkim to, że oto ja od wielu lat i to zupełnie nieświadomie hoduję swój własny, totalnie prywatny autyzm. Co gorsza, ów pan, przywożąc do mnie na korepetycje swoje dziecko, doprowadza do stopniowej autyzmizacji własnej córki. I jest tego równie nieświadomy... Czwarty tydzień zwolnienia trwa. Jednak w następny poniedziałek zdecydowanie wracam do pracy. To już ten moment. Nawet zauważalnie dla mnie samej stęskniłam się za tym chaosem. Nabrałam odwagi do wielu kwestii. Ostatnie tygodnie to miliony godzin przegadanych z mężem moim własnym i osobistym, które sprawiły, że stoję mocno na obcasach. Obcasy wdziałam bowiem już. Tak! Pewnie, świadomie i z pełną premedytacją. Dzisiaj miałam jechać do szpitala na badania, ale pojadę jutro. Bo tak. Nie chcę w brzydką pogodę tam jechać. Budynek stary, szary i smutny, więc brak słońca wokół to jakby dodatkowo brak nadziei, a ja wzbudziłam jej w sobie bardzo dużo. Storczyki wypuściły liczne pędy z pączkami. Choja oszalała i w całym swoim szaleństwie zapętliła zegar i półkę z książkami praktycznie z dnia na dzień. Dranisko jest obserwowane przez łowców talentów, co z jednej strony nas śmieszy, z drugiej przeraża. A on sam twierdzi, że już za kilka lat przeprowadzi się do Portugalii. Niech będzie i tak. Teściowie moi drodzy wyczuwalnie mają do mnie żal, że stanęłam dzielnie, że stanęłam na obcasach, że makijaż, perfumy i ubiór zamknęły pewne drzwi i tematy, otworzyły okna i wywietrzyły nasze codzienne tuiteraz. Czy powinnam być Rejtanem? Czy ślubny ten rejtanizm powinien we mnie pielęgnować? Zadzwoniła do mnie wczoraj szefowa. Tydzień temu pochowała ojca. Zadzwoniła, żeby, jak sama powiedziała, usłyszeć racjonalizm w czystej postaci bez roztkliwiania się nad rzeczywistością. Twardnieję aż do tego stopnia? Jednak gdybym nie umiała traktować życia w taki sposób, dzięki doświadczeniom organoleptycznie odbieranym przez ostatnie dwa lata, wylądowałabym w wariatkowie. Dlaczego zatem ocenia mnie ktoś, kto nie przeżył nawet ćwierci tego, co ja musiałam udźwignąć? Zawężam krąg ludzi pomocnych i ludzi bliskich mentalnie. Nie potrzebuję tkliwości, potrzebuję zrozumienia i mądrego wsparcia. Płacz z kimś nie jest pomocą, jest ciągnięciem w rozpacz jeszcze większą tej osoby. Przeczytałam tysiące stron w ostatnich dniach. Intuicyjnie wybierałam takie tytuły, które znacząco odbiegały od wyimaginowanych opowieści banalnej treści. Filozofia to jednak potęga. Wypisywałam, co jest dla mnie najważniejsze w życiu. Lista zmieniała się, ewaluowała, ustalała się kolejność tego, co jest sensem mojego życia i przede wszystkim, kto ten sens podtrzymuje. Ale wracając do autyzmu i wieku XIX... jesteśmy z Martą na etapie Dziadów cz. III, Pana Tadeusza oraz Kordiana. Jak również oczywiście wszelkich nawiązań i kontekstów tychże. Z przyjemnością przeczytałam te pozycje raz jeszcze. Wiele nowych spostrzeżeń zanotowałam na marginesie. Albo się starzeję, albo staję się mądrzejsza, co chyba jest równoznaczne.
- Co czytasz? - zapytał tata Krzysia na basenie w piątek, kiedy to ja zerkałam kątem oka na postępy dziecka, aby po zajęciach, skądinąd szkolnych, w ramach dodatkowej godziny i trzeciej lekcji wf-u, jak najszybciej przerzucić go w pełni wysuszonego na trening piłkarski, a tata Krzysia zerkał z niepokojem na tekst ewidentnie ułożony w formę dramatu i to pisanego wierszem. Jego mina jednoznacznie zdradzała przerażenie. Romantycy postrachem dla mas? A ja również i dzięki nim zrozumiałam, że nie warto gonić za imaginacją i poddawać się negatywnym uczuciom. Marznę. Dziwne uczucie. Marznę strasznie, a przecież zawsze biegałam przy temperaturze nawet takiej sięgającej do 10 stopni poniżej zera w zwykłych pantofelkach. Teraz ochoczo wdziewam rękawiczki, kozaki (ale tylko uzbrojone w obcas), chusty, płaszczyki. Ostatnio nabyłam ubrania mniejsze o dwa rozmiary. Bo musiałam. Również dziwne uczucie. Wczoraj dranisko miał ważny mecz. Termos z gorącą herbatą był moją deską ratunku, a widok porozbieranych i spoconych pomimo temperatury dzieci, biegających szybko, zdecydowanie i grających z ogromnym zacięciem, podczas gdy nasze emocje sięgały zenitu co prawda, ale z ust wydobywała się para, utwierdzał mnie w tym, że dobrze zrobiłam, biorąc do picia wrzątek. W piątek miał testy sprawnościowe. Nie jest źle. Dwa tygodnie temu zdobył srebrny medal na zawodach lekkoatletycznych. Miłe uczucie widzieć dziecko na podium. Przyzwyczaił nas jednak do tego, że go indywidualnie lub w grupie widzimy w aurze zwycięstwa lub nagrody. Dobrze jest mieć cel w życiu. Wszyscy troje mamy swoje cele własne i swoje cele wspólne. Zaczęliśmy odliczanie? Nie... zaczęliśmy realizację. klik
PS. Wczoraj sączyłam ulubione z wodą mineralną.
testy
zawody
- Co czytasz? - zapytał tata Krzysia na basenie w piątek, kiedy to ja zerkałam kątem oka na postępy dziecka, aby po zajęciach, skądinąd szkolnych, w ramach dodatkowej godziny i trzeciej lekcji wf-u, jak najszybciej przerzucić go w pełni wysuszonego na trening piłkarski, a tata Krzysia zerkał z niepokojem na tekst ewidentnie ułożony w formę dramatu i to pisanego wierszem. Jego mina jednoznacznie zdradzała przerażenie. Romantycy postrachem dla mas? A ja również i dzięki nim zrozumiałam, że nie warto gonić za imaginacją i poddawać się negatywnym uczuciom. Marznę. Dziwne uczucie. Marznę strasznie, a przecież zawsze biegałam przy temperaturze nawet takiej sięgającej do 10 stopni poniżej zera w zwykłych pantofelkach. Teraz ochoczo wdziewam rękawiczki, kozaki (ale tylko uzbrojone w obcas), chusty, płaszczyki. Ostatnio nabyłam ubrania mniejsze o dwa rozmiary. Bo musiałam. Również dziwne uczucie. Wczoraj dranisko miał ważny mecz. Termos z gorącą herbatą był moją deską ratunku, a widok porozbieranych i spoconych pomimo temperatury dzieci, biegających szybko, zdecydowanie i grających z ogromnym zacięciem, podczas gdy nasze emocje sięgały zenitu co prawda, ale z ust wydobywała się para, utwierdzał mnie w tym, że dobrze zrobiłam, biorąc do picia wrzątek. W piątek miał testy sprawnościowe. Nie jest źle. Dwa tygodnie temu zdobył srebrny medal na zawodach lekkoatletycznych. Miłe uczucie widzieć dziecko na podium. Przyzwyczaił nas jednak do tego, że go indywidualnie lub w grupie widzimy w aurze zwycięstwa lub nagrody. Dobrze jest mieć cel w życiu. Wszyscy troje mamy swoje cele własne i swoje cele wspólne. Zaczęliśmy odliczanie? Nie... zaczęliśmy realizację. klik
PS. Wczoraj sączyłam ulubione z wodą mineralną.
testy
zawody
piątek, 3 października 2014
hormonalnie z tendencją spadkową
Pani wyhamowała z piskiem opon niemalże wpadając na jedną ze ścian łazienki własnej tuż przed piątą rano drugiego września. Ładny był wtedy poranek. Ciepło. Do wanny spływała gorąca woda, obok stał żel o zapachu orientalnym, w którym rozpoznaję jedynie nutę sandałową, barwna wąska sukienusia letnia i wysokachne obcasy czekały, aż założę je tuż po kąpieli, makijażu, ułożeniu włosów i wypiciu kawy z mlekiem... A ja wpatrywałam się w dwa okienka testu ciążowego i wyraźnie miałam problem z czytaniem i zrozumieniem instrukcji interpretacji. Przeważył rozsądek, że mija czas, a woda za chwilę zaleje sąsiadów. Zdziwienie moje sięgnęło apogeum, bo tak nagle i po prostu, bez ostrzeżenia i tamtamów? Niby i mąż mój własny i osobisty również od dawna w bociany nie wierzy, ale był równie zdziwiony. Radość w podtekście i pod podszewką, bo w pracy, bo przecież nie powiem teraz, bo najpierw sami musimy się nacieszyć, bo do lekarza, bo super i szkoda, że tak po cichu, ale jednak. Wyhamowała pani. Czas najwyższy. Czas najlepszy. Wszystko poukładane, takie w sam raz. Kwietniowa dzidzia - jak orzekł lekarz - postawiła nasz świat na głowie. W natłoku obowiązków i wszystkiego, co ważne w pracy, nie zauważyłam, że miałam zachciewajki, lekkie mdłości i straszliwy jadłowstręt. Do dziś sama w to nie mogę uwierzyć, że tak cichutko się pojawiło, zagnieździło i rosło. Najszczęśliwsza babcia na świecie i teściowie moi drodzy oszaleli. Drań nie mógł się nacieszyć, a każdego dnia mój brzuch słyszał, że starszy brat go kocha. W pracy powiedziałam po dwóch tygodniach. Brak kawy, yerby mate i pokrzywy, mniejsze tempo i sińce pod oczami nie umknęły uwadze góry. Świat stanął na głowie i w pracy. Nie mogliśmy wybrać imion. Nie miałam odruchu oglądania ubranek. Superhiper lekarz sława w mieście obok najpierw pochwalił wyniki. Potem musieliśmy powtórzyć USG. I coś nagle jakoś tak zaczęło mnie niepokoić. Jakaś nuta w jego głosie. Jakieś większe skupienie na wynikach. Jakieś moje wewnętrzne niedoczucie... Tak... szósty zmysł mam rozwinięty bardziej. Wiedziałam, zanim się dowiedzieliśmy.
W ten poniedziałek miło było wrócić do domu i własnego łóżka, bo szpitalne dodawało bólu. Psychicznego. Fizyczny pojawił się dopiero we wtorek. Dobrze, że szybkie decyzje, kilka osób wokół i narkoza nie pozwoliły mi zebrać dostatecznie sprawnie myśli. Teraz nieco potłuczone i pogniecione wracają, ale już umiem sobie wszystko wytłumaczyć. Pierwsze co zrobiłam, to z nienawiścią wyrzuciłam leki na alergię. Siedem tygodni w nieświadomości z antybiotykiem to za dużo dla takiej komóreczki.
Dopiero dzisiaj zebrałam się na rozmowę z mamą. Teściowa uparła się przyjść do mnie w środę. Przyszła. Musiała mnie zobaczyć. Wydaje mi się wszak, że wyglądam zwyczajnie. Normalnie nawet. Tak po prostu. Wyszłam dzisiaj z domu. Nawet poszłam po drania na basen. Musiałam wyjść. Obiecałam kroczek po kroczku i z telefonem. Lubię patrzeć, jak on pływa kraulem. Chichrał się ścigając z kolegą. Potem skakał do wody. Beztrosko. Tej beztroski mi brakowało. Lubię na nią patrzeć. I kiedy właśnie byłam na najlepszej drodze w utrzymaniu w ryzach pozytywu myśli, doszła do mnie mama dziewczynki z klasy drania z wózeczkiem i niemowlakiem w środku. Przełknęłam. W szpitalu miałam obok sale noworodkowe. Uśmiechnęła się i ciepło zapytała, ile tygodni ma dzidziuś w brzuszku. Dranisko w szkole swoją radość wylało, że będzie bratem. Smutkiem już się nie podzielił. Nie dziwi mnie to. Wcale nie żałuję tego jej pytania. Było pełne ciepła i dobrych intencji. Jakoś tak chyba potrzebowałam zacząć mówić, co się stało, komuś obcemu, prawie przypadkowemu. Mamy zawiadamiał mąż mój własny i osobisty. Draniowi wytłumaczyłam sama, przed szpitalem, ale tak po dziecinnemu. Z nikim innym nie chciałam i nie mogłam rozmawiać. I dzisiaj tak nagle musiałam odpowiedzieć. I dobrze. Jestem jej wdzięczna. Siadła obok westchnęła i stwierdziła, że coś się na tym świecie pokręciło z ciążami i... pokazała mi swoje maleństwo ze łzami w oczach. Śliczna, malutka myszka z zespołem downa. Dowiedziała się po porodzie. Po raz pierwszy w życiu zrozumiałam, że nasze problemy są niczym przy problemach innych.
Świat okręcam wokół własnej osi. Powolutku. Przede mną jeszcze na pewno dwa tygodnie zwolnienia. Czytam. Dużo czytam. Programuję psychikę na pozytywy. Jestem wdzięczna za drania. Jestem wdzięczna za to, że mam zdrową macicę, w której może zagnieździć się kolejne maleństwo, kiedy przyjdzie jego czas. Jestem wdzięczna za to, że własny osobisty pomógł mi przetrwać ten czas i przyjął na klatę mój brak zainteresowania jego uczuciami. Jestem wdzięczna mamom, że swój ból postawiły niżej i pozwoliły mi cierpieć w milczeniu. Jestem wdzięczna za to, że mogę wierzyć, że wszystko ułoży się tak, jak tego pragniemy. I wbrew pozorom jestem wdzięczna losowi, że pozwolił nam zauważyć, czego nam w życiu brakuje i na czym powinniśmy się teraz skupić.
Wróciłam do słuchania radiowej dwójki. Brak polityki działa na mnie kojąco. Z pracy dzwonili tylko zapytać o stan zdrowia. Kupiłam sobie dzisiaj króciutką spódniczkę wełnianą. Wyrzuciłam wrzosy stojące na balkonie. Storczyki zaczęły wypuszczać nowe pędy. Piszę o tym, bo to mój blog i moja autoterapia. Solilokwium zapisane hasłowo, aby nie zapomnieć o tym, co istotne.
Jutro Marta przychodzi na korepetycje. Dzisiaj ugotowałam barszcz ukraiński. Ćmi mnie jeszcze ból głowy. Ból brzucha rwie. Już nie jest mi przejmująco zimno. Tak, to zimno było najgorsze. Jutro będę smażyć placki ziemniaczane. Upiekę szarlotkę. Piłam już kawę z mlekiem. Pożyczyłam dzisiaj "Rozmowę w Katedrze", "Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów" pochłonęłam prawie na raz. Na półce obok położyłam opowieść Stone'a o Darwinie. Skusiłam się na "Max Factor. Człowiek, który dał kobiecie nową twarz". Mąż mój własny i osobisty za dwa tygodnie jedzie służbowo do Krakowa. Pozdrowi mój czakram. Odpuszczę tym razem. Oglądam zdjęcia z wakacji. To też mi dobrze robi. Nadal nie chcę rozmawiać. Zatraciłam zdolność konwersacji. Na ludzi mogę jeszcze tylko patrzeć. Ale już mogę patrzeć. Oglądam, słucham, czytam. Będzie dobrze. Jest dobrze. klik
W ten poniedziałek miło było wrócić do domu i własnego łóżka, bo szpitalne dodawało bólu. Psychicznego. Fizyczny pojawił się dopiero we wtorek. Dobrze, że szybkie decyzje, kilka osób wokół i narkoza nie pozwoliły mi zebrać dostatecznie sprawnie myśli. Teraz nieco potłuczone i pogniecione wracają, ale już umiem sobie wszystko wytłumaczyć. Pierwsze co zrobiłam, to z nienawiścią wyrzuciłam leki na alergię. Siedem tygodni w nieświadomości z antybiotykiem to za dużo dla takiej komóreczki.
Dopiero dzisiaj zebrałam się na rozmowę z mamą. Teściowa uparła się przyjść do mnie w środę. Przyszła. Musiała mnie zobaczyć. Wydaje mi się wszak, że wyglądam zwyczajnie. Normalnie nawet. Tak po prostu. Wyszłam dzisiaj z domu. Nawet poszłam po drania na basen. Musiałam wyjść. Obiecałam kroczek po kroczku i z telefonem. Lubię patrzeć, jak on pływa kraulem. Chichrał się ścigając z kolegą. Potem skakał do wody. Beztrosko. Tej beztroski mi brakowało. Lubię na nią patrzeć. I kiedy właśnie byłam na najlepszej drodze w utrzymaniu w ryzach pozytywu myśli, doszła do mnie mama dziewczynki z klasy drania z wózeczkiem i niemowlakiem w środku. Przełknęłam. W szpitalu miałam obok sale noworodkowe. Uśmiechnęła się i ciepło zapytała, ile tygodni ma dzidziuś w brzuszku. Dranisko w szkole swoją radość wylało, że będzie bratem. Smutkiem już się nie podzielił. Nie dziwi mnie to. Wcale nie żałuję tego jej pytania. Było pełne ciepła i dobrych intencji. Jakoś tak chyba potrzebowałam zacząć mówić, co się stało, komuś obcemu, prawie przypadkowemu. Mamy zawiadamiał mąż mój własny i osobisty. Draniowi wytłumaczyłam sama, przed szpitalem, ale tak po dziecinnemu. Z nikim innym nie chciałam i nie mogłam rozmawiać. I dzisiaj tak nagle musiałam odpowiedzieć. I dobrze. Jestem jej wdzięczna. Siadła obok westchnęła i stwierdziła, że coś się na tym świecie pokręciło z ciążami i... pokazała mi swoje maleństwo ze łzami w oczach. Śliczna, malutka myszka z zespołem downa. Dowiedziała się po porodzie. Po raz pierwszy w życiu zrozumiałam, że nasze problemy są niczym przy problemach innych.
Świat okręcam wokół własnej osi. Powolutku. Przede mną jeszcze na pewno dwa tygodnie zwolnienia. Czytam. Dużo czytam. Programuję psychikę na pozytywy. Jestem wdzięczna za drania. Jestem wdzięczna za to, że mam zdrową macicę, w której może zagnieździć się kolejne maleństwo, kiedy przyjdzie jego czas. Jestem wdzięczna za to, że własny osobisty pomógł mi przetrwać ten czas i przyjął na klatę mój brak zainteresowania jego uczuciami. Jestem wdzięczna mamom, że swój ból postawiły niżej i pozwoliły mi cierpieć w milczeniu. Jestem wdzięczna za to, że mogę wierzyć, że wszystko ułoży się tak, jak tego pragniemy. I wbrew pozorom jestem wdzięczna losowi, że pozwolił nam zauważyć, czego nam w życiu brakuje i na czym powinniśmy się teraz skupić.
Wróciłam do słuchania radiowej dwójki. Brak polityki działa na mnie kojąco. Z pracy dzwonili tylko zapytać o stan zdrowia. Kupiłam sobie dzisiaj króciutką spódniczkę wełnianą. Wyrzuciłam wrzosy stojące na balkonie. Storczyki zaczęły wypuszczać nowe pędy. Piszę o tym, bo to mój blog i moja autoterapia. Solilokwium zapisane hasłowo, aby nie zapomnieć o tym, co istotne.
Jutro Marta przychodzi na korepetycje. Dzisiaj ugotowałam barszcz ukraiński. Ćmi mnie jeszcze ból głowy. Ból brzucha rwie. Już nie jest mi przejmująco zimno. Tak, to zimno było najgorsze. Jutro będę smażyć placki ziemniaczane. Upiekę szarlotkę. Piłam już kawę z mlekiem. Pożyczyłam dzisiaj "Rozmowę w Katedrze", "Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów" pochłonęłam prawie na raz. Na półce obok położyłam opowieść Stone'a o Darwinie. Skusiłam się na "Max Factor. Człowiek, który dał kobiecie nową twarz". Mąż mój własny i osobisty za dwa tygodnie jedzie służbowo do Krakowa. Pozdrowi mój czakram. Odpuszczę tym razem. Oglądam zdjęcia z wakacji. To też mi dobrze robi. Nadal nie chcę rozmawiać. Zatraciłam zdolność konwersacji. Na ludzi mogę jeszcze tylko patrzeć. Ale już mogę patrzeć. Oglądam, słucham, czytam. Będzie dobrze. Jest dobrze. klik
piątek, 29 sierpnia 2014
Djindji - rindji...
Urlop minął i wrósł w niepamięć wyczuwany jedynie w
przebłyskach nieświadomości. Ubiegły tydzień był istną karuzelą
obowiązków, ustaleń, przesunięć, wybuchów, ambicji, perswazji, wagi
stanowisk i pracy, pracy, pracy. Udało się. Nie, nie ustalenia... Przy
nich uśmiechałam się tylko i brałam na klatę, która w tych kwestiach chyba zaczęła nieco
bardziej kobiecą przypominać. Udało się wymóc precedencje i zwyczajnie ludzkie podejście do kilku kwestii, kiedy to pani siłą perswazji, o rozmiarze której sama do tej pory nie miałam pojęcia, przemówiła. Tak, po raz pierwszy tak stanowczo i dobitnie ku nawet swojemu zaskoczeniu. Albo odpoczynek urlopowy i dystans do świata polityki, albo zmęczenie ostatnich pięciu dni pracy ponad normę wyznaczającą zdolność zdrowego myślenia podały cynizm, uprzejmość i słodki uśmiech. Tak słodki, że aż do bólu wwiercający się w oczy rozmówców. Poniekąd zadziałała również duma i
ambicja skupiona w jednej osobie. Tym cechom tejże utarłam jednak już podczas imprezy nos pokazując, że nie miała
racji. Mądra taka się stałam nagle. Stoicyzm zaczynam wykazywać chwilami. A może
po prostu doświadczenie robi swoje, jakkolwiek by to nie brzmiało?
Najważniejsze jednak, że się udało i że jestem z siebie dumna. Jak to mówią sukces ma wielu ojców, ale porażka jedną macochę. Doszłam do wniosku, że jeśli mam płacić za porażkę, ewentualne konsekwencje biorę na siebie i dążę do sukcesu. Taka
bardzo, bardzo dumna jestem. Tą dumą, która jest wynikiem nie tylko dobrze
wykonanego obowiązku, ale i udowodnienia samej sobie, na jak wiele mnie
stać i na ile mogę sobie pozwolić, aby dać radę w warunkach mocno
niesprzyjających. Mąż mój własny osobisty również. Znał cały kontekst i
jego kulisy. Śledził uważnie wydarzenia. Śledziły je także trzy kamery i
kilkanaście aparatów. Uśmiechem do patrzących na mnie ludzi przepędziłam stres, który nie pozwalał
mi spać przez dwie noce poprzedzające. Krwisty lakier na paznokciach
dodał mi pewności, a krój sukienki upewnił, że jest dobrze.
A poza tym lekko tak mi jakoś jest. Na duszy, na sercu. W
myślach w sumie też mam plażę w tym tygodniu jako rekompensatę ostatnich
przesileń. Czytam, piszę, rozmawiam z ludźmi tak po prostu. Oglądam z
nimi zdjęcia wakacyjne - te ich i te moje. Moje są dla mnie jednak
niczym z innej galaktyki. Błogostan wokół. Nawet codzienny regularny i
kontrolowany przez różnego rodzaju inspekcje plac budowy obok mojej
ciszy z otuliną w powiatowym powoli zaczyna przypominać początki
cywilizacji. Panowie mili, których na początku przeganiałam precz i
tłumaczyłam, że tak nie powinno się poczynać z ludźmi o dobrym słuchu i
wysokich obcasach, z czasem zaczęli zaglądać mi przez okno, przychodzić na
pogaduszki, a w efekcie wprowadzili różnorodne udogodnienia dla wysokich
wspomnianych. Wczoraj zauważyłam, że ich prace drastycznie zmierzają ku końcowi końców. I jakoś tak mi się nawet smutno z tego powodu zrobiło.Z błogostanu wyrwał mnie telefon od Kasi. "Czy Piotruś chce wziąć udział w jutrzejszym turnieju" - zapytała moja przyjaciółka mając na myśli turniej dwudniowy tenisa. A ja już zamki na piasku ciszy i spokoju dwudniowych budowałam w myślach. "Jasne, że chcę! - zakrzyknął drań - Hurrra!! Wyznaczyli mnie! Super!!" Zatem... zatem łapię błogostan. Za tydzień turniej piłkarski. Za dwa tygodnie obchody patriotyczne i dwie inne imprezy ocierające się o bardziej rustykalno - ludowe emocje. Za trzy tygodnie z rozmachem ogromnym zorganizowany festyn skupiający moje dwa powiatowe i jeszcze kilka z nimi graniczących. A potem.. potem poleci samo i w ilości olbrzymiej. Wrzesień - wszystko wraca do normy. klik
piątek, 15 sierpnia 2014
So dance your own dance...
Trzeci tydzień urlopu mija mi pod znakiem spotkań ze znajomymi, przyjaciółmi i rodzicami przyjaciół drania. Miło. Mija również pod znakiem lekarzy. Wczoraj poszłam do przyszpitalnej przychodni z dzieckiem na konsultację, a wyszłam niemalże z mumią. Bywa. Mięczak zakaźny to wynik basenów kilku, kilku zalewów i prawdopodobnie wymiany koszulek podczas kilku meczy w ostatnim tygodniu, czyli na obozie treningowym. Ważne, że to już za nami. Mąż mój własny i osobisty oraz najszczęśliwsza babcia na świecie zostali poinformowani, jak już byliśmy w drodze na lody. Ciut poplamione krwią spodnie naprawdę nie były niczym wzbudzającym zainteresowanie przy obu zaklejonych opatrunkami rączkach. Łopatki i prawy bok skryły opatrunki pod koszulką, więc daliśmy radę iść na duże lody. Bardzo duże. Ogromne. Po raz kolejny zostało mi udowodnione, że w trudnych wypadkach myślę szybciej i logiczniej, podejmuję decyzje racjonalnie. Pani doktor była pod wrażeniem. Po co odwlekać? Rozkmienianie dodaje bólu. Żebym to ja była taka prywatnie, gdy mam więcej czasu... ha! pobożne życzenie... Zatem: lody były. Od poniedziałku odbieram wiadomości i telefony z pracy. A mieli naruszać moją urlopową autonomię jedynie w sytuacji kataklizmu. Ponoć kataklizm nastał. Z drugiej strony mam przedsmak powrotu do pracy. Taka aklimatyzacja. Może to i dobrze? Odwiedziłam fryzjerkę Agatę. Nie obcinałam włosów. Podbarwiłam je jedynie. Coraz mniej te moje własne naturalne od tych moich naturalnych farbowanych się różnią. Przyzwyczaiłam się, a i kolor jaśnieje zgodnie z prawami natury. Śmieszne to wszystko. Wakacyjne Zakopane pozwoliło mi odetchnąć. Kochałam góry miłością absolutną. I jedyną. Aż pewnego dnia przestałam tam jeździć. Bo drań, bo mały, bo trudno będzie, bo patrzeć jedynie... Już nie patrzyliśmy. Kondycję ma, zawzięty jest bardziej niż ja sama, bakcyla złapał nieziemskiego. Mąż mój własny i osobisty patrzy na dziecko swoje i rośnie w dumę. On też góry kocha. Poniekąd geny robią swoje, ale sama wiem, że oprócz genów jest jeszcze jakaś siła sprawcza i emocjonalna indywidualizacja. Kraków dopieścił mnie szybko. A właściwie przedpieścił. Najpierw Kraków, potem Tatry. Czakram był. Pogoda była. Smaki i kolory Brackiej, Floriańska i UJ. Mój Kraków. Zabawne, że moim pozostanie na zawsze. Bawię się kolorami i odcieniami. Czarny odstawiam. A jeśli sięgam po niego to bez absolutu. Żółty zagościł razem z seledynem i koralową czerwienią. Dobrze mi i lekko tak. Tak, lekko. Na duszy. Na sercu. W myślach kłębią się jakieś plany. Żale też się tam pojawiają, ale nie determinują rzeczywistości. Przełykam coraz sprawniej to, co mnie drażni. A teraz mam chwilę dla siebie. Dłuższą chwilę, bo chłopaki rajd rowerowy urządzili sobie. Chicago (musical) za mną. Teraz Duma i uprzedzenie. Obok mnie coś Kalicińskiej i Królewska krew Sullivana. Obiad na wyciągnięcie ręki. Spokój. Uwielbiam te chwile uporządkowania między wymiarami. I tę lekką dysharmonię tych wymiarów, które nie do końca dają się ujarzmić, ponieważ ma i to swój urok. Luluś patrzy wielkimi ślepkami i merda przypominającym (jak i całość) mop ogonem, bo obiecałam mu kąpiel, a on lubi spłukiwanie szamponu i szaleństwo popraniowe na podłogach, których od kilku miesięcy nie okrywam dywanami. Te ostatnie po czyszczeniu starannie zostały zwinięte i schowane. Firany również. Jedynie drań ma w oknie coś więcej niż rolety. Pachnie ciastem ze śliwkami. Wielki arbuz rozpękł przy lekkim nacięciu nożem. Lubię lato. Uwielbiam lato. Perfumy z domieszka wanilii zakupiłam i jest mi z nimi dobrze. Jest dobrze... więc tańczę swój taniec dalej... klik
piątek, 4 lipca 2014
między innymi o poziomkach właśnie
Pogoda nastała wreszcie taka, jaką pani uwielbia. W powietrzu wyczuwam zapach poziomek. Rano jest świeżo i nieco mgliście. Kawa wypijana rankiem na balkonie przy winie i poziomkach właśnie smakuje cudownie. Natomiast w drodze między powiatami poprzez puszczę krajobraz mam jak na wakacjach. Za to w drodze do domu patrzę na kolor zboża i duże już małe bocianki. Ponoć zatrzęsienie jagód jest w puszczy. Wierzę na słowo tym, co wiedzą. Ponoć zbyt lekkie bluzki zakładam do pracy i zwiewne. Tego nie zauważam. Żakiet lub sweterek zawsze są obok. W razie gdyby. Noszę je w drodze do i z w ręku. Też leciutkie. Uwielbiam tę porę roku przy tak wysokiej temperaturze. W filiżance gości nadal pokrzywa z trawą cytrynową. Mój organizm nie może się nasycić. Szkoda, że Poznań na taką lekkość nie pozwolił. Plany, plany i po planach. Za to z zaskakująco dobrym notami dranisko i reszta wrócili. W pracy co i rusz ktoś mi donosił na biurko lub maila informacje o opisanych w powiatowym domowym sukcesach. Pierwszy w ogóle w życiu artykuł czytany o własnym dziecku zrobił wrażenie. Dziesiąty nie przyprawiał już o palpitacje. Teraz przyjmuję je z uśmiechem i dumą. Normalka. Przecież byłam i widziałam. I wiem. Przyzwyczaił mnie do sukcesów. Patrzą na mnie zdziwieni. Również zdziwieni faktem, że nie opowiadam nałogowo w pracy o tym wszystkim, co na murawie i mączce moje dziecko zdobywa. Tutaj wyszeptuję się sama z siebie i tworzę wentyl bezpieczeństwa. Tutaj wyszeptuję wiele. Czasem nawet mam wrażenie, że ten szept może zostać usłyszany i wtedy milknę.
Wesele upłynęło w miłej atmosferze. Turniej zakończył się zdobyciem pucharu. Jak nasze dziecko ów puchar dźwigało, my byliśmy już w drodze do weselnego kościoła. Uciekają jednak i te drobne chwilki. Emocje na zdjęciu na buziaku zobaczyliśmy dopiero. Prysznic obiecany był. Decydujący mecz drania spędziłam pod chłodną wodą tegoż. Niestety. Bywa. Wesele było miłe. Muzyka w naszym stylu. Przetańczyliśmy je w całości. Zapomniałam, że mąż mój własny i osobisty tak dobrze tańczy. W ubiegłym roku nie potrafiłam kroku dopasować. Teraz dałam się prowadzić w całości. Widać to, co w pracy, kontroluję aż nadto. Było też i ulubione prosto z winnicy z Francji. Delektowałam się winem i łososiem i melonem. I mężem. Potem szybki powrót do rzeczywistości i trzydniowa chwila w Poznaniu, która jest kropeczką zaledwie wśród emocji i nawału pracy. I chwilą zastanowienia się nad tym, że nasze zwierzaki są nam bliższe, niż przypuszczamy pomimo i tak nieskrywanych emocji pozytywnych w stosunku do nich. Po powrocie okazało się bowiem, że mamy już tylko jednego kota. Najszczęśliwsza była u nas dwa razy dziennie. W niedzielę drugi raz po 18 przyszła. Kazała jej czekać. Czekała. W pokoju drania. Dranisko wylało cały żal i ból krzycząc zaraz po wejściu do domu po północy, że rezygnuje ze sportu, bo gdyby nie pojechał, gdyby nie trenował, że już nie chce wyjeżdżać z domu, że on już nigdy, że... Boli patrzenie na dziecko targane tak silnymi emocjami, zwielokrotnionymi bólem wynikającym i z tego, że kilka godzin wcześniej tryskał szczęściem i zwycięstwem praktycznie nad samym sobą i swoim organizmem.
Ubiegły weekend spędziliśmy w stadninie na zawodach jeździeckich. Ten upłynie pod znakiem festynu, który znam dobrze od kilku lat i nawet sekrety zakulisowe mnie już nie zadziwiają. Następny weekend postanowiliśmy spędzić w Wilanowie. Poziomki... Dawno nie jadłam aż tylu poziomek. Dawno nie czułam tak intensywnie ich zapachu. klik
Puchar...
Poznań...
Wesele upłynęło w miłej atmosferze. Turniej zakończył się zdobyciem pucharu. Jak nasze dziecko ów puchar dźwigało, my byliśmy już w drodze do weselnego kościoła. Uciekają jednak i te drobne chwilki. Emocje na zdjęciu na buziaku zobaczyliśmy dopiero. Prysznic obiecany był. Decydujący mecz drania spędziłam pod chłodną wodą tegoż. Niestety. Bywa. Wesele było miłe. Muzyka w naszym stylu. Przetańczyliśmy je w całości. Zapomniałam, że mąż mój własny i osobisty tak dobrze tańczy. W ubiegłym roku nie potrafiłam kroku dopasować. Teraz dałam się prowadzić w całości. Widać to, co w pracy, kontroluję aż nadto. Było też i ulubione prosto z winnicy z Francji. Delektowałam się winem i łososiem i melonem. I mężem. Potem szybki powrót do rzeczywistości i trzydniowa chwila w Poznaniu, która jest kropeczką zaledwie wśród emocji i nawału pracy. I chwilą zastanowienia się nad tym, że nasze zwierzaki są nam bliższe, niż przypuszczamy pomimo i tak nieskrywanych emocji pozytywnych w stosunku do nich. Po powrocie okazało się bowiem, że mamy już tylko jednego kota. Najszczęśliwsza była u nas dwa razy dziennie. W niedzielę drugi raz po 18 przyszła. Kazała jej czekać. Czekała. W pokoju drania. Dranisko wylało cały żal i ból krzycząc zaraz po wejściu do domu po północy, że rezygnuje ze sportu, bo gdyby nie pojechał, gdyby nie trenował, że już nie chce wyjeżdżać z domu, że on już nigdy, że... Boli patrzenie na dziecko targane tak silnymi emocjami, zwielokrotnionymi bólem wynikającym i z tego, że kilka godzin wcześniej tryskał szczęściem i zwycięstwem praktycznie nad samym sobą i swoim organizmem.
Ubiegły weekend spędziliśmy w stadninie na zawodach jeździeckich. Ten upłynie pod znakiem festynu, który znam dobrze od kilku lat i nawet sekrety zakulisowe mnie już nie zadziwiają. Następny weekend postanowiliśmy spędzić w Wilanowie. Poziomki... Dawno nie jadłam aż tylu poziomek. Dawno nie czułam tak intensywnie ich zapachu. klik
Puchar...
Poznań...
piątek, 6 czerwca 2014
radio i załatwianie prysznica, czyli sprawozdanie z całego tygodnia
Piwonie dumnie pysznią się w wielkim wazonie. Jak co roku... Tak, wtorek był miłym dniem, pełnym pośpiechu i jednocześnie chwilą zatrzymania się między wymiarami. Inaczej nie mogło być. Znowu między trybami machiny przeskoczyłam nienaruszenie. Czyli magicznie i nostalgicznie zaczęłam, a tak nie lubię. Faceta ocenia się ponoć nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy. A kobietę? No właśnie... niebezpiecznie zatem kończyć, ale niebezpiecznie i zaczynać... Zaczęła ze mną fryzjerka, która w absolutnie dobrej wierze i przy totalnie wspaniałej rozmowie obcięła mi włosy niemalże tak, jak miałam jeszcze cztery lata temu. Znaczy prawie na zapałkę z tyłu, z przodu widać co prawda, że włosy mam, ale trzeba się przyjrzeć. W poniedziałek. To tak na dobry początek tygodnia. Fryzura ładna, ale po co przez cztery lata wyrównywałam i zapuszczałam się? A może to znak, że życie zrobiło mi psikusa i cofa o lat kilka? Prawdę mówiąc nie żałowałabym. Tak więc w poniedziałek fryzjerka, we wtorek piwonie, we środę drań z drużyną i trenerem na meczu reprezentacji z Bośnią i Hercegowiną, więc my mieliśmy kolejny maraton "Bitwy o Tron", w czwartek, czyli wczoraj... wczoraj pośpiech i jakoś tak inaczej niż zwykle, czyli znowu z podtekstem, a dzisiaj truskawki, droga nie przez puszczę i może nawet lekkie poczucie braku owej. Jutro dranisko ma turniej. Znowu ogólnopolski. My najpierw na turniej, potem na wesele. Jest galimatias, jest ryzyko. Jest ryzyko, jest zabawa. Jest galimatias, ryzyko, zabawa, są my.
- Dzeń dobry. Nazywam się takitak. Przepraszam, że Panu przeszkadzam, ale mam pytanie. I z góry przepraszam, że je zadam.
- Eeeeeeee
- Tak więc mam pytanie i przepraszam, jeszcze raz, bo Pan jest trenerem i organizatorem turnieju, zatem dzwonię do Pana, ponieważ trener mojego dziecka nie potrafił mi odpowiedzieć....
- Taaak yyyyyyy.... eeeeeee....
- Widziałam zdjęcia na stronie i widzę, że boisko jest piękne i że są budynki, ale - bardzo przepraszam - jak u Państwa z kwestią sanitarną?
- Że co proszę?
- A bo widzi Pan, dziecko ma turniej i musi się stawić na miejscu na godzinę 8:00. Z drużyną się stawi. Ale my mamy ponad 100 km do Państwa i my razem z dzieckiem będziemy na tym turnieju, ale potem mamy ślub i wesele. Nie nasze. My już mieliśmy. Ale w rodzinie.
- A co ma turniej do wesela?
- Bo proszę Pana, ja to chcę się u Państwa na to wesele przygotować i dlatego dzwonię z pytaniem, czy są prysznice i czy będę mogła z nich skorzystać.
- Eeeeeeeeeee
- Czyli jak proszę Pana?
- To jeszcze raz niech pani tłumaczy, bo ja niewiele zrozumiałem.
- W sobotę organizujecie turniej.
- Tak.
- Dla rocznika 2005.
- Tak.
- Rodzice mogą przyjechać.
- Tak.
- Są toalety i szatnie w budynkach?
- Tak.
- Budynki z szatniami i toaletami będą udostępnione zawodnikom?
- Tak.
- Jeśli ktoś z rodziców zawodnika poprosi w drodze wyjątku o udostępnienie prysznica ze wzgledu na to, że po turnieju jedzie na wesele i musi wyglądać, to jesteście Państwo tak mili i udostępnicie ten prysznic?
- Tak.
- Zrozumiał Pan pytanie?
- Tak.
- Bo Pan dziwnie odpowiada.
- Bo mnie pani zszokowała.
- Mogę?
- Może pani. Rano termę włączymy.
- Ratuje mi Pan życie!
- Eeeeeeeeeee
- Nie żartuję.
- Proszę tylko zaraz po przyjeździe zgłosić się do nas. Udostępnimy jeden z pokojów dla sędziów i łazienkę.
- Eeeeeeeeeee
- A gdzie to wesele?
- Ślub tuitu, wesele tamatam.
- Wytłumaczę jak dojechać. Łatwo przegapić zakręt jadąc od naszej strony.
- Jest Pan bardzo pomocny.
- Staram się, jak mogę. Rzeczy też może pani od razu zostawić w pokoju i proszę się nie martwić.
- Eeeeeeeeeee
- W sumie ma pani rację, 10 godzin przed imprezą to niemałe wyzwanie.
- Tak.
- A niech pani jeszcze raz powie, skąd przyjeżdżają chłopaki?
- Z powiatowego.
- A! Byłem dzisiaj tam. Rozmawiałem z trenerem.
- Eeeeeeeee
- To do zobaczenia.
- Podać Panu jeszcze raz nazwisko?
- Nie. Tej rozmowy nie zapomnę i głos też poznam.
- Muszę dodawać, że jestem blondyynką?
- Nawet przez chwilę nie miałem wątpliwości.
Świadkowie tej rozmowy leżeli na biurkach. Trener drania nie uwierzył, że byłam w stanie załatwić sobie łazienkę. Mąż mój własny i osobisty stwierdził, że przebierze się na stacji benzynowej i mam za bardzo nie demonstrować, że jesteśmy razem. A ja ma spokojne myśli. Taaak... na miejscu naszykuję się i bez problemu przebiorę.
Ale z wesela musimy ciut wcześniej wrócić, ponieważ drań śpiący jutro u najszczęśliwszej ma półfinały Talentiady w niedzielę. Półfinały organizuje powiatowe. Finały będą w Poznaniu.
Zakwalifikowały się wszystkie trzy grupy wystawione przez trenera tenisa. Natomiast tydzień temu podczas zawodów dranisko dało popis istny. Jestem coraz bardziej nim zachwycona. Poprawił swój czas w spranościówkach, dał sobie wspaniale radę w grach drużynowych, paratenisowe rozwalił niemalże, a w tenisie był... no był po prostu bardzo dobry. Rozbroił na koniec sędziów, kiedy to wiedząc, że już ma wygraną w kieszeni zaczął odbijać wszystko i dość ryzykownie, a przy okazji drąc się na cały regulator "jestem Janowicz".
To tak w telegraficznym skrócie.
A poza tym? A poza tym to sama nie wiem. Coś się wkradło i siedzi w głębi duszy niby niezauważenie, a jednak wyczuwalnie jedną ze słabych co prawda ale jednak emocji. Coś... I tak jakoś dzisiaj w drodze powrotnej radio natchnęło na wspominki. I mnie tak jakoś to coś lekko zaczęło uwierać. Hm... klik
PS.
Na poważnie:
Na Janowicza:
- Dzeń dobry. Nazywam się takitak. Przepraszam, że Panu przeszkadzam, ale mam pytanie. I z góry przepraszam, że je zadam.
- Eeeeeeee
- Tak więc mam pytanie i przepraszam, jeszcze raz, bo Pan jest trenerem i organizatorem turnieju, zatem dzwonię do Pana, ponieważ trener mojego dziecka nie potrafił mi odpowiedzieć....
- Taaak yyyyyyy.... eeeeeee....
- Widziałam zdjęcia na stronie i widzę, że boisko jest piękne i że są budynki, ale - bardzo przepraszam - jak u Państwa z kwestią sanitarną?
- Że co proszę?
- A bo widzi Pan, dziecko ma turniej i musi się stawić na miejscu na godzinę 8:00. Z drużyną się stawi. Ale my mamy ponad 100 km do Państwa i my razem z dzieckiem będziemy na tym turnieju, ale potem mamy ślub i wesele. Nie nasze. My już mieliśmy. Ale w rodzinie.
- A co ma turniej do wesela?
- Bo proszę Pana, ja to chcę się u Państwa na to wesele przygotować i dlatego dzwonię z pytaniem, czy są prysznice i czy będę mogła z nich skorzystać.
- Eeeeeeeeeee
- Czyli jak proszę Pana?
- To jeszcze raz niech pani tłumaczy, bo ja niewiele zrozumiałem.
- W sobotę organizujecie turniej.
- Tak.
- Dla rocznika 2005.
- Tak.
- Rodzice mogą przyjechać.
- Tak.
- Są toalety i szatnie w budynkach?
- Tak.
- Budynki z szatniami i toaletami będą udostępnione zawodnikom?
- Tak.
- Jeśli ktoś z rodziców zawodnika poprosi w drodze wyjątku o udostępnienie prysznica ze wzgledu na to, że po turnieju jedzie na wesele i musi wyglądać, to jesteście Państwo tak mili i udostępnicie ten prysznic?
- Tak.
- Zrozumiał Pan pytanie?
- Tak.
- Bo Pan dziwnie odpowiada.
- Bo mnie pani zszokowała.
- Mogę?
- Może pani. Rano termę włączymy.
- Ratuje mi Pan życie!
- Eeeeeeeeeee
- Nie żartuję.
- Proszę tylko zaraz po przyjeździe zgłosić się do nas. Udostępnimy jeden z pokojów dla sędziów i łazienkę.
- Eeeeeeeeeee
- A gdzie to wesele?
- Ślub tuitu, wesele tamatam.
- Wytłumaczę jak dojechać. Łatwo przegapić zakręt jadąc od naszej strony.
- Jest Pan bardzo pomocny.
- Staram się, jak mogę. Rzeczy też może pani od razu zostawić w pokoju i proszę się nie martwić.
- Eeeeeeeeeee
- W sumie ma pani rację, 10 godzin przed imprezą to niemałe wyzwanie.
- Tak.
- A niech pani jeszcze raz powie, skąd przyjeżdżają chłopaki?
- Z powiatowego.
- A! Byłem dzisiaj tam. Rozmawiałem z trenerem.
- Eeeeeeeee
- To do zobaczenia.
- Podać Panu jeszcze raz nazwisko?
- Nie. Tej rozmowy nie zapomnę i głos też poznam.
- Muszę dodawać, że jestem blondyynką?
- Nawet przez chwilę nie miałem wątpliwości.
Świadkowie tej rozmowy leżeli na biurkach. Trener drania nie uwierzył, że byłam w stanie załatwić sobie łazienkę. Mąż mój własny i osobisty stwierdził, że przebierze się na stacji benzynowej i mam za bardzo nie demonstrować, że jesteśmy razem. A ja ma spokojne myśli. Taaak... na miejscu naszykuję się i bez problemu przebiorę.
Ale z wesela musimy ciut wcześniej wrócić, ponieważ drań śpiący jutro u najszczęśliwszej ma półfinały Talentiady w niedzielę. Półfinały organizuje powiatowe. Finały będą w Poznaniu.
Zakwalifikowały się wszystkie trzy grupy wystawione przez trenera tenisa. Natomiast tydzień temu podczas zawodów dranisko dało popis istny. Jestem coraz bardziej nim zachwycona. Poprawił swój czas w spranościówkach, dał sobie wspaniale radę w grach drużynowych, paratenisowe rozwalił niemalże, a w tenisie był... no był po prostu bardzo dobry. Rozbroił na koniec sędziów, kiedy to wiedząc, że już ma wygraną w kieszeni zaczął odbijać wszystko i dość ryzykownie, a przy okazji drąc się na cały regulator "jestem Janowicz".
To tak w telegraficznym skrócie.
A poza tym? A poza tym to sama nie wiem. Coś się wkradło i siedzi w głębi duszy niby niezauważenie, a jednak wyczuwalnie jedną ze słabych co prawda ale jednak emocji. Coś... I tak jakoś dzisiaj w drodze powrotnej radio natchnęło na wspominki. I mnie tak jakoś to coś lekko zaczęło uwierać. Hm... klik
PS.
Na poważnie:
Na Janowicza:
środa, 28 maja 2014
koniugacja, mączka i coś jeszcze
W tym tygodniu drań ma talentiadę. Nareszcie! Rok dodatkowych treningów i całe mnóstwo czasu poświęconego na to wydarzenie ponad normę rozstrzygnie się w ciągu zaledwie kilku godzin, podsumuje pracę, wysiłek i zaangażowanie. Dobę ostatnio rozszerzyliśmy jeszcze bardziej, nawet nie zdając sobie sprawy, że to takie proste i wykonalne ot tak, po prostu, bez mrugnięcia powieką. Od soboty niemalże śpimy na kortach ziemnych. Po szkole, przed treningiem (tamtym i tym), po treningu (tym i tym), po basenie, w zamian za kolację, bez zakupów, przed późnym obiadem, prawie w nocy. Trener oszalał. Drań oszalał. My dołączyliśmy do grupy szaleńców, bo nie ma innego wyjścia w tych okolicznościach, znaczy najwyraźniej również oszaleliśmy. Koniugacja w praktyce. (Koniugacja i na piłkę przełożona, bowiem trener drugi / pierwszy / trudno priorytet obecnie wyznaczyć / zęby zacisnął i nawet starał się ukryć poirytowanie, kiedy drugi raz z rzędu drania wystawić w kadrze nie mógł. Znaczy też już lekko oszalał i jakby nieco ofuczył. Ja koniuguję, ty koniugujesz, ononaono koniuguje, my koniugujemy, wy koniugujecie, oni koniugują też...) Potem kąpiel. Długa, żeby mięśnie odpoczęły. A po kąpieli drań bierze rakietę i ćwiczy odbicia przy ściance w domu. W nocy. W swoim pokoju. Nie mam już siły zareagować. Mam za to stertę ubrań uwalanych mączką - zarówno treningowych, jak i szkolnych. "Bo przecież w szatni jest duszno, a na korcie wszędzie jest mączka mamusiu." No tak... Argument jest. Mączka też jest. A jak nie mączka to gumeczki, kłaki ze sztucznej nawierzchni i plamy od trawy z nawierzchni tej jak Panbóg przykazał, która stawów nie obciąża. W sumie mam cudowną pralkę. Chyba z tytanu. Proszki mogę testować. I balsamy do ciała ze skórą wrażliwą niezłomnych dziewięciolatków. Tak, zdecydowanie cieszę się, że już w tę sobotę sprawa się rozstrzygnie. Chociaż mam pełną świadomość, że po jednym turnieju świta perspektywa kolejnego i zaczynają się nowe szaleństwa. Właściwie żyjemy w jednym wielkim szaleństwie. Luluś wczoraj dojrzał, że na kortach są piłeczki takie same, jak jego domowe. Trochę czasu mu to zajęło. A może dopiero teraz ogarnął nadmiar dźwięków i i niezliczone bodźce. Co my robiliśmy z czasem, kiedy ja zwyczajnie uczyłam w szkole, a drań uczęszczał do przedszkola mając tenis jedynie dwa razy w tygodniu i nie mając świadomości, że istnieje piłka nożna? Coś na pewno musieliśmy robić, w innym wypadku niechybnie byśmy dostali kręćka z nudów. Nie pamiętam.
Truskawki zagościły w naszej codzienności. Zagościły również lody. Ostatnio to mój ulubiony posiłek wieczorny kumulujący w sobie obiad i kolację. Śniadania jadam w pracy w godzinach wczesnopopołudniowych. Sałatki. Mieszam. Próbuję. Bawię się smakami selera naciowego, żurawiny, mięty, kiełków, jagód goji i ziaren słonecznika. Smakują wspaniale jako dodatki. Wypijam hektolitry pokrzywy. Mój organizm sam domaga się smaków, o które nigdy bym siebie nie posądziła. Ponoć i tak nimi mniej gorszę zespół niż yerbą mate, ale ogólnie przyzwyczaili się do dziwactw w moim wykonaniu. A to ostatnie zaczyna mnie bawić. Co innego gotuję, co innego jem sama. Drań co prawda lody pochłania niczym jamochłon, ale przed nimi kolację obfitującą w białka musi zjeść. Bez zupy dzień dla niego jest dniem straconym, a mięso im mniej białe tym ostatnio lepsze. Mąż mój własny i osobisty zagląda do moich mieszanek i warzywniaków, a potem z ulgą w oczach je obiadowy obiad i kolacyjną kolację. Nad puszczą przeszła ulewa. Ptaki, ptaszki i ptaszydła zaczynają świergolić mi za oknem. Delikatny chłód z samego rana nie skłonił mnie do rezygnacji ze spaceru. Przede mną na biurku komunikaty Policji i informacja o zawodach w sporcie pożarniczym. Skoro to zauważyłam, świadomość zaczyna sygnalizować konieczność powrotu do obowiązków. Znaczy przerwa na kawę skończona... klik
Truskawki zagościły w naszej codzienności. Zagościły również lody. Ostatnio to mój ulubiony posiłek wieczorny kumulujący w sobie obiad i kolację. Śniadania jadam w pracy w godzinach wczesnopopołudniowych. Sałatki. Mieszam. Próbuję. Bawię się smakami selera naciowego, żurawiny, mięty, kiełków, jagód goji i ziaren słonecznika. Smakują wspaniale jako dodatki. Wypijam hektolitry pokrzywy. Mój organizm sam domaga się smaków, o które nigdy bym siebie nie posądziła. Ponoć i tak nimi mniej gorszę zespół niż yerbą mate, ale ogólnie przyzwyczaili się do dziwactw w moim wykonaniu. A to ostatnie zaczyna mnie bawić. Co innego gotuję, co innego jem sama. Drań co prawda lody pochłania niczym jamochłon, ale przed nimi kolację obfitującą w białka musi zjeść. Bez zupy dzień dla niego jest dniem straconym, a mięso im mniej białe tym ostatnio lepsze. Mąż mój własny i osobisty zagląda do moich mieszanek i warzywniaków, a potem z ulgą w oczach je obiadowy obiad i kolacyjną kolację. Nad puszczą przeszła ulewa. Ptaki, ptaszki i ptaszydła zaczynają świergolić mi za oknem. Delikatny chłód z samego rana nie skłonił mnie do rezygnacji ze spaceru. Przede mną na biurku komunikaty Policji i informacja o zawodach w sporcie pożarniczym. Skoro to zauważyłam, świadomość zaczyna sygnalizować konieczność powrotu do obowiązków. Znaczy przerwa na kawę skończona... klik
czwartek, 22 maja 2014
John Wayne i rabarbar
Pani z całej siły trzasnęła drzwiami busa. Metalowymi drzwiami. Nie żeby pani zła była, nie... Drzwi ciężko się zamykały, zatem kierowca poprosił o użycie siły. Nie powiedział jednak, że ze sprężyną też dzieje się coś i pani z tą siłą i tymi drzwiami i z tym impetem tak i nie zdążyła cofnąć dłoni. Nie wierzyłam, że z bólu palca można zemdleć. Już wierzę. Nie dałam rady powstrzymać ani mdłości, ani łez po przejściu 200 metrów do najszczęśliwszej. Od wczoraj wszyscy mogą podziwiać kolorystykę mojego kciuka, a ja przypominam Johna Wayne'a dmuchającego w spluwę. I cierpię. Cierpię okrutnie, bo jednak prawa ręka przydatną bywa, np. do zapięcia paska, buta, napierśnika. Do umalowania rzęs także się przydaje. Zauważyłam przy okazji, że nie potrafię użyć perfum lewą dłonią, ale włosy ułożę nią lepiej. Myszkę bezprzewodową opanowałam bez problemu, z telefonem radzę sobie mniej sprawnie. Siła złego na jednego obecnie mi się przytrafia, ale dobrzy ludzie tak mają. W powiatowym i w puszczy upał zagościł wreszcie i mam nadzieję, że nie odpuści, bo wreszcie można w lny i zwiewności się odziewać i tak dobrze mi z tym. Tym bardziej, że i dodatki takie lekkie i delikatne i barwne okrutnie można dobierać na przekór wszelakim pastelom królującym ponoć. Kończę "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki", "Życie erotyczne księcia Józefa" i "Striptiz neurotyka". Tematyka mocno rozbieżna, tytularyzm sugerujący, ale prawie absolutnie mylny. Przed nami Kraków i Wilanów. W poniedziałek będę mieć dzień wolny. Czyste szaleństwo. Takie wolne poniedziałki to mini urlop. Dziewczynka miała ostatnio rocznicę komunii. Uwielbiane przeze mnie truskawki już są wszechobecne, ale jeszcze mnie nie kuszą. Poziomki na balkonie czerwienieją się słodkie i pachnące. Drań codziennie idzie na zbiory i chichra się niczym maluszek, że są, że są czerwone, że są jego, że są pyszne, że jest ich tak dużo. Też się dziwię, że się tak rozpanoszyły. Ciasto rabarbarowe już zagościło razem z kompotem w menu weekendowym. Niedługo będą pachnące pomidory. Uwielbiam tę porę roku, kiedy dzień witam z kubkiem kawy na balkonie. Obecnie inki i bez mleka, ale jednak. Tak, teraz jest mój ulubiony czas. klik
Subskrybuj:
Posty (Atom)









