wtorek, 24 kwietnia 2007

;)

    Jakiś czas temu Basia poradziła mi, żebym swoje trzy blogi skonsolidowała. No może nie zupełnie tak to określiła, ale ja tak właśnie to odebrałam. Zatem BARDZO przepraszam, jeśli ktoś czyta wszystkie moje wynurzenia i lubi tenże podział, że czasem będę robiła totalny bałagan i tutaj będę wpisywała coś z wierszy albo refleksji. No i dzisiaj właśnie taki jeden przeniesiony będzie. Hm... coś jednak w tym poście, który tu zaraz wpiszę musi istotnie być, bo gnębi mnie okrutnie...

poniedziałek, 23 kwietnia 2007

słodziuch Biszkopt

    Wczoraj powiatowe postarało się i dołączyło do miast (hahahahha)organizujących obchody Dnia Ziemi. Oczywiście nie było żadnychinformacji co i gdzie się będzie działo, ale najszczęśliwsza, która wiewszystko, dała znać, że ma być giełda i tresura psów, wystawa kwiatów iróżne rożności. W amfiteatrze. Ha! igrzyska dla ludu, alepostanowiliśmy pójść. Po obiedzie... Poszliśmy, dwulatek naszykowany,że pieski zobaczy, my też nagrzani, bo najszczęśliwsza wspomniała, żejak będą pekinki, to pozwala sobie kupić. No i jak tu babci dwulatkanie uszczęśliwić skoro się domaga? Wspomniałam coś, że najpierw pieseku nas pobędzie, ale jakoś tak to bez echa zostało. Mężuś za to niezdradzając się słówkiem jednym przede mną wziął kasiorę na labradorka.Taki labradorek chodzi nam po głowach bowiem od daaaaaaaaaaawna. No iplanujemy, rozważamy i jakoś psa nie mamy. Słówka w domu nie pisnął,ale po drodze się wygadał niechcący. Jak więc usłyszałam, corazszybciej chłopaków do amfiteatru gnałam. Doszliśmy, a tam... wielkienic. Chociaż właściwie, tak na upartego to coś jednak było: jedenpopcorn, jeden grill, jeden ogródek piwny, jedno stoisko z balonami,dwadzieścia osób oglądających występ zespołu ludowego i absolutny brakpsów. Nawet śladów po nich nie było. Mina zrzedła nie tylko mnie... Alemężuś obiecał, że po powrocie do domku internet za psem przetrzepiemy ibierzemy labradorka wreszcie. W drodze powrotnej ustaliliśmy, gdziebędzie spał, jakie będzie miał imię i komu go wtrynimy na czas naszegowyjazdu w czerwcu. Wręcz się pokłóciliśmy o konieczność wystawiania gona wystawach. No i wtedy zauważyliśmy, że psa nawet jeszcze niezlokalizowaliśmy...
Nigdy i za niczym tak sprawnie nieprzeszukaliśmy stron internetowych. Nawet dwulatek dał nam spokój imogliśmy śledzić dane wszystkich hodowców i związków kynologicznych. Noi jest! Znaleźliśmy. Zaczęłam pisać, dwulatek postanowił komputerzresetować, więc mail poszedł w przestrzeń. Mężuś włączył ponownie a jajuż przezornie za telefon złapalam. Ha! Jest! Jeden - biszkoptowybiszkopt po rodzicach biszkoptach. Ma pięć tygodni i można go odebrać.Bedzie nasz. No i piesek. Chłopczyk. Biszkopt. Hodowcą jest paniweterynarz, więc wszystkie szczepienia już są realizowane. No i decyzjęszybko musieliśmy podjąć! Bo ostatni. Sam jeden. Biedulek! Na naszapewne czekał. A tu mężuś burzę mózgów urządza. Decyzja wszakniełatwa... Jak kluseczek urośnie, będzie ważył trzydzieści kg i jakstanie na swoich masywnych łapach tylnych, będzie większy ode mnie. Noto za i przeciw. Wychodzi na tak. Rzucamy monetą - orzeł to bierzemy.Mężusiowi reszka wypadła (on zawsze odstaje), dwulatkowi orzełek (mojedzieciątko kochane). Ja rzucam - reszka (ale rozproszona byłam). Rzucamdrugi raz - znowu reszka. Coś musi być nie tak z monetą, więc pasjansaukładam - wychodzi. Dwulatek w zamieszaniu, podnieceniu i burzy mózgówrobi k..., więc idziemy go kąpać, ale dyskutujemy ciągle i dziecko jużnie wie - iść do łazienki, czy siąść i bawić się? W ostatniej chwilimężuś łapie go i niesie do łazienki. Ja łapię za telefon do magicznej.Mężuś coś tam pod nosem sugeruje, żeby najszczęślisza doradziła. Jawiem lepiej - najpierw magiczna niech się wypowie, najszczęśliwsza możebyć zdroworozsądkowa akurat. Dzwonię. Agata magiczna wyciągnięta zkąpieli, ale wagę sprawy rozumie. Ja wykładam i o radę proszę. A ona mitu ze zdrowym rozsądkiem wyjeżdża i mówi, że może lepiej nie, aleintuicję ma na tak. Ręce opadają - miała być wszak po mojej stronie...A nie tak prawdziwie. Co ona? Nie zna mnie? Mężuś patrzy na mnie,śmieje się i woła, żeby karty stawiała. Ja o tym nie wspominam, boprzecież jej diabeł... i karty w szufladzie schowane. Ale w zamieszaniumagiczna za karty łapie (sprowadzamy ją więc na drogę opętania znowu) iwyciąga kartę na TAK. Daję sluchawkę mężusiowi, żeby i on usłyszałwerdykt i całuję swoich chlopaków. Mężuś kończy rozmowę i mówi, że wtakim razie postanowione. Dzwoni do teścia mojego drogiego i otransport na niedzielę przyszłą prosi zaraz po telefonie do hodowcy. Jajeszcze żeby sumienie uspokoić radzę się najszczęśliwszej. Nie jestzdroworozsądkowa i twierdzi, że dwulatkowi będzie milej. Ha! Dwulatek zczystą pupą i w pachnącej piżamce zaczyna się bawić a my o pieskunadal. Ja dzwonię do hodowcy i pytaniami panią zarzucam - dziwne, żenadal chce nam psa sprzedać, pół życia jej wszak opowiedzialam, więcpowinna się już kapnąć, że jesteśmy rodziną specyficzną... No tak.Wybieramy ostatecznie imię - melon, biszkopt. Biszkopt, Biszkopcik, bosłodziuch z niego przeokropny. Idziemy spać. Mężuś usypia bez problemu,a ja zastanawiam się i cieszę i martwię i boję. (I tak do tej pory.)Chcę i boję się. No i poza tym jak tu spać jak moja psinka, kluseczekkochany śpi sobie gdzieś tam i nawet nie wie, że taką cudną rodzinkęmieć będzie. I że już na niego czekamy. No i wszystko planuję. Nibyzmiana nie taka aż radykalna, ale jak do moich obowiązków codziennychdodać psa, hm... I do tego wózka i zakupów. Hm... Może jednak da się godobrze wychować? No może się uda... Przy kotach porażkę pedagogicznąponieśliśmy, ale on może bardziej kumaty będzie...

Meżuś jużdzwonił i pytał, jak się czuję z myślą o psie i czy zdaję sobie sprawęz obowiązków, bo wszak na mnie większość spadnie... Chyba znajszczęśliwszą rozmawiał, bo i ona dzisiaj jakaś taka ostrożna.Będzie! Biszkopt! Dobrze wychowany i grzeczny. Nie będę końcówkąsmyczy. Dogadamy się i ustalimy priorytety. Trzeba tylkonajszczęśliwszą w nim rozkochać. Do czerwca. Na nasz wyjazdczterodniowy musi go razem z kotami przygarnąć... Jest tak slodki, żesię uda.
Uff... rozum mi odbiera. Biszkopcik...

łańcuszek

Fabianka droga i  mila
do zabawy łańcuszkowej mnie wyznaczyła.
Odpowiadam zatem...
prawdziwie, rzeczowo, zgodnie z tematem:

od czego jesteś uzależniona
   
od kawy, od słońca, od internetu, od książek, od symetrii i ładu

co kochasz
   
poza moimi bliskimi: moje dwa koty, magiczną, żółte kwiaty, malarstwo, teatr, książki i jogę

o czym marzysz
   
o domku w stylu dworkowym z ogromnym ogrodem, gdzie będziemy zdrowi i szczęśliwi przez najbliższe dwieście lat

co Cię denerwuje
   
chamstwo, papierosy, spoźnianie się

do czego obojętnie podchodzisz
   
chyba do niczego

Skoro sama się z tym rozprawiłam
(nawet się tym nie zmęczyłam)
na innych zabawę przenoszę
i do zabawy:
    Basię
    Annę
    Monisię
poproszę...

piątek, 20 kwietnia 2007

Agaty magicznej opętanie

Wybraliśmy się dzisiaj z dwulatkiem do ciotki Agaty. Wybraliśmy się, tzn. ja się wybrałam i dziecko ze sobą wzięłam. A jakoś tak ochoty zbytnio nie miałam i wszystko szło na nie. Ale wreszcie ulokowaliśmy się w autobusie i z naszego centrum pojechaliśmy na odległe peryferie. Nawet autobusy robiły mi na złość. Niby to w powiatowym są już niskopodłogowe, a tu jeden za drugim rumpel ze schodami wysokimi i poręczą pośrodku. Jak się już wsiądzie do takiego z wózkiem, a w wózku dziecko, a pod wózkiem nocnik i reszta niezbędników, to ucho igielne staje się niby pikuś! Ale dotarliśmy. Dwulatek zaraz po całusach poczuł się jak u siebie i z szafek paluszki i inne dobra ciotce wyciągać zaczął, ja zażyczyłam sobie kawy kubeł i egoistycznie zdałam relację z całego tygodnia. No i jak już Agata zauważyła, że się wyczerpałam werbalnie, załatwiła mnie jednym ciosem. Oświadczyła, że jest opętana i załamana a w dodatku ma padaczkę. Dobrze, że akurat kawę piłam, to się kubłem zasłoniłam. No opętana to ona była zawsze, ale żeby tak od razu swojego prywatnego diabła posiadać, to przesada i rozpusta. No i jaka znowu padaczka? Niedawno cukrzyca była i coś przedtem też ciekawego. No i załamała siebie i wszystkie swoje klientki jednym ciosem - schowała karty Tarota głęboko i boi się wyjąć. Kobiety żądne informacji dotyczących wszystkiego dzwonią i pytają, a ona siedzi cicho i stara się telefonów nie odbierać. Powiedziałam, że diabła ma i niech się z nim zaprzyjaźni, a karty niech wyciąga i wróży, bo i diabła zagłodzi.
Ha! nawet ta padaczka jej nie obeszła. Ano... Wszak diabeł bardziej atrakcyjny...
Kawy się opiłam i do domu czmychnęlam. Niech no się ten mój prywatny nieodkryty nie rozkokosi rozmawiając z tym jej rozszyfrowanym. W autobusie (niskopodłogowym) dwulatek usnął i nie zdołalam go na wertepach obudzić. No i ucho igielne przypomniałam sobie znowu taszcząc wózek z osprzętem i bezwladnością czternastokilową na trzecie piętro...
Diabelskie sprawki jakieś widać za mną dzisiaj chodzą. A raczej przede mną...

czwartek, 19 kwietnia 2007

letniki

    Kiedyś znajomi z pracy mężusia opowiadali, jak to ich dziesięcioletni syn pojechał do babci na wieś. No to sobie dziecko pojechało wieczorem, a z samego rana babcia pognała do sklepu i nabyła trzy bochenki chleba i wszelakiego dobra dużo więcej, niż dziadki sami mogliby zjeść przez tydzień. Sprzedawczyni popatrzyła z zatroskaniem na babcię i ponieważ już lato było to nawet się tym zwiększonym zapotrzebowaniem na żywność nie zdziwiła. Wydając jednak resztę, zapytała: co letniki już przyjechały?
Historyjka, jak ją słyszeliśmy bawiła nas do łez. Ano... kilka lat minęło, lata nie ma, na wsi nie mieszkamy, dziadkami nie jesteśmy, wnuczek do nas nie przyjechał. Ba! wnuczka nie mamy! Ale dobra spożywcze gromadzimy niczym dla letników. Nawet sobie nie wyobrażałam, że taki filigranowy dwulatek potrafi tyle zjeść. Cały dzień rusza buzią. Wyjście z nim na zakupy wiąże się z różnymi atrakcjami typu kabanos, kiełbacha, smakoszek, bułeczka z wisienką, grahamka. No i oczywiście stałe atrakcje typu zapiekanka, hamburger, hot-dog, gofer, lód przy dłuższym spacerze. Ludzie patrzą na nas jak na zwyrodnialców karmiących dziecko czymś tego typu. A on nie prosi o nic innego. Nie chce lizaczków ani cukierków. Chce za to śledzia, kapustę kiszoną, albo paprykę. I jak mu tego nie kupić? Czasami śmieję się, że niedługo jakieś przejścia podziemne pod calym miastem muszą dla nas zrobić. Drań juz nawet wie, w którym miejscu co można dla niego nabyć. Sama nie wiem, czy to dobrze. Ale kupujemy wszystko w dobrych punktach, gdzie mają stały zbyt i żywność jest na pewno świeża. Jednak czasem sama się nadziwić nie mogę, jak widzę jakie on ilości tego pochłania. A wygląda na kruszynkę, chudzinkę i anemika - jak to ostatnio matka sąsiada powiedziała, co bardzo najszczęśliwszą zdenerwowało. Mężuś cieszy się, że syneczek rośnie. A ja zaczynam się powoli bać. Dziecko dwuletnie je więcej ode mnie. Chociaż z pewnością i ruchu ma jakieś sto razy więcej.
    Chciałam napisać jednak jeszcze o czymś. Za każdym razem, gdy mu kupuję coś, nachodzi mnie taka refleksja, jak to jest z dziećmi, których matki nie mogą im tego wszystkiego kupić? Nie chcą, bo nie znają? Nie chcą, bo wiedzą, że nie mogą chcieć? I nie jest to wcale kwestia drogich zabawek, czy szałowych ubranek, tylko zwykłego jedzenia. Bardzo często widzę, jak jakaś kobieta tłumaczy maluchowi w wieku dwulatka, młodszemu, albo nieco starszemu, że nie ma pieniążków, że ich nie stać, że nie może... Nie mogę naprawić zła tego świata, ale żal mi dzieci, których coś omija nie z ich winy. No bo co może być winne dziecko? Sklepy są przeładowane produktami wysokiej jakości - dobre napoje, w ładnych opakowaniach, kuszące słodycze i jogurty, owoce jakie tylko można sobie wyobrazić. Reklamy w telewizji przyciągają wzrok dziecka. Reklamowane jest wszystko - chemia, słodycze, napoje, zabawki. Tylko to wszystko kosztuje. W telewizji również jest lansowany pewien styl życia i on niestety bardzo odbiega od możliwości wielu rodzin. Nam się tylko tak wydaje, że małe dziecko nie jest świadome pewnych rzeczy i nie zwraca na nic uwagi. Otoż nie! Taki maly człowieczek jest niesłychanie inteligentny i spostrzegawczy. I niestety stale coś widzi i porównuje. I wie dużo więcej niż jesteśmy w stanie się domyśleć.
Gdy jestem świadkiem takiej rozmowy matki z dzieckiem, o jakiej napisalam wyżej, nigdy nie daję dwulatkowi na oczach tego drugiego malucha tego, co mu akurat kupiłam. Sama nie wiem czy się krępuję, czy wstydzę. Za każdym razem dziękuję Bogu, że mogę kupić mu to, na co ma ochotę. Za każdym razem mam do Boga pretensje, że stworzył tak nierówny świat.

środa, 18 kwietnia 2007

zapiski z pamietnika, bo zaginą 10 kwietnia 2007 r.

Czasem w życiu kobiety nazbiera się tyle szczęścia, że aż nie ma z kim się tym podzielić. Czasem w życiu kobiety jest tyle frustracji, że woli nikomu o tym nie mówić...

takie tam o chwilach ulotnych

    Tak sobie dzisiaj jest... Świeci słonko, pada grad z ciemnego nieba, zimno, wietrzysko okropne szarpie mi kochane moje cyprysy na balkonie. No i ja też taka labilna jakoś się staję. Chcę słońce piękne i jabłonie kwitnące! Niczego więcej sobie nie życzę.
Słucham właśnie piosenek z Metrolandu i jest mi dobrze. Odpręża mnie to bardzo, bardzo. Mężuś się tylko podejrzanie zapytał, co mnie naszło (ale nie wiem czy pytanie dotyczyło Metrolandu czy Aerosmith, którego słuchałam przed chwilką). Ha! Niech się boi. Kto oglądał film, ten wie. A Metroland nie wiadomo w sumie dlaczego stał się naszym kultowym filmikiem. No niech myśli chlopak i kombinuje i do domku szybciutko wraca.
Natomiast wstrętna dzisiejsza aura nastroiła mnie refleksyjnie do świata i życia. Zastanawiam się nad dziwną szybkością czasu. Nigdy mi tak szybko dnie i tygodnie nie mijały. Nie wiem, czy jestem w takiej stagnacji, że nie zauważam upływu czasu, czy też żyję w takim pędzie, że nie zwracam na niego uwagi. Nie wiem. Ale żal mi, bo chwile są tylko chwilami i do tego ulotnymi równie bardzo jak całe życie. Nawet czlowiek nie zdąży się dostatecznie nimi nacieszyć i nie może delektować się długo, bo wszystko mija. Chwila żadna już nigdy nie wróci i nawet nie ma sensu poprzenich chwil naśladować, czy próbować odtwarzać, bo wtedy traci się inne chwile, które mogłyby wnieść coś nowego, coś cennego. No cóż mija dzień, następny i tak ciągle. Dobrze, że czasem można się zatrzymać chociaż na kilka minut i zamyślić nad światem, sobą, życiem. Dobrze, że są takie momenty, kiedy czlowiek oddycha świadomie i patrzy przytomnie na wszystko wokół. Lubię się czasem zatrzymać i po prostu być.

niedziela, 15 kwietnia 2007

24.03.2007 r.

W zamku wspaniałym,
w zamku z kamienia,
na skale wzniesionym
z klątwą przeznaczenia,
z wieżami czterema
i mostem zwodzonym,
gdzie duchy stróżują
a magia nie gaśnie,
mieszka królewna,
co nigdy nie zaśnie.

Nie zaśnie, bo czeka...

Nie zaśnie, bo marzy...

Nie zaśnie, bo ktoś kiedyś powiedział,
że coś się kiedyś wydarzy.

Mieszka i czeka.

Czeka i gaśnie.

Gasną i zamek i kamień i skała.
A ona marzy i nie śpi
i ciągle wspaniała
patrzy w dal wielką
i ufa i duchom i magii,
że nigdy od niej nie odejdą.

sobota, 14 kwietnia 2007

duchy przodków deptane przez psy

    W mieście powiatowym, w którym obecnie mieszkamy, urodziłam się i ja i mężuś i chyba wszyscy z naszych rodzin. No poza najszczęśliwszą, która jest rodowitą Poznanianką i bardzo się to jej podoba. Tak więc mężuś i ja urodziliśmy się tutaj, wyedukowaliśmy do poziomu średniego i poszliśmy sobie w świat edukować się dalej, pracować i usamodzielniać. Ale potem wróciliśmy tu, bo zaczęliśmy byłe wojewódzkie postrzegać nie jako typowe pścimie dolne, zapomniane przez ludzi i Boga, ale jako miejsce, z którego blisko do stolicy (a więc pracy mężusia) i miejsce, gdzie wszędzie można pójść piechotką, wszystko jest tańsze, woda ma smak wody a nie chloru, można kupić mleko tzw. prosto od krowy, no i przede wszystkim jest tu cała rodzina.
Ale jak to bywa czasem, dopóki nie pójdzie się w świat, nie doceni się wszystkiego, co swoje. Nawet zabytki miejsca, w którym się mieszka i wychowuje są inne, mniej ciekawe, mniej ważne. Dopiero teraz odkrywamy to miasto na nowo. Właściwie co tu odkrywać? A jednak! Jak pierwszy raz przyjechali do nas Pawlakowie, zaczęliśmy ich oprowadzać i okazało się, że style architektoniczne od szesnastego do dziewiętnastego wieku są czymś bardzo oczywistym i nawet niezniszczonym, mimo braku dostatecznej i konsekwentnej konserwacji, są zabytki kościelne i klasztorne jeszcze z okresu średniowiecza, wały - a w zasadzie kawałek muru z dwunastego wieku. Jest rownież Piotrówka, o której zawsze słyszałam, a nigdy nie widziałam. Mężuś nawet o niej nie słyszał. Niedługo miną dwa lata, jak tu mieszkamy i cały czas wybieraliśmy się zobaczyć Piotrówkę.
No i tak jakoś dzisiaj, przypadkiem ni z tego, ni z owgo wybraliśmy się tam podczas popołudniowego spacerku. Weszliśmy w zaklęte rewiry ulic, w których czas zatrzymał się jakieś sześćdziesiąt lat temu - barwy, kształty, okna niczym z filmu o małych miasteczkach zaściankowych. Miło nawet tam było. Jakby wycieczka do innej epoki. Takiej pozbawionej cywilizacji, weselszej, spokojniejszej. Całe Stare Misto wchłanialiśmy w siebie i aż nie chciało nam się stamtąd wychodzić. Zachwycił nas kościół św. Wacława - zabytek zachowany prawie w całości z XII wieku. Potem ulicą, wybrukowaną kostką pamiętającą chyba jeszcze pierwszą wojnę światową dobrnęliśmy do Piotrówki. Trzy pale drewniane, a na nich data 1155 rok i herb miasta. Aż serce rosło! Obok wielki głaz i drewniane schody. Spodziewaliśmy się czegoś, co przybliży nam historię tego miejsca, jakąś pamiątkę z tamtych dawnych czasów. Wspięliśmy się zatem po schodach i zobaczyliśmy... nic. Wielkie nic! Zobaczyliśmy łąkę, ślady po ogniskach, jakieś śmiecie i ludzi wyprowadzających psy. Widok straszny. Tym straszniejszy, że odwracając się w stronę pali zobaczyliśmy tablicę informującą nas, że: "Grodzisko Piotrówka to pozostałość wzniesionego w 2 połowie X w. grodu otoczonego wałem drewniano-ziemnym, zwieńczonym konstrukcją drewnianą i fosą napełnioną wodą z pobliskich źródełek, od XI w. gród był siedzibą kasztelanów, znajdował się tu zamek i kościół p.w. św. Piotra, od którego pochodzi nazwa góry, która w latach 1792-1812 służyła jako cmentarz grzebalny. Zaborcy poważnie zniekształcili grodzisko budując na nim prochownie i rowy strzeleckie (...)" etc. My staliśmy i patrzyliśmy na miejsce, w którym kiedyś żyli ludzie i mieli swoje historie oraz na miejsce, gdzie kiedyś byli inni ludzie chowani. Jakoś takie jedno wielkie, wiekowe cmentarzysko, które dźwiga na sobie karb wieków... No tak, nie ma to jak na takie miejsce wyprowadzać psy, żeby załatwialy tam swoje potrzeby fizjologiczne. Nie dziwi nas już zacofanie, ciemnota i zaściankowość miejsca, w który mieszkamy. Od rodziców stale słyszymy historie, jak to się miało tutaj coś ruszyć, ale się nie udało, bo... No właśnie! Dopóki nie uszanujemy duchów przodków, dopóty nie zaznamy sami spokoju...
Miły dzień, miła wycieczka, dobry nastrój, pomieszane zostały z niechęcią do ludzkiej bezmyślności. Nawet nam się tego komentować już nie chciało...

piątek, 13 kwietnia 2007

optymizm czyli ja dzisiaj

    Niech tylko to piękne słoneczko zagości u nas na dłużej. Proszę, proszę, proszę każdego, kto tylko mógłby tę sprawę załatwić pomyśłnie. Proszę! Ono bowiem daje mi takiego kopa i taki zastrzyk energii, że czuję się jak młody bóg, a raczej boginii - młoda, piękna i mogąca góry przenosić. Co tam mogąca! Chcąca! A w dodatku wczoraj w parku dojrzałam pękające pąki na kasztanowcach, a z pąków wychylające się listki i... kwiaty. No tak, niedlugo matury...
Tak więc proszę, proszę, proszę! Chcę być znowu piękna, młoda i wszechmogąca! No i chcę żeby już zakwitły jabłonie. Tak bardzo je lubię. Tylko to mi teraz jest do życia potrzebne...

24.03.2007 r.

Zaczęłam znowu wiersze pisać.
Pióro najpierw wypadło mi z ręki niepewnej,
bez wprawy od dawna.
Myśli w głowie jednak kolaczą i tworzyć próbują,
a serce chce z piersi wyskoczyć.
Słowa, jak słowa...
znaczeń nowych nabierają.
Myśli ścieżki odnajdują i znowu błądzą
po tematach zgubionych dawno.
A ręka trzyma pióro i pisze.
I pisze...
I świat nagle wygląda inaczej i barw nabiera znów tyle.
Uczucia wracają i świat się we mnie toczy.
Wszystko widzę i dźwięki znajduję stare.
I słowa wracają - kochane.

czwartek, 12 kwietnia 2007

24.03.2007 r.

Późną nocą, w cichym szepcie,
pajęczynie w rogu
świat zamknąć próbuję
w ziarenku istnienia
i zrozumieć serce, słowa,
przeznaczenia.

recydywa dwulatka

    Wczoraj moje nerwy były znowu wystawione na ciężką próbę. Oj... na bardzo ciężką. Dzień zapowiadał się całkiem nieźle. Pogoda odpowiednia do spacerku poobiedniego, a do południa miał przyjść mój drogi teść i lampę zawiesić. Lampę nie bylejaką, tylko stylową, moją ulubioną, wycyganioną od najdroższej z byłego mojego pokoju. No i przyszedł. Ale nastawiony bardzo na roboty budowlano - remontowe i zanim się obejrzałam lampa w jednym przedpokoju była zmieniona i w zawawansowanym stanie było już zrywanie siliconu w łazience... No tak. Potem ni z tego ni z owego prace przeniosły się na inne części mieszkania i po moim rannym sprzątaniu nie bylo śladu, za to widać było w pelni artystyczny nieład. No ale, jak nastawienie, to nastawienie i w drogę nie wchodziłam. Co prawda każda jedna praca pociągnęła za sobą kilka następnych, które oczywiście będą wykonywane w innym terminie. Ale najważniejszą z nich jest usterka do usnięcia, którą zafundował nam dwulatek. Ja myślałam, że dziecko jest z dziadkiem, dziadek, że jest ze mną, a on niepomny historii z oczkiem dziabnął dziadkowi wkrętak i kombinerki, usadowił się w drugim przedpokoju i znalazł sobie zabawę. Zabawa pewnie trwałaby dłużej i dałaby więcej zniszczeń, gdybym nie musała odebrać telefonu od Agaty magicznej. Wychodząc z kuchni, najpierw zamieniłam się w słup soli - pewnie nawet żonę Lota przebiłam, a potem moje nerwy, przypominające postronki daly znać o sobie bardzo wyraźnie i się dziecku dostały trzy klapy na tyłeczek i dodatkowo repremendę umoralniająco - pouczającą mu zafundowałam. Z moralem oczywiście. Dwulatek znalazł sobie bowiem cudne zajęcie. Postanowił oderwać listwę ponad trzymetrowej długości od ściany. Zamiar jednak mu się nie udał, ponieważ listwa podważana przez niego z jednej tylko strony pękła na pół i się przy pękaniu nieco powyszczerbiała. Nie pamiętam już nawet, co mnie bardziej zdenerwowało - zniszczona listwa, czy recydywa dwulatka... Chyba jednak listwa... Mój drogi teść zapewniał mnie wszak, że to za kilka dni naprawi, a tymczasem mam parzeć wyżej, nie pod nogi czy na boki. Łatwo powiedzieć... Za to dwulatek nasłuchał się od cudu - jakby to określił dziadek-pradziadek. No bo swoją furię związaną z listwą przeniosłam na potencjalne zagrożenie dla dwulatka. No tak... Zastanawiam się teraz zarówno nad pomyslowością dziecka, jak i nad jego siłą. Nie ma co, pomysły to ten łepek ma i nawet wie, jakich narzędzi użyć należy. Hm... mam zatem o czym rozmawiać z babciami i mamami na placu zabaw. Co prawda piachu nie je, ale taka listwa to też coś. A listwa jak na złość i pomimo zaleceń teścia drogiego ciągnie mój wzrok okrutnie... 

wtorek, 10 kwietnia 2007

24.03.2007 r.

Jak sen, jak teatr,
jak bajka z dzieciństwa.
Ma morał, jest piękne
i mija, jak wszystko.
Życie moje ostatnie...

"szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie..."

    Jak to dziwnie się składa, że dopóki człowiek jest zdrowy i nic mu nie dolega, nawet nie zauważa szczęścia, jakie go spotkało. Przekonałam się o tym już kilka razy. Ale cóż... człowiek doskonały nie jest, więc o swoim szczęściu, oku Opatrzności, szczęśliwym losie zapomina w wirze życia i to, co jest takie cenne przestaje mieć swoją wartość. Zostaje przyćmione resztą niepotrzebnych aż tak bardzo do szczęścia i życia rzeczy i zdarzeń. A potem znowu staje się coś i się zauważa swoje zdrowie. Najczęściej jednak zdrowie się ceni bardzo wysoko, gdy już się go nie ma... Dziękuję wszystkim Bogom wszystkich religii, że nas takie nieszczęście nie dotknęło, że zostaliśmy tylko bardzo porządnie pouczeni. Zawsze uważamy na dwulatka BARDZO, ale jednak nie zawsze da się wszystko przewidzieć. I tym wlaśnie sposobem wczoraj dwulatek o mało nie stracił oczka. O mało, bo o jakieś dwa milimetry. Teraz trzeba leczyć mocno skaleczoną powiekę, ale gałka oczna jest biała, a żrenica wykazuje prawidłowe reakcje. Nawet już zeszła opuchlizna i widzimy jedynie rany i zadrapania.
Wczoraj dwukrotnie odpłynęła ze mnie cała krew i nie miałam siły, żeby zrobić jeden chociaż krok. Pierwszy raz, jak usłyszalam słowa mężusia: Boże, upadł i wbił sobie długopis w oko, a potem, jak dwulatek twierdził, że nic na to oczko nie widzi.
Dzisiaj krew do mnie powoli wraca, ale bardzo powoli...
Nie wiem, co zrobiłabym, gdyby... Teraz potrafię jedynie dziękować Bogom, Opatrzności, losowi, zbiegowi zdarzeń, Aniołowi Stróżówi, długopisowi, dwóm milimetrom... Temu wszystkiemu, co ocaliło oko, gdy my nie byliśmy w stanie przewidzieć wszystkiego i przez to zawiedliśmy.

sobota, 7 kwietnia 2007

24.03.2007 r.

Jak powiedzieć to, co w sercu tkwi
i w słowa się ubrać nie daje?
Jak wyrazić świat myśli i marzeń,
gdy język zbyt skąpy w słowa?
Jak marzenia i myśli wyrazić
bez ubarwień i kłamstw unikając?
Jak wyrazić to wszystko i siebie opisać,
by słowa znaczeń nie zmieniły?
Jak mową interpretacji zaniechać
mowę stosując?
Jak słowem wyrazić człowieka?

dziadki znowu górą, czyli wspomnienie czaru cudu gospodarczego epoki minionej

    Po tym, jak w zeszłe święta mieliśmy problem z kupieniem chleba, postanowiliśmy z mężusiem solennie, że w te już się nie damy dziadkom mieszkającym w naszym centrum przechytrzyć. Niby to cały tydzień dobra gromadzilam, ale na dzisiaj też nie mało do kupienia zostało. Zapobiegawczo chleb kupił nam dziadek - pradziadek. Dziadki mają jednak większą siłę przebicia w tych sprawach i postanowiliśmy w te święta nie ryzykować. No i tajną broń zastosowaliśmy. Chlebek świeżutki, pachnący i z jednego źródła. Tak więc mężuś, szczęśliwy posiadacz chleba, wyruszył do okolicznych sklepów po mięcho na obiad dziś i we wtorek, no i po włoszczyznę. A była godzina dziewiąta rano. Poszedł i przyszedł. Nieco zadziwiony, nieco rozbawiony i bardzo wkurzony. Jak się okazało żaden mięsny w okolicy nie był otwarty. To znaczy jeden był, ale już w nim nic nie było. Pomyślał sobie mężuś, że włoszczyznę nabędzie i pogna gdzieś dalej. Poszedł do Baśki i zdziwienie jego nie miało granic - marchewki brak. Brak, a jakby była to i tak kicha, bo była na zamówienie. No to złapał dwa z ostatnich czterech selerów, dwa pory i ostatni pęczek natki pietruszki. Można powiedzieć, że dziadygi znowu nas wyrolowały. Potem zeszliśmy się jak nienormalni po wszystkim co się da i zakupy zrobiliśmy, ale walka z czasem była niezła. Ponieważ ja, pełna optymizmu, z rana wsadziłam do piekarnika karkówkę, co by się wędlinka piekła, a na trzynastą umówilam się do kosmetyczki. Uff... No a jeszcze ze święconkiem trzeba pojść. I to nie ot tak! Trzeba się ładnie ubrać, naszykować, duchowo nastroić i bynajmniej nie lecieć zaraz potem po marchewkę. Sama nie wiem, jak zdołaliśmy to wszystko zalatwić. Nachodzi mnie jednak taka refleksja... Mieszkamy w samym centrum, sklepów mnóstwo, jest XXI wiek i dawno minęly czasy PRL i cudu gospodarczego. Jednak z bliska wygląda to inaczej: mięso trzeba zamawiać, chleb trzeba zamawiać, marchewkę trzeba zamawiać... No niechby jeszcze jakiekolwiek informacje w sklepach na ten temat były, ale nie. Widać dziadki, którzy cud gospodarczy przeżyli potrafią się zorganizować, ja niestety nie potrafię. Tym bardziej, że jeśli ktoś pracuje, nie ma czasu na zakupy na tygodniu. A jak ja mam wyjść na zakupy sama z dwulatkiem jestem ograniczona tonażowo - potem muszę wnieść dziecko, wózek (to już ponad dwadzieścia kilo) i zakupy. No albo prosić o pomoc bramowych pijaczków. Chociaż czemu ja się dziwię? Powinnam się zorientować w absurdzie po ostatniej wizycie w sklepie mięsnym... Na drzwiach była kartka inforumująca o zamówienach na indyki. Zapytałam, ale panie nie były zorientowane ani w cenie, ani w wielkości tychże. Nawet dziwnie patrzyly na mnie, że sama wiadomośc iż indyki będą (na zamówienie oczywiście) nie wystarczyła mi do szczęścia. Co robić, człowiek uczy się całe życie. Drugi rok mieszkamy w dawnym mieście wojewódzkim i okres przedświądeczny jest dla nas szkołą życia. Na następne świętam sprawę widzę jaśniej - chleb kupi dziadek, mleko będę przez tydzień gromadziła, warzywa zamówię i z góry za nie zapłacę, wszelkie inne dobra nabywać będę od początku grudnia. A o zakup ryb poproszę najszczęśliwszą. Eh... Cudnie jest. A powinien być dzień dzisiejszy dniem wyciszenia, zadumy i modlitwy.

piątek, 6 kwietnia 2007

rybia trauma

    Ha! Forsycje kwitną, ale również i moje cuda na balkonie kwitną. I wszyscy się cudami zachwycają. Więc może jednak dokonałam dobrego zakupu. A jak jestem przy kwiatach, to wspomnę o mojej paprotce. Nie pamiętam, czy pisałam, że oklapła i już jej nie ma, ale najszczęśliwsza przyniosła mi drugą, wyhodowaną w domu i ta według najszczęśliwszej wytrzyma nawet moje traktowanie. No zobaczymy. Jak narazie okazuje się, że do kwiatów rękę mam, ale nie do paproci. Ciekawa jestem, czy mam dobrą rękę do rybek, czy tylko te zlote nie są mi pisane...
Nigdy nie miałam rybek. Miałam jako dziecko papużki, kanarki, żółwie, świnkę morską i psa (a raczej dwa ukochane kundliska), a potem znowu świnkę morską i obecnie dwie cholernie zindywidualizowane kotki. Ale nigdy rybek! Zawsze kojarzyło mi się bardzo negatywnie takie akwarium. Myśląc o nim miałam przed oczami coś z grugego szkła, poklejonego na bokach, albo wymaznego jakąś mazią, w środku natomiast roślinki, bynajmniej mnie nie zachwycające, zielony nalot na szybie, zmęczone rybki w mętnej zielonkawej wodzie i tuż nad wodą wstrętny biały kamień od wody. A całość przykryta jakąś tekturą czy dyktą, niekoniecznie ładną. Jak opowiedzialam ostatnio mężusiowi o mojej wizji rybek w akwarium, najpierw się uśmiał, a potem stwierdził, że jednak zbyt wiele się w tym nie pomyliłam, ale to było kiedyś.
A dlaczego naszło mnie na pisanie o rybkach? Ano... dwulatek, który do percepcji świata włącza również telewizję, a w niej programy edukacyjne i reklamy (zwłaszcza reklamy), dojrzał w jednym z programów dla dzieci, jak dbać o akwarium i jak je wyszykować i zachwycił się i męczy nas o nie. Tzn. powiedział o tym mężusiowi, który podchwycił temat szybciutko, ponieważ sam mnie już kiedyś o akwarium męczył i teraz męczą mnie we dwóch. Siedzę sobie zatem w internecie i przeglądam rodzaje rybek, sposób ich hodowli itd. Oglądam roślinki, żwirki, domki, konary, rafy koralowe i oczywiście akwaria. Dałam się już podejść i powiedzialam, że na 45-cio litrowe się zgadzam. Nawet wybrałam już rybki, które nie budzą we mnie odrazy na pierwszy rzut okiem.
Tu jednak zaczynają się moje dylematy moralne i zaczyna nękać mnie wspomnienie pewnej historii... Dylematy moralne są prozaiczne - nie jem czerwonego mięsa, ponieważ chęci do tegoż odebrał mi film (dla dzieci) pt. Babe, świnka z klasą, a całości obrzydzenia dopełnił film, kórego tytułu nie mogę sobie przypomnieć, a o szczegółach pisać nie chcę. Za to jem ryby i drób. Ha! właśnie... ryby... Mężuś i dwulatek chcą mnie już w ogóle pożywienia pozbawić... A co do historii - rzecz się działa jakieś pięć lat wstecz. Znajomi mieli wyjechać na kilka dni nad morze, czy gdzieś (już nie pamiętam), już nawet opiliśmy ich wyjazd, no i raptem w dniu wyjazdu dzwoni Marta z wielkim płaczem, że pomocy potrzebuje. Okazało się, że dostała w prezencie w pracy złotą rybkę w pięknej kuli z wyposażeniem. No i pomoc nasza miała polegać na przyjęciu na przechowanie tej złotej piękności. Przywieźli ją wieczorem, z wyposażeniem i żarełkiem. My jak to my, zamiast się powstrzymać, to zawsze mężuś albo ja coś głupiego jęzorem chlapniemy. I wtedy właśnie ja sobie zażartowalam, żeby znajomi z pracy podali nam, gdzie ją kupili, żebyśmy wiedzieli, gdzie zamiennik nabyć, gdyby ta zeszła. Śmiechu trochę było, ale rybka u nas została na przechowanie. Niby to w dobrych rękach. Wczuwaliśmy się w opiekę, ponieważ upał byl straszny, a kula bez brzęczyka. Mężuś wodę dolewał jakoś metodycznie i właściwie, a ja z obrzydzeniem patrzyłam na coraz bardziej brudną kulę i wydalającą z siebie efekty rybiego przewodu pokarmowego rybkę. Obrzydlistwo! Br... Znajomi mieli wrócić po pięciu dniach. Rybka miała się dobrze, ale gdy piątego dnia rano, jak tylko się obudziłam, spojrzałam na kulę, ryba gapiła się na mnie swoimi wyłupiastymi oczkami. Ale jakoś tak się tylko gapiła, a nie pływała. Zbudziłam mężusia, który niestety zgon stwierdził i nawet fakt, że ryba nie byla odwrócona wyjaśnił - zaplątała się w roślinkę. Co było robić? Denatkę z wodami klozetu wysłaliśmy w zaświaty i dostaliśmy straszliwego kaca moralnego, że tak jęzorem chlapnęłam. Znajomi wrócili w nocy, więc po cudo złote nie podjechali. Przez dwa kolejne dni telefonów od Marty nie odbierałam, aż wreszcie zebrałam się na odwagę i prawdę wyznałam. Moje zdziwienie nie miało granic, gdy okazało się, że smutno to jej nie jest i w zasadzie to dobrze się stało, bo ta rybka jej nie podobała się zbytnio. Jednak jakiś czas potem nabyli inną rybkę i do szklanej kuli wsadzili. No i po kolejnych tygodniach nastał czas kolejnych wyjazdów i znowu się do nas po pomoc zwrocili... No i znowu, tym razem mężuś chlapnął jęzorem poprzednią historię przypminając. Znowu się pośmialiśmy... Mieli ją przywieźć rano, ale rano tylko zadzwonili, że rybka niestety zeszła w nocy, jeszcze w ich obecności. Odetchnęlam z ulgą i nabrałam jeszcze większego obrzydzenia do rybek i przekonania, że nigdy przenigdy nie przyjmę na przechowanie czyjegoś zwierzaka.
No tak. Takie rybki to dla mnie istna trauma. Jedną łatwo wykończyć, a ja mam mieć całe akwarium. Oj... już sama nie wiem, czy się nie wykręcić jakimś mądrym argumentem. Tylko żaden mądry argument mi niestety do głowy nie chce przyjść... No bo o tym, że chcę labradorka wiedzą i nic sobie z tego nie robią, bo przy dwóch kotach w mieszkaniu byłoby ciekawie z psiakiem.
I tak się zastanawiam... Ponoć zlota rybka spełnia życzenia i szczęście przynosi. A co gdy złota rybka na przechowaniu zejdzie? Pecha mi przyniosła, czy muszę się teraz całym akwarium rehabilitować? Dwulatkowi telewizję trzeba uciąć, a mężusiowi głupoty z glowy wybić... Ale chyba tego akwarium nie da się już odkręcić. Br...

wtorek, 3 kwietnia 2007

dopóki kwitną forsycje

    Gdy tylko słonko mnie dopieściło swoim ciepełkiem i tym samym poczułam wiosnę, postanowilam wsadzić kwiaty do skrzynek na balkonie. Jednak moje zapędy powstrzymała najszczęśliwsza, mówiąc, że dopóki kwitną forsycje, będzie zimno. Istny problem się zrobił, wszak lubię forsycje niebywale. A przyjamniej do tej pory je lubiłam, ale skoro one zapowiadają zimno, to już takie cudne mi się nie wydają i upodobania zmienić muszę. Ha! a jakim mentorskim tonem najszczęśliwsza to powiedziała. Zupełnie jakby mi jakąś tajemnicę rodzinną, skrywaną od wieków powierzała. No cóż... Zapędy zahamowane zostały, ale dzisiaj wybrałam się po środki piorąco - czyszczące razem z dwulatkiem w wózeczku. Jak to podsumował mężuś, którego w wirze zakupów o wszystkim informowałam - chemia nie kupiona, a wydane tyle samo. No bo tak wszystko raptem potrzebne było, a proszek w dużych pakach ciężki jest i niech go mężuś sam dźwiga. Co innego kwiatki... One ważą mniej (primo) a mężuś by ich dobrowolnie teraz nie nabył (secundo) niby to taki z teściową swoją jednomyślny. A te kwiaty mnie normalnie kusiły. Gdzie nie poszłam, tam kwiaty na balkon. Odrzuciłam myśl nabycia pelargonii, potem sadzonek truskawek, potem jakiś cudacznych cudaków, ale jak już stanęłam absolutnie przypadkowo przy bylinach, to już było po prostu pisane, żebym je kupiła. W dodatku sprzedawca utwierdził mnie, że byliny są super i niezniszczalne (a takie lubię najbardziej) i mrozoodporne i długowieczne. Ale najlepszy argument, według tego pana, to taki, że jego syn w Warszawie mieszka i na całym osiedlu wszyscy mają na balkonach byliny. No tym mnie facet kupił. Nie ma to jak dobry kit sprzedać. Albo wyglądam na głupią, albo na bogatą. Nabyłam byliny, chociaż w Warszawie nigdy ich aż w takiej zastraszającej ilości nie widziałam, a mieszkałam dziesięć lat. Ale co będę facecika kitu pozbawiać, gdy w dodatku kolejka się za mną ustawiła. Bylinami dopełnilam kosz pod wózkiem, a tu jeszcze tyle do kupienia zostało i zia do domu kwiatki sadzić! Zawiadomiłam jedynie jeszcze mężusia, że już ciężko mam przeokropnie i mięcha na obiad nie kupię, bo do sklepu nie zdołam wtachać wózka, a przecież nie będę u konkurencji naszego mięsnego pieniądze wydawać. Po drodze uszczęśliwiłam się jeszcze pękiem gałązek brzozy i wtedy zaczął do mnie docierać bezmiar mojej beztroski. Wszak to było nie do udźwignięcia! Jadąc do domu zastanawiałam się, czy nasze prywatne zakapiorki balcerkopodobni z bramy jeszcze są, czy też już poszli leżakować. Naszykowalam sobie nawet złotowkę. Taka zlotówka dla nich to połowa trunku, więc wniosą trzy razy więcej. No i okazało się, że przy bramie siedział Ziutek, ale do wniesienia zawołał kogoś innego, bo oświadczyl, że oszczędzać się musi. Zapewne dlatego siedział na betonowych schodach oparty o ścianę kamienicy. Eh! Sielskie życie... Nie ma to jak uwalić się na betonie i nie myśleć... Ale grunt, że ktoś ten wózek wniósł.
No a potem się zaczęło! Skrzynki wszak umyć trzeba, a potem i balkon wysprzątać. Narobilam się jak bura kobyła, ale cudnie jest. Kwiatkom przykazałam, co by nie zdechły i wytrzymaly do lata, bo się wszyscy ze mnie śmiać będą, że kity faceta łyknęłam ;) A radochę nawet pijaczom sprawiłam, bo z dołu patrzyli z wielką uciechą, że kwiaty sadzę. Cieszyli się jak dzieci z piasku! Zapewne też ten sekret o forsycjach obcy im nie jest.  Hm... A mężuś po powrocie do domu najpierw zachwycił się balkonem, a potem (niby to od tak) powiedział, że od dzisiaj przymrozki się zaczynają w nocy. No to... fajnie... Mam nadzieję, że istotnie cała Warszawa jest w bylinach, tylko ja ich zwyczajnie nie dostrzegałam...

niedziela, 1 kwietnia 2007

odbiór bardzo subiektywny

    Jest taka scena w "Czarownicach z Eastwick", jedna z moich ulubionych, gdy Daryl Van Horne (Nicholson) idzie na koncert Jane (Sarandon). Jednak muzyka symfoniczna musi go niebywale nużyć i biedak usypia. Usypia i wtóruje orkiestrze swoim niesłychanie głośnym chrapaniem. Każdy na niego patrzy i nikt nie słucha, ani nie słyszy muzyków. Koncert dobiega końca i w tymże momencie Daryl krztusi się swoim chrapaniem i jednocześnie przewraca się razem z krzesłem. Nie czuje się bynajmniej zmieszany. O nie! Zrywa się z podłogi i bije brawo. Najglośniej ze wszystkich. A bijąc brawo wznosi okrzyki pełne zachwytu.
Scena super. Zawsze rozbawia mnie do łez. Cóż... Dane mi było ją dzisiaj przeżyć...
Wczoraj dwulatek i mężuś poszli po zakupy a jako zadanie specjalne mieli wyznaczony zakup palmy. Wszak to dzisiaj Niedziela Palmowa. Dwulatek co prawda stanowczo twierdził, że ti nia, nia - nigdzie nie zamierza iść, a jak my chcemy to i owszem on nam zezwala, ale ti nia, nia, nigdzie nie pójdzie. Ok. Co się będziemy z dwulatkiem droczyć, za dużego wyboru to on nie ma. Dzisiaj zatem wyszykowaliśmy go pięknie, wręczyliśmy palemkę, usadowiliśmy w wózku i zia do kościoła. Mamy taki zwyczaj, że nie chodzimy stale do jednego i odwiedzamy wszystkie kościoły w okolicy. Dziaisj padło na Farę. Otóż dojeżdżamy, a dwulatek nia i nia. Ha! obok zabytek - kościół oo. Bernardynów (istna perełeczka, bo najcenniejszy zabytek późnego średniowiecza, wybudowany z fundacji króla Kazimierza Jagiellończyka w stylu późnogotyckim, który dawniej był twierdzą lokalnego patriotyzmu). Pomyśleliśmy, że może na zabytek się skusi i udało się. Widać dwulatek lubi czuć ducha wieków i po zabytkach chce chadzać, bo do św. Katarzyny zawsze najchętniej idzie. Weszliśmy, usiedliśmy w ławce, problemem był co prawda wózek, ale udało się go upchnąć. Dwulatek zrobił się natchniony i żywo zainteresowany wszystkim. Śpiewy ładne, dzwonki, śpiew chóralny. Dużo ludzi, dużo palem. No coż dziecko wreszcie się poddało atmosferze i zapachowi wieków, zabytkowym stallom i krucyfiksowi, portretom trumiennym i sklepieniom, pod które od średniowiecza wzbijały modlitwy. Rozglądał się i słuchał, słuchał i rozglądał. Spokojny jak anioł. Każdy go podziwiał, bo wokół pełno było dzieci, ale wszystkie ciut zniecierpliwione, albo placzące, albo tańczące. Aż nas duma rozpierała. Zwłaszcza gdy odziane w fantazyjne bereciki babcie patrzyly na nas z aprobatą. Ha! jak to miło z takim grzecznym synkiem iść do bożej świątyni. No i tak jakoś nagle poczułam, że dziecka uścisk na moich ramionach wiotczeje, jakoś tak się zaczyna mu główka osuwać. Mężuś patrzy i mówi z przerażeniem, że dwulatek usypiać zaczyna. No to ja wiarę głośniej zaczynam wyznawać. A tu nic tylko mieśnie mu drgają i czuję, że dwulatek osuwa się coraz mocniej. No co robić? Przecież gadać do niego glośno nie zacznę. Jeszcze się rozpłacze, że matka wredna i spać mu nie pozwala. Akurat się Eucharystia zaczynała, jak dwulatek zachrapał. A ponieważ ma akurat katarek, wyszło mu to dość donośnie. No to co robić. Mówię głośniej a on śpi. Ksiądz dary szykuje, a chrapanie dwulatka aż pod sklepienia krzyżowo - żebrowe w prezbiterium i gwiaździste w nawie głównej docierają. Ludziska się poczynają oglądać z niepokojem, czy to aby zwierz dziki się nie wdarł, ewentualnie jakiś krewki mężczyzna może gdzie przysnął. Babcie ofiary szukać bez dyskrecji zaczynają, ksiądz się z pobłażaniem uśmiecha, dzieciaki tańczące do matek w ławkach uciekają, a dwulatek chrapie. Mężuś już uśmiechu kryć nie potrafi. Ja modlę się za Kościół, za żyjących i za zmarłych i kryję twarz w szyjce dwulatka, żeby nie parsknąc śmiechem. Za plecami słyszymy głosy zdziwione, że dziecko usnęło podczas mszy. I słyszymy jednocześnie poruszenie szukających winnego chrapania. Ja zaczynam istny total body condition biorąc udział w obrzędach końcowych i wreszcie wychodzimy na dziedziniec. Mężuś z troską zaczyna zakładać dwulatkowi czapeczkę, co by mu uszka nie zawiało. No i dranisko budzi się wtedy niczym skowronek. Zdziwiony niemiłosiernie, że już koniec i że nikt nie śpiewa. Chciał nawet wracać do kościola, ale jak usłyszał, że już po mszy, złapał palemkę rozradowany i podniecony duchowymi doznaniami. Zaciągnął nas na specjały do cukierni pełen nowych sił witalnych i duchowych. Nie ma to jak przeżyć calym sobą mszę świętą.
Oj chyba musimy się naszykować na niejedną jeszcze niespodziankę...