Od dzisiaj mam jeszcze jedną umiejętność. W zasadzie to chyba nawet nie jest umiejętność, to raczej cecha. Otóż... stałam się niewidzialna. Tak, tak, tak! Nie żartuję. Jestem moi kochani niewidzialna! Przekonałam się dobitnie dzisiaj o tym fakcie!
Poszłam dzisiaj do apteki i stanęłam przy okienku za panią (jedną w kolejce). Okienka były dwa - przy jednej dwie osoby, przy drugim jedna, więc mój wybór był oczywisty. No i tak stoję sobie i z dwulatkiem konwersuję i czekam aż pani kupi wszystkie eliksiry dla siebie. Pani zapłaciła, więc ja wyciągam receptę i kładę na ladzie, a tu podchodzi wymalowana piękność muzealna i z mojej lewej strony wsuwa swój pliczek recept. Pani farmaceutka bierze jej pliczek bez słowa rzuconego w moją stronę i zaczyna babszytla wymalowanego obsługiwać. Myślę sobie, może chora i cierpiąca, ale jakoś tak tego nie widać. Niech kobiecinie będzie, ale ta na mój gust ma się całkiem nieźle. Stoję jak ta lala i patrzę, a paniusia sobie wybiera i przebiera i pół życia opowiada i okazuje się, że leki muszą być firmy tej i tej, bo tamtej nie lubi, a po owej jej się odbija. Dwulatek niecierpliwi się mocno i ciagnie mnie po obiecane jagody, więc głośno odpowiadam dziecku, że musimy poczekać, bo mamusia najwyraźniej nie wie, z której strony kolejka i pani przed nas się wcisnęła, a tu żadnej reakcji, czy spojrzenia. Stoję i czuję, jak mnie nerwy ponosić zaczynają. A muzealna gada i gada i historie opowiada. Trafiło mnie i poszłam do innej apteki. Niech sobie inna zarobi. W sumie zostawiłam w niej niemało...
Tak sobie tylko teraz analizuję... No jak nic niewidzialna jestem. No bo może i wyglądam na pomocną i nieagresywną, ale głos mam raczej słyszalny. Eh... w sumie to może i cecha całkiem przydatna się okaże czasem?... Ale póki co idę nerwy rozładować przy odkurzaczu ;)
wtorek, 19 czerwca 2007
poniedziałek, 18 czerwca 2007
dla Was
Dziękuję Wam babeczki kochane. Nie potrafię na komentarze odpowiedzieć, więc głośno mówię: DZIęKUJę, że bylyście bliziutko mnie.
Jest już spokojniej i refleksyjnie bardzo. Płacz do mnie nie przyszedł i oczy mam zbyt suche, aż od tego bolą. Nawet w ciszy pocierpieć nie można, bo machinę biurokratyczną napędzać muszę z bratem rodzica płci męskiej - nikt inny czasem dostatecznie nie dysponuje. Odarte to bardzo z wszelkiej delikatności i czyni twardszym człowieka.
Pewnie kolejna lekcja do przerobienia w sobie.
Dwulatek bardziej świadomy sytuacji niż ja nam się wydaje i cierpieć potrafi. Widać kolejna cząstka dziecka się we mnie wypaliła.
Smutne to życie nasze, ale tym cenniejsze w takich chwilach się wydaje.
Jest już spokojniej i refleksyjnie bardzo. Płacz do mnie nie przyszedł i oczy mam zbyt suche, aż od tego bolą. Nawet w ciszy pocierpieć nie można, bo machinę biurokratyczną napędzać muszę z bratem rodzica płci męskiej - nikt inny czasem dostatecznie nie dysponuje. Odarte to bardzo z wszelkiej delikatności i czyni twardszym człowieka.
Pewnie kolejna lekcja do przerobienia w sobie.
Dwulatek bardziej świadomy sytuacji niż ja nam się wydaje i cierpieć potrafi. Widać kolejna cząstka dziecka się we mnie wypaliła.
Smutne to życie nasze, ale tym cenniejsze w takich chwilach się wydaje.
niedziela, 17 czerwca 2007
i już
... nie mam ciocio - babci. Telefon dzisiaj rano ze szpitala oznajmił, że już... Jakaś cząstka mnie odeszła, ale chcę wierzyć, że jakaś cząstka Jej we mnie pozostanie.
sobota, 16 czerwca 2007
selekcja naturalna, czyli szpitalny realizm
Jestem po kilku godzinach spędzonych z moją cioteczną babcią w szpitalu. Od dwóch tygodni próbujemy pomóc chorej kobiecie, ale lekarze bąkają tylko coś o wieku i pomocy udzielić nie chcą. No i tak bawimy się w kotka i myszkę... My intruzi wzywamy pogotowie do osoby tracącej przytomność, lekarz z pogotowia (nie dbający o wydatki na służbę publiczną) zabiera na sygnale do szpitala, a tam kładą kłopot na oddziale ratunkowym i w nocy wypisują do domu. Ostatnio to nawet sanitariuwsze w nocy byli pijani, więc i trochę więcej rozrywki było niż zwykle. Trochę ją poobijali, bo po co pasy w karetce, a jechać mozna szybko, bo karetka. Tylko potem tak jakoś trudno panom wytłumaczyć było, że na flaszkę pieniędzy nie dostaną. Hm... trochę dziwne - wszak mało zarabiają, a proszą o datek nie na jedzenie, lecz na napój procentowy...
Dzisiaj za to nachalność nasza granic nie znała. Pogotowie wezwane do domu (no chamy z nas jedne) i pani doktor przymuszona do zbadania pacjentki odwodnionej, (bo od dwóch dni wody ani jedzenia nie przyjmowała, bo nie było jej jak dać poza kilkoma łyżeczkami), a w dodatku nieprzytomnej - no sama nie wiem, jak śmiała przytomność stracić. Ale moi drodzy... moja matka, czyli najszczęśliwsza to już absolutny okaz braku współczucia dla służby zdrowia, nakrzyczała na lekarkę, do ściany przyparła i sądem zagroziła. Problemy były i z sanitariuszem oraz kierowcą, ponieważ klatka schodowa zbyt wąska dla nich, a pacjentka zbyt ciężka. Zażądali dwóch chłopa do pomocy. Powiedzialam uprzejmie, że teraz to dziadek o dwóch kulach może im pomóc, albo niech siądą i poczekają - jeden z Warszawy może siostrzeniec dojechać, a drugi z okolic o stopniu oddalenia niemniejszym. Miła byłam na mój gust, a oni coś tam bąkali o tym, że są nieszanowani. Chociaż w sumie to każdy by się wkurzył z ekipy pogotowia ratunkowego - przecież oni do noszenia chorych nie są zatrudniani, ale do wyglądania ładnie w karetce.
Następnie zaczęliśmy okupować szpitalny Oddzial Ratunkowy, gdzie drażliwą chorą położono, która nijak przytomności odzyskać nie chciała. Po wyniki trzeba było ścieżkę do laboratiorium wydeptać, a lekarzy grzecznie pod rękę z odziałów sprowadzać. Dziwi mnie tylko, dlaczego w nazwie jest wyraz "ratunkowy". Chociaż, chociaż... wszak ratowaliśmy ciotkę... A że sami - co za różnica? A ile certyfikatów jakości na ścianach! Hohoho aż w zachwyt wpaść można!
Mieliśmy strach w oczach, gdy żrenice przestały na światło reagować, a ciało dziwnie białe zaczęło się robić, ale lekarze jakoś tak przecież intuicyjnie wiedzieli, że dobrze będzie i nic robić nie trzeba. No i rację mieli - znowu ratowaliśmy jak potrafiliśmy i ściągaliśmy kogo mogliśmy. Wywalczyliśmy wreszcie miejsce na oddziale i intruza położyliśmy na internie. Była jeszcze jakaś tam wymiana zdań z pielęgniarką. Ale nie ma się co dziwić, one też kiepsko opłacane, więc na dzień dobry musiała nas o tym poinformować. No i nawet koperty dać nie można - jeszcze się lekarz prowokacji przestraszy... A zły, bo nawet nie próbowaliśmy prowokować...
Tak sobie teraz siedzę i myślę - my naprawdę wszyscy jesteśmy beznadziejni... Lekarze strajkują, a ludzie śmieją chorować i przytomność tracić. Przysięgę Hipokratesa składali wszak kiedyś, ale nikt im nie powiedział, że to na serio brać muszą. W sumie to ja ich nawet rozumiem... Jak tak cała rodzina wparuje i czegos żąda, to pacjenta leczyć muszą i nie mogą spokojnie po kilku godzinach aktu zgonu wypisać. Eh... jacy my niewdzięczni jesteśmy... A tu przecież weekend i oni też odpoczynku pragną. Coś tam nawet bąkali, że w tym wieku to czynności życiowe słabną, że rodzinne pielesze czasem lepiej działają, że w tym wieku to już selekcja naturalna powinna brać górę... A my jak grochem o ścianem by rzucali. Nic do nas nie docierało i namolnie do tych lekarzy łaziliśmy. No i jeszcze jak na złość ciotka przytomność odzyskiwać zaczęła... A wtedy to już mus ratować! No i się wykaraskała! No a to cios dosłownie poniżej pasa...
Leży na oddziale i nadal z oka nie spuszczamy. Na zmiany będziemy - ciocia, najszczęśliwsza i ja. Głupie baby z nas. Ale jakoś tak namolne zostać wolimy... (żeby jednak ta selekcja naturalna jeszcze nie tym razem nastąpiła)...
Dzisiaj za to nachalność nasza granic nie znała. Pogotowie wezwane do domu (no chamy z nas jedne) i pani doktor przymuszona do zbadania pacjentki odwodnionej, (bo od dwóch dni wody ani jedzenia nie przyjmowała, bo nie było jej jak dać poza kilkoma łyżeczkami), a w dodatku nieprzytomnej - no sama nie wiem, jak śmiała przytomność stracić. Ale moi drodzy... moja matka, czyli najszczęśliwsza to już absolutny okaz braku współczucia dla służby zdrowia, nakrzyczała na lekarkę, do ściany przyparła i sądem zagroziła. Problemy były i z sanitariuszem oraz kierowcą, ponieważ klatka schodowa zbyt wąska dla nich, a pacjentka zbyt ciężka. Zażądali dwóch chłopa do pomocy. Powiedzialam uprzejmie, że teraz to dziadek o dwóch kulach może im pomóc, albo niech siądą i poczekają - jeden z Warszawy może siostrzeniec dojechać, a drugi z okolic o stopniu oddalenia niemniejszym. Miła byłam na mój gust, a oni coś tam bąkali o tym, że są nieszanowani. Chociaż w sumie to każdy by się wkurzył z ekipy pogotowia ratunkowego - przecież oni do noszenia chorych nie są zatrudniani, ale do wyglądania ładnie w karetce.
Następnie zaczęliśmy okupować szpitalny Oddzial Ratunkowy, gdzie drażliwą chorą położono, która nijak przytomności odzyskać nie chciała. Po wyniki trzeba było ścieżkę do laboratiorium wydeptać, a lekarzy grzecznie pod rękę z odziałów sprowadzać. Dziwi mnie tylko, dlaczego w nazwie jest wyraz "ratunkowy". Chociaż, chociaż... wszak ratowaliśmy ciotkę... A że sami - co za różnica? A ile certyfikatów jakości na ścianach! Hohoho aż w zachwyt wpaść można!
Mieliśmy strach w oczach, gdy żrenice przestały na światło reagować, a ciało dziwnie białe zaczęło się robić, ale lekarze jakoś tak przecież intuicyjnie wiedzieli, że dobrze będzie i nic robić nie trzeba. No i rację mieli - znowu ratowaliśmy jak potrafiliśmy i ściągaliśmy kogo mogliśmy. Wywalczyliśmy wreszcie miejsce na oddziale i intruza położyliśmy na internie. Była jeszcze jakaś tam wymiana zdań z pielęgniarką. Ale nie ma się co dziwić, one też kiepsko opłacane, więc na dzień dobry musiała nas o tym poinformować. No i nawet koperty dać nie można - jeszcze się lekarz prowokacji przestraszy... A zły, bo nawet nie próbowaliśmy prowokować...
Tak sobie teraz siedzę i myślę - my naprawdę wszyscy jesteśmy beznadziejni... Lekarze strajkują, a ludzie śmieją chorować i przytomność tracić. Przysięgę Hipokratesa składali wszak kiedyś, ale nikt im nie powiedział, że to na serio brać muszą. W sumie to ja ich nawet rozumiem... Jak tak cała rodzina wparuje i czegos żąda, to pacjenta leczyć muszą i nie mogą spokojnie po kilku godzinach aktu zgonu wypisać. Eh... jacy my niewdzięczni jesteśmy... A tu przecież weekend i oni też odpoczynku pragną. Coś tam nawet bąkali, że w tym wieku to czynności życiowe słabną, że rodzinne pielesze czasem lepiej działają, że w tym wieku to już selekcja naturalna powinna brać górę... A my jak grochem o ścianem by rzucali. Nic do nas nie docierało i namolnie do tych lekarzy łaziliśmy. No i jeszcze jak na złość ciotka przytomność odzyskiwać zaczęła... A wtedy to już mus ratować! No i się wykaraskała! No a to cios dosłownie poniżej pasa...
Leży na oddziale i nadal z oka nie spuszczamy. Na zmiany będziemy - ciocia, najszczęśliwsza i ja. Głupie baby z nas. Ale jakoś tak namolne zostać wolimy... (żeby jednak ta selekcja naturalna jeszcze nie tym razem nastąpiła)...
piątek, 15 czerwca 2007
jak to się stringi w mieście powiatowym nabywa
Poszłam wczoraj sobie bieliznę kupić. Obok mnie jest sklep pani Marylki, która ma bluzeczki dobrego gatunku i bieliznę wiodących firm. W sklepie nikogo poza nami. Ale gdy tylko zostałam zapytana, co dzisiaj potrzebuję, do sklepu zaczęły wchodzić klientki. Wszystkie będące mocno starszymi nastolatkami. I jak na komendę wszystkie na mnie spojrzały - no bo co ona może sobie kupić. No to ja poprosiłm o bieliznę. A one patrzą i słuchają pilnie, co też matka tego dziecka w wózku kupować będzie. Ha! pewne wręcz były, że coś nieprzyzwoitego nabędę! Pani Marylka podaje to i tamto i pyta zaaferowana, jakie majtki mi podać. No to ja zczynam, że białe, do letnich, cienkich ubrań i najlepiej - a tu Marylka wchodzi mi w słowo i dodaje, że chyba nie stringi... Cisza jak makiem zasiał i babiny wzrok wlepiają we mnie coraz intensywniej. Jaskry bledną, słuch się wyostrza, a ciekawość aż iskrzy w powietrzu. Przełknęlam ślinę i absolutnie wbrew sobie mówię, że oczywiście, że nie stringi. (No czy ja na właścicielkę stringów wyglądam?) No to Marylka rozkłada majtochy na ladzie. Majtochy nie lada. Hm... niemalże majtochy nogawką pełne. Pooglądałam, kupiłam jedne figi i obiecałam przyjść później, jak dostawa nowego towaru będzie.
Zła jak nieszczęście wyszłam ze sklepu. Jestem dorosła od hohohoo, mam męża i dziecko, a majtek kupić nie zdołałam! Postanowiłam, że Marylkę zdradzę tym razem i do innego sklepiku pognałam. Już nawet nie tyle z potrzeby, ile z zacięcia na sprawę. Pani zaczęła przechodzić samą siebie, dwoić się i troić. Coraz to nowe wzory i kolory. Wzory wiodące w tym roku. Hm... tym wiodacym jest wstążeczka jedwabna i koronka o szerokości trzech centymetrów. No i jakoś tak sobie wybrałam trzy pary. Niech mnie ten jedwab opina! A pani podsuwa to i tamto i rabat obiecuje i śmiga wokoło jak fryga. Wreszcie pomyslałam i o cenę zapytałam. Hm... No i wyjaśniła się troistość panienki w momencie, a ja stringów bać się zaczęłam. Tak stoję i myślę, czy lepiej męża zrujnować i wydac cztery stówy na trzy pary wstążeczek... Zdrowy rozsądek jednak tym razem wziął górę... W sumie trochę sklepów jeszcze zostało i szansa, że gdzieś majtochy nabędę jednak istnieje... A ponieważ uparta jestem przeokropnie i wedle przysłowia do trzech razy sztuka, znalazłam już w następnym takie, coby były ładne i firmowe i dobrego gatunku i nie rujnujace mężusia.
Za to wieczorem, gdy najszczęśliwszej opowiadałam o moich trudach dnia, usłyszałam od rozchichotanej matki, że jak mnie na majtki normalne nie stać, to mi najszczęśliwsza dołoży... Żeby tylko tak ona wiedziała, jaki ten brak materiału jest kosztowny i trudny do zdobycia w powiatowym...
Zła jak nieszczęście wyszłam ze sklepu. Jestem dorosła od hohohoo, mam męża i dziecko, a majtek kupić nie zdołałam! Postanowiłam, że Marylkę zdradzę tym razem i do innego sklepiku pognałam. Już nawet nie tyle z potrzeby, ile z zacięcia na sprawę. Pani zaczęła przechodzić samą siebie, dwoić się i troić. Coraz to nowe wzory i kolory. Wzory wiodące w tym roku. Hm... tym wiodacym jest wstążeczka jedwabna i koronka o szerokości trzech centymetrów. No i jakoś tak sobie wybrałam trzy pary. Niech mnie ten jedwab opina! A pani podsuwa to i tamto i rabat obiecuje i śmiga wokoło jak fryga. Wreszcie pomyslałam i o cenę zapytałam. Hm... No i wyjaśniła się troistość panienki w momencie, a ja stringów bać się zaczęłam. Tak stoję i myślę, czy lepiej męża zrujnować i wydac cztery stówy na trzy pary wstążeczek... Zdrowy rozsądek jednak tym razem wziął górę... W sumie trochę sklepów jeszcze zostało i szansa, że gdzieś majtochy nabędę jednak istnieje... A ponieważ uparta jestem przeokropnie i wedle przysłowia do trzech razy sztuka, znalazłam już w następnym takie, coby były ładne i firmowe i dobrego gatunku i nie rujnujace mężusia.
Za to wieczorem, gdy najszczęśliwszej opowiadałam o moich trudach dnia, usłyszałam od rozchichotanej matki, że jak mnie na majtki normalne nie stać, to mi najszczęśliwsza dołoży... Żeby tylko tak ona wiedziała, jaki ten brak materiału jest kosztowny i trudny do zdobycia w powiatowym...
czwartek, 14 czerwca 2007
rozmowa z Agatą magii pozbawinąrozmowa z Agatą magii pozbawiną
Agata: Kiedy egzamin?
Ja 26.
Agata: Za dwa tygodnie. Do książek!
Ja: Co nowego?
Agata: Nic. Koniec roku - dużo pracy. A u Ciebie?
Ja: Mam nową myszkę i klawiaturę, płaski super monitor i wypasiony komputer, co śmiga, że hej! (*Poprzedni wpisywał się idealnie w nasze starocie.)
Agata: Żartujesz!? Niemożliwe!
Ja: Poważnie.
Agata: No to znaczy, że Cię zdradza!!!!
Ja: Nie. Poprzedni komputer się spalił...
Ale i tak moją nie-magiczną lubię ogromnie ;)
Ja 26.
Agata: Za dwa tygodnie. Do książek!
Ja: Co nowego?
Agata: Nic. Koniec roku - dużo pracy. A u Ciebie?
Ja: Mam nową myszkę i klawiaturę, płaski super monitor i wypasiony komputer, co śmiga, że hej! (*Poprzedni wpisywał się idealnie w nasze starocie.)
Agata: Żartujesz!? Niemożliwe!
Ja: Poważnie.
Agata: No to znaczy, że Cię zdradza!!!!
Ja: Nie. Poprzedni komputer się spalił...
Ale i tak moją nie-magiczną lubię ogromnie ;)
środa, 13 czerwca 2007
mój świat malutki i skategoryzowany
Świat jest jaki - mały czy ogromny? Ostatnio dochodzę do wniosku, że jest na tyle wielki, że możemy żyć sobie swobodnie i zajmować przestrzeń wystarczającą nam do życia i tworzenia wlasnej intymności. Jest on jednak również maleńki i skategoryzowany na tyle, by dusze tożsame mogły się odnaleźć. To niesamowite, że wśród tylu ludzi, można odnaleźć kogoś, kto myśli podobnie, ma podobne podejście do wielu spraw i stanowi ewidentnie bratnią duszę. Cieszę się, że udało mi się takie duszyczki znaleźć.
Świat zadziwił mnie po raz kolejny. I po raz kolejny utwierdzilam się w tym, że kocham go bardzo! I naprawdę lubię żyć tu i teraz...
Świat zadziwił mnie po raz kolejny. I po raz kolejny utwierdzilam się w tym, że kocham go bardzo! I naprawdę lubię żyć tu i teraz...
wtorek, 12 czerwca 2007
nasze rodzime politykowanie
Wczoraj znowu pokusiłam się o sprawdzenie wiadomości i obejrzenie programów publicystycznych. Obiecałam sobie, że robić tego nie będę, ale człowiek im starszy, tym głupszy... W dodatku przed snem taki nasz mały krajowy horrorek robi świetnie...
Zastanawiam się tylko, kiedy przestaniemy się wzajemnie opluwać i wyciągać coraz to nowe świństwa na światło dzienne? Czy to takie miłe taplać się w błocku własnych kompleksów i intryg? Widać miłe. A jak trzeba uciec od konkretów, zawsze można uderzyć w dzwon i poruszyć tematy zastęcze - aborcja, albo religia. Tematy, które wszystkich podniecają do dyskusji i jednocześnie mydlą oczy stanowiąc doskonałą zapchajdziurę.
Na głosowania chodzi niewielki procent społeczeństwa, w dodatku przeważnie albo bardzo młodzi ludzie, albo emeryci - czyli osoby, które mają wpływ nikły na większość spraw. Ale do dyskusji wszyscy gotowi. No i wtedy oczywiście musi być rozpoczęte polowanie na czarownice - wszak winny musi być! A winny zawsze się znajdzie, trzeba się tylko dobrze rozejrzeć...
Zastanawiam się tylko, kiedy przestaniemy się wzajemnie opluwać i wyciągać coraz to nowe świństwa na światło dzienne? Czy to takie miłe taplać się w błocku własnych kompleksów i intryg? Widać miłe. A jak trzeba uciec od konkretów, zawsze można uderzyć w dzwon i poruszyć tematy zastęcze - aborcja, albo religia. Tematy, które wszystkich podniecają do dyskusji i jednocześnie mydlą oczy stanowiąc doskonałą zapchajdziurę.
Na głosowania chodzi niewielki procent społeczeństwa, w dodatku przeważnie albo bardzo młodzi ludzie, albo emeryci - czyli osoby, które mają wpływ nikły na większość spraw. Ale do dyskusji wszyscy gotowi. No i wtedy oczywiście musi być rozpoczęte polowanie na czarownice - wszak winny musi być! A winny zawsze się znajdzie, trzeba się tylko dobrze rozejrzeć...
poniedziałek, 11 czerwca 2007
nagroda
Dzisiaj dzień taki trochę zabiegany miałam. Znowu kilka spraw zebrało mi się do załatwienia jednego dnia. Byłam również z dwulatkiem na kontroli u pani doktor i... i jest tak zdrowy jak wieloryb, z czego cieszę się ogromnie.
A w nagrodę za dzielne i sumeinne branie różnistych lekarstw dwulatek dostał... No właśnie, jaką nagrodę może wybrać sobie dziecko, któremu nic nie brakuje? Zadziwił nas wszystkich swoim pragnieniem. A nagrodę kupiła najszczęśliwsza. Poszliśmy we trójkę do sklepu, dwulatek wybrał, dostał pieniążek i dumny i blady zapłacił sam.
Myśleliśmy, że dziecko wybierze loda, albo jakieś świństwo w stylu chipsy. Potem obstawialiśmy jakąs zabawkę. Ja myślałam o kolejnej książeczce albo kredkach. A tu nie... Okazało się., że jednak nie znamy swojego dwulatka... On sobie mianowicie zażyczył sandałki. Tak, sandałki. Buciki. Mimo iż jest właścicielem pary mięciutkich i wygodnych sandałków, zapragnął takich bardziej odkrytych, miękko wykończonych, które można nosić na bosą stópkę. Całe popołudnie chadzał w swoich nowych bucikach, a wieczorem wyciągnął mnie na spacer po tatę. Oczywiście w swoim nowym nabytku. Trzeba wszak sprawdzić ich zalety...
Zadziwia mnie ten maluch ogromnie. Teraz już śpi. Jakoś udało nam się mu wytłumaczyć, że śpi się bez butów...
A w nagrodę za dzielne i sumeinne branie różnistych lekarstw dwulatek dostał... No właśnie, jaką nagrodę może wybrać sobie dziecko, któremu nic nie brakuje? Zadziwił nas wszystkich swoim pragnieniem. A nagrodę kupiła najszczęśliwsza. Poszliśmy we trójkę do sklepu, dwulatek wybrał, dostał pieniążek i dumny i blady zapłacił sam.
Myśleliśmy, że dziecko wybierze loda, albo jakieś świństwo w stylu chipsy. Potem obstawialiśmy jakąs zabawkę. Ja myślałam o kolejnej książeczce albo kredkach. A tu nie... Okazało się., że jednak nie znamy swojego dwulatka... On sobie mianowicie zażyczył sandałki. Tak, sandałki. Buciki. Mimo iż jest właścicielem pary mięciutkich i wygodnych sandałków, zapragnął takich bardziej odkrytych, miękko wykończonych, które można nosić na bosą stópkę. Całe popołudnie chadzał w swoich nowych bucikach, a wieczorem wyciągnął mnie na spacer po tatę. Oczywiście w swoim nowym nabytku. Trzeba wszak sprawdzić ich zalety...
Zadziwia mnie ten maluch ogromnie. Teraz już śpi. Jakoś udało nam się mu wytłumaczyć, że śpi się bez butów...
niedziela, 10 czerwca 2007
myśli (10.06.2007 r.)
Suną me myśli po kropli atramentu,
jak nuty płynące z głębi myśli i serca
co muzykę tworzą na wieki.
Jak zgiełk i szaleństwo
ostatnie
rozsądek wyciszyć potrafią,
tak rozum mój blednie przy słowach.
Tych moich, od nowa...
jak nuty płynące z głębi myśli i serca
co muzykę tworzą na wieki.
Jak zgiełk i szaleństwo
ostatnie
rozsądek wyciszyć potrafią,
tak rozum mój blednie przy słowach.
Tych moich, od nowa...
anoreksja - chęć bycia motylem
Niedziela. Popołudnie niedzielne, takie poobiednie. Z kawką, pełnym brzuszkiem, wspomnieniem podniebieniowych rozkoszy i zapachu smakowitości... Leniwe i gorące. Mężuś z dwulatkiem poszli na plac zabaw, a ja siadłam przy komputerze, żeby znaleźć kilka informacji. Wpisałam w wyszukiwarkę hasło i tu chochlik klawiaturowy zrobił mi psikusa... Zamiast do pożądanego hasła, odesłał mnie do klubu anorektyczek. Uff... nie podejrzewam tutaj żadnej sugestii, ale sprawa ciut niesmaczna tak zaraz po obiedzie...
Ponieważ jednak ciekawa jestem świata, obejrzałam zdjęcia, przeczytałam kilka historii i całą resztę, na którą składają się najróżniejsze rady, porady, tabele, wskaźniki, linki.
Zastanawiam się tylko, jak można ważyć trzydzieści osiem kg przy wzroście sto siedemdziesiąt centymetrów i żyć... i walczyć z nadwagą.
Ale nauczyłam się również nowego spojrzenia na sprawę - jest to wybór świadomy. Co prawda wybór podjęty pod wpływem kreowanego wizerunku kobiety pozbawionej hm... krągłości. Dziewczyny uciekają się do drastycznych metod odchudzania, ale jednocześnie ratują się najrożniejszymi suplementami, minerałami, witaminami. Przynajmniej tyle. Wyglądają jak... motyle - tak siebie nazywają.
Tak teraz siedzę i myślę o tym, co czytałam. W myślach utkwiło mi zwłaszcza jedno hasło, które brzmi następująco: pokochaj głód - znienawidzisz jedzenie. Myślę jednak również o tych wszystkich ludziach, którzy muszą pokochać głód, ponieważ nie mają innego wyjścia. Myślę o tych wszystkich dzieciach, które marzą o tym, by móc o głodzie zapomnieć. O tych, którzy są motylami z nie swojego wyboru...
Ponieważ jednak ciekawa jestem świata, obejrzałam zdjęcia, przeczytałam kilka historii i całą resztę, na którą składają się najróżniejsze rady, porady, tabele, wskaźniki, linki.
Zastanawiam się tylko, jak można ważyć trzydzieści osiem kg przy wzroście sto siedemdziesiąt centymetrów i żyć... i walczyć z nadwagą.
Ale nauczyłam się również nowego spojrzenia na sprawę - jest to wybór świadomy. Co prawda wybór podjęty pod wpływem kreowanego wizerunku kobiety pozbawionej hm... krągłości. Dziewczyny uciekają się do drastycznych metod odchudzania, ale jednocześnie ratują się najrożniejszymi suplementami, minerałami, witaminami. Przynajmniej tyle. Wyglądają jak... motyle - tak siebie nazywają.
Tak teraz siedzę i myślę o tym, co czytałam. W myślach utkwiło mi zwłaszcza jedno hasło, które brzmi następująco: pokochaj głód - znienawidzisz jedzenie. Myślę jednak również o tych wszystkich ludziach, którzy muszą pokochać głód, ponieważ nie mają innego wyjścia. Myślę o tych wszystkich dzieciach, które marzą o tym, by móc o głodzie zapomnieć. O tych, którzy są motylami z nie swojego wyboru...
sobota, 9 czerwca 2007
jak zrobi to facet
Jak zabezpieczy balkon facet? Balkon, który jest na wyskości piętra trzeciego, a barierkę ma we wzorek o dużych oczkach, które zaczynają się w dodatku na wysokości trzydziestu pięciu centymetrów od podłogi balkonowej? Otóż... plany facet miał wielkie! Miała być przyspawana kątówka, czy jak jej tam. Miało być elegancko i bezpiecznie.
Ale nie! Wszak to facet... Tak więc przyszedł, przyniósł ze sobą gruby przewód, wszedł na balkon i zabrał się za robotę. Nie przeszkadzało nic a nic, że na balkonie suszy się pranie jasne na suszarce. Nie przeszkadzały ustawione odpowiednio kwiaty. Pranie można wszak pchnąć na winobluszcz - bluszcz przecież tak szybko rośnie. A misternie przymocowana do ściany, kwitnąca cudnie roża może być jednym ruchem od ściany oderwana. No bo ona (czyli ja) przecież sobie potem przymocuje ją znowu... No i można tak z tym przewodem paskudnym wić się po balkonie i opierać wszystko ugniatając. Co tam kwiaty! Co tam pranie! A argumenty jej, które próbował mężuś przeforsować, są przecież niewłasciwe i nie na miejscu. Wszak on przyszedł i to powinno jej do szczęścia wystarczyć, a elegancko być nie musi, bo to balkon tylko.
Pranie wyschło. Kwiaty upięłam. Balkon bez obrzydliwego przewodu. Jest znowu ok. Muszę tylko o jakimś ładnym zabezpieczeniu pomyśleć... Bez proszenia faceta o pomoc.
Ale nie! Wszak to facet... Tak więc przyszedł, przyniósł ze sobą gruby przewód, wszedł na balkon i zabrał się za robotę. Nie przeszkadzało nic a nic, że na balkonie suszy się pranie jasne na suszarce. Nie przeszkadzały ustawione odpowiednio kwiaty. Pranie można wszak pchnąć na winobluszcz - bluszcz przecież tak szybko rośnie. A misternie przymocowana do ściany, kwitnąca cudnie roża może być jednym ruchem od ściany oderwana. No bo ona (czyli ja) przecież sobie potem przymocuje ją znowu... No i można tak z tym przewodem paskudnym wić się po balkonie i opierać wszystko ugniatając. Co tam kwiaty! Co tam pranie! A argumenty jej, które próbował mężuś przeforsować, są przecież niewłasciwe i nie na miejscu. Wszak on przyszedł i to powinno jej do szczęścia wystarczyć, a elegancko być nie musi, bo to balkon tylko.
Pranie wyschło. Kwiaty upięłam. Balkon bez obrzydliwego przewodu. Jest znowu ok. Muszę tylko o jakimś ładnym zabezpieczeniu pomyśleć... Bez proszenia faceta o pomoc.
piątek, 8 czerwca 2007
noc w malwy malowana, noc długa, nieprzespana...
Wczoraj przypomnieliśmy sobie nasze noce ciepłe, pachnące, roziskrzone. Takie z rozmową bez słów. Nie pamiętam już nawet, kiedy ostatnio szliśmy w letnią noc.Tak przed siebie, bez celu.
Było przyjemnie. Bardzo przyjemnie. Zapachy, światła, cienie i półcienie, odgłosy zabaw w ogródkach. Nawet nie myślałam, że tak bardzo mi tego brakuje... Do tej pory jakoś nie brakowało... A tu mężuś niespodzianie zafundował mi odprężenie po poprzednich, również nieprzespanych nocach. Tyle, że ta nie przyniosła o świcie zmęczenia. Ta była moja. Goraca, pachnąca, z księżycem i zapachem miasta, skwerów, parku i fontanny w tle. Ta dała odpoczynek i wiarę w nasze możliwości.
Przypomniała mi, że kiedyś potrafiliśmy nie spać długo i wchłaniać w siebie noce. Te na wakacjach i te codzienne. Takie noce ze świtu powitaniem. Po których piję rano miętę i wdycham słodki, duszny zapach moich róż balkonowych. Po których nie sięgam po kawę. Które przynosza refleksję i nadzieję, gdy rano w zamyśleniu biorę kota na kolana i wiem, jaka jestem szczęśliwa.
Było przyjemnie. Bardzo przyjemnie. Zapachy, światła, cienie i półcienie, odgłosy zabaw w ogródkach. Nawet nie myślałam, że tak bardzo mi tego brakuje... Do tej pory jakoś nie brakowało... A tu mężuś niespodzianie zafundował mi odprężenie po poprzednich, również nieprzespanych nocach. Tyle, że ta nie przyniosła o świcie zmęczenia. Ta była moja. Goraca, pachnąca, z księżycem i zapachem miasta, skwerów, parku i fontanny w tle. Ta dała odpoczynek i wiarę w nasze możliwości.
Przypomniała mi, że kiedyś potrafiliśmy nie spać długo i wchłaniać w siebie noce. Te na wakacjach i te codzienne. Takie noce ze świtu powitaniem. Po których piję rano miętę i wdycham słodki, duszny zapach moich róż balkonowych. Po których nie sięgam po kawę. Które przynosza refleksję i nadzieję, gdy rano w zamyśleniu biorę kota na kolana i wiem, jaka jestem szczęśliwa.
czwartek, 7 czerwca 2007
tajemnice damskiej torebki
Kama kochana ćwieka mi zadała i do zwierzeń wyznaczyła.
Co się kryje w damskiej torebce?
Sama istota tejże jest wielce mnie interesująca. Wszystkie skarby kobieta tam gromadzi i tajemnice chowa i jakoś nikt nie odważy się tej sfery naruszyć. Jedne panie preferują duże, przepadziste torbiszcza, które gromadzą w sobie sekrety kilkuletnie, inne takie małe, maleńkie, co by nikt nawet nie próbował pomyśleć, że coś w nie upchnąć można. A można... Wiele w każdą... Zabawne, ile czasem tego się w nich mieści.
Ja osobiście torebki uwielbiam. Ale nie takie zwykłe. O nie! Takie są dla mnie nie przystające. Ja lubię takie z duszą i charakterem. Swoim kształtem muszą krzyczeć - inna jestem, cudowna i specyficzna. Najszczęśliwa mówi, że noszę antykwaryczne zabytki z prabacinych strychów. Czasem nawet tak i jest ;) No i koniecznie muszą być ze skóry. Najlepiej takiej niewyprawionej. Och... jak one pachną. Hm... ja chyba kocham swoje torebki... Trzymam je latami, nawet jak się popsują i naprawić nie dają. Nigdy ich nie wyrzucam. Upycham starannie w pawlaczu rodziców i czasem wyciągam, żeby powspominać. Każda ma swój zapach i historię. Każda towarzyszyła mi w innych miejscach i okolicznościach. Każda gromadzi w sobie jakieś resztki dni minionych.
A co ja w nich mam? Balagan. Poza bałaganem niewiele... Na to niewiele składa się natomiast:
- planer i pióro (w planerze mam upchnięte wszystkie dokumenty i całe mnóstwo kwitów, wydruków, rachunków; obecnie do planera przełożyłam również kasiorę, bo mi się portfel mój znudził)
- paczkę chusteczek higienicznych
- pilniczek
- szminkę
- klucze (uff... siedem sztuk!!!! już wiem, czemu torba taka ciężka)
- telefon komórkowy
Czasem dokładam stertę malowideł i flakonik perfum. Ale tylko w razie wielkiej imprezy ;) a i tak ich nigdy wtedy nie używam. Czyli można powiedzieć, że wyprowadzam kosmetyki na spacer...
No i teraz babeczki kochane... Jako zołza, w sposób oczywisty, do zabawy wyznaczam Panie, z takiej oto listy:
Co się kryje w damskiej torebce?
Sama istota tejże jest wielce mnie interesująca. Wszystkie skarby kobieta tam gromadzi i tajemnice chowa i jakoś nikt nie odważy się tej sfery naruszyć. Jedne panie preferują duże, przepadziste torbiszcza, które gromadzą w sobie sekrety kilkuletnie, inne takie małe, maleńkie, co by nikt nawet nie próbował pomyśleć, że coś w nie upchnąć można. A można... Wiele w każdą... Zabawne, ile czasem tego się w nich mieści.
Ja osobiście torebki uwielbiam. Ale nie takie zwykłe. O nie! Takie są dla mnie nie przystające. Ja lubię takie z duszą i charakterem. Swoim kształtem muszą krzyczeć - inna jestem, cudowna i specyficzna. Najszczęśliwa mówi, że noszę antykwaryczne zabytki z prabacinych strychów. Czasem nawet tak i jest ;) No i koniecznie muszą być ze skóry. Najlepiej takiej niewyprawionej. Och... jak one pachną. Hm... ja chyba kocham swoje torebki... Trzymam je latami, nawet jak się popsują i naprawić nie dają. Nigdy ich nie wyrzucam. Upycham starannie w pawlaczu rodziców i czasem wyciągam, żeby powspominać. Każda ma swój zapach i historię. Każda towarzyszyła mi w innych miejscach i okolicznościach. Każda gromadzi w sobie jakieś resztki dni minionych.
A co ja w nich mam? Balagan. Poza bałaganem niewiele... Na to niewiele składa się natomiast:
- planer i pióro (w planerze mam upchnięte wszystkie dokumenty i całe mnóstwo kwitów, wydruków, rachunków; obecnie do planera przełożyłam również kasiorę, bo mi się portfel mój znudził)
- paczkę chusteczek higienicznych
- pilniczek
- szminkę
- klucze (uff... siedem sztuk!!!! już wiem, czemu torba taka ciężka)
- telefon komórkowy
Czasem dokładam stertę malowideł i flakonik perfum. Ale tylko w razie wielkiej imprezy ;) a i tak ich nigdy wtedy nie używam. Czyli można powiedzieć, że wyprowadzam kosmetyki na spacer...
No i teraz babeczki kochane... Jako zołza, w sposób oczywisty, do zabawy wyznaczam Panie, z takiej oto listy:
Basia
Bezimienna
Carrie
Fabiana
Gosia
Idkocia
Kobieteria
Koliberka
Melibea
Ola
Zasłuchana
Bezimienna
Carrie
Fabiana
Gosia
Idkocia
Kobieteria
Koliberka
Melibea
Ola
Zasłuchana
środa, 6 czerwca 2007
nocne przesilenie
... przyniosło efekt braku temperatury. Cieszę się w sposób trudny do wysłowienia.
Przepraszam, że wczoraj cały czas było o tym, ale przy zdrowych zmysłach trzymała mnie świadomość, że mam się z kim tym wszystkim podzielić. Dziękuję!!! Za cenne rady również.
Potem będzie coś optymistycznego - obiecuję.
Przepraszam, że wczoraj cały czas było o tym, ale przy zdrowych zmysłach trzymała mnie świadomość, że mam się z kim tym wszystkim podzielić. Dziękuję!!! Za cenne rady również.
Potem będzie coś optymistycznego - obiecuję.
wtorek, 5 czerwca 2007
walczymy
Walczymy od dwunastu godzin z gorączką dwulatka. My okładamy go zimnymi okładami i aplikujemy środki przeciwgorączkowe. Ale ona jest twarda i się nie daje. Stoi twardo około czterdziestu stopni. Lekarz przyjedzie, ale musimy czekać bardzo cierpliwie. Cierpliwości nie mam już od kilku godzin.
12.15 - luminal, nurofen, efferalgan, ceclor, nystatyna - wszystko podane dwie godziny temu w dawkach końskich i gorączka 39,9. Jestem już głupia i nie wiem, co robić.
17.30 - !!!!!!!!!!! 38,4 !!! Wreszcie spadła! Drgawek nie ma. Idkociu kochana, ja nie wiem, czym różnią się te drgawkowe od tych dreszczowych. Wstrząsało nim - lekko, ale na szczęście już to za nami!
20.00 - 39,4
12.15 - luminal, nurofen, efferalgan, ceclor, nystatyna - wszystko podane dwie godziny temu w dawkach końskich i gorączka 39,9. Jestem już głupia i nie wiem, co robić.
17.30 - !!!!!!!!!!! 38,4 !!! Wreszcie spadła! Drgawek nie ma. Idkociu kochana, ja nie wiem, czym różnią się te drgawkowe od tych dreszczowych. Wstrząsało nim - lekko, ale na szczęście już to za nami!
20.00 - 39,4
poniedziałek, 4 czerwca 2007
poniedziałkowy optymizm
Nie ma to, jak się obudzić w zimny, deszczowy poniedziałek. Aż che się człowiekowi tydzień zaczynać... Zwłaszcza jeśli noc do świtu nie była przespana, ponieważ tak sama z siebie zasnąć nie pozwalała.
niedziela, 3 czerwca 2007
jeden w roku dzień
Cisza jeszcze mnie otula ogromna... I ogarnia mnie taki spokój przed burzą wewnętrzną spowodowaną myślami biegnącymi wstecz, przez wspomnienia do początku. To wtedy tworzył się mój układ planet i astralna przyszłość. Jeszcze kilka kwadransów i moja supernowa zabłyśnie...
Pewnie za kilka godzin mieszkanie przesiąknie zapachem piwonii - moich pierwszych kwiatów, które dostaję raz w roku. Zawsze tego samego dnia.
Mija trzecia dekada. To nasuwa refleksje.
Dobrze mi tu i teraz i w tym wcieleniu. Choć nie zawsze łatwo było i cicho i spokojnie. Cieszę się że jestem. Tu i teraz i z tymi ludźmi, których tak bardzo kocham.
Pewnie za kilka godzin mieszkanie przesiąknie zapachem piwonii - moich pierwszych kwiatów, które dostaję raz w roku. Zawsze tego samego dnia.
Mija trzecia dekada. To nasuwa refleksje.
Dobrze mi tu i teraz i w tym wcieleniu. Choć nie zawsze łatwo było i cicho i spokojnie. Cieszę się że jestem. Tu i teraz i z tymi ludźmi, których tak bardzo kocham.
sobota, 2 czerwca 2007
książeczki o zwierzątkach a wegetarianizm
Nigdy nie przepadałam za mięsem. Zawsze czułam do niego większy lub mniejszy wstręt. Był nawet okres, dość długi w moim życiu, gdy nie jadłam go wcale. Z przyczyn... że tak powiem świadomości... Potem jednak znowu jako przedstawicielka grupy krwi Rh 0, czyli typowy i najstarszy mięsożerca, wzorując się na jaskiniowych przodkach, dopadłam ponownie do mięcha. A potem przyszla ciąża i laktacja. Wtedy się je wszystko ;) I jak leci i w ilościach czasem normę i przyzwoitość przekraczających. Ale zawsze unikałam czerwonego i żywiłam się jedynie drobiem.
A teraz znowu czuję dziwny wstręt. Nawet nie brak apetytu, czy ochoty. Zwykly wstręt.
Skąd on się wziął?... Z literatury dla maluchów! Codziennie oglądam z dwulatkiem książeczki. W książeczkach dla dzieci jest mnóstwo zwierzątek. Tu uśmiechnięta świnka, tu krówka tuląca cielaka. Tam owieczka, czy sarenka.
Ostatnio dwulatek dostał książeczkę o "koligacjach rodzinnych" u zwierząt, np. krowa, byk, cielę. No i tak mi pokazuje mój dwuletni synek zwierzątka i nazywa - krówka mama, krówka tata, cielaczek dzidzia.
Mnie przełyk się zawęża i odpowiadam, że tak, tak syneczku, mama, tata, dzidziuś...
A teraz znowu czuję dziwny wstręt. Nawet nie brak apetytu, czy ochoty. Zwykly wstręt.
Skąd on się wziął?... Z literatury dla maluchów! Codziennie oglądam z dwulatkiem książeczki. W książeczkach dla dzieci jest mnóstwo zwierzątek. Tu uśmiechnięta świnka, tu krówka tuląca cielaka. Tam owieczka, czy sarenka.
Ostatnio dwulatek dostał książeczkę o "koligacjach rodzinnych" u zwierząt, np. krowa, byk, cielę. No i tak mi pokazuje mój dwuletni synek zwierzątka i nazywa - krówka mama, krówka tata, cielaczek dzidzia.
Mnie przełyk się zawęża i odpowiadam, że tak, tak syneczku, mama, tata, dzidziuś...
piątek, 1 czerwca 2007
macierzyństwo spychane na potem
Ostatnio bliska mi osoba dowiedziała się, że ma tzw. zespół policystycznych jajników. Co to? Coś strasznego i zmieniającego życie kobiety. Definicja jest krótka i zwięzła: "Zespół policystycznych jajników jest powszechnie rozpoznawaną nieprawidłowością endokrynologiczną występującą u kobiet, oraz najpowszechniejszą przyczyną niepłodności spowodowanej brakiem owulacji." Choroba dotyczy od 3 do 6 procent populacji kobiet będących w wieku rozrodczym. Mało? Dużo?
Często gonimy za pracą, ułożeniem materialnym swojego życia. Na pierwszym miejscu stawiamy mieszkanie, potem samochód, awans i gdzieś, kiedyś tam, na końcu dziecko. Że niby lepiej mu będzie, jak będzie miało wszystko... A poza tym wiek młodości u kobiet się wydłużył, więc jeszcze jest czas... Potem czas ucieka i ucieka. A kobieta... zostaje sama w pięknym domu, z ustabilizowanym życiem i poczuciem niespełnienia...
Chcę wierzyć, że w tym wypadku sprawa zakończy się szczęśliwie, a czas da sobie wyrwać jedną małą chwilkę i zdaży się cud...
Często gonimy za pracą, ułożeniem materialnym swojego życia. Na pierwszym miejscu stawiamy mieszkanie, potem samochód, awans i gdzieś, kiedyś tam, na końcu dziecko. Że niby lepiej mu będzie, jak będzie miało wszystko... A poza tym wiek młodości u kobiet się wydłużył, więc jeszcze jest czas... Potem czas ucieka i ucieka. A kobieta... zostaje sama w pięknym domu, z ustabilizowanym życiem i poczuciem niespełnienia...
Chcę wierzyć, że w tym wypadku sprawa zakończy się szczęśliwie, a czas da sobie wyrwać jedną małą chwilkę i zdaży się cud...
Subskrybuj:
Posty (Atom)