wtorek, 28 lipca 2009

ilinx i burza, czyli lubię ślubnego

    Pani stoi na balkonie i pije ulubione. Miło tak wrócić na swój balkon i wychylając się przez barierkę widzieć chodnik. Taki zwyczajny, szary chodniczysko i platany, które są coraz większe. Mieszkanie pachnie swoim zapachem, koty łaszą się bardziej niż przypszczałam i miauczą, jakby chciały nas porządnie okrzyczeć za długą nieobecność. Jak było? Bujało. Taaak... głównie bujało. I spać nie mogłam, bo bujania nie lubię. Huśtawki wcale w ilinx mnie nie muszą wprowadzać. Nawet młyn diabelski raczej drażni niż rozdrażnia. Mam zmysły nastawione nieco inaczej. Chociaż nie sądziłam, że zniosą one burzę i konieczność stanięcia do pomocy chłopakom przy składaniu żagli. Nie sądziłam, że jakoś ani o kapok się troszczyć nie będę, bo jednak mi ruchy krępował, ani o bujanie, ani o deszcz, co to lał się po twarzy i moczył nawet bieliznę w dżinsach, ani o to, ile minut zajmie ślubnemu wyłowienie mnie z wody w razie gdyby. Burza tamta była fantastyczna. A niedawno i nad powiatowym jakaś przeszła. Spokojnie tak przemknęła. Nawet jej na tym balkonie nie zauważyłam. Pelargonie zmarniały nieco. I nie ma komarów. Zimno znaczy wieczorem już. No właśnie... powiatowe jakby zmysły usypia. A może to i lepiej? W końcu to o ilinx idzie, nie o mimicry. Nawet jeśli wezmę pod uwagę, że włosy ścięłam na króciuteńko i nie jestem już blondynką. Wygodniej. Lubię wygodę. W życiu zwłaszcza. Równowagę żywiołów, jakiś skrawek własnej podłogi i tylko kilka razy dziennie ekstrema. Bez nich zbyt nudno. Patrzę na matę. Pies z głową w dół kusi, ale nie mam siły rozciągnąć mięśni. Dzisiaj wystarczy balkon i klik.

sobota, 18 lipca 2009

o tym, kto się boi czego...

    ... czyli Kazimierz jest nasz. Co prawda komary gryzą mnie okropnie, ale dobrzy ludzie chyba już tak po prostu mają, że cierpieć muszą. I dzielnie to znosić też muszą. A natrętne komarzyce bronią wytrwale dostępu do każdej jednej kępki krzaków, a tu krzaczory prowadzą do każdego celu. Trochę to utrudnia... No taka baszta na przykład ten i tamten staje się niedostępna. W sumie to dostępna była tyle razy już, ale czemu to niby teraz chmara komarów czyha na mnie tu i tam i to w biały dzień, ha? Ludzie trochę się dziwią, kiedy co jakiś czas wyciągam z torebki woreczek z pokrojoną cebulą i zaczynam się nacierać. A niech im... Jadę tą cebulą na kilometr pewnie, ale ukąszenia nie pieką. Z dwojga złego wolę cebulę... A ludziów jak mrówków, więc się i dziwić ma kto. Ale na statku to dziwiliśmy się my... No bo jak tu się nie dziwić, kiedy odbijamy od brzegu i słyszę za plecami z lewa:
- No cześć, dzwonię, bo w Kazimierzu jestem. No ładnie tuuuu. Bardzo ładnie tu. Pięknie jest. No ładnie. Wszystko ładne. A teraz to statkiem jadę. No mówię ci: statkiem. No coś ty. Nie bój się. Nie sama. Taaak... dużo ludzi tu jest. No coś ty - nie dostawaj zawału. No ładne widoki są na tym statku. Tak. No a ile tych ogórków zerwałaś dzisiaj? - I kiedy nie wiedziałam, czy mam się dusić śmiechem, czy dławić płaczem, panie z prawa dołożyły:
- Jak już wyjdziemy ze statku to zjemy coś. Głodna jestem. Może na ogórki małosolne pójdziemy?
- Jak byłam w Wiśle, to były małosolne dobre. Po cztery pięćdziesiąt były. Tam to było ładnie...
- Tutaj też pewnie dobre są, bo tyle ludzi, to się starać muszą.
- A jak byłam w Wiśle to zdjęcia robiłam i akurat wtedy nasza kadra ćwiczyła. Ale chude to jest, mówię ci! No i raz to zdjęcie zrobiłam i potem patrzę, a na tym zdjęciu z tyłu to taki czorny idzie i taki podobny do kogoś. Stary patrzy i mówi: ty to ten T. jest.
- No co ty??? - Nooooo to tam faktycznie pięknie było... - Rozmowę pań przerwał niestety kapitan, który ogłosił, że zaraz z prawej strony za wiatrakiem to dom Olbrychskiego. Wszyscy zawołali łaaaaaaa i zgodnie na lewo pobiegli, tudzież głowy w stronę lewą obrócili. Gapią się wszyscy i gapią i zdjęcia robią wiatrakowi, a kapitan mówi, że teraz to w prawo patrzeć mają, bo zamek w Janowcu będzie widać, to wszyscy w prawo głowy bach! Aż dziw, że łajba się nie rozkołysała. Chociaż w sumie, to dobrze, bo wtedy ja bym musiała zwis klasyczny przez burtę zrobić... No i panie z tyłu do rozmowy wróciły:
- Zaraz aparat mi padnie.
- A to nie wzięłaś baterii? Ja to miałam wziąć, ale pomyślałam, że pewnie weźmiesz, to ja dźwigać nie będę...
- A no jakoś nie pomyślałam, ale coś skołuje się.
Nawet miałam ochotę się odwrócić i ten aparat zobaczyć, co to takie ciężkie baterie ma, ale normalnie strach mnie ogarnął i wolałam patrzeć przed się i wtedy słyszę:
- Ty zostaw ten wiatrak. Janowiec zrób. Jak padnie to Janowiec będzie, a  wiatrak to i tak stary.
Stary to stary. Janowiec nowiutki przecie, więc sprawa zrozumiała dla wszystkich jest. I wtedy pani od jeżdżącego statku dojrzała, że mija nas statek Viking:
- O popatrz tam to zadaszenie mają i okienka takie na dole. Dwa pokłady tam są? A tu tak gorąco. A dlaczego tam mają dach, a tu nie ma nic? No... Vikingowy to lepszy od piratowego.
Jestem pewna, że Piwowarski chociaż raz musiał płynąć statkiem z Kazimierza do Janowca i trafić na taką ekipę. Ja rozumiem, że upał... Ja rozumiem też, że i emocje jakieś tam i może... Ja rozumiem, że wakacje... Normalnie wszystko rozumiem. Ale bać się powoli zaczynam już. Tych jeżdżących statków chyba najbardziej. I tych komarów to też już się boję.
No i zapomniałabym! Ślubny też się boi... że ta moja morska choroba to nie taki kit wcale. Dziwny on jest. Toż sam widział, że z żaglówki to mnie jak zwłoki, albo zewłok trzeba było i biegusiem przez pomost na brzeg prowadzić. No ja rozumiem, że żaglówka i jacht to sprawy dwie zupełnie. Ale niech mi ślubny zagwarantuje, że spać to będziemy przy motorze pracującym. Nie zagwarantuje mi przecież. No nie, bo ja to go znam i takie rzeczy wiem. No to jak ja mam mu obiecać, że ja dam radę? No jak ja się już bać zaczynam panicznie i jakoś już nawet słuchać nie mogę, że to takie hop siup i wielkie nic, bo mi się spodoba. Booosszzeeeee jaki mi się uparty ten ślubny trafił. No i pływający taki. Jak on taki pływający, to czemu on nie marynarz jest? Tego to ja już kompletnie nie wiem, ale pytać się nie będę, bo jeszcze się obrazi, albo zastanowi. To ja już wolę go na miejscu nawet z tymi dzikimi pomysłami. I że niby to ja pomysły dzikie mam. No bo taką lampę dzisiaj dojrzałam. Lampa jak to lampa - stojąca, duża, z abażurem. No w sumie to ja wiem, że lamp mamy dużo, ale i ta gdzieś by się dała ustawić, a on mówi mi, że jak dzikus się zachowuję na widok staroci. Ale w Kazimierzu możliwe jest wszystko, więc niech sobie gada. A ja znowu anioła szukam. Teraz musi być taki, żeby do tego ostatniego pasował. Jeszcze nie znalazłam... A właściwie to piszę, bo czasu na pisanie teraz nie mam... klik

piątek, 17 lipca 2009

w zwierciadle nie(co)krzywym

    Dzisiaj ten dzień, kiedy ślubny budzi mnie bukietem i zapachem kawy. Drań nie wierzy, że ja pobrudziłam sukienkę na wstępie wiązanką od Madzi, a samochód się popsuł i nie było czasu, żeby rodzic mój płci męskiej go naprawił. Więc jechaliśmy popsutym. Drań w ogóle w mało rzeczy nam wierzy. Taki racjonalista mały, a ja nabieram pewności, że jednak mamy wesoło i w nieco krzywym zwierciadle. Ale nie jest monotonnie.
Upał. Jedną nogą jestem w powiatowym, drugą w stolicy. Od jutra Kazimierz jako miasteczko moje magiczne będzie nas mamić, a potem... potem pani będzie walczyć w falami i jak znam ślubnego to mi pewnie każe z wiadrem iść po kilwater. klik

piątek, 10 lipca 2009

"ech mała" czyli o wiśniach i planach

    Jak określić smak wiśni... Że niby gorzka jest... i kwaśna...? A co z sokiem, który taki słodki jest i lepki bardzo, kiedy się go z dłoni zlizuje? Lubię wiśnie. Moje najsłodsze lato w owocu i nawet poplamione dłonie mi nie przeszkadzają, kiedy wysysam pestkę ze środka tego niby gorzkiego konfucjonizmu w pigułce. Smakuję lato. Rozsmakowuję się ponownie w Osieckiej i jej wspomnieniach o sobie samej. "Wino piją ludzie szczęśliwi. W każdym razie mniej nieszczęśliwi niż ci, którzy piją wódkę. Wino pije się po to, żeby rozjaśnić życie. Wpiąć kolorowe pióra we włosy. Rozkręcić karuzelę psychiczną (...) wino piją ci, którzy lubią żyć."* Lubię żyć. Nikt za mnie go nie przeżyje, a nie chcę potem żałować, że je jedynie oglądałam i krzyczałam, że jest piękne. Taki mój egoizm prywatny... Czy jest piękne? Pytanie zbliżone do tego o wiśni... Przyjedź - powiedziała wczoraj ciocia Jasia. - Bo skorzystam ciociu - odszeptałam... A w sumie czemu nie? Lubię Grochów, chociaż pozornie nie ma w nim nic do lubienia. A jednak ja mam swoje zdanie na ten temat. Lepiej mi się tam mieszkało, prościej, niż na Sulkiewicza. Taaak... prostota i szczerość mają jednak swoje plusy dodatnie. Plusów ujemnych w nich jest bowiem tylko kilka. klik
*Agnieszka Osiecka, Rozmowy w tańcu, Warszawa 1993

niedziela, 5 lipca 2009

Gdzie diabeł mówi dobranoc...

    ... a zaczęło się od tego, że znajoma nas spontanicznie zaprosiła. Nie do siebie w dodatku, a do swojego ojca. My zaś bez zastanowienia i gdybania, czy wypada, pojechaliśmy. Na wieś. No... pani wieś to zna tak w ogóle i wie z grubsza, jak ona wygląda, ale takiej to pani jeszcze nie widziała. Diabła co prawda też nie widziałam, ale wieczorem jak ta głupia cieszyłam się, że jest elektryczność, bo mogłam dzięki niej naładować akumulatorki do aparatu, którym dokumentowałam wszystko. Nawet babcie siadające na ławeczce przy ścianie domu nie swojego. Bo na tej wsi to ogrodzeń nie było takich tradycyjnych i ściany domu były przy ulicy, wejścia do nich od podwórka. I malwy wszędzie. No i ławeczki takie staroświeckie, a ściany bielone i nierówne. Bielone! A zabudowania gospodarskie z kamienia łączonego z cegłą bardzo jasną i okiennice wszędzie. Drań umorusany ganiał, kociaki tulił, psy dokarmiał, pięty miał czarne, a policzki różowiutkie. Ponoć dzieci dzielą się na te czyste i te szczęśliwe... Drań był zatem baaaaardzo szczęśliwy.
No i jak tak posiedziałam tam, boso ganiałam, ale w koralach i drugiego dnia wypiłam nie kawę, a mleko od krowy i włosów nie ułożyłam i w ogóle to jak z samego rana w koszuli na podwórko wyleciałam, to tak się w tej koszuli z tym mlekiem na te cuda zapatrzyłam, że wiercić ślubnemu w brzuchu dziurę zaczęłam o takie jedno zabudowanie i taki ogródek. No ja bez gazu mogę i z wodą ze studni, byle by te kamienie takie były i okiennice...

Normalnie fajnie tak, jak diabeł mówi dobranoc, babcie wiedzą wszystko i drań taki umorusany, a ja mogę boso i w samej koszuli... A do rzeki się chodzi "prosto za te stodołe"... klik

czwartek, 2 lipca 2009

notturno, czyli jest dobrze

   Deszcz zawisł w powietrzu... W powietrzu zawisło nawet powietrze. Wtopiły się w nie śmiechy dzieciaków pijących piwo pod parasolami, muzyka, którą ślubny wertuje i na nowo odnajduje, zapach pelargonii i bezruch róż. Chwilowo w powietrzu zawisły nawet komarzyce polujące na krew... Jak ja ich nie lubię. Hiszpańskie wino, które uparcie kupował ślubny, mając w nosie moje smaki odnośnie tego, jest aromatyczne, lekko gorzkawe i delikatne, idealnie na dzisiaj. Zmieniają się i smaki? Hm... Opaliłam się już i czuję jakby od środka miała drugie słońce, które przypala każdy jeden centymetr mojego ciała. Ślubny się rozkosznie rozanielony zrobił. Zawsze lipiec nastraja go tak, czym tylko potwierdza moją tezę, że jednak faceci są dużo wrażliwsi i bardziej romantyczni od nas. Maleńczuk zmysłowo śpiewa tango notturno. Głos ma jak bóg młody. Właśnie zapaliłam latarenki na balkonie. Płomienie prawie nie drgają. No i po co mi deszcz? Jest dobrze... klik

środa, 1 lipca 2009

zabawa w arbuza

   Nie wiem, ile człowiek może zjeść arbuzów, ale ja dużo. Lubię. Słodkie, soczyste, można zmrozić. Pychota! Nie jem nic poza nimi. No jeszcze mocno słone pomidory. I wino. Ulubione. Wieczorem. Z wodą mineralną. Niebo w ustach. Upał. Czuję, jak mi się na powierzchni skóry skrapla ten gorąc i w postaci potu pokazuje się w okolicy krtani. Łaskocze. Za dwie godziny będzie u mnie Aśka - jedna z naszej piątki, bo właśnie zadzwoniła, że "mam jutro wolny dzień i dawno się nie widziałyśmy, więc mogę?" Może. Zawsze. Jak jeszcze kilka innych osób. Pewnie zaraz wsiądzie do pociągu. Ulubione chłodzi się. Arbuz też. Nie mam pomysłu na kolację. Sofę odkurzyłam dokładnie. Balkon będzie odpowiednio naparowany i nagrzany po całym dniu słońca, aby na nim usiąść i tak pogadać o wszystkim i o niczym. To o niczym jest nawet ciekawsze... Ej kiczi kiczi kiczi aleale cziczi...

poniedziałek, 29 czerwca 2009

facet w wieku, czyli jak być jędzą

- Moja córka ma chłopaka - dramatycznie oświadczyła Anka, przybierając pozę nieco przerażonej mamuśki i jednocześnie robiąc buzię w ciuk, sygnalizując, że nie wie "co z tym fantem zrobić".
- Nooooo - orzekłam idiotycznie, a moje nad wyraz wymowne stwierdzenie dotyczyło zarówno faktu, że zapięłam na się dżiny w rozmiarze 36, a takie nosiłam ostatnio na pierwszym roku studiów, jak i faktu, że będąc w owym magicznym wieku lat osiemnastu, którego właśnie doświadcza jej córka, też miałam chłopaka i nikt nie robił z tego halo i to normalne jest. Ciuk Anki się wydłużył. Coś tam sarknęła, że "zobaczę" - no zobaczę i to niejedno, ona też i co wobec tego, ha? Za to jak tylko do niej wtaszczyłyśmy się, bo pani musiała jeszcze nabyć arbuza o wadze siedem i pół kilograma, Anka jak nawiedzona rzuciła się do komputera, odpędzając od niego drugą z córek, która namiętnie zabijała jakieś monstra.
- Nooooo? Zobacz! - pokazała mi jakąś twarz na n-k.
- Urodziwy to on nie jest i trochę staro wygląda... - się mi wyrwało znaczy, ale nastolatek prawdziwie dziwną urodę ma.
- Bo on stary jest! W twoim wieku jest - tutaj to już zdecydowanie Anka przegięła. W moim, to wcale nie znaczy, że stary przecież. Z mojego punktu widzenia, to on nawet zbyt młody i pozbawiony doświadczenia życiowego - a niech będzie, że tak ładnie to nazwę. I wtedy furię zobaczyłam i usłyszałam, że jak jeszcze raz powiem, że to gówniarz (chociaż niczego takiego nie powiedziałam), to ona mi kawy więcej nie zrobi. No to nie powiedziałam... Kawa ważniejsza od jakiegoś tam.
- No i wyobraź sobie, że ten staruch w twoim wieku - Anka nadal przesadzała znacznie, podczas gdy ja kroiłam arbuza, zalewając sokiem cały blat i usiłując przenieść rozmowę na poziom: łyżeczką, widelcem, czy zębami brudząc policzki - zawrócił w głowie Ewie do tego stopnia, że ja już tego nie kontroluję.
- Aaaaaaa... - powiedziałam kolejne mądre coś - że niby ona to na poważnie wzięła, tak? - No błyszczałam po prostu. Intelekt na poziomie blondynki w wieku "nastolatka" z n-k. Brzydkiego w dodatku jak siedem nieszczęść. - Pokaż no go raz jeszcze - zawyrokowałam - musi w sobie mieć coś.
- Coś... - Anka zła jak osa nie ustępowała - to on może i ma, ale niech jej tego lepiej nie pokazuje - Anka postanowiła być wulgarną. Ale ponieważ ja miałam już widelec i arbuza, było mi to obojętne. Niech sobie będzie, jaka być chce. Ale ta się uparła na mnie i kontynuowała - No powiedz, że to normalne????
- Normalne to to nie jest, ale nie zmienisz niczego. - Udało mi się zbudować wypowiedź.
- Ale on stary jest! - uparła się jak nic ta kobieta... - I powiedz sama: czego ty nie masz, a ona ma! - tu Anka przegięła, ale postanowiłam się zastanowić - wulgarną być nie chciałam, bo nie lubię, więc myślałam intensywnie, aby coś znaleźć. Przecież wiadomo, że ja wypadam znacznie lepiej i w ogóle to porównanie bez sensu jest, ale czego się nie zrobi, aby Ankę uspokoić...
- Noooo... - normalnie mnie samą już to drażnić zaczęło, że taka elokwentnam - no ja nie mam hamulca w cynizmie i nie mam litości w rujnowaniu finansowym męża na...
- Bingo!! - krzyknęła niemalże Anka z iskrą w oku - umówię was jutro gdzieś, porozmawiaj z nią i wtłucz do mózgownicy, że fajnie być zołzą, to może on się wtedy zniechęci... - no dzień dobroci dla mnie jak nic z jej strony!

                                ****
- ... zołzowatość przychodzi wam z wiekiem przecież, więc ona nie ma szans... - zawyrokował ślubny. Nie ma to jak miłe słowa od męża wieczorkiem... A swoją drogą, faceci to jednak dziwny twór... Chociaż znam trzy związki z dużą różnicą wieku. Zanim się porozwodzili, stanowili baaardzo dobrane pary...

... uffff... nie lubię wkładać palców między drzwi... klik

damsko-męskie, czyli małżeńskie

ja: ty to mnie musisz lubić w czasie egzaminów, co?
ślubny: w ogóle jakoś cię lubię

                                ***

ja: wiedziałam, że tak to się potoczy!!
ślubny: bo ty... jesteś...wiedźma jesteś... miałem powiedzieć "czarodziejka", ale to nieładnie brzmi...

                                ***

ślubny: no i z czego to tak się śmieje ostatnio i śmieje i nawet się nie obrazi... a człowiek tak się stara i nic...

                                ***

ja: ooooo a co się stało, że postanowiłeś mi pomóc ścielić?
ślubny: przecież zawsze ci pomagam
ja: nieprawda! w tym tygodniu od dwóch tygodni mi nie pomagałeś
ślubny: no tak... racja... to było niemożliwe

piątek, 26 czerwca 2009

asany i kuszenie życiem, czyli ja naga

    Pani przeciąga się leniwie... Bardzo leniwie. Mięśnie bolą tam i ówdzie jeszcze, ale dzięki temu pani wie, że żyje, że jeszcze jest... panią... Nie wiem tylko, czy zrobić koci grzbiet i prychnąć niby od niechcenia, mając świat w poważaniu, czy z uśmiechem zawisnąć głową w asanie psa. Kusi i jedno i drugie. To drugie lepsze. W psie z głową w dół mogę mieć świat opływający i pędzący przed siebie beze mnie. Mogę go obserwować ze zdziwieniem i zupełnie bez zakłopotania.
- Będziesz naga? - zapytał zdziwiony lekko mąż mój własny i osobisty, kiedy założyłam dzisiaj letnią sukienkę na ramiączkach. Taaaak... Chcę być naga i taka jestem od zbyt dawna. Pies z głową w dół... Pomaga. Myśli krążą inaczej. Ziemia jest niebem, niebo też jest niebem. Po co mi napierśniki i gorsety?  Jest lato.  A bluzek białych zakładać teraz nie zamierzam. Czarne  też odłożyłam na dno komody. Kupiłam mateiał na kolejne sukienki. Łączki. Przywieram do ściany i odginam się, rozluźniam lędźwie, kręgosłup przyklejam idealnie... Co daje prawie perwersyjne uczucie przyjemności. Niebo jest niebem, ziemia nadal ziemią nie jest... I niech tak zostanie. klik

ona, czyli (chyba) ja

    Niebo w powiatowym jest pomarańczowo-różowe. Powietrze stoi w miejscu i nawet nie próbuje drgnąć. Róże pachną jak oszalałe. Mało kwiatów jeszcze, ale te, które są, nadrabiają intensywnością. Pelargonie zwisają coraz dłuższe i dłuższe i dziwnie pomarańczowe. Weszłam w inną kolorystykę. Opętał mnie pomarańcz i seledyn i biel. Gdzie ja? Nie wiem. Ta w seledynie i bieli to pani z innej bajki. Ale w bajce owej pachnie nadintensywnie i niebo nieco przeraża. Chmury stają się prawie fioletowe, ale nie grożą burzą. Latarnie uliczne na mojej uliczce już włączone. Cudne kule. Lubię je i tę pozorną ciszę i hałas dobiegający ze środka powiatowego deptaka. I pozorny bezruch. W tle klik, a w ręku ulubione i szron na szkle. Krople się materializują i spływają po cieniutkiej nóżce pokonując najpierw moje palce. Nigdy za nią nie trzymam. Zawsze za czaszę. Lubię pewne dotyki. Głaski są miłe, ale pozostaną tylko głaskami. Da się żyć bez nich. Pachnie mi latem. A to zapach miły dla mnie. Jutro drań ląduje u najszczęśliwszej i rodzica mojego płci męskiej. A my... my też lądujemy. W kilku miejscach naraz i na imprezie takiej bezdzietnej i przy dobrej muzyce, bez szykowania dań na ciepło. Jak ja lubię lato... Tylko dlaczego w to lato jakoś wkrada się niepostrzeżenie poczucie dorosłości? Nigdy go nie miałam w takim stopniu. Może nadania, stopnie, zobowiązania zaczynają docierać do mnie. A może czas odświeżyć miotłę i polatać tak po prostu? Jeszcze nie wiem. Na razie słucham, sączę, planuję, cieszę się i... nie... nie pocę się od parnego powietrza, czyli ta ona to jednak ja...

czwartek, 25 czerwca 2009

o znaczeniu znaków ze znakami w tle

   Ponieważ emocje chodzą u mnie parami, wczoraj wieczorem dowiedziałam się, że dzisiaj rano ślubny musi jechać do stolicy. Prawdopodobnie mówił o tym wcześniej, ale wcześniej to ja niczego nie kodowałam... No i zostałam jak ta gapa z mnóstwem dodatkowych czynności do wykonania, a przecież wszyscy wiedzą, że przed egzaminem to człowiek jest w stanie robić tylko jedno - stresować się. W dodatku najszczęśliwsza zadzwoniła o szóstej rano z radą abym coś zjadła, póki jeszcze mogę przełknąć i nie przyjmowała do wiadomości, że ja to już kawy nie przełykam, a droga niedługo po niej dołożyła swoje informacją, że już zaczynają trzymać kciuki. Nieźle powiem... A myślałam, że to ja jestem pokręcona... Jak widać mamom też niczego nie brakuje w moich sytuacjach stresowych. A potem to już poszło... Tylko w kwiaciarni nie mogłam się zdecydować na kolor róż, więc wybrałam białe. I jak już kwiaty były pakowane w papier zauważyłam, że nie mam wielgachnego segregatora ze wszystkim. No i? Wracać się, czy nie wracać? Wracanie się pecha przynosi, ale ja muszę zawsze przy sobie swoje bazgroły mieć, więc wyciągnęłam klucze i zostawiając resztę pognałam do domu. Pan w kwiaciarni przypilnował potem, abym zabrała wszystko. Nawet parasolkę i obiecał kciuki trzymać. W przeciwieństwie do podłoty, który się od tego próbował wymigać. I dopiero jak zobaczyłam uciekający autobus przypomniałam sobie, że ponoć białe róże pecha przynoszą. Na ślubach co prawda (a ja miałam, a jest mi dobrze), ale jeśli na ślubach, to czemu nie na egzaminach? Lekkie nagięcie przesądu... Pecha przynoszą też dwie dziewiątki. Tak przynajmniej tłumaczyłyśmy sobie w liceum, zakładając równocześnie, że szczęście dają dwie szóstki. Nie pytajcie dlaczego - nie wiem. I nagle wszędzie zaczęłam zauważać dwie dziewiątki. Ba! świat się dwoma dziewiątkami stał! Gdzie nie spojrzę - dziewiątki. No to po mnie... dziewiątki, róże, wrócenie się do domu... Nastawienie miałam zatem bardzo pozytywne. Taaak... nie ma to jak pozytywne myślenie i pewnie to właśnie dzięki niemu, kiedy już wszystko ułożyłam, ustawiłam, naszykowałam i kompletnie nie wiedziałam nawet tego, jak się nazywam, usłyszałam cztery najbanalniejsze pytania i uzyskałam maksymalną ilość punktów.
Taaak... to pewnie przez te białe róże, dziewiątki i wrócenie się. Do kompletu co prawda zabrakło czarnego kota przebiegającego drogę, ale tego mam własnego, udomowionego, plączącego się nagminnie pod nogami i stłuczonego lustra, ale to akurat dla mnie nie problem. Nie ma to zatem jak znaki...

A teraz razem z draniem wcinamy tiramisu lodowe. Jeśli kierowałabym się znakami, za oknem powinna być zima, ale jest burza i... podwójne szóstki. Ale te mnie już nie obchodzą. Taaak... pewnie dlatego ich tak dużo. Podobnie jak różowych róż na balkonie. Mszyce je w tym roku ominęły - chyba lekarstwem na mszyce jest po prostu brak czasu na pielęgnowanie kwiatów.
Znakiem tego zaczęłam wakacje! Ha! klik

środa, 24 czerwca 2009

"tak się uczyta i uczyta i...

    ... i czasu na życie nie mata..." skwitował mój dziadek, kiedy dowiedział się, że jutro mam egzamin. W dodatku ważny dla mnie. A ja sobie tak po prostu spontanicznie zaszalałam w październiku i rozpoczęłam realizację projektu w myśl zasady, że uda się, albo nie, ale spróbować warto. Zawsze warto, a kiedy jest ryzyko - jest zabawa, więc czemu nie spróbować? No tak... To w takim razie dlaczego mam już dzisiaj i to od rana ścierpniętą skórę na tej części ciała, gdzie plecy swoją nazwę szlachetną tracą? Świat się nie zawali przecież. Niby. Ale gwarancji nikt mi na to nie da. Papierologia mnie przeraża, a od kilkunastu tygodni przekładam sterty dokumentów i ustaw z miejsca na miejsce. Komoda nawet zawalona papierzyskami, a ja dodrukowuję kolejne i ośmielam się robić na nich notatki. Drań już dawno się zorientował, że zakreślacze są moje i muszę mieć koniecznie i jeden i drugi - inaczej myślenie moje ucieka gdzieś.
Hm... mam swoje zakreślacze i ołówek i pióro i długopis i ściskam to towarzyswo w dłoni i kompletną pustkę w głowie mimo tego też mam i nie umiem już nic a nic. I niczego nie wiem. Normalnie szok. Za to poprasowałam sterty tego, co się uzbierało, umyłam wszystko w domu, co się umyć dało, pralka prała dzisiaj cztery razy. Dziwne... jak się tak uczyta, to jednak czas mata, bo wymówek szukata... Ano... wracam do ustaw. Brr... już wiem, dlaczego nigdy mnie prawo nie pociągało.

   A najgorsze, że już ślubny zakupił na jutro ulubione i rodzice z teściami szykują się na gratulacje... Booossszzeeeee. Toż to presja i mus - przymus a nie zabawa. klik

sobota, 20 czerwca 2009

o tym i o owym, czyli wakacje

    Pani właśnie opycha się kasztankami i myśli. I pije kawę. Z mlekiem. Myśli intensywnie i zupełnie o niczym ważnym. W tle już wakacje. I deszcz. Duszno jest bardzo w powiatowym dzisiaj. Bardziej niż bardzo. Coś jakby wisiało w powietrzu. Za plecami i nad głową. Te kasztanki są obrzydliwie słodkie i przecież nie lubię słodyczy, ale dzisiaj mi dziwnie smakują. I głowa mnie boli. Makabrycznie. Wczoraj było zakończenie roku uroczyste. Wcześniej klasy trzecie wyfrunęły w świat. Rozczuliłam się. Niby moją trzecią miałam przez rok tylko, a jednak jakoś coś pod powiekami szczypało, jak się żegnaliśmy. Co im można powiedzieć na koniec? Nie wiem i nie wiem już nawet, co powiedziałam. Za dużo emocji. Uroczyste zakończenie, uroczyste słowa, uroczyste miny. Jakoś tak...

Uff... zasłodziłam się. Drań tworzy pułapki i musimy w nie wpadać. Wczoraj natomiast impreza zaskoczyła mnie rozmachem i całą resztą. A ponieważ cała reszta trudna do opisania, na samym jej stwierdzeniu poprzestanę.
Kto mi wypił kawę? Nie możliwe, żebym taki kubeł sama... To przez te kasztanki. Idę pod prysznic, a potem na spacer taki po prostu. Ale duchota... uff... klik

wtorek, 16 czerwca 2009

oops!

    Drań obudził mnie dzisiaj dwa kwadranse przed 5 rano. I nawet rezolutnie tłumaczył, że nocy już przecież nie ma... Dyskusja tyle abstrakcyjna co jałowa o tej godzinie między nami, więc się poddałam - fakt, nocy już nie ma.
Akurat ślubny cichutko wymykał się z domu, udając, że już dawno wyszedł, coby drań nie zauważył, iż tata jeszcze w domu jest i zaproponował zabawę zadając jednocześnie tysiąc pytań z gatunku trudnych, kiedy drań zażyczył sobie coś do przekąszenia, poprzedzając swoje żądanie pytaniem, czy jest już coś w telewizji i co jest do jedzenia dla niego. Wtedy definitywnie straciłam nadzieję, że jeszcze da się go utłamsić i zaczęłam mobilizować się do wstania, wymieniając śniadaniowe specjały draniowe, kiedy drań zażyczył sobie zestaw o nieco egzotycznej recepturze. Kiedy dwukrotnie usłyszałam, że moje dziecko chce zjeść banana z ogórkiem świeżym, postanowiłam wstać nie zadając pytań i uznałam, że tydzień ów jednak do tych łatwiejszych należeć nie będzie. Ślubny w progu co prawda rzucił jeszcze z nadzieją, że pewnie dam radę ululać jeszcze łobuza i życzył mi dnia miłego, czego ja już pewna nie byłam.

    ... dochodzi 6.30... Drań śpi. Utłamsił się sam przy teledyskach na stacji muzycznej, na którą łaskawie się zgodził widząc, że bajek nie ma jeszcze. Ja wypiłam dwie kawy i po trzecią boję się iść do kuchni. Koty patrzą na mnie zrezygnowane. Przegląd prasy wypadł niesłychanie nieciekawie. Prześladuje mnie: klik - i tu zadrżała mi ręka wklejająca link... A do tego przede mną wizyta u lekarza. Prywatna. Ale w powiatowym to przeżycie równie stresujące...

Idę po kawę. Tym razem jednak mlekiem jej nie potraktuję...

czwartek, 11 czerwca 2009

głaskanie kotka za pomocą młotka...

    ... czyli pani zastanawia się, co się dzieje wokół.
Od poniedziałku zaczęłam oddychać. I chodzić popołudniami z dzieckiem własnym na plac zabaw. Miło tak się odmóżdżyć. Jakoś łatwiej wtedy zaakceptować pewne sprawy. Taki bałagan w domu na przykład ten i tamten. Bałagan taki w dodatku, który robią chyba u mnie krasnoludki tudzież inne nieludzie. Takie kilka kubków po wszystkim, stos ściereczek, papierzyska i inne niezbędne do życia rzeczy, do których nikt się nie przyznaje. Okna od strony mieszkania brudzą również te krasnoludy, a ostatnio to nawet drzwi do pokoju czymś upaprały i stłukły ulubiony talerzyk. Mój ulubiony. Gdyby nie był to mój ulubiony, pewnie bym na nie taka zła nie była. Łatwiej zrozumieć również to, że do szkoły obecnie przychodzą jedynie nauczyciele i w większości siedzimy sobie w pokoju nauczycielskim i produkujemy papierologię. A dlaczego produkujemy?... Taaak... to bardzo dobre pytanie. A dlaczego sami jesteśmy? No bo uczniowie uważają, że już przychodzić do szkoły nie muszą. Łatwiej zrozumieć też fakt, że w wieku obecnym dowiedzialam się, że jestem uczulona i ukąszenie komara może spowodować u mnie np. odrętwienie stopy i powiększyć mi ją do rozmiarów znacznie poza normę wykraczających.
Ale jednak odmóżdżenie nawet absolutne nie daje odpowiedzi na pytania typu: dlaczego mamy dwie rady z rzędu jednego popołudnia bez wcześniejszej informacji, albo dlaczego znać się dla niektórych oznacza siedzieć sobie notorycznie na głowie i dawać dowody istnienia. Ale ja się ponoć czepiam. Od wczoraj się czepiam. A przynajmniej od wczoraj wiem o tym... klik

PS. No a teraz biegnę po kawę i idę do Was w odwiedziny :)

czwartek, 28 maja 2009

pomiędzy tym co było, a tym co będzie

    Wakacje za progiem już... Tak tuż, tuż. Prawie je widać. I czuć. Pachnie wokół truskawkami, a te dla mnie zapowiedzią wakacji były zawsze. I czerwca. Właśnie... czerwiec za progiem. Od tygodnia widzę w ogródkach piwonie. Już są i one. Za tydzień dostanę właśnie je. Śmieszna ta nasza prywatna tradycja, którą rodzice podtrzymują i ślubny, ale miła.
Dzisiaj popatrzyłam zdziwiona na dzienniki. Zniszczone. Zatarte leciutko, ale zauważalnie, napisy. Popękane gdzieniegdzie grzbiety. Pozaginane kartki. Wystawione czarno na białym oceny proponowane... Posadzka nadal jeszcze odbija stukot obcasów, ale już lżej i jakby z oddali, bo i lżejsze buty i cieńsze obcasy. W pokoju nauczycielskim barwniej. Więcej czerwieni i pomarańczu. Nie czuć tak intensywnie zapachu kawy. Jeszcze tylko rozstrzygnięcie dwóch konkursów. Jeszcze tylko papierologia i trzy rady. Jeszcze tylko...
Hm... pyszne te truskawki. Zaczęłam zwalniać powoli. Wieczory znowu poświęcam w całości draniowi. Spaceruję częściej z psiakiem. Piję więcej zielonej herbaty i białej. Wróciły białe filiżanki do łask i te z makami.
    Za trzy tygodnie będę popijać ulubione i przestawiać się na inny wymiar. I pewnie będzie mi brakować tego pędu i tego kurzu i drapania w krtani od kredy. I tego specyficznego hałasu też mi będzie brakować.
... już mi brakuje. Chyba. Ale cieszę się... klik

niedziela, 17 maja 2009

damsko-męskie, czyli małżeńskie

ja (wołając z kuchni): Czy jest tu jakiś mąż? Może być mój.
ślubny: jak może być i twój to ok

                             ***

ja: umówiłam się z fryzjerką...
ślubny: wiedziałem, że coś kombinujesz
ja: ... i zmienię kolor na platynowy
ślubny: ten już masz

                            ***

ślubny: jesz kochanie, czy od razu mogę wszystko wyrzucić?

przy niedzieli o sobocie

     Idź w sobotę na zakupy z najszczęśliwszą, żeby pobuszować w sukienkach i butach, to spotkasz podłotę w centrum handlowym. (A niech się cieszy, że o nim piszę, chociaż i tak narzekać będzie pewnie, bo to podłota.) Co więcej - najpierw skrytykuje, że mam więcej siwych włosów, niż miałam, a potem rzuci miły komplement, że widać po mnie zmęczenie. No tak... Znaczy wczoraj byłam na zakupach. Nie kupiłam koturn, bo te, które mi się podobały, były tylko w wersji żółtej, a aż tak źle ze mną nie jest jeszcze. Nie kupiłam też żadnej sukienusi, bo albo zbyt krótkie, albo z falbanką. A ja chciałam klasyczne takie, albo z fałdami. Czy jak im tam tym takim szerszym plisom... Hm... z najszczęśliwszą się bardzo dobrze plotkuje, a i kawa smakuje dobrze. Co więcej, przy niej wiele spraw schodzi poza margines tego, co istotne. Odpoczęłam. Tak.
Za to wieczorem byliśmy w teatrze po odstawieniu drania do najszczęśliwszej i rodzica mojego płci męskiej. Drań się cieszył, że śpi u dziadków. My też się cieszyliśmy, że drań śpi u dziadków. A i oni cieszyli się, że drania mają. Ślubny co prawda od czwartku wspominał, że w garniturze nie idzie, ale wczoraj się jakoś tak za koszulę garniturową złapał i krawat, więc co mu będę przypominać, że jeszcze niedawno głupoty jakieś wygadywał? Dlaczego lubię facetów w garniturach? Nie wiem. Ale lubię. I lubię, jak za dużo wody po goleniu wyleją na siebie. No tak. A najzabawniejsze jest to, że do tej wody to ja jednodniowy zarost zawsze chcę. Ale kto powiedział, że ja nieskomplikowana jestem? 
Ale przede wszystkim lubię teatr. Lubię spektakle, które kończą się późno, ponieważ po wyjściu ze spektaklu można wejść w noc i czuje się jeszcze tę specyficzną atmosferę. Jedyną w swoim rodzaju. Można iść wtedy spacerkiem i być w absolutnie innym wymiarze. Inny smak ma wtedy też ulubione i jakiś inny wydźwięk mają rozmowy. A ze ślubnym cudownie się rozmawia o wszystkim. Mogę bezkarnie paplać bzdury i mogę całkiem poważnie i emocjonalnie się podniecać czymś dla mnie ważnym i tym zupełnie obojętnym też. To obojętne jest z reguły najdokładniej rozstrząsane. No i można założyć te najwyższe obcasy. Taaaak... klik

poniedziałek, 11 maja 2009

zaplecze i cała reszta, czyli jak pani powoli zaczyna podążać we właściwym kierunku myślowym

    O tym, że znowu nie położę maseczki z glinkami na twarz, bo jest już zbyt późny wieczór, myślałam przez kolejne dwa tygodnie przy zmywaniu makijażu przed kąpielą. Glinki potrzebują przecież swoich skrupulatnie odmierzonych minut i nie lubią pośpiechu. Prawdopodobnie padnięcia na twarz wymazaną nimi też nie lubią. Dlatego właśnie wolałam nie eksperymentować. O tym, że bardzo odrosły i jeszcze bardziej posiwiały mi włosy, poinformował mnie drań, kiedy pewnego ranka w jednej ręce trzymałam suszarkę, w drugiej kubek z kawą, a wzrok skupiałam na jego samodzielnym myciu ząbków. Ale już o tym, że drań wyhodował w sobie mononukleozę dowiedzieliśmy się od lekarza, jak i o tym, że na szczęście skontaktowaliśmy się z nim pierwszego dnia gorączki, więc będzie wszystko dobrze, ale leki musiały póki co dostać stałe miejsce w kuchni na półce, a morfologię trzeba będzie powtarzać jeszcze wielokrotnie, żeby kontrolować krwinki. Przewrotne te krwinki są. Natomiast o tym, że dostaję dodatkowe pół etatu i muszę je wziąć, zostałam zawiadomiona dzień wcześniej przez dyrekcję.
Może to dlatego od jakiegoś czasu poranną kawę piję o siódmej rano na zapleczu przy komputerze i słownikach, albo stertach reprodukcji, a po zakończeniu lekcji siadam tam właśnie w fotelu z twardymi poręczami i gapię się na różowe zasłonki, które do tej pory wydawały mi się obrzydliwe, a teraz stały się całkiem obojętne? Może również i dlatego drzwi wejściowe do domu otwieram uparcie kluczem od pracowni, bo jakby częściej go od tego domowego używam. Nie wiem już sama, ile w tym wszystkim maja i roztargnienia, a ile zmęczenia.
Może to również dlatego przez dwa kolejne dni razem ze ślubnym i draniem pławiłam się w mikroklimacie, tudzież ciepłej wodzie. Sauna swoje zrobiła. Lubię parową. Bardzo. Wilgotność jest tym, co czyni cuda z moim ciałem i płucami i myślami. Taaak... Tylko bolą mnie ramiona. Dawno nie pływałam. Człowiek zdziczał jakby trochę jednak. Ale po lesie chodzę bez problemu i asany mogłam składać bez większego wysiłku. I może też to wszystko razem wzięte zaważyło na tym, że chodziłam boso i mokłam podczas burzy i wcale mnie to nie drażniło, ani nie ziębiło. Ba! nawet było mi zupełnie obojętne, czy włosy ułożą się tak, czy inaczej i czy na twarz będzie kapał deszcz, bo włosy od piątku układały się same, a makijaż był mi obcy przez dwa dni ostatnie. Być może na to wszystko wywarła swój niepowtarzalny wpływ pogoda i aura? A może to choroba rodzica płci męskiej goni mnie do pracy, żeby nie myśleć, bo myślenie o tym przeraża? Może to i przez jego kolejne złe wyniki i wieści o stanie zdrowia ślubny każdą wolną chwilę wypełnia mi kolejnym pomysłem i myśli za mnie? Nie wiem. Sama już nie wiem. Jest mi dobrze i ciężko jednocześnie. Dzisiaj usłyszałam od najszczęśliwszej o kolejnych wynikach. Złe. Gorsze, niż przewidywaliśmy. Zaraz siadam do sprawdzania sprawdzianów i zajmę się przygotowaniem lekcji otwartej. W sobotę idziemy do teatru. "Pani profesor, ale my mamy lekcję w siódemce, a pani otwiera szóstkę, a to zaplecze jest." No tak... dobrze mieć zaplecze.
Siostra ślubnego radziła mi ostatnio nagiąć się trochę do pewnych spraw. A co wtedy, gdy pewne sprawy w obliczu innych zaczynają być obojętne? Czy obojętność wyrasta samoistnie? Czy aby nie potrzeba zawsze dwóch stron i obustronnych relacji? Nie chce mi się. Co inne jest ważne. Priorytety zmieniają się, emocje również, z czasem i walka śmieszy, a nadgorliwość i animozje denerwują. Mam najszczęśliwszą, ślubnego, drania i zaplecze. I chyba powoli zaczynam rozumieć, co jest dla mnie najważniejsze. klik