... potwierdza każdy sen o palmach (...)" Tak, nasze bycie tu, w tym kraju, który podobno atrakcyjny nie jest i tu w tym mieście, które podobno umarło dawno temu, potwierdza nasz każdy sen o Arkadii. W momencie, gdy wszyscy zaczęli wyjeżdżać za granicę, albo ukorzeniać się w mieście dużym, my wrócilismy do powiatowego. Emigracja, bo tak to jednak trzeba określić, jest nie dla mnie. Mogę pojechać na wakacje i zwiedzić dogłębnie każdy kraj. Kocham kulturę europejską i cenią ją bardzo wysoko. Doceniam osiągnięcia kolebki cywilizacji środziemnomorskiej i kulturę celtycką. Tylko jakoś tutaj, w tym cichym zakątku Europy jest mi najlepiej... Mam tych swoich krzykaczy etetowych w rządzie, mam te swoje absurdy polityczne i cudy gospodarcze. Nie martwię się o większość spraw, nie muszę czuć się gorsza. Tak, właśnie, tak to zawsze chciałam nazwać. Niestety większość osób, ktore wyjechało do pracy za granicę, grupuje się w środowisku rodaków, bo tak bezpieczniej, bo tak można się wspierać, bo tak można tworzyć kręgi zamknięte i pewne. Bo w tychże każdy zrozumie ból...
Nie chcę tej sprawy generalizować, bo nie zawsze tak ona wygląda, ale jednak z takimi w większości przypadkami mam do czynienia.
A dlaczego o tym piszę? Bo kolejny raz koleżanka zadała nam pytanie, po co tutaj tkwimy? My tutaj nie tkwimy... My tutaj żyjemy, zapuszczamy korzenie i rozkwitamy. Mamy swój świat i czystą wodę. Mamy duże terytorium do życia i wszędzie blisko. Dwulatek ma dziadków na każde zawołanie, a oni mają nas. Mamy rodzinę, która się wspiera i żyje obok siebie. Mamy swoje sny o palmach, każdy je ma... Ale te sny, potwierdzają tylko słuszność naszego wyboru. Szkoda bowiem byłoby, gdyby sen wspaniały stał się koszmarem... A palmy wyrosnąć mogą wszędzie - wystarzczy tylko stworzyć odpowiednie dla nich warunki ;)
sobota, 30 czerwca 2007
czas (19.04.2007 r.)
Nauczyłam się czas kontemplować.
Czas liczę, mierzę, tracę
i podziwiam.
Wyznacza moje życie,
moje szczęście,
mnie.
Nauczyłam się czasem zachwycać.
Rządzi wszystkim.
Nieubłaganie.
Do wyjścia
mnie wiedzie.
Czas liczę, mierzę, tracę
i podziwiam.
Wyznacza moje życie,
moje szczęście,
mnie.
Nauczyłam się czasem zachwycać.
Rządzi wszystkim.
Nieubłaganie.
Do wyjścia
mnie wiedzie.
piątek, 29 czerwca 2007
robactwo niepoczciwe
Ja tu sobie Niemierkę zakuwałam, klasyków rozważam, Brechtem się delektuję i już śmiało gromadzę książki, które zaraz pochłaniać zacznę, a tymczasem moje róże piękne, przepiękne są przez mszyce wpierdzielane!
No trzasnęło mnie, jak to zobaczyłam!!! Robactwo paskudne i niepoczciwe nic a nic.
Grzecznie odejść nie chce i kwiaty niszczy! Uh... jak ja mszyc nie lubię! Jak się tutaj ich pozbyć? Mydłem i wodą róże polałam, jakimś cudo - środkiem spryskałam, a i tak prawie do naga musiałam pościnać.
Zaraz siądę na balkonie i płakać zacznę... Hm... będzie to płacz pośród róż...
No trzasnęło mnie, jak to zobaczyłam!!! Robactwo paskudne i niepoczciwe nic a nic.
Grzecznie odejść nie chce i kwiaty niszczy! Uh... jak ja mszyc nie lubię! Jak się tutaj ich pozbyć? Mydłem i wodą róże polałam, jakimś cudo - środkiem spryskałam, a i tak prawie do naga musiałam pościnać.
Zaraz siądę na balkonie i płakać zacznę... Hm... będzie to płacz pośród róż...
seks na odległość
No i przypomnial mi się dowcip ;D Tak mnie natchnęłyście hihihihihihiii
Oto on:
- Czy seks na odległość jest możliwy?
- Jest możliwy. O ile dlugość jest większa niż odleglość...
Oto on:
- Czy seks na odległość jest możliwy?
- Jest możliwy. O ile dlugość jest większa niż odleglość...
wreszcie jak dawniej
- Przytulisz mnie?
- Przytulam cię mocno i na zawsze i nawet wtedy, gdy jestem daleko.
- Przytulam cię mocno i na zawsze i nawet wtedy, gdy jestem daleko.
czwartek, 28 czerwca 2007
dzień...
Wczoraj raniutko dwulatka umieściłam w pociagu i zabrałam w podróż. W podroż, jak się potem okazało sentymentalną okropnie. Jechałam spokojna już, opanowana, wyciszona, szczęśliwa, silna i pewna siebie i swoich decyzji. Jechałam piękna. Obudziłam się piękna. Zadziwiłam się rano patrząc w lustro. Noc mnie ewidentnie zmienila...
Przez okno pociagu obeserwowaliśmy migające obrazy. I wtedy to ię zaczęło. Każdy obraz to wspomnienie. Pilica... Rzeka zdradliwa... Brzozy. Uwielbiam je. Pisałam o nich, wiersze nawet popełniłam, znałam kiedyś wspaniałą kobietę, która została tu, bo brzozy nie pozwalały jej bez siebie żyć i ta tęsknota za nimi wygrała. Terminal... Tyle rozterek i oczekiwań i radości. Terminal, który o żalu hedonistycznym przypomina. O żalu? Żalu już nie ma. Jedynie wspomnienie hedonistyczne. A raczej świadomość hedonizmu własnego...
Warszawa przywitała nas wiatrem straszliwym i chmurami burzowymi, ale nagle i slońce się pokazało i powietrze zrobiło się przejrzyste mimo wiatru silnego. Ujrzałam to, co lubiłam najbardziej - kręgosłup tego miasta i kolor stalowej szarości - szarości szklanej i metalowej. I słońce coraz śmielsze wychylało i... zaczęło się... Aleje, Chmielna - ulica tętniąca życiem, chociaż sama nie wiem czemu, ale jedna z ulubionych moich. Na rogu Zgody słyszę jak ktoś za mną wola tłumiąc w sobie głos. Odwracam się. "Pani Agnieszka!? To naprawdę pani? Pani wróciła?" To Faltin. Wróciłam, mówię, wóciłam się pożegnać. Od dzisiaj już tylko gościem tutaj będę i wędrowcem. Mówię to i sama się swoim słowom dziwię i idę dalej. Magiczny sklepik na rogu już nie istnieje. Na wprost Foksal, ale muszę iść, bo mi spieszno tam... Skręcam w Nowy Świat. Ulica tworzy piękny łuk. Słońce pięknie odbija się w pastelach kamienic. Jest cicho. Cicho? Aż nie wierzę. Idę. dwulatek też nic nie mówi i jest cisza ogromna i to uczucie... Nagle wspomnienia znowu mnie ogarniają... Tu dowiedziałam się, że matką będę. Do myśli wracają słowa, ktore wtedy mężusiowi mówiłam. W myślach słyszę Annę Jantar i śpiewam dwulatkowi:
"Dzień - wspomnienie lata
Dzień - słoneczne ćmy
Nagle w tłumie w samym środku miasta
Ty po prostu ty " Dziecko patrzy na mnie podejrzanie, ale piosenkę lubi, więc ze mną śpiewa. Dochodzimy do Krakowskiego. Siedziba PAN. Pamiętam schody, które pokonywalam i piękny malinowy kolor chodników i pozłacane poręcze. Pamiętam zaliczenie staro-cerkiewno-słowiańkiego. Brama uniwersytecka. Hm... zapomniałam o tych rzeźbieniach... Stary BUW. Pamiętam szufladki i fiszki i rewersy i bałagan, kurz, zapadajacą się podłogę i magię i wiedzę i świadomość potęgi ludzkiego umysłu. Wydział mój. Zapach niezmienny. Zapach wspomnień... Idę śmiało i wpadam na miśkowatego pana z brodą. Ten pan to... " A co pani tu robi? Wraca do nas pani, pani Agnieszko? Już doktorat by pani zrobiła dawno!" To mój ukochany profesor i niepodważalny mój autorytet od literatury współczesnej. Uwielbiam tego faceta! I tę jego miśkowatość. I jego tembr głosu i te małe oczy, które wiedzą wszystko. Tak, odpowiadam, miałabym już dawno. Ale nie miałabym tego wszystkiego, co mam obecnie. "Czy wie pani, że nikt dotąd groteski nie podjął?..." zachęca, strofuje, żali się? Pewnie, że nikt nie podjął, bo groteska jest moja, tylko i wyłącznie moja, podobnie jak karczma i Grabiński.
Sprawę załatwiam szybciutko i sprawnie i w pokojach pełnych wspomnień, zaliczeń, zajęć, rozmów, dyskusji, wykładów, referatów, ludzi. "Pani magister?" To grupka studentów już dorosłych bardzo. Nie, nie pani magister, jestem przede wszystkim Agnieszka... to tylko tytuł... Tylko tytuł, który ginie w świecie...
Krakowskie Przedmieście... Od zawsze przygniatające mnie swoim ciężarem. Podobnie jak MDM. Przedmieście, Plac zamkowy. Tutaj rodzice brali ślub mówię dwulatkowi, a on patrzy i nie wie, co ja mówię takiego ważnego. Kamienice są piękne. Zapomnialam już, że one są takie piękne. Spotykam się tam z Agatą i podroż trwa nadal. Miodowa, PWN, starodruki, Ogród Saski... " Dzień - godzina zwierzeń
Dzień - przy twarzy twarz
Szuka pamięć poplątanych ścieżek
Lecz czy znajdzie nas "
Potem firma mężusia i niekończące się rozmowy z jego znajomymi. Kiedyś i moimi znajomymi. Wreszcie wyciągam go o nieprzyzwoicie wczesnej porze. Hm... nieprzyzwoitej?... "Tyle słońca w całym mieście
Nie widziałeś tego jeszcze
Popatrz o popatrz!
Szerokimi ulicami
Niosą szczęście zakochani
Popatrz o popatrz!
Wiatr porywa ich spojrzenia
Biegnie światłem w smugę cienia
Popatrz o popatrz!"
Warszawa pokazała nam się cała. Wiatr nawet nie przeszkadzał. Wydeptaliśmy ślady naszych stóp sprzed kilku lat i te sprzed kilku wieków. Było cudownie. Było nie - nostalgicznie. Było na nowo. "Łączy serca wiąże dłonie
Może nam zawróci w głowie też " Odnaleźliśmy dawne ślady i dawne plany. Dawne marzenia, pragnienia, siebie. Odnaleźliśmy ślady pocałunków i dotknięć. Wzruszenia serca i odwagę.
Jestem szczęśliwa, zrealizowana, spokojna. Spokojna, a nie pogodzona. Jestem na nowo. Nic się już za mną nie ciągnie. Mam cudowne wspomnienia i miejsca, do których chcę wracać, ale nie mam juz żalu... Jest mi dobrze!...
PS. Agata na powiitanie powiedziala mi, że jestem wiosenna i piękna. Nie mogę wygladać wszak inaczej ;)
Przez okno pociagu obeserwowaliśmy migające obrazy. I wtedy to ię zaczęło. Każdy obraz to wspomnienie. Pilica... Rzeka zdradliwa... Brzozy. Uwielbiam je. Pisałam o nich, wiersze nawet popełniłam, znałam kiedyś wspaniałą kobietę, która została tu, bo brzozy nie pozwalały jej bez siebie żyć i ta tęsknota za nimi wygrała. Terminal... Tyle rozterek i oczekiwań i radości. Terminal, który o żalu hedonistycznym przypomina. O żalu? Żalu już nie ma. Jedynie wspomnienie hedonistyczne. A raczej świadomość hedonizmu własnego...
Warszawa przywitała nas wiatrem straszliwym i chmurami burzowymi, ale nagle i slońce się pokazało i powietrze zrobiło się przejrzyste mimo wiatru silnego. Ujrzałam to, co lubiłam najbardziej - kręgosłup tego miasta i kolor stalowej szarości - szarości szklanej i metalowej. I słońce coraz śmielsze wychylało i... zaczęło się... Aleje, Chmielna - ulica tętniąca życiem, chociaż sama nie wiem czemu, ale jedna z ulubionych moich. Na rogu Zgody słyszę jak ktoś za mną wola tłumiąc w sobie głos. Odwracam się. "Pani Agnieszka!? To naprawdę pani? Pani wróciła?" To Faltin. Wróciłam, mówię, wóciłam się pożegnać. Od dzisiaj już tylko gościem tutaj będę i wędrowcem. Mówię to i sama się swoim słowom dziwię i idę dalej. Magiczny sklepik na rogu już nie istnieje. Na wprost Foksal, ale muszę iść, bo mi spieszno tam... Skręcam w Nowy Świat. Ulica tworzy piękny łuk. Słońce pięknie odbija się w pastelach kamienic. Jest cicho. Cicho? Aż nie wierzę. Idę. dwulatek też nic nie mówi i jest cisza ogromna i to uczucie... Nagle wspomnienia znowu mnie ogarniają... Tu dowiedziałam się, że matką będę. Do myśli wracają słowa, ktore wtedy mężusiowi mówiłam. W myślach słyszę Annę Jantar i śpiewam dwulatkowi:
"Dzień - wspomnienie lata
Dzień - słoneczne ćmy
Nagle w tłumie w samym środku miasta
Ty po prostu ty " Dziecko patrzy na mnie podejrzanie, ale piosenkę lubi, więc ze mną śpiewa. Dochodzimy do Krakowskiego. Siedziba PAN. Pamiętam schody, które pokonywalam i piękny malinowy kolor chodników i pozłacane poręcze. Pamiętam zaliczenie staro-cerkiewno-słowiańkiego. Brama uniwersytecka. Hm... zapomniałam o tych rzeźbieniach... Stary BUW. Pamiętam szufladki i fiszki i rewersy i bałagan, kurz, zapadajacą się podłogę i magię i wiedzę i świadomość potęgi ludzkiego umysłu. Wydział mój. Zapach niezmienny. Zapach wspomnień... Idę śmiało i wpadam na miśkowatego pana z brodą. Ten pan to... " A co pani tu robi? Wraca do nas pani, pani Agnieszko? Już doktorat by pani zrobiła dawno!" To mój ukochany profesor i niepodważalny mój autorytet od literatury współczesnej. Uwielbiam tego faceta! I tę jego miśkowatość. I jego tembr głosu i te małe oczy, które wiedzą wszystko. Tak, odpowiadam, miałabym już dawno. Ale nie miałabym tego wszystkiego, co mam obecnie. "Czy wie pani, że nikt dotąd groteski nie podjął?..." zachęca, strofuje, żali się? Pewnie, że nikt nie podjął, bo groteska jest moja, tylko i wyłącznie moja, podobnie jak karczma i Grabiński.
Sprawę załatwiam szybciutko i sprawnie i w pokojach pełnych wspomnień, zaliczeń, zajęć, rozmów, dyskusji, wykładów, referatów, ludzi. "Pani magister?" To grupka studentów już dorosłych bardzo. Nie, nie pani magister, jestem przede wszystkim Agnieszka... to tylko tytuł... Tylko tytuł, który ginie w świecie...
Krakowskie Przedmieście... Od zawsze przygniatające mnie swoim ciężarem. Podobnie jak MDM. Przedmieście, Plac zamkowy. Tutaj rodzice brali ślub mówię dwulatkowi, a on patrzy i nie wie, co ja mówię takiego ważnego. Kamienice są piękne. Zapomnialam już, że one są takie piękne. Spotykam się tam z Agatą i podroż trwa nadal. Miodowa, PWN, starodruki, Ogród Saski... " Dzień - godzina zwierzeń
Dzień - przy twarzy twarz
Szuka pamięć poplątanych ścieżek
Lecz czy znajdzie nas "
Potem firma mężusia i niekończące się rozmowy z jego znajomymi. Kiedyś i moimi znajomymi. Wreszcie wyciągam go o nieprzyzwoicie wczesnej porze. Hm... nieprzyzwoitej?... "Tyle słońca w całym mieście
Nie widziałeś tego jeszcze
Popatrz o popatrz!
Szerokimi ulicami
Niosą szczęście zakochani
Popatrz o popatrz!
Wiatr porywa ich spojrzenia
Biegnie światłem w smugę cienia
Popatrz o popatrz!"
Warszawa pokazała nam się cała. Wiatr nawet nie przeszkadzał. Wydeptaliśmy ślady naszych stóp sprzed kilku lat i te sprzed kilku wieków. Było cudownie. Było nie - nostalgicznie. Było na nowo. "Łączy serca wiąże dłonie
Może nam zawróci w głowie też " Odnaleźliśmy dawne ślady i dawne plany. Dawne marzenia, pragnienia, siebie. Odnaleźliśmy ślady pocałunków i dotknięć. Wzruszenia serca i odwagę.
Jestem szczęśliwa, zrealizowana, spokojna. Spokojna, a nie pogodzona. Jestem na nowo. Nic się już za mną nie ciągnie. Mam cudowne wspomnienia i miejsca, do których chcę wracać, ale nie mam juz żalu... Jest mi dobrze!...
PS. Agata na powiitanie powiedziala mi, że jestem wiosenna i piękna. Nie mogę wygladać wszak inaczej ;)
weryfikacja pragnień
Spędziliśmy wczoraj cały dzień w dawnych miejscach. W naszych miejscach. Uhm... było cudownie... I tak naszo i tak intymnie duchowo i tak wspaniale i dało poczucie podjecia właściwych decyzji. Może się uda? Na pewno się uda!
Tylko po tym pobycie w Warszawie i dreptaniu po dawnych ścieżkach wraca znowu tęsknota za czymś dawno, kiedyś tam zostawionym.
Uda się. Dzisiaj wiem to na pewno. Był mi potrzebny czas na podjęcie decyzji i zweryfikowanie uczuć naszych. Czas na zderzenie przeszłości z pragnieniami obecnymi. Osiągnięcia i sukcesy dawne skruszyłam miłością do teraz.
PS. Żaden żal hedonistyczny już mnie nie dopadnie. Nawet ławeczka w Ogrodzie Saskim normalnie już wygląda... Chyba...
Tylko po tym pobycie w Warszawie i dreptaniu po dawnych ścieżkach wraca znowu tęsknota za czymś dawno, kiedyś tam zostawionym.
Uda się. Dzisiaj wiem to na pewno. Był mi potrzebny czas na podjęcie decyzji i zweryfikowanie uczuć naszych. Czas na zderzenie przeszłości z pragnieniami obecnymi. Osiągnięcia i sukcesy dawne skruszyłam miłością do teraz.
PS. Żaden żal hedonistyczny już mnie nie dopadnie. Nawet ławeczka w Ogrodzie Saskim normalnie już wygląda... Chyba...
środa, 27 czerwca 2007
refleksja nad Brechtem
Dzisiaj również załatwiłam wszystko ;) Dwulatek szczęśliwy z wycieczki. Prosi o takie częściej. A w pociągu w ramach relaksu poczytałam dramat Brechta "Dobry człowiek z Seczuanu". Oj... rozkosz dla teatromana... Zastanowiły mnie jednak bardzo mocno słowa, które Bertold każe wypowiedzieć w jednej ze scen bohaterowi:
"Pragnę być blisko ukochanej osoby.
Nieważne, jaką cenę będę musiał za to zapłacić.
Nie dbam o to, czy moje życie będzie dobre, czy złe,
ani o to, czy ta osoba odwzajemnia moja miłość.
Jedyne, czego pragnę, to być blisko niej."
Hm...
"Pragnę być blisko ukochanej osoby.
Nieważne, jaką cenę będę musiał za to zapłacić.
Nie dbam o to, czy moje życie będzie dobre, czy złe,
ani o to, czy ta osoba odwzajemnia moja miłość.
Jedyne, czego pragnę, to być blisko niej."
Hm...
wtorek, 26 czerwca 2007
hihiihiihihiii
ZDAŁAM!!!!! O 8.40 już było po i wyszłam z 4. Hihiiiihiii tylko 4, bo na jedno pytanie lałam wodę, ale widać polalam i ciut na temat ;)
Teraz siedzę sobie u mojej organoleptycznej. Agata pichci obiadek, popijamy kawusię (i nie tylko) i jest mi cudownie i jestem zrelaksowana i mam podniesiony jeszcze poziom adrenaliny i wszystkiego. I jestem szczęśliwa!!!! I wszystko ułoży się po mojej myśli! Ale jutro muszę jeszcze raz tutaj przyjechać, ponieważ nie dało rady dzisiaj obejść całej biurokracji i na rozliczenie uprawnień muszę przyjechac jutro... Toż to pikuś! ;) Dwulatka w wózek i wycieczkę mu zrobię. Zrelaksowana... Ojjejejjjeeej jak mi dobrze...
PS. Dzięki za kciuki i myśli - bez nich pewnie nie poszloby tak dobrze.
Teraz siedzę sobie u mojej organoleptycznej. Agata pichci obiadek, popijamy kawusię (i nie tylko) i jest mi cudownie i jestem zrelaksowana i mam podniesiony jeszcze poziom adrenaliny i wszystkiego. I jestem szczęśliwa!!!! I wszystko ułoży się po mojej myśli! Ale jutro muszę jeszcze raz tutaj przyjechać, ponieważ nie dało rady dzisiaj obejść całej biurokracji i na rozliczenie uprawnień muszę przyjechac jutro... Toż to pikuś! ;) Dwulatka w wózek i wycieczkę mu zrobię. Zrelaksowana... Ojjejejjjeeej jak mi dobrze...
PS. Dzięki za kciuki i myśli - bez nich pewnie nie poszloby tak dobrze.
poniedziałek, 25 czerwca 2007
dzień przed
Jutro bardzo ważny dla mnie dzień. Taki możnaby powiedzieć - newralgiczny.
Już czuję podniecenie i nerwy i to, co czułam zawsze w obliczu takiej sytuacji...
Ale przypomina mi się również uczucie późniejsze - zadowolenia, spełnienia, ambicji, poczucia wartości. Uczucie przyjemne niesłychanie. Hm... jak to już dawno temu było, gdy te uczucia mnie ogarniały... Obym jutro mogła góry przenosić...
Zabawne, jak czasem jedna rzecz (wydawałoby się, że niekoniecznie istotna) może zmienić całe życie.
Wracam zatem ostatni raz w objęcia teoretyków...
PS. No i rzucam intencję: chcę zdać jutro ten egzamin!
Już czuję podniecenie i nerwy i to, co czułam zawsze w obliczu takiej sytuacji...
Ale przypomina mi się również uczucie późniejsze - zadowolenia, spełnienia, ambicji, poczucia wartości. Uczucie przyjemne niesłychanie. Hm... jak to już dawno temu było, gdy te uczucia mnie ogarniały... Obym jutro mogła góry przenosić...
Zabawne, jak czasem jedna rzecz (wydawałoby się, że niekoniecznie istotna) może zmienić całe życie.
Wracam zatem ostatni raz w objęcia teoretyków...
PS. No i rzucam intencję: chcę zdać jutro ten egzamin!
niecierpliwość
Dzisiaj już wierszem nie będzie ;) A tajemnice z alkowy, jak to nazwała pięknie Alicja są cóż... istotnie bardzo tajemnicze. Tak tajemnicze, że coraz mniej ich.
Prawdę mówiąc mam dość rozłąki i tego wyczekiwania na chwile, gdy możemy być razem. Zmęczenie, gonitwa, obowiązki... A w tym wszystkim my. Zaczynający się jednak już niestety lekko rozmywać. Razem jesteśmy jedynie w nocy. Raniutko mężuś cichutko wymyka się z sypialni i pędzi do pracy. Często nie śpię już i słucham, jak delikatnie czmycha z łożka i cichutko szykuje się do wyjścia. Zupełnie jakby nie był mężem i musiał przed świtem opuścić ten pokój.
Ano tak... czasem tam, gdzie się najmniej tego spodziewamy, wkrada się zwyczajna monotonia, potoczność i zmęczenie ogromne.
Stąd moja niecierpliwość. Nie mogę się już doczekać rozwiązania tej sytuacji. Dlatego moje kochane Czarownice i nie - Czarownice myśl o moim powrocie do szkoły jest dla mnie tak kusząca. Moja stała praca pozwoli na zmianę pracy mężusia. W tej chwili byłby to czyn nieco karkołomny. Dlatego jutro będzie moje być albo nie być...
Poukładałam nam kiedyś życie na najbliższe sto lat. Niestety plany zweryfikowało życie. Teraz plany robię już tylko na lat najbliższych pięćdziesiąt ;)
Tak bym chciała, żebyśmy mogli znowu być razem. Na co dzień. Nie nocami jedynie. Tak bardzo chciałabym odzyskać dawną bliskość i oczywistość obecności tuż obok, za rogiem, dwie przecznice ode mnie, czy po prostu gdzieś tu tej drugiej osoby.
Czasem tylko cichutko, cichuteńko boję się, że to będzie już zupełnie inna osoba...
Prawdę mówiąc mam dość rozłąki i tego wyczekiwania na chwile, gdy możemy być razem. Zmęczenie, gonitwa, obowiązki... A w tym wszystkim my. Zaczynający się jednak już niestety lekko rozmywać. Razem jesteśmy jedynie w nocy. Raniutko mężuś cichutko wymyka się z sypialni i pędzi do pracy. Często nie śpię już i słucham, jak delikatnie czmycha z łożka i cichutko szykuje się do wyjścia. Zupełnie jakby nie był mężem i musiał przed świtem opuścić ten pokój.
Ano tak... czasem tam, gdzie się najmniej tego spodziewamy, wkrada się zwyczajna monotonia, potoczność i zmęczenie ogromne.
Stąd moja niecierpliwość. Nie mogę się już doczekać rozwiązania tej sytuacji. Dlatego moje kochane Czarownice i nie - Czarownice myśl o moim powrocie do szkoły jest dla mnie tak kusząca. Moja stała praca pozwoli na zmianę pracy mężusia. W tej chwili byłby to czyn nieco karkołomny. Dlatego jutro będzie moje być albo nie być...
Poukładałam nam kiedyś życie na najbliższe sto lat. Niestety plany zweryfikowało życie. Teraz plany robię już tylko na lat najbliższych pięćdziesiąt ;)
Tak bym chciała, żebyśmy mogli znowu być razem. Na co dzień. Nie nocami jedynie. Tak bardzo chciałabym odzyskać dawną bliskość i oczywistość obecności tuż obok, za rogiem, dwie przecznice ode mnie, czy po prostu gdzieś tu tej drugiej osoby.
Czasem tylko cichutko, cichuteńko boję się, że to będzie już zupełnie inna osoba...
niedziela, 24 czerwca 2007
jak to mężuś z dwulatkiem obcuje
Mężuś po dwóch dniach czynnego zajmowania się dwulatkiem: "no bezstresowo się przecież nie da..."
(hihihhiiiiihhhiihiihihiiiiii)
(hihihhiiiiihhhiihiihihiiiiii)
sobota, 23 czerwca 2007
seks będzie
Babeczki kochane co sekretów doczekać się nie możecie... Owe będą! A będą w ilości... zobaczymy... wszak same przecież wiecie...
Jednak blog sekretny i skrywany, więc jedynie w czasie określonym może być pisany ;)
A ponieważ figlara tu niejedna... no to od razu przechodzę do samego sedna! Seks będzie! O seksie znaczy. Już dzisiaj nawet ten temat Was uraczy ;)
Chociaż ciut przewrotnie dzisiaj sprawę potraktować muszę... bowiem aby o tym pisać, to cóż... najpierw zwyczajnie seks po prostu mieć muszę... A blog do kontrowersji odsyłam i fantazji wyzbyta jestem, więc czas mężowi dajcie, coby miał czas natchnąć mnie nim... chociaż gestem...
No bo tak się dziwnie składa, że ostatnio złożyć coś się nie chce. Ni to czas, ni ochota, ni wiele aspektów innych jeszcze ;)
To tylko tak się widzi, że żonka wesoła i matka dwulatka (bo kochanka to jeszcze z nikim żadna) żywotem rozpustnym się trudzi. Ano... jest widać inny mój wizerunek w pięknych oczętach ludzi ;)
Będzie babeczki, będzie - i wszystko i szczerze. Dajcie mi zakasać rękawy i myśli pozbierać, wszystko tematycznie poukładać, w słowa poubierać...
Jednak blog sekretny i skrywany, więc jedynie w czasie określonym może być pisany ;)
A ponieważ figlara tu niejedna... no to od razu przechodzę do samego sedna! Seks będzie! O seksie znaczy. Już dzisiaj nawet ten temat Was uraczy ;)
Chociaż ciut przewrotnie dzisiaj sprawę potraktować muszę... bowiem aby o tym pisać, to cóż... najpierw zwyczajnie seks po prostu mieć muszę... A blog do kontrowersji odsyłam i fantazji wyzbyta jestem, więc czas mężowi dajcie, coby miał czas natchnąć mnie nim... chociaż gestem...
No bo tak się dziwnie składa, że ostatnio złożyć coś się nie chce. Ni to czas, ni ochota, ni wiele aspektów innych jeszcze ;)
To tylko tak się widzi, że żonka wesoła i matka dwulatka (bo kochanka to jeszcze z nikim żadna) żywotem rozpustnym się trudzi. Ano... jest widać inny mój wizerunek w pięknych oczętach ludzi ;)
Będzie babeczki, będzie - i wszystko i szczerze. Dajcie mi zakasać rękawy i myśli pozbierać, wszystko tematycznie poukładać, w słowa poubierać...
magiczna noc świętojańska
Dzisiaj czeka nas noc zaczarowana. Noc magii, wróżb, czarów i znaków przedziwnych. Sobótka, czyli święto miłości i płodności. Święto, które poganie zafundowali Kupale, bogini miłości i roślin leczniczych, ale również patronce mądrych kobiet, które znają moc ziół i jej zastosowanie oraz dobrymi czarami się trudnią. (Święto, które nawet Kościół zaadoptował włączając do swojego kalendarza - ale chrześcijanie obchodzili je najpierw w sobotę poprzedzającą Zielone Świątki i stąd nazwa sobótka.)
Można wierzyć, można nie wierzyć, można świętować, można wyśmiewać. Ale jakoś tak mało zazwyczaj jest chętnych do kąpieli w stawach i jeziorach przed dniem św. Jana. Widać wodnice, strzygi, topielice i wszystkie inne wodne demony jednak odstraszają ;)
A poza tym, czy nie jest miłe szukanie kwiatu paproci? A nuż się go znajdzie... Wszak wielkie szczęście, mądrość i zdolność widzenia wszystkich skarbów ukrytych w ziemi nie zawdzi nikomu... Ale nawet, gdy nocna wyprawa do lasu nie przyniesie kwiatu niebieskiego, który tylko w tę noc zakwita, nie ma co rozpaczać - wystarczy zerwać pęd paproci i nosić go w portfelu. To też szczęście przynosi... ;)
Można wierzyć, można nie wierzyć, można świętować, można wyśmiewać. Ale jakoś tak mało zazwyczaj jest chętnych do kąpieli w stawach i jeziorach przed dniem św. Jana. Widać wodnice, strzygi, topielice i wszystkie inne wodne demony jednak odstraszają ;)
A poza tym, czy nie jest miłe szukanie kwiatu paproci? A nuż się go znajdzie... Wszak wielkie szczęście, mądrość i zdolność widzenia wszystkich skarbów ukrytych w ziemi nie zawdzi nikomu... Ale nawet, gdy nocna wyprawa do lasu nie przyniesie kwiatu niebieskiego, który tylko w tę noc zakwita, nie ma co rozpaczać - wystarczy zerwać pęd paproci i nosić go w portfelu. To też szczęście przynosi... ;)
piątek, 22 czerwca 2007
bądź miły, bo cię w blogu opiszę
Droga bloga podejrzała, o czym już wspominałam. Nawet internet będą chyba ponownie zakładać. Pewnie wieści od syna śledzić chcą. No albo psychikę synowej kontrolować ;) Ale ostatnio i magiczna bloga znalazła, a co za tym idzie, przeczytała. Zastanowiła się nad sobą. I nade mną też. Chociaż nie, w zasadzie to nad sobą i nad tym, jak to ja z nią wytrzymuję. Ano... wytrzymuję i źle nie jest. Jest nawet bardzo dobrze, a zamęt od czasu do czasu wprowadzony też ma swoje zalety. No a poza tym dwulatek uwielbia ją. Jak ma jej nie uwielbiać, skoro ciocia Ata jest właścicielką dwóch kotów i dużych cy? Wszak dwulatek to facet i priorytety sobie ustawia. Magiczna się na cy wkurza - ale je ma i nic zrobić z tym nie może. A dwulatka lubi i instynkt macierzyński nim podsyca... Zatem cy ma - mogę zaświadczyć to publicznie. A teraz ma i blog... że niby mój przeczytała i się wciągnęła...
Mężuś się śmieje, że anonomowość stworzyłam, jak należy - imię, nazwisko, zdjęcia powiatowego. Ale nie o anonimowość tu chodzi. Mnie przynajmniej. Do ukrycia nie mam nic. A jak komuś za skórę zalezę (co zapewne kiedyś tam nastąpi) to najwyżej albo czytać przestanie, albo komentarze z pogrużkami się pojawią. No i jaka presja z mojej strony: bądźcie mili, bo Was opiszę... Tak, świat jest mały, a internet jeszcze mniejszy. Można spotkać sąsiada zza rogu, można odnaleźć dusze pokrewne. A poza tym można się wygadać i zawsze ktoś to przeczyta. I to zaleta olbrzymia, bo to co mówimy nie zawsze jest słyszalne dla innych...
Mężuś się śmieje, że anonomowość stworzyłam, jak należy - imię, nazwisko, zdjęcia powiatowego. Ale nie o anonimowość tu chodzi. Mnie przynajmniej. Do ukrycia nie mam nic. A jak komuś za skórę zalezę (co zapewne kiedyś tam nastąpi) to najwyżej albo czytać przestanie, albo komentarze z pogrużkami się pojawią. No i jaka presja z mojej strony: bądźcie mili, bo Was opiszę... Tak, świat jest mały, a internet jeszcze mniejszy. Można spotkać sąsiada zza rogu, można odnaleźć dusze pokrewne. A poza tym można się wygadać i zawsze ktoś to przeczyta. I to zaleta olbrzymia, bo to co mówimy nie zawsze jest słyszalne dla innych...
czwartek, 21 czerwca 2007
rarytasek
Zaczynam do bloga wracać i śledzić pisarstwo Czarownic i nie-Czarownic, czytam komentarze, odpowiadam, monituję swoje uwagi. Aż tu nagle rarytasek!!! Jak ja lubię rarytski!... Weszłam na blog dwulatka i widzę, że komentarz dodany. Szukam. No i jak się szuka, to z reguły się znajdzie. Post dotyczył wilczego apetytu drania. Post z 18 maja, więc ciut dawno temu pisany. Nic wielkiego, nic strasznego, nic kontrowersyjnego - zwyczajne pisanie o dwulatku... Komentarz jednak zaskakujący mnie ogromnie...
Jest to moi kochani żart, prowokacja, bezmyślność, czy faktyczne świata widzenie? Najpierw się zapowietrzyłam, potem zaśmiałam, a teraz zastanawiam się, czy ktoś tak może myśleć prawdziwie?...
| Zabij tego bahora tylko kase ci zabiera |
~a co was to?, 2007-06-19 11:26 |
***
Czasem mam potrzebę wykrzyczeć coś światu, często chcę się podzielić czymś ze wszystkimi, ale niekiedy jedynie krąg wtajemniczonych może coś cichutko przeczytać.
I po to mi ten blog...
Dziękuję Kamusiu za pomysł i doping w realizacji ;)
I po to mi ten blog...
Dziękuję Kamusiu za pomysł i doping w realizacji ;)
wtorek, 19 czerwca 2007
nowa cecha ma
Od dzisiaj mam jeszcze jedną umiejętność. W zasadzie to chyba nawet nie jest umiejętność, to raczej cecha. Otóż... stałam się niewidzialna. Tak, tak, tak! Nie żartuję. Jestem moi kochani niewidzialna! Przekonałam się dobitnie dzisiaj o tym fakcie!
Poszłam dzisiaj do apteki i stanęłam przy okienku za panią (jedną w kolejce). Okienka były dwa - przy jednej dwie osoby, przy drugim jedna, więc mój wybór był oczywisty. No i tak stoję sobie i z dwulatkiem konwersuję i czekam aż pani kupi wszystkie eliksiry dla siebie. Pani zapłaciła, więc ja wyciągam receptę i kładę na ladzie, a tu podchodzi wymalowana piękność muzealna i z mojej lewej strony wsuwa swój pliczek recept. Pani farmaceutka bierze jej pliczek bez słowa rzuconego w moją stronę i zaczyna babszytla wymalowanego obsługiwać. Myślę sobie, może chora i cierpiąca, ale jakoś tak tego nie widać. Niech kobiecinie będzie, ale ta na mój gust ma się całkiem nieźle. Stoję jak ta lala i patrzę, a paniusia sobie wybiera i przebiera i pół życia opowiada i okazuje się, że leki muszą być firmy tej i tej, bo tamtej nie lubi, a po owej jej się odbija. Dwulatek niecierpliwi się mocno i ciagnie mnie po obiecane jagody, więc głośno odpowiadam dziecku, że musimy poczekać, bo mamusia najwyraźniej nie wie, z której strony kolejka i pani przed nas się wcisnęła, a tu żadnej reakcji, czy spojrzenia. Stoję i czuję, jak mnie nerwy ponosić zaczynają. A muzealna gada i gada i historie opowiada. Trafiło mnie i poszłam do innej apteki. Niech sobie inna zarobi. W sumie zostawiłam w niej niemało...
Tak sobie tylko teraz analizuję... No jak nic niewidzialna jestem. No bo może i wyglądam na pomocną i nieagresywną, ale głos mam raczej słyszalny. Eh... w sumie to może i cecha całkiem przydatna się okaże czasem?... Ale póki co idę nerwy rozładować przy odkurzaczu ;)
Poszłam dzisiaj do apteki i stanęłam przy okienku za panią (jedną w kolejce). Okienka były dwa - przy jednej dwie osoby, przy drugim jedna, więc mój wybór był oczywisty. No i tak stoję sobie i z dwulatkiem konwersuję i czekam aż pani kupi wszystkie eliksiry dla siebie. Pani zapłaciła, więc ja wyciągam receptę i kładę na ladzie, a tu podchodzi wymalowana piękność muzealna i z mojej lewej strony wsuwa swój pliczek recept. Pani farmaceutka bierze jej pliczek bez słowa rzuconego w moją stronę i zaczyna babszytla wymalowanego obsługiwać. Myślę sobie, może chora i cierpiąca, ale jakoś tak tego nie widać. Niech kobiecinie będzie, ale ta na mój gust ma się całkiem nieźle. Stoję jak ta lala i patrzę, a paniusia sobie wybiera i przebiera i pół życia opowiada i okazuje się, że leki muszą być firmy tej i tej, bo tamtej nie lubi, a po owej jej się odbija. Dwulatek niecierpliwi się mocno i ciagnie mnie po obiecane jagody, więc głośno odpowiadam dziecku, że musimy poczekać, bo mamusia najwyraźniej nie wie, z której strony kolejka i pani przed nas się wcisnęła, a tu żadnej reakcji, czy spojrzenia. Stoję i czuję, jak mnie nerwy ponosić zaczynają. A muzealna gada i gada i historie opowiada. Trafiło mnie i poszłam do innej apteki. Niech sobie inna zarobi. W sumie zostawiłam w niej niemało...
Tak sobie tylko teraz analizuję... No jak nic niewidzialna jestem. No bo może i wyglądam na pomocną i nieagresywną, ale głos mam raczej słyszalny. Eh... w sumie to może i cecha całkiem przydatna się okaże czasem?... Ale póki co idę nerwy rozładować przy odkurzaczu ;)
poniedziałek, 18 czerwca 2007
dla Was
Dziękuję Wam babeczki kochane. Nie potrafię na komentarze odpowiedzieć, więc głośno mówię: DZIęKUJę, że bylyście bliziutko mnie.
Jest już spokojniej i refleksyjnie bardzo. Płacz do mnie nie przyszedł i oczy mam zbyt suche, aż od tego bolą. Nawet w ciszy pocierpieć nie można, bo machinę biurokratyczną napędzać muszę z bratem rodzica płci męskiej - nikt inny czasem dostatecznie nie dysponuje. Odarte to bardzo z wszelkiej delikatności i czyni twardszym człowieka.
Pewnie kolejna lekcja do przerobienia w sobie.
Dwulatek bardziej świadomy sytuacji niż ja nam się wydaje i cierpieć potrafi. Widać kolejna cząstka dziecka się we mnie wypaliła.
Smutne to życie nasze, ale tym cenniejsze w takich chwilach się wydaje.
Jest już spokojniej i refleksyjnie bardzo. Płacz do mnie nie przyszedł i oczy mam zbyt suche, aż od tego bolą. Nawet w ciszy pocierpieć nie można, bo machinę biurokratyczną napędzać muszę z bratem rodzica płci męskiej - nikt inny czasem dostatecznie nie dysponuje. Odarte to bardzo z wszelkiej delikatności i czyni twardszym człowieka.
Pewnie kolejna lekcja do przerobienia w sobie.
Dwulatek bardziej świadomy sytuacji niż ja nam się wydaje i cierpieć potrafi. Widać kolejna cząstka dziecka się we mnie wypaliła.
Smutne to życie nasze, ale tym cenniejsze w takich chwilach się wydaje.
niedziela, 17 czerwca 2007
i już
... nie mam ciocio - babci. Telefon dzisiaj rano ze szpitala oznajmił, że już... Jakaś cząstka mnie odeszła, ale chcę wierzyć, że jakaś cząstka Jej we mnie pozostanie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)