Prawdopodobnie mam osobistego chochlika. Do dzisiaj o jego istnieniu nie wiedziałam co prawda, chociaż czasem podejrzewałam, że coś musi być na rzeczy. Ale od dzisiaj to już jestem pewna. Jest i to nie na rzeczy, a na ramieniu, blisko ucha. Złośliwy jest i lubi prowokować. No bo innego wytłumaczenia nie ma... Nie ma i już. Bo niby dlaczego czasem jęzorem chlapnę i nie mogę przestać? I chociaż staram się zawsze ogromnie kontrolować, to czasem się nie da. Normalnie nie da się i tak jak dzisiaj na przykład, nie dość, że poszłam na zebranie wspólnoty mieszkaniowej, to jeszcze siadłam i słuchałam i nagle patrzę, a ja stoję i gadam. I gadam. I gadam. I nagle czuję, że idę i wertuję jakieś dokumenty. I gadam. I tłumaczę. A reszta mnie słucha. Widzę wręcz na ich uszach wysiłek, bo wszak średnia wieku to prawie siedemdziesiąt lat, a i tak, nie chwaląc się oczywiście, ową drastycznie zaniżałam. A jak już się opamiętałam, to okazało się, że w zarządzie jestem, pokłóciłam się właśnie z notariuszem, a panu od zagospodarowania przestrzennego nawtykałam...
... a zaczęło się od tego, że w ogóle postanowiłam pójść na zebranie. Nigdy nie chodziłam, bo nie miałam kiedy. Dzisiaj natomiast coś mi podpowiedziało, że przecież akurat mam czas. No to umalowałam usta starannie, włożyłam płaszcz i poszłam. Grzecznie siadłam z tyłu, wpisałam się na listę obecności i wyciągnęłam pismo, żeby sprawdzić porządek zebrania. I zaczęłam słuchać. A potem jakoś tak coś mi zaczęło podpowiadać, że c.o. jest przecież ewidentnie źle naliczane, opłaty za straty wody brakiem logiki dorównują jedynie rozliczeniom remontu bloku, a zaplanowany nowy śmietnik będzie źle usytuowany... I że nikt tego nie widzi. I to jest właściwie początek opowieści. Pod jej koniec okazało się, że faktycznie pracownik administracyjny pomylił się w wyliczeniach, a pan od zagospodarowania lubi dyskutować.
A miałam odpoczywać przez cały tydzień. Pewnie nawet dlatego zgromadziłam stosik filmów, które co prawda już widziałam, a które odznaczają się czarnym humorem i czarno-białą wersją. We wtorek na przykład ten i tamten byłam na znakomitym wykładzie poświęconym postaci Chopina w życiu i twórczości George Sand, a wczoraj znalazłam się wcale nie przypadkiem w klubie dyskusyjnym na filmowej adaptacji tej powieści Tomasza Manna, która Nobla mu przyniosła. W piątek idziemy na wieczorną imprezę kulturalno - jubileuszową, a w sobotę jedziemy na koncert do muzeum. Więc po co dzisiaj polazłam na to zebranie? Zamiast obejrzeć sobie coś?
***
- Mamusiuuu - zaczął drań po wieczornej porcji prozy - a czy to prawda, że każdy ma anioła stróża?
- Prawda.
- I jak ktoś się rodzi, to on się przy nim pojawia?
- Uhm...
- I ja mam anioła stróża?
- Oczywiście, że masz.
- I ty też?
Zupełnie nie wiem, czemu ślubny parsknął śmiechem w drugim pokoju. A poza tym to przecież nieładnie jest podsłuchiwać czyjeś rozmowy. klik (dla lubiących humor czarny)
czwartek, 28 października 2010
piątek, 22 października 2010
o sztuce kochania wprost...
Napisałam. Skasowałam. I tak raz i czwarty. Nie drażnię się ze sobą. Szukam słów odpowiednich. Żadne nie pasują do mojej złości. A może do mojego rozczarowania? Nie wiem... Może nawet i do obojętności. Jakiś płaszczyk emocji negatywnych okrył bowiem nasze relacje z osobami poniekąd najbliższymi. I znowu złe słowo... okrywał przecież od kilku lat. Jak widać skutecznie. Teraz jednak ktoś sprawnie zapiął jeszcze guziki i postawił kołnierz. I to chyba właśnie nas obudziło. Od lat tkana nadinterpretacja naszych słów i zachowań, mówienie, co powinniśmy, przekazywanie naszej codzienności dalej dokonały cudu. Po prostu. Tak zwyczajnie. Tyle pisania o dzieciach gorszego boga, o relacjach, o negacjach i nagle brak słów. Ale jak powiedzieć i co? Zwyczajnie? Że dobrze? Że to było do przewidzenia? Pewnego dnia sierpniowego obudziliśmy się i stwierdziliśmy, że coś trzeba zmienić. Zamknąć drzwi. Wyciszyć telefon. Wytyczyć inne ścieżki. Prawdopodobnie trzeba było zrobić to na wstępie. Wieki temu. Ale wtedy mieliśmy nadzieję, że chwilowe niesprawiedliwości tylko chwilowymi pozostaną. Źle się dzieje w okolicy. Ale jak się ma dziać, skoro jej mieszkańcy doradców mają stronniczych.
czwartek, 21 października 2010
pudło i Tycjan, czyli o schodach
Pani właśnie weszła na zaplecze swojej pracowni i niczym w podrzędnym dramacie wpakowała do pudła koloru świadczącego o absolutnym jego braku całą stertę swoich rzeczy. Zdając sobie doskonale sprawę z komizmu sytuacji, a zwłaszcza z dramaturgii owego pudła. No ale ono jest jednak najwygodniejsze, żeby wrzucić doń Słownik z całą masą fiszek z etymologicznego, Markowską, Kubiaka, Wyspiańskiego, Gombrowicza, Hłaskę, Grabińskiego, Poego i całą resztę wspaniałych i wspaniałych. Na wierzchu pani położyła album Impresjonistów, Van Gogha i kilka reprodukcji Pissaro. Z boku pudła było wystarczająco dużo miejsca, aby wsunąć kubek z Adelą Klimta i herbatę jaśminową. Kawę zostawiłam dziewczynom. Obok pudełka śliwek w czekoladzie. A niech mnie wspominają mile. Zawiasy drzwi zaskrzypiały ochryple, kiedy pani wyszła na korytarz i stukając obcasami zbiegła po schodach, dwa ostatnie załatwiając kompletnie nieprzyzwoitym zeskokiem. Lubię schody. Szkołę średnią wybrałam ze względu na zapach i schody właśnie, na wydziale w stolicy miałam wspaniałe wijące się z rzeźbioną poręczą, a w Krakowie do pracowni poetyki wspinałam się po wąskich i trzeszczących. Że niby pani schody w życiu towarzyszą? Możliwe. Niewykluczone wręcz. Jeszcze tylko kilka całusów u pani pedagog, kilka uszczypliwości u trenerów i miła rozmowa z dyrekcją. A reszta niech się naburmusza i narzeka. Wszak co się stać ma, to się stanie w myśl Bułhakowskiego oleju rozlanego przez Annuszkę. Skoro szkolenia dotyczące pozyskiwania i pisania zaliczyłam dwa po godzin zbyt wiele każde, to szkoda byłoby wiedzy w życie nie wcielić. Wcześniej nie chciał nikt, teraz chce wielu, a ja piekę na ogniu trzy pieczenie. I znikam, zmykam, zamykam drzwi za sobą bo ślubny przyjechał. Przede mną tydzień odpoczynku. Tak w rekompensacie braku ferii i wakacji, ale mówi się trudno i w duszy żałuje. Za tydzień zaczynam coś nowego w ramach poszerzania kwalifikacji. Za miesiąc zacznę dokańczać coś zaczętego w ramach ich pogłębiania. A w sobotę spotykam się z uczniami w muzeum w ramach ich posiadania. I kontynuowania. Postawiłam świat na głowie. Ale całkiem niezły z tej perspektywy jest i można go planować.
- Bo wie pani - wytłumaczyłam swojej fryzjerce zdziwionej faktem, że farbujemy, ale nie obcinamy, bo zapuszczamy - ja teraz zaplanowałam mieć rudy Tycjana i kręcone włosy. klik
- Bo wie pani - wytłumaczyłam swojej fryzjerce zdziwionej faktem, że farbujemy, ale nie obcinamy, bo zapuszczamy - ja teraz zaplanowałam mieć rudy Tycjana i kręcone włosy. klik
wtorek, 12 października 2010
rozmowy damsko - męskie, czyli draniowo - rodzicielskie
- A krasnale mają szyje? - jednym tchem zapytał drań, więc niekoniecznie wyodrębniłam wszystkie słowa.
- Kto ma co?
- Krasnale mają szyje?
- Mają.
- Wiedziałem! - wrzasnął drań - Ale nie widać jej, bo mają brodę?
- Tak.
- To dobrze narysowałem. A Igor narysował dzisiaj krasnala bez szyi. I wyglądał jak bałwan.
***
- Zrobimy naleśniki?
- Nie lubię naleśników.
- W przedszkolu jesz.
- A to mam być głodny?
- Kto ma co?
- Krasnale mają szyje?
- Mają.
- Wiedziałem! - wrzasnął drań - Ale nie widać jej, bo mają brodę?
- Tak.
- To dobrze narysowałem. A Igor narysował dzisiaj krasnala bez szyi. I wyglądał jak bałwan.
***
- Zrobimy naleśniki?
- Nie lubię naleśników.
- W przedszkolu jesz.
- A to mam być głodny?
czas, czyli co
Moje obcasy stukają miarowo po parkiecie sal szkolnych i dudnią energicznie na schodach. Jeszcze. Ale na moim macierzystym wydziale stukają równie donośnie, a sale pachną tak samo, jak za moich czasów. O czym przekonałam się w tym miesiącu. Przekonałam się jednak również, że trudno jest istnieć w jednym tylko wymiarze i względność czasu jest opozycyjna do naszych chceń i zachceń. Zauważyłam też, że znowu mam skronie jasne, a to niepodważalny dowód na to, że upłynęły dwa miesiące. W sumie tylko dwa, a sierpień jest już dla mnie tak odległy, jak średniowiecze, które fascynuje mnie nieodmiennie od lat osiemnastu. Może to i dobrze? Zaczęłam ponadto boleśnie i werbalnie zauważać, że odległe ode mnie jest również mieszkanie w bloku. Ciepłe, miłe i przytulne. I kompletnie inne niż w kamienicy. Ale ja chyba jednak do tego drugiego jestem stworzona. Nie żałuję naszych decyzji, ale nie potrafię się odnaleźć. Ja to nie ja, sufit to nie sufit, a rzeczy w komodach podświadomie poukładane w sposób tymczasowy. Nasze mieszkanie musi być wysokie, z piecami kaflowymi, podwójnymi drzwiami i fasadą i takie, żebym mogła się poczuć w nim jak u siebie od już. Magiczna nazywa to karmą. Moja karma na pewno jest mocno niewspółczesna w kwestii mieszkania i wymagająca we wszystkich pozostałych, a w całości pokręcona. Za kilka dni ma padać śnieg. Aż nie chce mi się w to wierzyć. Jeszcze nie ma przecież dostatecznie dużo suchych liści, a ja nie przygotowałam antonówek w słoikach na szarlotki zimą. Ale pewnie zawsze zostaje coś niezrobione, coś niedokończone, niedopowiedziane. A jednak rodzic mój płci męskiej stara się zamykać wszystkie sprawy metodycznie i definitywnie. Jego czas wyznaczony przez lekarzy powoli kurczy się, a ja mam wielką nadzieję, że oni wszyscy się mylą i jego odrzucenie medycyny jako szarlatanerii ma sens. Jestem zmęczona. Chwilami czuję się jak Schliemann, który czuł, że żyje jedynie wtedy, gdy odkrywał nowe stare światy. Albo jak udomowiony biegun Tokarczukowej, który biegnąc marzy o domu, w domu natomiast planuje nowy bieg po świecie. Wygrałam konkurs. Musiałam przygotować stertę papierów i papierzysk, odpisów dyplomów i całej sterty rożnych różności. I odpowiedzieć na pytanie, dlaczego uważam, że się nadaję. Dzisiaj musiałam wytłumaczyć draniowi, dlaczego już za kilkanaście dni to nie ja go będę odbierać z przedszkola. Przed komisją było mi zdecydowanie łatwiej. Szkoda mi tych kolejnych godzin poza domem, ale czuję niepohamowaną satysfakcję. Wiem, że moje wykształcenie i wszystko, co robię w tym względzie dla siebie, ma sens. A jednak szkoda mi. Szkoda mi również, że drugi maluszek majaczy w perspektywie dopiero kolejnych kilku lat. O ile w ogóle. Zdecydowanie potrzebuję jeszcze chociaż jednego metra wysokości w mieszkaniu. Albo mam gigantyczny i klasyczny pms. Sama nie wiem. Trudno ostatnio mi się jednoznacznie określić. klik
poniedziałek, 27 września 2010
egoistycznie
Psiak trafił w dobre ręce. Smutno mi. Cieszę się. Nie pożegnałam się nawet, bo jak żegna się z psem? A wspólnie z nowym panem będzie polował na ptactwo, jak na setera przystało. Polubili się. Za to ja nie lubię takiej huśtawki emocjonalnej. Jak mu tam jest i będzie? Minęło dopiero sześć godzin. Chyba dobrze, skoro ów pan nie dzwoni. Z drugiej strony szkoda. Ponoć psy żyją teraźniejszością. To dobrze. Dla niego dobrze. Więc dlaczego chce mi się płakać? Przecież rano muszę wstać i znowu muszę być piękna, mądra i elokwentna i w ogóle wspaniała i skromna też, więc muszę się wyspać. Ale spać mi się nie chce wcale i raczej nie zachce. Ślubny coś tam mówi, żem głupia jest. Może i tak. Wrzesień już się kończy. Cieszy mnie ten fakt, który przecież musiał zaistnieć w pewnym momencie. Morderczy był to dla mnie miesiąc. Nawet nie słyszałam stukotu obcasów, bo myśli dudniły mi w głowie zagłuszając wszystkie dźwięki zewnętrzne. Zmiany, zamiany, zmiany. Ponoć zmiany to rozwój. Czyli nie jest źle. Czyli dobrze jest. klik
sobota, 25 września 2010
rozmowy damsko - męskie, czyli małżeńskie
ja: nie śpisz?
ślubny: śpię
ja: to czemu gadasz po nocy?
ślubny: bo mnie pytasz
ja: ja?
ślubny: no kazałaś mi 'b' od 'p' odróżniać przecież
ja: ????
ślubny: dziękibogu tak przez sen się tylko zachowujesz...
***
ślubny: zrobić ci herbatę?
ja: tak, nescafe, ale bez mleka
ślubny: śpię
ja: to czemu gadasz po nocy?
ślubny: bo mnie pytasz
ja: ja?
ślubny: no kazałaś mi 'b' od 'p' odróżniać przecież
ja: ????
ślubny: dziękibogu tak przez sen się tylko zachowujesz...
***
ślubny: zrobić ci herbatę?
ja: tak, nescafe, ale bez mleka
niedziela, 19 września 2010
dziecięca logika
- A wiesz mamusiuuuu... uczymy się teraz o Chopinie... - zawołał drań wbiegając do kuchni w celu uskubania kawałka placka ze śliwkami, który właśnie zdążyłam wyjąć z piekarnika.
- On tak pięknie grał... - drań zrobił buzię w ciuk i właściwie to można było mieć wrażenie, że moje dziecko się zadumało.
- I umarł! - drań zakończył swoją zadumę wciskając do buzi niemały kawałek ciepłego ciasta.
No i wniosek z tego chyba taki, żeby nie grać na fortepianie. Albo inny. Kiepska jestem w wyciąganiu wniosków z wypowiedzi pięciolatka. A ten wypowiada się ciągle. I komentuje. I interesuje się wszystkim. I na wszystko posiada odpowiedź szybką i gotową. A jego logika jest zawsze prosta i żelazna. Świat magiczny istnieje i nie ma co dywagować na ten temat, ponieważ jest pożyteczny. Zło i nieszczęścia zawsze zostaną wyparte przez dobro, bo tak jest w baśniach, więc nie jest źle. Obserwuję każdego dnia, jak moje dziecko racjonalizuje sferę magiczną i zaczarowuje rzeczywistość. I w sumie to czasem sama nie wiem, może on ma rację? Może tak właśnie trzeba funkcjonować, balansując na pograniczu nagiego realizmu i ogromnej empatii, zakładając z góry, że wilk musi pożreć baranka, ale baranków na świecie jest dostatecznie dużo przecież, a skupić się na tym, co narusza prawa odwieczne. Co uświadomił mi wczoraj podczas oglądania programu dokumentalnego na temat pierwszych ludzi, którzy dotarli na tereny Australii, kiedy przerażony, zdziwiony i zgorszony powtórzył za lektorem:
- Kobiety kradły nie tylko żywność, ale i dzieci?
- On tak pięknie grał... - drań zrobił buzię w ciuk i właściwie to można było mieć wrażenie, że moje dziecko się zadumało.
- I umarł! - drań zakończył swoją zadumę wciskając do buzi niemały kawałek ciepłego ciasta.
No i wniosek z tego chyba taki, żeby nie grać na fortepianie. Albo inny. Kiepska jestem w wyciąganiu wniosków z wypowiedzi pięciolatka. A ten wypowiada się ciągle. I komentuje. I interesuje się wszystkim. I na wszystko posiada odpowiedź szybką i gotową. A jego logika jest zawsze prosta i żelazna. Świat magiczny istnieje i nie ma co dywagować na ten temat, ponieważ jest pożyteczny. Zło i nieszczęścia zawsze zostaną wyparte przez dobro, bo tak jest w baśniach, więc nie jest źle. Obserwuję każdego dnia, jak moje dziecko racjonalizuje sferę magiczną i zaczarowuje rzeczywistość. I w sumie to czasem sama nie wiem, może on ma rację? Może tak właśnie trzeba funkcjonować, balansując na pograniczu nagiego realizmu i ogromnej empatii, zakładając z góry, że wilk musi pożreć baranka, ale baranków na świecie jest dostatecznie dużo przecież, a skupić się na tym, co narusza prawa odwieczne. Co uświadomił mi wczoraj podczas oglądania programu dokumentalnego na temat pierwszych ludzi, którzy dotarli na tereny Australii, kiedy przerażony, zdziwiony i zgorszony powtórzył za lektorem:
- Kobiety kradły nie tylko żywność, ale i dzieci?
czwartek, 16 września 2010
Et si je n'existais pas...
... prawdopodobnie nie stałoby się nic, świat byłby taki sam. Piękny. Ale ja tak bardzo lubię to istnienie. Tak po prostu i zwyczajnie. Może trochę nawet i naiwnie. Chociaż lubię też ostatnio i paprykę chili. Zagryzam ją do wszystkiego. Piecze. Smakuje mi. Popijam ją ulubionym wieczorem i osłabiam węgierkami. Właśnie skończyłam pracę. Ułożyłam w niemały stos kartki, karteczki, karteluszki i wydruk właściwy. W takich momentach moja satysfakcja sięga ilinx. Jak wszystko w moim życiu. Alea i agon eliminuję bowiem na wstępie, mimicry podziwiam z otwartą paszczą, bo sama nigdy nie potrafię się dostosować i przystosować. Adrenalina siłą opanowywana działa cuda, a ja mogę w takich chwilach jeszcze więcej. Toteż i więcej chcę. Czemu mam nie chcieć? Czas decyzji zbliża się nieubłaganie. Nieubłaganie kończy się lato. Drań zbierał dzisiaj kasztany ekscytując się każdym z nich. A ja nie stoję pozornie w miejscu i wybiegam myślami w następne stulecie. Tylko jeszcze słów mi brakuje, żeby wyartykułować wszystko wyraźnie, bo milczenie obecnie działa na moją korzyść. Najmilsze są bowiem takie zwroty akcji, gdzie wszyscy już witają się z gąską, a gąski okazuje się nie być od samego początku.
klik
klik
czwartek, 9 września 2010
ogłoszenie!! znaleziono psa
Nie miała pani problemów, więc znalazła psa. Albo pies ją... I dlatego szukam. Intensywnie. Właściciela. Może być ten stary zagubiony, ewentualnie może być i nowy, pełen dobrych chęci. Koty prychają, psiunio jest zazdrosny, drań szczęśliwy. Ślubny też. W zasadzie to nie ma powodu do bycia nieszczęśliwym. Ma taką wspaniałą żonę i takie mądre dziecko. Przecież... Tylko jak tu cholera znaleźć tego właściciela? A psiak jest śliczny i wdzięczny. Młodziutki i dobrze utrzymany. I wychowany. I trochę przerażony. Bynajmniej nie mną. Trzymam więc wersję, że sytuacją. A poza tym, to po prostu muszę znaleźć mu dom... Taki, który będzie jego domem, bo na razie znalazłam tylko na chwilę i tylko zastępczy. I on o tym wie. Niestety. Bo to mądry psiak.
wtorek, 31 sierpnia 2010
koniugacja
Wieczór, za oknem listopad, centrum powiatowego. Koniec świata prawie. Diabeł siedzi gdzieś w kącie i mówi mi dobranoc, a ja popijam sok z malin rozcieńczony wodą w ilości tak małej, że nieprzyzwoitej. Drań śpi. Ślubny w stolicy. Nie lubię spać sama. Usypiam zawsze wtedy nad ranem zmęczona niespaniem i zła na siebie, że tęsknię za wtuleniem się i zapachem.
A maliny zbierałam jeszcze nie tak dawno. Pachniały cudnie. Drań zaczyna trzeci rok przedszkola, ja kończę czwarty rok pisania bloga. Wyprawka na jutro naszykowana z detalami i dodatkami. Blog zaniedbany nieco. W szkole ruszyły szturmem ciała pedagogiczne do pisania rozkładu materiału każde z osobna i na wyścigi. A ja popijam sok z malin. Ja nie piszę. Jeszcze mam czas. Jeszcze nawet nie odbieram telefonów. Jutro teściowa moja droga ma przyjść i pewnie zada pytanie sakramentalne niemalże na temat moich decyzji, a ja nie powiem nic. Tajemnice to tajemnice. Jak to ślubny stwierdził, gdy jechaliśmy na ślub jego brata: skoro chcą bawić się w milczenie, niech wygra lepszy.
Jutro idę nabyć kalosze kolorowe. Dzisiaj wyjęłam płaszczyki. Storczyk kwitnie na równi z fiołkami, pelargonie zagościły w mieszkaniu. Wczoraj przemeblowałam pokój drania i kuchnię. A jeszcze kilka dni temu biegłam w lekkiej sukience na ramiączkach i śmiałam się z sąsiada zsypującego węgiel do piwnicy. Dobrze mi i błogo. I jesiennie. Lubię jesień i jej szare koszmary. Nawet takie zmoknięte. klik
A maliny zbierałam jeszcze nie tak dawno. Pachniały cudnie. Drań zaczyna trzeci rok przedszkola, ja kończę czwarty rok pisania bloga. Wyprawka na jutro naszykowana z detalami i dodatkami. Blog zaniedbany nieco. W szkole ruszyły szturmem ciała pedagogiczne do pisania rozkładu materiału każde z osobna i na wyścigi. A ja popijam sok z malin. Ja nie piszę. Jeszcze mam czas. Jeszcze nawet nie odbieram telefonów. Jutro teściowa moja droga ma przyjść i pewnie zada pytanie sakramentalne niemalże na temat moich decyzji, a ja nie powiem nic. Tajemnice to tajemnice. Jak to ślubny stwierdził, gdy jechaliśmy na ślub jego brata: skoro chcą bawić się w milczenie, niech wygra lepszy.
Jutro idę nabyć kalosze kolorowe. Dzisiaj wyjęłam płaszczyki. Storczyk kwitnie na równi z fiołkami, pelargonie zagościły w mieszkaniu. Wczoraj przemeblowałam pokój drania i kuchnię. A jeszcze kilka dni temu biegłam w lekkiej sukience na ramiączkach i śmiałam się z sąsiada zsypującego węgiel do piwnicy. Dobrze mi i błogo. I jesiennie. Lubię jesień i jej szare koszmary. Nawet takie zmoknięte. klik
wtorek, 3 sierpnia 2010
regeneracja
Planujemy, mapujemy, małpujemy i notujemy w przewodniku dodatkowe informacje, których tam brakuje, a chcielibyśmy je mieć pod ręką. Czyli w mojej torbie. O ile torby przepastnej nie zapomnę zabrać ze sobą oczywiście. Albo przewodnika uzupełnionego. Jakoś tak bowiem się dzieje, że najciemniej zawsze pd latarnią, a wszystko, co położę w widocznym miejscu, ginie bezpowrotnie i żadne logiczne punkty myślenia nie mogą do zguby doprowadzić. Co do zguby faktycznie doprowadza, bo wtedy to już zupełnie nie wiadomo, co zwiedzać wpierw, a co najsamprzód i robi się bałagan poznawczy, a przy draniu ten bałagan jest niepożądany. Chociaż w zasadzie to trochę głupie, że po wyczytaniu wszystkiego na stronach, gruntownym przeczytaniu przewodników i obejrzeniu kilku setek grafik, przebyciu wirtualnych spacerów i doczytaniu legend chcemy jeszcze w dane miejsce pojechać. No ale kto powiedział, że jesteśmy normalni? Hm... no właśnie... kto?
I jakoś mnie nawet przestała przerażać pogoda, która psuje się, ilekroć kurs na południe obieramy. A niech jej... jakoś to będzie. Przeżyłam wczoraj nasmarowanie twarzy przez pomyłkę balsamem do stóp, przeżyję deszcz. No bo się pomyliłam. W sumie... ten regeneruje i regeneruje... klik
I jakoś mnie nawet przestała przerażać pogoda, która psuje się, ilekroć kurs na południe obieramy. A niech jej... jakoś to będzie. Przeżyłam wczoraj nasmarowanie twarzy przez pomyłkę balsamem do stóp, przeżyję deszcz. No bo się pomyliłam. W sumie... ten regeneruje i regeneruje... klik
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
w powiatowym już żyje się lepiej, co widać
Wiele ulic jest aktualnie w przebudowie, placów zabaw przy okazji w rozbiórce. Baseny... są! Dwa. Kryte. Za małe, zatłoczone i niewarte ceny. Nic więc dziwnego, że dzieci się nudzą. Chociaż nie ma deszczu, a piękne słońce świeci wakacyjnie i mocno. Dlatego też niektóre dzieci kąpią się w fontannie. Jednej. Pozostałe fontanny zostały bowiem zlikwidowane. Chociaż nie... przepraszam. Jest jeszcze jedna. Tak mała, że sama siebie nie dostrzega. No ale jest. Obok parku rozkopanego akurat na okres wakacji, aby nie można było pójść na spacer, rower, lody, po prostu, aby odpocząć. Czyli powiatowe ma m.in.: dwie fontanny, park w przebudowie i wiele rozebranych na części pierwsze placów zabaw. I kilka tysięcy małych dzieci. No i politykę prorodzinną w tle. I reklamy Shreka, wyświetlanego aktualnie w jednym (jedynym) kinie, rozklejone we wszystkich możliwych miejscach. A co za tym idzie, zestaw figurek z bajki, które można nabyć w McDonald's jako dodatek do zestawu dla dzieci. Chociaż czasami mam wrażenie, że to sam ten zestaw jest dodatkiem do zabawki. I tu dochodzę do meritum mojej myśli... McD. jest usytuowany (jeden z trzech - o dziwo!) na zbiegu centrum i dwóch dużych osiedli. Ma zestawy, w nich figurki, a obok swojego ogródka plac zabaw z rurą do zjeżdżalnia i wielkie "pudło" do chodzenia, przechodzenia, chowania się i wspinania. Całość ustawiona na miękkim syntetycznym podłożu. Nic zatem dziwnego, że dzieci chcą się tam bawić. Mają przede wszystkim możliwość zabawy, a poza tym jest tam czysto i miło.
Drań podczas naszych ostatnich wypraw zebrał kilka figurek z tej kolekcji. Brakowało jednej. Poszedł więc z nim ślubny po zestaw, aby kolekcję dopełnić i... i się przeraził. Dzieci dużo, rodziców adekwatnie i zabawa wspaniała. I tylko drań z zestawem, a cofnąć się nie bardzo było jak. Frytkami poczęstował dzieci, bułę zostawił na potem. Rodzice przeszukali portfele i niektórzy kupili albo lody na pocieszenie, albo zestaw. Nawet tam, gdzie było dwoje dzieci, jeden. Na dwoje.
Jestem coraz bardziej przerażona. Na plac zabaw i basen jeździmy do miejscowości obok. Pół godziny drogi, a czysta przyjemność. Na spacer chodzimy wieczorami poza granice centrum, bo w centrum nie ma miejsca na spacer. A spacerując powoli zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że robię zakupy. Niedługo pewnie będę się wstydziła, że chodzę do fryzjera i kosmetyczki.
Do łez i śmiechu doprowadzają mnie tłumaczenia, że jest dobrze i powinniśmy się rozwijać, czyli rodzić według modelu dwa plus trzy. No ale może jestem kiepska w logice. Chociaż na egzaminie dostałam pięć. A egzamin był pisemny, więc jednak słowa musiały się bronić same.
Drań podczas naszych ostatnich wypraw zebrał kilka figurek z tej kolekcji. Brakowało jednej. Poszedł więc z nim ślubny po zestaw, aby kolekcję dopełnić i... i się przeraził. Dzieci dużo, rodziców adekwatnie i zabawa wspaniała. I tylko drań z zestawem, a cofnąć się nie bardzo było jak. Frytkami poczęstował dzieci, bułę zostawił na potem. Rodzice przeszukali portfele i niektórzy kupili albo lody na pocieszenie, albo zestaw. Nawet tam, gdzie było dwoje dzieci, jeden. Na dwoje.
Jestem coraz bardziej przerażona. Na plac zabaw i basen jeździmy do miejscowości obok. Pół godziny drogi, a czysta przyjemność. Na spacer chodzimy wieczorami poza granice centrum, bo w centrum nie ma miejsca na spacer. A spacerując powoli zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że robię zakupy. Niedługo pewnie będę się wstydziła, że chodzę do fryzjera i kosmetyczki.
Do łez i śmiechu doprowadzają mnie tłumaczenia, że jest dobrze i powinniśmy się rozwijać, czyli rodzić według modelu dwa plus trzy. No ale może jestem kiepska w logice. Chociaż na egzaminie dostałam pięć. A egzamin był pisemny, więc jednak słowa musiały się bronić same.
nie jestem świętą...
... i dobrze mi z tym. Cholernie dobrze. Nie muszę udawać. Nie muszę wikłać się w schematy. Nie muszę cierpieć. Nie muszę myśleć, co ktoś pomyśli i rozdzielać włosa na czworo przy byle okazji.
A świętych wokół nie brakuje. Świętych żon i mamuś. I córek. I pracujących kobiet, żyły wypruwających ku chwale własnej i ojczyzny. A wszystkie one muszą. Muszą, bo powinny musieć. A sumienne są, więc stale myślą, że powinny więcej. Chociaż napięcie ich mięśni świadczy o stresie i kompleksach. Ale o tym nie mówią, bo tego nie mogą. Świat bowiem dzieli wyraźnie i wyznacza, co można, czego nie wolno. Nie wolno się cieszyć z drobiazgów. Nie wolno się śmiać spontanicznie. Nie wolno być szczęśliwą w małżeństwie, mieć przyjaciół. Nie można mieć pracy, w której się realizuje, trzeba się bowiem męczyć. Nie wolno mówić głośno, że chce się więcej - nie obowiązków, ale uznania i gratyfikacji.
Nie jestem świętą. I cieszę się bardzo, że mogę umalować się, kiedy mam na to ochotę, a moja czerwona szminka nie jest od wielkiego dzwonu. Cieszę się, że mogę nosić pończochy, bo przecież są one dla kobiet. Cieszę się, że mogę pójść wieczorem na spotkanie z przyjaciółmi i siedzieć czasami do rana przy miłej rozmowie.
Cieszę się, że nie jestem świętą, bo one są potwornie nudne i zniechęcone. I święte. I nieomylne. I pierwsze rzucą kamieniem. Bo muszą. Bo one się poświęcają i po łokcie urabiają.
A świętych wokół nie brakuje. Świętych żon i mamuś. I córek. I pracujących kobiet, żyły wypruwających ku chwale własnej i ojczyzny. A wszystkie one muszą. Muszą, bo powinny musieć. A sumienne są, więc stale myślą, że powinny więcej. Chociaż napięcie ich mięśni świadczy o stresie i kompleksach. Ale o tym nie mówią, bo tego nie mogą. Świat bowiem dzieli wyraźnie i wyznacza, co można, czego nie wolno. Nie wolno się cieszyć z drobiazgów. Nie wolno się śmiać spontanicznie. Nie wolno być szczęśliwą w małżeństwie, mieć przyjaciół. Nie można mieć pracy, w której się realizuje, trzeba się bowiem męczyć. Nie wolno mówić głośno, że chce się więcej - nie obowiązków, ale uznania i gratyfikacji.
Nie jestem świętą. I cieszę się bardzo, że mogę umalować się, kiedy mam na to ochotę, a moja czerwona szminka nie jest od wielkiego dzwonu. Cieszę się, że mogę nosić pończochy, bo przecież są one dla kobiet. Cieszę się, że mogę pójść wieczorem na spotkanie z przyjaciółmi i siedzieć czasami do rana przy miłej rozmowie.
Cieszę się, że nie jestem świętą, bo one są potwornie nudne i zniechęcone. I święte. I nieomylne. I pierwsze rzucą kamieniem. Bo muszą. Bo one się poświęcają i po łokcie urabiają.
piątek, 30 lipca 2010
o czarnym humorze i słodkościach
- Z tą swoją miną i naiwnością czasami to po prostu jesteś... słodka - stwierdził ślubny z rozczulonym uśmieszkiem na pyszczydle, a ja poczułam się jakbym była swoją wersją blond ubraną w róż totalny i stała nad rozgotowaną wodą na kawę. A ja po prostu wypełniłam komuś stertę papierzysk i ani dziękuję, ani pocałuj mnie w... nie usłyszałam. Nie żeby pieszczoty były u nie na pierwszym planie... po prostu zawsze pomagam, gdy mnie ktoś o to poprosi i jedynie "dziękuję" mi wystarcza. No... i jeśli to może być główny powód (a niech będzie), to dlatego właśnie, jak typowa pink, wybrałam się z portfelem ślubnego na zakupy. Że niby odreagowywałam. Sam ślubny na zakupach jest zbędny. Stara się kontrolować sytuację i czas, a tak to tylko musi mnie odebrać. Zazwyczaj od Ewy, bo jakoś do niej zawsze po drodze na kawę. Ewa jest bowiem jak Rzym. I nie żeby taka stara była... I tym sposobem mam nowe tuniki.
A teraz zasiadam ze stertką płyt i zamierzam się dobrze bawić przy filmach Kusturicy. A potem to też znikam, bo "Dzienniki" Marii Dąbrowskiej wypożyczyłam. Nie kupiłam. Ślubny też się zdziwił. Nie kupiłam. Kupiłam przecież tuniki, bluzeczkę etc. etc. No tak... klik (dla tych z czarnym poczuciem humoru).
A teraz zasiadam ze stertką płyt i zamierzam się dobrze bawić przy filmach Kusturicy. A potem to też znikam, bo "Dzienniki" Marii Dąbrowskiej wypożyczyłam. Nie kupiłam. Ślubny też się zdziwił. Nie kupiłam. Kupiłam przecież tuniki, bluzeczkę etc. etc. No tak... klik (dla tych z czarnym poczuciem humoru).
niedziela, 25 lipca 2010
o pisaniu pamiętnika
Wieczór. Drań śpi i wcale nie słychać jego cichutkiego teraz oddechu. Mąż mój własny i osobisty siedzi zatopiony w książce i nie zwraca uwagi na moje pytania. A może ja wcale ich nie zadaję głośno? Pani czasem tak ma. Czasem jednak nawet domaga się odpowiedzi na nie. I to już czyni używając dźwięków. Dziwna jest pani czasem, ale jakoś ją rozumiem. Nawet lepiej niż dobrze. Niestety.
Drobnymi łyczkami smakuję afrykańskie. Dobre. Cierpkie. Szkoda, że nie palę. Nigdy nie paliłam czynnie. Biernie tysiące razy. A dzisiaj jest taki właśnie wieczór zupełnie jazzowy, w którym brakuje dymu w przyćmionym świetle. Spowolniony, klimatyczny. Lubię takie wieczory, kiedy wszystko jest w bezruchu. Jak i ja obecnie. Chociaż ten właśnie bezruch mnie już męczy. I schematy, które wokół się same utarły i zastały. Zazwyczaj łamałam wszystkie. Teraz nie wypada. Wszystkich. Takie mówienie, żeby nie powiedzieć, pisanie, żeby nie napisać. Jak w pamiętniku, pisanym tylko po to, aby ktoś go przeczytał, chociaż chowało się go w szufladzie biurka pod stosem pozornie niepotrzebnych i banalnych rzeczy.
Hm... nie mam już biurka. Nie mam również sterty niepotrzebnych rzeczy, bo wszystkie wyrzucam. Wszystkie, poza tymi sprzed wielu lat, które mają swoje miejsce w masywnych pudełkach zatopionych w szafie. Szafę mam. Czyli nie jest tak źle. Chociaż kiedyś nie miałam, ku zgrozie wszystkich i zachwycie ślubnego. Pyszne to afrykańskie... Nie mogę znaleźć odpowiedzi na pytanie, aby odzyskać hasło. Niby zbędne, niby niepotrzebne, a jednak nie lubię gubić. Myśli również to dotyczy. Trudno. Lubię naszą sofę i takie wieczory i afrykańskie. Nie muszę wtedy być odpowiedzialna i mądra, mogę bezkarnie patrzeć w światło lampki, która ma lat więcej niż ja i historię, jakiej można tylko pozazdrościć, aż oczy mnie zabolą i po zamknięciu powiek będę widziała pomarańczowe obwódki, a ślubny wie, że odpływam w swoje myśli gdzieś bardzo daleko i uśmiecha się.
Nie piszę już pamiętnika. Nie chce mi się go chować. I popsułam swój charakter. Pisma. klik
Drobnymi łyczkami smakuję afrykańskie. Dobre. Cierpkie. Szkoda, że nie palę. Nigdy nie paliłam czynnie. Biernie tysiące razy. A dzisiaj jest taki właśnie wieczór zupełnie jazzowy, w którym brakuje dymu w przyćmionym świetle. Spowolniony, klimatyczny. Lubię takie wieczory, kiedy wszystko jest w bezruchu. Jak i ja obecnie. Chociaż ten właśnie bezruch mnie już męczy. I schematy, które wokół się same utarły i zastały. Zazwyczaj łamałam wszystkie. Teraz nie wypada. Wszystkich. Takie mówienie, żeby nie powiedzieć, pisanie, żeby nie napisać. Jak w pamiętniku, pisanym tylko po to, aby ktoś go przeczytał, chociaż chowało się go w szufladzie biurka pod stosem pozornie niepotrzebnych i banalnych rzeczy.
Hm... nie mam już biurka. Nie mam również sterty niepotrzebnych rzeczy, bo wszystkie wyrzucam. Wszystkie, poza tymi sprzed wielu lat, które mają swoje miejsce w masywnych pudełkach zatopionych w szafie. Szafę mam. Czyli nie jest tak źle. Chociaż kiedyś nie miałam, ku zgrozie wszystkich i zachwycie ślubnego. Pyszne to afrykańskie... Nie mogę znaleźć odpowiedzi na pytanie, aby odzyskać hasło. Niby zbędne, niby niepotrzebne, a jednak nie lubię gubić. Myśli również to dotyczy. Trudno. Lubię naszą sofę i takie wieczory i afrykańskie. Nie muszę wtedy być odpowiedzialna i mądra, mogę bezkarnie patrzeć w światło lampki, która ma lat więcej niż ja i historię, jakiej można tylko pozazdrościć, aż oczy mnie zabolą i po zamknięciu powiek będę widziała pomarańczowe obwódki, a ślubny wie, że odpływam w swoje myśli gdzieś bardzo daleko i uśmiecha się.
Nie piszę już pamiętnika. Nie chce mi się go chować. I popsułam swój charakter. Pisma. klik
sobota, 24 lipca 2010
sennie
Jest dobrze. Jest sennie i spokojnie. Jakbym w innej czasoprzestrzeni się znalazła nagle. Drań wraca do zdrowia powoli, ale skutecznie. Ślubny pracuje i jedynie na krótkie chwile daje się w ciągu dnia odciągnąć od wszystkich ważnych i bardzo ważnych spraw. A ja czytam Chwina i eksperymentuję w kuchni, którą tak naprawdę dopiero teraz zaczęłam oswajać. Łączę smaki i plączę kolory. Zapachami wabię chłopaków do siebie. Koty wylegują się na balkonie, psiunio zaanektował posadzkę w łazience. Odpoczywam i zaczęłam to czuć. Upał omijam myślą. W sumie go lubię, nie chcę zatem narzekać. Znajomi wyjeżdżają na wakacje na Syberię. Najpierw mnie tym rozbawili, potem przyznałam im dużo racjonalizmu. Nie mogę usnąć w nocy, rano śpi mi się lepiej niż dobrze. Nie smakuje mi kawa z mlekiem. Piję zatem bez mleka. Mój świat jakby stanął na głowie. Ale chyba dobrze mu tak. Tylko trochę sennie. klik
niedziela, 18 lipca 2010
już po morzu i szpitalu, więc po domu...
... chodzę i zastanawiam się nad słowami Mirona Biłoszewskiego, który w jednym ze swoich wierszy stawia się w roli stróża podobnego temu z książki Salingera i pisze "ja stróż latarnik nadaję z mrówkowca". Trochę tak się czuję i ja. Ten rok miał być lepszy. A nie jest. Taka ironia. W zasadzie nawet mnie nie dziwi. Nie przeraża. Jest jak jest. Rodzic mój płci męskiej jest dzielny, dziadek pradziadek również. Dorównuje im dzielnością drań, a może nawet przewyższa. Ja nie jestem dzielna. Już nie daję rady powoli. Pobyt nad morzem był intensywny i upalny. Pobyt u Asi domowy i przemiły. Pobyt w szpitalu nagły, pełen złych myśli. A miało być normalnie. Byliśmy na konsultacji, mieliśmy po powrocie ustalić termin operacji, ale ona sama się wymusiła zbyt nagle. Może za sprawą jodu w Ustce lub jego braku w powiatowym. Może za sprawą upału. Może za sprawą jeszcze jakąś inną. Nie wiem. Nie wiem również, czemu musieliśmy widzieć, jak nasze dziecko się dusi. Nie wiem, czemu musieliśmy czekać pod drzwiami bloku operacyjnego tak długo i bez informacji. Nie wiem, dlaczego był w pełnej narkozie ponad czterdzieści minut, chociaż normalnie zabieg trwa około piętnastu. Nie wiem, dlaczego ma grupę krwi z dwoma podgrupami, jedną jako dawca, drugą jako biorca i jako biorca jest w mniejszości. Wiem natomiast, że mogę znieść dużo w pełnej gotowości do działania, a ślubny jest obrzydliwie opanowany i rzeczowy zawsze. Wiem także, że coś, ktoś, może Ona nad nami czuwa.
Za tydzień jedziemy do puszczy. Teraz drań dochodzi do siebie w warunkach sterylnych i domowych. Cieszę się, że nie zdążyliśmy zostawić go w ramionach dziadków, aby wyjechać z okazji kolejnej rocznicy ślubu. Nie mam siły myśleć, nie chcę gdybać. Nie chcę wyjeżdżać bez niego nigdy. Odpoczniemy w puszczy. A rocznic jeszcze wiele przed nami. O tej teściowie zapomnieli podobnie jak i o urodzinach. Ironia. No tak... Ale na wszystko mamy jeszcze sto lat. Co najmniej. Przecież. klik
Za tydzień jedziemy do puszczy. Teraz drań dochodzi do siebie w warunkach sterylnych i domowych. Cieszę się, że nie zdążyliśmy zostawić go w ramionach dziadków, aby wyjechać z okazji kolejnej rocznicy ślubu. Nie mam siły myśleć, nie chcę gdybać. Nie chcę wyjeżdżać bez niego nigdy. Odpoczniemy w puszczy. A rocznic jeszcze wiele przed nami. O tej teściowie zapomnieli podobnie jak i o urodzinach. Ironia. No tak... Ale na wszystko mamy jeszcze sto lat. Co najmniej. Przecież. klik
środa, 7 lipca 2010
głównie o bagażach
- Nie masz się w co ubrać? - ślubny przystanął przy naszykowanych ubraniach zdziwiony ogromnie, że spakuję nas troje w jedną torbę. Hm... jednak naiwny ten mój mąż własny i udomowiony. Jasne, że nas nie spakuję w jedną torbę, reszta potrzebnych rzeczy będzie w torbie dziewczynki. A oprócz tychże będą jeszcze kosmetyki, żelazko i różne różności. Ale bagażnik się zamknie bez problemu. Tego jestem pewna. Nie lubię bowiem mieć za siedzeniami czegokolwiek poza dziećmi i psiunią.
No tak... czyli jesteśmy gotowi. Mieszkanie wysprzątane z detalami, okna umyte, firanki zmienione, pościel również. Właściwie to nie wiem, po jaką cholerę zmęczyłam się jak bury osioł i kompletnie nie mogę pojąć, czemu uprałam sofę i chodniczki, ale nad sensem swojego działania zastanowiłam się dopiero teraz. Piękne, które łaszą się i przytulają niesamowicie, mają zapewnione jedzenie na jakiś rok i dwie opiekunki, czyli po naszym powrocie trzeba będzie je odchudzać. Kwiaty może przeżyją. Przeżyje może i Margarytka, która z otwartymi ramionami przyjęła nas w drodze powrotnej. Ja twierdzę, że ona niekoniecznie wie, co robi. Ona jest pełna optymizmu, co pozwala myśleć, że ktoś nas jednak lubi, chociaż ta myśl jest według ślubnego tak niedorzeczna, jak i to, że nad morzem trafimy tylko na upały, a dzieci będą spały przez całą noc, czyli drogę. Boosszzzeee... Zobaczymy. klik
No tak... czyli jesteśmy gotowi. Mieszkanie wysprzątane z detalami, okna umyte, firanki zmienione, pościel również. Właściwie to nie wiem, po jaką cholerę zmęczyłam się jak bury osioł i kompletnie nie mogę pojąć, czemu uprałam sofę i chodniczki, ale nad sensem swojego działania zastanowiłam się dopiero teraz. Piękne, które łaszą się i przytulają niesamowicie, mają zapewnione jedzenie na jakiś rok i dwie opiekunki, czyli po naszym powrocie trzeba będzie je odchudzać. Kwiaty może przeżyją. Przeżyje może i Margarytka, która z otwartymi ramionami przyjęła nas w drodze powrotnej. Ja twierdzę, że ona niekoniecznie wie, co robi. Ona jest pełna optymizmu, co pozwala myśleć, że ktoś nas jednak lubi, chociaż ta myśl jest według ślubnego tak niedorzeczna, jak i to, że nad morzem trafimy tylko na upały, a dzieci będą spały przez całą noc, czyli drogę. Boosszzzeee... Zobaczymy. klik
niedziela, 4 lipca 2010
wiedzieć trza
Pobyt w puszczy, chociaż krótki, przyniósł liczne ukąszenia komarzyc. W tym roku szczególnie upodobały sobie moje stopy. I kolano drania. Dziwne jakieś one. Ale co się dziwić? Skoro krwiożercze, to mądre być już nie muszą. A puszcza jak to puszcza: szumi. No tak... lato znaczy w pełni. I upały, z których cieszę się niezmiernie. Upodobanie do nich mam chyba po dziadku, który niepokorny i przekorny nadal siedzi na ławeczce w samo południe i z lubością pali papierosy będąc jednocześnie pod stałą opieką pulmonologa. W czwartek natomiast ponoć zaszkodziły mu truskawki, bo nic innego przecież i dlatego babcia pogotowie wzywać musiała, bo oddychać nie mógł, ale najpierw postanowiła sprzątnąć po obiedzie i przewietrzyć mieszkanie, bo tak to nie wypada, a dziadek bez ogródek zapytał wchodzącego do pokoju lekarza o poglądy polityczne. "Z kim się ma do czynienia, wiedzieć trza" - podsumował dziadek ku furii babci i uciesze całej reszty. My zaś kręciliśmy się między puszczą a nimi, aż wreszcie stwierdziliśmy, że są niereformowalni i lepiej im nie pomagać, bo zaszkodzimy.
A teraz czeka na mnie sterta prania, chociaż teoretycznie większość powinna być czysta i robienie specyfiku z goździków i spirytusu, który według babci komary odstrasza skutecznie, jak się tym człowiek spryska. Podejrzewam, że odstraszę nie tylko komary, ale mniejsza z tym - wszak w Kazimierzu rok temu nasmarowana cebulą chodziłam.
Jeszcze nie wyhamowałam na tyle, żeby zacząć odpoczywać. Ślubny naczytał się o jakiś blokadach i się wymądrza, a ja słucham. Niech mu będzie. Jak mnie słońce opiecze, to i łatwiejsza będę w kontaktach międzyludzkich, chociaż dziadka swojego nie po kądzieli mam, a jego geny są silne. klik
A teraz czeka na mnie sterta prania, chociaż teoretycznie większość powinna być czysta i robienie specyfiku z goździków i spirytusu, który według babci komary odstrasza skutecznie, jak się tym człowiek spryska. Podejrzewam, że odstraszę nie tylko komary, ale mniejsza z tym - wszak w Kazimierzu rok temu nasmarowana cebulą chodziłam.
Jeszcze nie wyhamowałam na tyle, żeby zacząć odpoczywać. Ślubny naczytał się o jakiś blokadach i się wymądrza, a ja słucham. Niech mu będzie. Jak mnie słońce opiecze, to i łatwiejsza będę w kontaktach międzyludzkich, chociaż dziadka swojego nie po kądzieli mam, a jego geny są silne. klik
Subskrybuj:
Posty (Atom)
